Krzysztof Szwed. Puzzle Wandy N.



Podobne dokumenty
Dzięki ćwiczeniom z panią Suzuki w szkole Hagukumi oraz z moją mamą nauczyłem się komunikować za pomocą pisma. Teraz umiem nawet pisać na komputerze.

Rozumiem, że prezentem dla pani miał być wspólny wyjazd, tak? Na to wychodzi. A zdarzały się takie wyjazdy?

Joanna Charms. Domek Niespodzianka

AUDIO / VIDEO (A 2 / B1 ) (wersja dla studenta) ROZMOWY PANI DOMU ROBERT KUDELSKI ( Pani domu, nr )

Hektor i tajemnice zycia

Szczęść Boże, wujku! odpowiedział weselszy już Marcin, a wujek serdecznie uściskał chłopca.

I Komunia Święta. Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku

30-dniowe #FajneWyzwanie Naucz się prowadzić Dziennik!

BĄDŹ SOBĄ, SZUKAJ WŁASNEJ DROGI - JANUSZ KORCZAK

Igor Siódmiak. Moim wychowawcą był Pan Łukasz Kwiatkowski. Lekcji w-f uczył mnie Pan Jacek Lesiuk, więc chętnie uczęszczałem na te lekcje.

KATARZYNA POPICIU WYDAWNICTWO WAM

Jesper Juul. Zamiast wychowania O sile relacji z dzieckiem

Chrzest. 1. Dziękuję za uczestnictwo w Sakramencie Chrztu Świętego

Copyright 2015 Monika Górska

Copyright by Andrzej Graca & e-bookowo Grafika i projekt okładki: Andrzej Graca ISBN Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

Sprawdzian kompetencji trzecioklasisty 2014

Marcin Budnicki. Do jakiej szkoły uczęszczasz? Na jakim profilu jesteś?

mnw.org.pl/orientujsie

ASERTYWNOŚĆ W RODZINIE JAK ODMAWIAĆ RODZICOM?

Opowiedziałem wam już wiele o mnie i nie tylko. Zaczynam opowiadać. A było to tak...

Mimo, że wszyscy oczekują, że przestanę pić i źle się czuję z tą presją to całkowicie akceptuje siebie i swoje decyzje

Widziały gały co brały

Kurs online JAK ZOSTAĆ MAMĄ MOCY

Prawdziwa miłość ani nie poucza, ani nie straszy.

POLITYKA SŁUCHANIE I PISANIE (A2) Oto opinie kilku osób na temat polityki i obecnej sytuacji politycznej:

INSCENIZACJA NA DZIEŃ MATKI I OJCA!!

Na skraju nocy & Jarosław Bloch Rok udostępnienia: 1994

Izabella Mastalerz siostra, III kl. S.P. Nr. 156 BAJKA O WARTOŚCIACH. Dawno, dawno temu, w dalekim kraju istniały następujące osady,

to myśli o tym co teraz robisz i co ja z Tobą

Jaki jest Twój ulubiony dzień tygodnia? Czy wiesz jaki dzień tygodnia najbardziej lubią Twoi bliscy?

Chłopcy i dziewczynki

VIII TO JUŻ WIESZ! ĆWICZENIA GRAMATYCZNE I NIE TYLKO

RYSZARD SADAJ KRAKÓW 2010

1 Ojcostwo na co dzień. Czyli czego dziecko potrzebuje od ojca Krzysztof Pilch

mnw.org.pl/orientujsie

BAJKA O PRÓCHNOLUDKACH I RADOSNYCH ZĘBACH

Tłumaczenia: Love Me Like You, Grown, Hair, The End i Black Magic. Love Me Like You. Wszystkie: Sha-la-la-la. Sha-la-la-la. Sha-la-la-la.

Kocham Cię 70 sekund na minutę, 100 minut na godzinę, 40 godzin na dobę, 500 dni w roku...

Przedstawienie. Kochany Tato, za tydzień Dzień Ojca. W szkole wystawiamy przedstawienie. Pani dała mi główną rolę. Będą występowa-

Elżbieta i Witold Szwajkowscy. Uczył bocian boćka. Rymowana inscenizacja muzyczna w trzech aktach

Zuźka D. Zołzik idzie do zerówki

FILM - W INFORMACJI TURYSTYCZNEJ (A2 / B1)

Oto kilka rad ode mnie:

SMOKING GIVING UP DURING PREGNANCY

7 KROKÓW DO POWIEŚCI. LEKCJA 1

Jak mówić, żeby dzieci się uczyły w domu i w szkole A D E L E F A B E R E L A I N E M A Z L I S H

Literatura z elementami biblioterapii dla młodzieży w wieku lat 15 +

Kolejny udany, rodzinny przeszczep w Klinice przy ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu. Mama męża oddała nerkę swojej synowej.

BURSZTYNOWY SEN. ALEKSANDRA ADAMCZYK, 12 lat

Liczą się proste rozwiązania wizyta w warsztacie

WYBRANY FRAGMENT Z KOBIETA Z POCZUCIEM WŁASNEJ WARTOŚCI.

W MOJEJ RODZINIE WYWIAD Z OPĄ!!!

Podziękowania dla Rodziców

MODLITWY. Autorka: Anna Młodawska (Leonette)

Chwila medytacji na szlaku do Santiago.

Irena Sidor-Rangełow. Mnożenie i dzielenie do 100: Tabliczka mnożenia w jednym palcu

Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie

TEST SPRAWDZAJĄCY UMIEJĘTNOŚĆ CZYTANIA ZE ZROZUMIENIEM DLA KLASY IV NA PODSTAWIE TEKSTU PT. DZIEŃ DZIECKA

Kielce, Drogi Mikołaju!

8 sposobów na więcej czasu w ciągu dnia

Katarzyna Michalec. Jacek antyterrorysta

Rok Nowa grupa śledcza wznawia przesłuchania profesorów Unii.

KOCHAM CIĘ-NIEPRZYTOMNIE WIEM, ŻE TY- MNIE PODOBNIE NA CÓŻ WIĘC CZEKAĆ MAMY OBOJE? Z NASZYM SPOTKANIEM WSPÓLNYM? MNIE- SZKODA NA TO CZASU TOBIE-

Skrajne ubóstwo rodzin włączonych do projektu. 33% z nich to rodziny dotknięte chorobą. żyje w skrajnym ubóstwie. bądź niepełnosprawnością.

Trochę o... przebaczaniu. ...Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy? FORMACJA B3!

CZYTANIE B1/B2 W małym europejskim domku (wersja dla studenta) Wywiad z Moniką Richardson ( Świat kobiety nr????, rozmawia Monika Gołąb)

Zrób sobie najlepszy prezent

Wersja Demonstracyjna

Kwestionariusz stylu komunikacji

Nikt nigdy nie był ze mnie dumny... Klaudia Zielińska z Iławy szczerze o swoim udziale w programie TVN Projekt Lady [ZDJĘCIA]

TEST OSOBOWOŚCI. Przekonaj się, jak jest z Tobą

LP JA - autoprezentacja JA - autoidentyfikacja MY ONI 1. SZKOŁA: nie było jakiejś fajnej paczki, było ze Ŝeśmy się spotykali w bramie rano i palili

i na matematycznej wyspie materiały dla ucznia, klasa III, pakiet 3, s. 1 KARTA:... Z KLASY:...

Przygody Jacka- Część 1 Sen o przyszłości

WARSZTATY pociag j do jezyka j. dzień 1

SKALA ZDOLNOŚCI SPECJALNYCH W WERSJI DLA GIMNAZJUM (SZS-G) SZS-G Edyta Charzyńska, Ewa Wysocka, 2015

ROZPACZLIWIE SZUKAJĄC COPYWRITERA. autor Maciej Wojtas

Copyright 2017 Monika Górska

NASTOLETNIA DEPRESJA PORADNIK

JEAN GUITTON ( ) Daj mi, Boże, pokój, pogodę ducha i radość

Oskar i pani Róża Karta pracy

Zatem może wyjaśnijmy sobie na czym polega różnica między człowiekiem świadomym, a Świadomym.

Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować. (1 J 4,11) Droga Uczennico! Drogi Uczniu!

To My! W numerze: Wydanie majowe! Redakcja gazetki: Lektury - czy warto je czytać Wiosna - czas na zabawę Strona patrona Dzień MAMY Święta Krzyżówka

Wyniki są pozytywne, ale należy jeszcze zmniejszyć liczbę uczniów przez których ktoś płakał całkiem niedawno, szczególnie w klasie IV.

Z wizytą u Lary koleżanki z wymiany międzyszkolnej r r. Dzień I r.

J. J. : Spotykam rodziców czternasto- i siedemnastolatków,

ALE DLACZEGO KLUB SENIORA? OSOBISTE HISTORIE

Zaimki wskazujące - ćwiczenia

Część 11. Rozwiązywanie problemów.

Rozdział II. Wraz z jego pojawieniem się w moim życiu coś umarło, radość i poczucie, że idę naprzód.

I Komunia Święta. Parafia pw. Św. Jana Pawła II Gdańsk Łostowice

Uwaga, niebezpieczeństwo w sieci!

SOCIAL STORIES HISTORYJKI Z ŻYCIA WZIĘTE

Przygotowanie do przyjęcia Sakramentu Pojednania

Ankieta. Instrukcja i Pytania Ankiety dla młodzieży.

Mam jednak nadzieję, że te ćwiczenia Ci się przydadzą :)

Czyli jak budować poczucie własnej wartości u dziecka?

Transkrypt:

Puzzle Wandy N. To powieść pisana w pierwszej osobie. Fabuła toczy się w dwóch planach. Pierwszy, tu i teraz, to 24 godziny z życia kobiety. Drugi, to jej całe długie życie, z którego można by wykroić kilka barwnych biografii. A każda byłaby wpisana w burzliwe dzieje drugiej połowy XX wieku i czasy przełomu. Wanda Nowak urodziła się w 1940 roku. Ma więc co wspominać. Ale nie jest dobrotliwą staruszką z innej epoki. To kobieta z krwi i kości. Tego dnia akurat nie tryska energią. Lecz kto wie, gdyby ruszyła w miasto i rzuciła się w wir wydarzeń... Być może Ullisses zyskałby towarzyszkę? Mym zamiarem, proszę ocenić na ile udanym, było wykreowanie kobiety, Polki, uniwersalnej i wyjątkowej zarazem. A już zuchwalstwem pragnienie, by zarówno w owym uniwersum, jak i w unikatum(jeśli istnieje takie słowo), każda Czytelniczka odnalazła cząstkę własnej osobowości. Z poważaniem, Krzysztof Szwed. Puzzle Wandy N. 5.02. Znów nie umarłam. Każdej nocy zasypiam z przeświadczeniem, że już się nie obudzę. Właściwie nie wiem czemu? Jestem zdrowa. Sprawna. W miarę zadowolona z życia? No, no, zaczynam pozytywnie myśleć od samego rana. Dobry znak. Do wieczora mi przejdzie. Zawsze przechodzi. Inaczej nie myślałabym o śmierci. Chociaż, niby czemu nie? Przecież to mój sposób zaklinania rzeczywistości. Podobno najłatwiej umierają ci, którzy nie myślą o śmierci. Wiem, że to gusła. Każdy wcześniej czy później musi opuścić ten padół. Wolałabym oczywiście później. Chociaż, czy ja wiem? Życie jako wartość sama w sobie? Nawet za cenę bólu i cierpienia? Albo w formie odmóżdżonej wegetacji? Jeszcze chwila i poprę eutanazję. A tak dobrze zaczęłam dzień. Wróć optymizmie! Pasjami czytuję nekrologi. No, sprawdźmy, mruczę pod nosem, kto ostatnio rzucił palenie. Żadnej prawidłowości. Młodzi. Starzy. Bogaci. Biedni. Geniusze. Idioci. Anioły i szubrawcy. A Lenin wiecznie 1

żywy. Jak każdy wampir. Żebym tylko teraz nie przysnęła. Zaranne koszmary mogą zepsuć cały dzień. Zaś nekrologi przywracają wiarę w ludzi. W gazetach to jedyne optymistyczne kawałki. Lubię te banały. Najukochańsza. Niezastąpiony. Znakomita. Wybitny... Prawdy w tym tyle, co kot napłakał. I co z tego? Nekrolog to nie notka biograficzna w encyklopedii. Fakt, że bywają także teksty bezlitosne. Najbardziej żałuję długoletnich pracowników. Człowiek dożył siedemdziesiątki i jedyne, co można o nim powiedzieć, to rewelacja, że dociągnął do emerytury. Zupełnie jak ja. Ale ja się jeszcze trzymam. Nekrologi powinni pisać poeci. Odkurzyliby sztampowe zwroty. Choć zapewne kiedyś właśnie oni stworzyli nieutulonych w żalu i pogrążonych w żałobie albo odwrotnie. Wymyśliłam nawet kilka epitafiów: Co nam po spadku, gdy cię brak, dziadku. Mężu ostygłeś; a ja wciąż płonę miłością przy Miłej 5 mieszkania 12. Zawsze chciałeś odejść. Dziękuję Panu, że pomógł Ci zrealizować marzenia. Ciekawe, jak zredagują mój nekrolog? Pewnie wedle wzoru numer któryś tam. Jest piąta rano. W szparach zasłon błyskają kreski brzasku. W maju wcześnie wstaje świt. Ptaki świergolą pobudkę. Dawniej ryczały syreny. Wzywały ludzi do fabryk. Od lat już nie wyją. Bo i po co. Fabryki pozamykane. A ludzie pilnują roboty i bez przypominania. Przeciągam się. Trzeszczą mi gnaty. Zginam i prostuję palce, ścierpnięte od słabego krążenia. Takie drobne dolegliwości to najwyraźniejsze oznaki życia. I parcie na pęcherz; niezbyt natarczywe. Najpierw przyjemność, potem obowiązek. Nic tak nie pobudza krążenia, jak masturbacja. Włączam radio. Program pierwszy nadaje audycję dla rolników. Orgazmik w rytm melodii ludowych? Czemu nie. No, dość już tego kujawiaka. Niech zagrają, do cholery, oberka! Oberka! Oberka! Co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Wiejska ekonomia mąci mi jasność myśli. Parytet spada. Żadna hodowla się nie opłaca, bo koszta produkcji przewyższają ceny skupu. I na nic dopłaty z Unii Europejskiej. Mój fryzjer też narzeka, że rujnują go podatki. Lecz nikt mu nie dopłaca nawet złotówki. Nic z tego nie rozumiem. Zawsze obiecuję sobie, że zmienię stację; ale przyzwyczajenie czyni swoje. Przez lata gimnastykowałam się pod dyktando doktora Hoffmana. Tej audycji już nie ma. Chyba napiszę do radia list z pretensją. Nie napiszę. Czy oni w ogóle czytają listy od słuchaczy? Niegdyś, jako smarkula, napisałam do mediów. Wtedy jeszcze nie było tego słowa. Nie było zresztą połowy słów używanych dzisiaj. Poinformowałam redakcję Głosu Robotniczego, że w 2

moim podwórku wszyscy słuchają Wolnej Europy. Zaprotestowałam w ten sposób przeciw mojemu wujowi, który wolał przystawiać ucho do buczącego Pioniera niż na falach długich słuchać czysto brzmiącej kapeli Cajmera czy Dzierżanowskiego. Był rok 1955. Miałam piętnaście lat. Dziś takie pannice stosują już środki antykoncepcyjne, noszą biustonosze numer cztery i plotkują przez telefony komórkowe. Ja byłam dzieciuchem, tyleż głupiutkim, co przemądrzałym. Denerwowała mnie niewiara dorosłych w nowe czasy. Próbowałam dyskutować. Zbywali mnie byle czym. I nikt nigdy mnie nie ostrzegł, że o takich sprawach jak słuchanie Wolnej Europy, nie wolno nikomu mówić; a co dopiero pisać do gazety. W moim liceum istniał klub Pawki Morozowa. Dziś mało kto pamięta tego bohatera literatury radzieckiej. Nasz patron doniósł władzom, że jego rodzice ukrywają zboże na strychu. Okropni ludzie. Naród przymierając głodem, budował socjalizm, a oni, wstrętni kułacy, żerowali na krzywdzie towarzyszy. Imponowała mi rewolucyjna czujność Pawki Morozowa. W szkole na specjalnym apelu pan dyrektor przeczytał mój list. Z Łodzi przyjechał towarzysz redaktor i wręczył mi w nagrodę książkę o radzieckich pionierach. Na podwórku nikt nie chciał się ze mną bawić. Gdy podchodziłam do grupki grającej w klasy albo w pikuty, słyszałam niezmiennie: spieprzaj, kapusiu!. A wuj, patrząc na mnie ponuro, przekonywał mamę, że trzeba było toto utopić, gdy się tylko wykluło. A potem głaskał mnie po głowie i szeptał: nie płacz; to wszystko nasza wina. UB przesłuchiwało sąsiadów. Na szczęście nikogo nie aresztowali. Ale na podwórku byłam już spalona aż do przeprowadzki do nowego mieszkania. 6.00. Słucham pierwszych tego dnia wiadomości. Liczę ofiary. Masakra w Iraku. Na bazarze w Bagdadzie wybuchł samochód pułapka. Czterdzieści pięć ofiar; głównie kobiety i dzieci. Szaleniec zastrzelił ośmiu uczniów w Teksasie i popełnił samobójstwo. Trzy kobiety spłonęły w pożarze stodoły pod Ostrołęką. Bandyci zrabowali dwadzieścia tysięcy z banku spółdzielczego w Podgórzu i zastrzelili dwie kasjerki. Suma łupu myli mi rachubę. I tak dłużej nie wytrzymam. Drepczę do toalety. Odgłosy fizjologiczne zagłuszają szczegóły katastrofy kolejowej w Indiach. Gdy cichnie szum w spłuczce, słyszę, że Palestyński zamachowiec samobójca wysadził się w autobusie pełnym młodzieży. Na kawę jeszcze za wcześnie. Poleżę pół godziny. 3

Dopiero od stycznia nie pracuję. Nie przywykłam do roli emerytki. Czas wlecze mi się niemiłosiernie. Wspomniałam o tym Heli. Lubię sprawdzać czy moje wrażenia, przypuszczenia, poglądy i domysły mieszczą się w ramach akceptowanych przez innych. Co nie znaczy oczywiście, że pokornie ulegam woli większości. Powinnaś się cieszyć, zaszczebiotała przez ryjek. Ona tak śmiesznie ściąga usta w ciup od kiedy nosi sztuczną szczękę. Boi się, że jej te trzecie zęby wypadną. Myśli, że o tym nie wiem. Zresztą nie rozmawiamy na ten temat. Niech tam bidula szpanuje. W naszym wieku czas raczej goni jak szalony. Kartki z kalendarza spadają niczym jesienne liście. W naszym wieku! Ta to się potrafi dowartościować. Na upartego mogłaby być moją matką; a z wyglądu to i babką. Ile właściwie ma lat? Najmarniej siedemdziesiąt. Mniejsza z tym. Ale z tym czasem chyba trafiła. Przez ostatnie lata przyspieszał łobuz straszliwie. A teraz tydzień znów ma siedem długich dni. Sama nie wiem co lepsze? Hela mi zazdrości; więc może niech się dłuży. Zwariować można. Leżę i leżę. A tu dopiero kwadrans po szóstej. I żeby to jeszcze na dowolnie wybranym boku; Jak Maryla Rodowicz. Też chciałam być piosenkarką. Wszyscy mówili, że mam ładny głos. Dziś mogłabym występować w telewizji. Santorka jest chyba starsza i wciąż śpiewa. U innych takie gadanie mnie wkurza. Ileż to razy słyszałam od ludzi, że zmarnowali swoje życie. A przecież kariera sama pchała się im w ręce. Mój szewc występował w teatrzyku amatorskim. Dzięki temu z sentymentem wspomina wojsko. Chcieli go nawet wysłać na kurs do Warszawy i obiecywali szkołę aktorską. Powiada, że skreślili go za prawicowe poglądy. Nie przypuszczam żeby taki głupek miał jakiekolwiek poglądy. Podobno żądał przepustek na niedzielne msze. A moim zdaniem taki byłby zeń aktor jak z koziej dupy trąba. No, może wtedy się nie jąkał. Każdy zwala swoje niepowodzenia na ciężkie czasy. Cholera, od kiedy pamiętam, zawsze były ciężkie czasy. Dlatego nikomu nie opowiadam historii swej krótkiej kariery. Wystartowałam w eliminacjach konkursu młodych talentów. Najmłodsze dziewczyny miały po czternaście lat; a najstarsze koło trzydziestki. ZMS zorganizował dla nas obóz w Spale. Na powitanie komendant uświadomił nam, jakiego dostąpiłyśmy zaszczytu. Przed wojną polował w tych lasach prezydent Mościcki. A klasy robotniczej nie wpuszczano na burżuazyjne salony, prawił z ogniem w oczach. A dziś wykuwamy tu kadry dla naszej ludowej estrady. Skończyłam właśnie dziewiętnaście lat. I gustowałam w takich tekstach. Wróciły wspomnienia. Bo na co dzień już mało kto 4

używał takiej mowy-trawy. Znów poczułam się jak na akcji żniwnej w ZMP. A wieczorem komendant zaprosił mnie do swojego pokoju. Wiecie koleżanko, że bardzo wiele zależy od waszej postawy, zagaił tonem organizacyjnym i włożył mi rękę pod spódnicę. Nie broniłam czci do ostatniego tchu; tylko nerwowo chichotałam. Niedawno straciłam symbol drobnomieszczańskiego zniewolenia, jak nazywaliśmy w slangu aktywu dziewictwo. I gustowałam w tym sporcie. Tej nocy przeleciał mnie jeszcze instruktor ruchu scenicznego. Raczej obscenicznego. Ale ten kalambur wpadł mi do głowy dopiero teraz. W dzień poznawałam estradowe abecadło. Dyma się równie dobrze, jak śpiewa, podsłuchałam fragment rozmowy komendanta z akompaniatorem. Wysoko zajdzie. Chwalił mnie pianista. Co ten erotoman gawędziarz mógł wiedzieć o seksie. Niedawno wydał wspomnienia. Pozuje na tępionego przez reżim prekursora jazzu. I trzeba przyznać, że grać miglanc potrafi. Kurs kończył się egzaminem. Przyjechała nań gwiazda. Wieczorem w przeddzień sprawdzianu brałyśmy prysznic. Gwiazda podziwiała nasze sylwetki, klepała po pupach, masowała plecy i prosiła o to samo. Byłam mocno zażenowana. A jednocześnie ekscytowała mnie jej bezpruderyjność, którą uznałam za naturalne zachowanie w sferach artystycznych. Po ablucjach zaprosiła mnie do siebie. Przywiozłam parę kiecek; w sam raz twój rozmiar. Koniecznie musisz przymierzyć, zaproponowała i otworzyła szafę. No, ściągaj tę koszmarną sukienczynę. Chyba się mnie nie wstydzisz?. Gdy zdjęłam sukienkę, pogłaskała mnie po piersiach. Ależ ty masz zgrzebną bieliznę. Przymierz koniecznie ten stanik, najmodniejszy paryski model. No i desu do kompletu. Nim zdołałam zareagować, zrzuciła szlafrok. I zaczęła mi ściągać majtki. Nie czyniła tego nachalnie. Przez moment oceniłam, że rozbiera mnie zniewalająco romantycznie. Nad zdumieniem, wstydem i odwieczną normą seksualną, zaczęła dominować przyjemność. Niby stawiałam opór, lecz w istocie przyzwalałam na pieszczoty. Byłam totalnie oszołomiona. Zawlokła mnie na łóżko. Kochamy się po francusku!, pomyślałam z nutką snobizmu. Czyżbym rozpoczynała światowe życie?. Rozkosz gorącą lawą wybuchała z lędźwi i ogarniała całe moje jestestwo. W nozdrza uderzał zapach intymnych perfum gwiazdy. Nagle z całą jaskrawością dotarło do mnie, że kocham się z kobietą! Zakodowany w genach zew natury za samcem okiełznał rozszalałe zmysły. Ekstaza, jak szybko eksplodowała, tak gwałtownie zgasła. Dzika nieposkromiona chuć przepoczwarzyła się w równie monstrualne obrzydzenie! 5

Wstrząsnął mną wstręt, jakiego nigdy później nie doznałam. Skoczyłam na równe nogi i puściłam pawia giganta, wprost na jej zdeformowaną orgiastycznymi grymasami twarz. Do dziś wspomnienie tamtej sceny przyprawia mnie o mdłości. I karierę diabli wzięli. Na egzaminie gwiazda wdeptała mnie w glebę. A moi kopulatorzy nawet nie piknęli. Nie wiem ile jeszcze dziewczyn próbowała zdeprawować ta lesba. W każdym razie na sprawdzianie wykosiła wszystkie. Powiatowy poziom, powtarzała zdegustowana, marny powiatowy poziom. 6.39. I pomyśleć, że za czasów biurowych o tej porze jeszcze zalegałam w wyrku. Wstawałam dopiero o siódmej; na wyraźne żądanie budzika. Działałam jak automat. Kac nie kac; migrena nie migrena; okres nie okres... Czy to deszcz czy słoneczna spiekota... Wpojono mi poczucie obowiązku. Bo ja wiem? Kto, gdzie i kiedy? Cholera, czasami plotę bez sensu. Bo to ponoć dobrze brzmi. Dla kogo? Młodzież olewa takie teksty z mety. I słusznie. A dla zgredów morały stanowią przygrywkę do wspomnień. Za moich czasów... zwykła przynudzać moja świętej pamięci babcia. Nic tak, kurde, nie świadczy o przemijaniu, jak upodobanie do wspomnień. Zmarszczki można zatuszować, łokcie ukryć w rękawach, a celulitis w spodniach. Guzik prawda. Ludzi da się oszukać, zwieść gorsetem i treską. Siebie nigdy. Jednak najgorzej uwierają wspomnienia; nawet te najmilsze. Samozakłamanie to wyższa szkoła jazdy. Ostatnia deska ratunku przed depresją. a może jedynie inny stan obłędu? Pewnie wyczytałam to w jakimś babskim piśmie. Bo chyba nie wymyśliłam? Swoją drogą ciekawe, wedle jakiej zasady nawiedzają nas wspominki? Ni stąd ni zowąd wyskakuje z kosza pamięci jakiś epizod. Bez żadnej przyczyny. Bez analogii. Bez kontekstu. Bez sensu. Dopuszczam oczywiście ciąg skojarzeń. Gwiazda. Kariera. Wierszyki wygłaszane na szkolnych akademiach. Pędzi pociąg historii. Błyska stulecie, semafor. Rewolucji nie trzeba glorii; nie trzeba dumnych metafor. Potrzebny jest On. Maszynista, towarzysz, wódz, komunista. Stalin! Słowo jak dzwon. Że też po tylu latach pamiętam takie bzdety. A pacierza musiałam uczyć się od nowa; po powrocie z Ameryki. I zaraz wagon drugiej, a może trzeciej, klasy w pociągu do Kamienia Pomorskiego. Początek wakacyjnego romansu. Co to ma wspólnego z Ameryką? Z gwiazdą? Z karierą? Warto by zapytać Freuda. Miłość od pierwszego wejrzenia. Cudowny tydzień w Dziwnowie. Na odjezdnym powiedział, żebym nie robiła sobie nadziei. Nie zwiąże się z dziewczyną, która już na pierwszej randce idzie z 6

facetem do łóżka. W rzeczywistości wydymał mnie skurwiel na wydmie. Znacznie później dowiedziałam się przypadkowo, że był żonaty i nie pierwszy raz wyciął taki numer otumanionej kretynce. Stare dzieje. Nie pamiętam nawet jego imienia. Teraz kolej na... Akurat. Sekwencja nie zależy od mojej woli. Widzę więc sklep papierniczy. Banalne zakupy przyborów szkolnych spychają do archiwum pamięci tamto upalne lato, pełne czarownych oszołomień. Zamiast morskich fal przyozdobionych wianuszkiem piany, widzę stukartkowy zeszyt w jedną linię. Koniecznie z papieru bezdrzewnego. Czuję zapach kleju, plasteliny i farb wodnych. Po jakiego grzyba mi ten obrazek?! Fanaberia podświadomości? Naczytałam się ostatnio ciekawostek psychologicznych. Pełno tego w księgarniach. Szkoda, że dawniej nie wydawali takich książek. Może uniknęłabym kilku błędów. No to przynajmniej na starość(?) spróbuję wykorzystać wiedzę z poradników. Kiedyś wspomagała mnie Przyjaciółka. Do czasu, aż uznałam, że kobitki tam piszące są głupsze ode mnie. Podejście psychoanalityczne, uwielbiam to słowo, odrzuca wszelką przypadkowość procesów myślowych. Nawet gonitwa myśli, czyli, zawsze zapominam; o, już wiem, luźny strumień wyobraźni, podporządkowana jest jakiejś regule. Tylko nie każdy potrafi ją dostrzec. Co się więc kryje za bezdrzewnym zeszytem? Muszę zapytać swego psychoanalityka. Jakież to piękne zdanie: muszę zapytać swego psychoanalityka. Oczywiście nie mam swego psychoanalityka; co najwyżej internistę, a i to w przychodni rejonowej. A mój krawiec nie zastąpi psychoanalityka. Choć się stara. Rzemieślnik z duszą filozofa. Wcale nierzadkie zestawienie. Mój fryzjer twierdzi, że potrafi znaleźć lekarstwo na każde cierpienie egzystencjalne. W młodości dwa lata spędził w seminarium duchownym. Nie wytrzymał dłużej bez baby. A szkoda. Piękny byłby z niego ksiądz. Ciekawe, czy w naszym mieście praktykuje psychoanalityk? Popytam koleżanek. 7.04. Przegapiłam początek wiadomości. Pal sześć, powtórzą o ósmej. Pora na kawę. Właściwie na papierosa, ale staram się nie palić na czczo. Jakiś facet w Stanach wytoczył proces koncernowi tytoniowemu. Zażądał sto milionów dolarów za śmierć swej matki. Zmarła na raka krtani; przez palenie. I wygrał; mniej, ale wygrał. U nas by nie wygrał. A może warto spróbować? Zaczęłam palić tuż przed maturą; w dniu, w którym straciłam cnotę. Pierwszego maja. Nasza klasa przygotowała na pochód olbrzymi napis: Maturą uczcimy zjazd partii, zapomniałam już który. A IV C, uznawana za wywrotową, skleciła banalne hasło: Niech żyje 1 Maja. Każdy miał nieść na kiju 7

tabliczkę ze stosowną literą. Mnie przypadło A w słowie: maturą. Tuż przed trybuną powstało drobne zamieszanie. Szyk poszedł w rozsypkę. Belfrów ogarnęła nerwówka. Gdy nas znów ustawiono, trafiłam ze swoim A do szeregu IV C. Na moje miejsce wskoczył chłopak z N. Kotłowanina ustała i przemaszerowaliśmy przed elitą powiatu z postanowieniem, że: Trumną uczcimy zjazd partii. Obu klas: A i C postanowiono nie dopuścić do matury. Tym z B się upiekło, bo maszerowali w kolumnie sportowej. Byłam jedną z głównych podejrzanych o prowokację. Nie wylano mnie za dotychczasowe zasługi, jako prymuski i aktywistki. Tyle tylko, że legitymację PZPR odebrałam w sekretariacie komitetu, a nie na akademii 22 lipca. Maturę zdawaliśmy w terminie. Partia nam wybaczyła. Właściwie jedyną karą było pakowanie pierwszomajowych akcesoriów w szkolnym magazynie. Zwykle robiliśmy to w czasie lekcji następnego dnia. Tym razem grupkę najbardziej podejrzanych pozbawiono atrakcji majowego festynu. Balansując na rozkładanej drabince, układałam właśnie portrety przywódców na najwyższej półce regału, gdy stanął pode mną Stasiek Czerwiński, szkolny uwodziciel, bardzo ładny chłopak; i począł bezwstydnie gapić się w górę. Ty Wanda garujesz tu niesprawiedliwie, powiedział z przekąsem. Ktoś cię wrobił. Przecież ty założyłaś na pochód nawet czerwone majtki; więc gdzie byś mogła. Obruszyłam się. Chyba jesteś daltonistą, jeśli to są czerwone majtki. I zamiast zmyć mu głowę, że podgląda, zeszłam z drabiny i zadarłam plisowaną spódnicę. Stałam tak obnażona w swoich najlepszych jedwabnych różowych niewymownych o moment za długo. A może sprawiało mi to przyjemność? Nie pamiętam. W każdym razie on przytulił mnie gwałtownie, pocałował w policzek i wyszeptał: Przepraszam. A rękoma chwycił mnie za pośladki, nie pozwalając opaść spódnicy. Zaczęliśmy się namiętnie całować. Pachniał mydłem do golenia. W każdej chwili mógł nas ktoś nakryć. Wciągnął mnie więc do małego składziku na materace. Chyba robił to nie pierwszy raz, bo fachowo wyjął klamkę, zostawiając rączkę tylko od wewnątrz. Przeżyłam więcej strachu niż przyjemności. On pewnie też; bo powiedział po wszystkim z lekkim zniechęceniem: Dziewice, wciąż same dziewice. I poczęstował mnie papierosem. To był Philip Morris z kontrafiltrem. Zwróciłam uwagę na eleganckie brązowe plastikowe pudełko. Prawdziwy błysk Zachodu. Paliłam bez specjalnych kłopotów; mimo, że pierwszy raz w życiu. Urocze popołudnie mój deflorator zakończył niezobowiązującym stwierdzeniem: Chyba 8

nie pasujemy do siebie. Ale w sumie było fajnie. Nie przypuszczałem, że aktywistki mają taki temperament. O incydencie, oczywiście tym z pochodu, a nie ze składziku, donosiła nawet Wolna Europa. Wujo cały promieniał. Jeszcze będą z ciebie ludzie, Morozowa, pochwalił mnie przy mamie. Czy ja przypadkiem nie za dużo myślę o seksie? Pewnie za bardzo pobudziłam krążenie. Teraz jeszcze kawa i drżyjcie sąsiedzi. Oni trzęsą się i bez mojej pomocy; ze starości. Co drugiego prześladuje Parkinson. A w sumie jest ich zaledwie kilku. Nasza kamienica to siedlisko wdów. I po co tym babcią takie duże mieszkania? Podobno trzymają je dla wnuków. Tere fere. Kto może ucieka z tej rudery. 7.10. No, dosyć wylegiwania. Najpierw kawa czy prysznic? Nigdy nie mogę się zdecydować. Dawniej przed pójściem do pracy działałam jak automat. Chyba prysznic. Znów cuchnie gazem. Kiedyś ta chałupa wyleci w powietrze. Parę razy wzywałam fachowca z administracji. Podobno wszystko w porządku. A z termy ulatnia się gaz. Bo inaczej by nie śmierdziało. Albo mam przeczulone powonienie. Moja babcia twierdziła, że nadmiar wody niszczy ciało. Zamiast mydła używała głównie spirytusu; no i perfum. W mieszkaniu na okrągło dusiło jaśminem. Wuj w desperacji wykrzykiwał, że wolałby już jakiś swojski smród. Mama po prostu otwierała okna. Wówczas babcia straszyła nas zapaleniem płuc. A przeciąg przynosił zapachy podwórka. Powstawał specyficzny drobnomieszczański zaduch. Pod prysznicem wytrzymuję krótko. Piecyk gazowy ledwie zipie i leci letnia woda. Poza tym obawiam się o plasterki na pośladkach. Niby wodoodporne, lecz kto je tam wie. Smak kawy wciąż się oddala. Po natrysku koniecznie muszę się wysmarować. Ostatnio niepokojąco wysycha mi skóra. W takich chwilach odczuwam brak chłopa. Nie ma kto posmarować mi pleców. Spoglądam w lustro. Zwierciadełko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?. Nieco zaparowana tafla milczy jak zaklęta. Pewnie nie chce kłamać. Chociaż nie jest tak źle. Szczupła sylwetka, płaski brzuch; piersi na tyle małe, że nieźle imitują jędrność. A nóg mogą pozazdrościć mi nastolatki. Nie muszę nawet depilować goleni. Czy ja jestem bezkrytyczna? Dlatego, że staram się lubić siebie? Ależ taka postawa to fundament życiowej harmonii. Każdy poradnik samorealizacji otwiera przykazanie: Przede wszystkim zaakceptuj siebie. Ewa twierdzi, że to egoizm. Co nie znaczy, że ma inny patent na satysfakcję. Musi po prostu czymś szpanować, choćby kontestując poradniki. Inaczej pewnie popadłaby w zgorzknienie; jak każda stara panna, czy szerzej, 9

każda samotna kobieta. Chociaż stare panny to jednak gatunek specyficzny. Przynajmniej te, które znam. 7.38. Nie dość, że jeszcze nie wypiłam kawy, to na dodatek jestem głodna. A co tam, najpierw zapalę. Cholerny nałóg. Kilka razy próbowałam rzucać to paskudztwo. Raz prawie mi się udało. W internacie. Siedziała ze mną pewna lekarka. Odzwyczajała za pomocą akupresury. Naciskała sztyfcikiem z kości słoniowej odpowiednie punkty na stopie. Podobno nauczyła się tego w Tybecie. Owo masowanie przynosiło niesamowite efekty. Niezbyt mocny nacisk na odpowiednie miejsce wywoływał niewyobrażalny ból. Rysowała nam mapę stopy z receptorami odpowiedzialnymi za poszczególne narządy. Dni w odosobnieniu się dłużyły, więc koleżanki korzystały z okazji. Danka głównie wulkanizowała, jak to określałyśmy, trzustki, wątroby, nerki, jajniki... Mnie penetrowała zdegenerowane zakamarki mózgu. Niestety, dość szybko wyszłam z paki i straciłam z nią kontakt. A zaczęło się od braku fajek. Śpiewałyśmy wtedy refren andrusowskiej piosenki: gdy nie mam peta, słomę z wyra muszę ćmić. Niestety, nasze materace były gąbczaste. W normalnym kryminale zblatowałybyśmy klawiszy; bo czego nie robi się dla machory. Ale godność więźniarek politycznych była ponad to. Każda z nas z osobna miała słabą wolę. Jednak hartowała nas solidarność grupowa. I postawa Katarzyny nawiedzonej z Katowic. Na Śląsku nazywano ją zmorą bezpieki. Drukowała. Kolportowała. Agitowała. Organizowała zbiórki. Ośmieszała system. I skutecznie umykała łapsom. Po okrągłym stole swoi dali jej kopa. Pewnie była za pyskata; i za uczciwa. To ona właśnie przekonywała nas do wstrzemięźliwości. Czy nie wystarczy, dziewczyny, że bolszewia daje nam popalić?, pytała każdego ranka, gimnastykując się zawzięcie. Umiecie walczyć z komuną; a nie potraficie z własnym nałogiem?!. Opowiadała, że robota w podziemiu wyciągnęła ją z alkoholizmu, w który popadła po stracie męża. Zawał w kopalni. Pierwszy raz, gdy o tym wspomniała, zauważyłam domyślnie: serce nie wytrzymało. Coś ty, prychnęła gniewnie. Serce to on miał jak dzwon. Gorzej z płucami. Ale z pylicą mógłby pożyć jeszcze, ho, ho. Strop runął. Podganiali zobowiązanie na rocznicę rewolucji październikowej. To jest front wrzeszczał sztygar pierony! Nie obcyndalać się. No i trzech przestało obcyndalać się na wieczność. Komisja stwierdziła, że to ich wina. Jeszcze mój Karol doczeka się sprawiedliwości. Naiwna Kaśka. 8.07. O tej porze już pracowałam. To znaczy robiłam to samo, co teraz. Piłam kawę. I plotkowałam. Czemu nie pielęgnować 10

tradycji? Zadryndam do Heli. Albo nie. Ona o tej porze bywa nie do zniesienia. Wstaje wprawdzie wcześnie, ale budzi się dopiero koło południa. Ewa pracuje w banku i nie ma czasu na pogaduszki. Baśka? Jeszcze jej wpadnie do głowy, by mnie odwiedzić. Bo do siebie napewno nie zaprosi. Zazdrosna o swojego. A ten znów bez roboty. Kto dziś chce zatrudniać sześćdziesięciolatka. I co on potrafi? Całe życie był dyrektorem. Tylko inni umieli się ustawić w nowej rzeczywistości; a ten safanduła nie. Gdy likwidowano Stolbud, jego obrotni kumple zgarnęli maszyny, wykupili za grosze wysezonowane drewno, wynajęli hale i przyklepali stałych klientów. A wielki pan dyrektor liczył na to, że komitet mu pomoże; jak zwykle. Zapomniał bidula, że już w Stolbudzie upchnęli go z łaski. Szkoda chłopa. Do reszty zmarnieje. Zaniedbał się, schudł. Cień człowieka. A wszystko przez to, że nie chciał mnie słuchać. No cóż. Trudno na siłę układać komuś życie. Zakręcę do Teresy lub Bożeny. Jak to człowiek przywyka do utartych zwrotów. Od dawna używam przenośnego aparatu z klawiaturą, a wciąż myślę o wykręcaniu. Zupełnie jak moja babcia. Zdmuchnij światło, Wandziu, prosiła nieraz. Bardzo mnie to denerwowało. Babciu, próbowałam perswadować. Zdmuchnąć można świecę; a światło się gasi. A co to za różnica, wzruszała niezmiennie ramionami. Pół biedy z dmuchaniem światła. Do pasji doprowadzały mnie zwroty typu: mój tato mieli; moja mama mówili. Z kolei wuj próbował pouczać mnie. To gwara, mądralo; sól tej ziemi. Pewnie nie uwierzysz, lecz świat nie zaczął się od Rewolucji Październikowej. 8.21. O rety! Zapalam już trzeciego papierosa, niczym jakieś bezmóżdże. Co by tu zjeść? Dżem brzoskwiniowy? Twarożek? Byle nic pracochłonnego. Niedobrze! Dawniej pomyślałabym: nic kalorycznego. Eeee tam. Jeśli do tej pory nie utyłam, to sadło mi już nie grozi. A gdyby nawet... Wanda, uważaj co mówisz. Gdyby nawet co? Że niby komu przeszkadza stara baba z tłustym dupskiem? Wróć to tempo! Jaka stara baba?! Wiem. Dżem z twarożkiem. I kromka razowca. Koniecznie bez masła. Cholesterol zabija wigor. A niech zabija. Od rozmaitych diet można zgłupieć. Jakiś lekarz poleca tłusty boczek i jajka na smalcu. Chyba przesadza. Bożena próbowała tej metody. I przytyła 10 kilogramów. Twierdzi, że to uwarunkowania genetyczne. Możliwe. U niej w rodzinie same grubasy. Też bym spuchła, gdybym tak żarła. Inna specjalistka doradza wyłącznie warzywa, koniecznie surowe. A medycyna chińska każe gotować. 11

Cholery można dostać. Jem co lubię. I koniec. W takim razie zjem suchej krakowskiej, z musztardą. Pycha. A na deser dżemik. Chyba kupię sobie psa. We dwoje zawsze raźniej. Nigdy nie miałam własnego stworzenia. Wuj był uczulony na sierść. A i potem jakoś się nie składało. Dokarmiałam jedynie psa sąsiadów. Wabił się Cygan. Taki duży czarny kundel o spojrzeniu mordercy i sercu owieczki. Stróżował przy budzie na krótkim łańcuchu. Dawali mu jakieś pomyje i to rzadko. Warczał prawie na wszystkich; tylko do mnie merdał ogonem. Majewski, jego właściciel, odgrażał się, że mu utnie to machadło, żeby nie wdzięczył się do kapusia. Cygan był jedynym zwierzęciem na podwórku, nie licząc drobiu, szczurów i konia pana Wolińskiego. Ale konia i szczurów bardzo się bałam. A z kurami trudno było nawiązać kontakt. Choć czasami czułam, że bardziej rozumią mnie kwoki niż ludzie. Cygan. Słyszałam niedawno w parku, jak pewien facet, na oko trzydziestka z hakiem, strofował nastolatkę, gdy wołała do swego pieska, ślicznego pudelka, Murzyn. A byłabyś zadowolona, panienko, gdyby jakiś ciemnoskóry dżentelmen nazwał swego pudla Białas?. Skąd pan wie, że jestem panienką?, spytało dziecko rezolutnie. Poza tym nigdy nie widziałam białego pudla. Mogę ci pokazać, zaproponował facet. Wtedy z bocznej alejki przytruchtała jakaś dama, chyba matka dziewczynki. A wynocha, ty zboczeńcu, bo zawołam policję!. Poszedł jak zmyty. Cygana też by pewnie skrytykował. 8.45. Coraz głośniej u nas o pedofilach. Czy dawniej nie było takich zboczeńców? Pewnie byli, ale ludziom brakowało świadomości. Mnie nigdy nic takiego się nie przytrafiło. W każdym razie nie przypominam sobie. Parę razy widziałam wprawdzie Majewskiego w ustępie na podwórku. Lecz nie on jeden nie domykał drzwi. A jego żona sikała nieraz za śmietnikiem, bo się brzydziła ustępu. W każdym razie nie mam złych wspomnień z dzieciństwa. Wręcz odwrotnie. Pamiętam, że lubiłam siadać okrakiem wujowi na kolanie. W czasie takiej zabawy w konika mocno się wierciłam. Czułam wówczas przyjemne mrowienie w podbrzuszu. Chichotałam od tych łaskotek i tyle. Koleżanki podpytywane o podobne doświadczenia z dzieciństwa stroiły miny zgorszonych niewiniątek. Żadna nie przyznała się do takich doznań. I żadna nie była molestowana. No wiesz, ty chyba jesteś zboczona, niby żartem zauważyła któraś. Baśka? Teresa? Nieistotne. Wszystkie pozują na świętoszki. A czytałam, że erotyczną przyjemność odczuwają już kilkulatki. 12

Jakże niepokojąco blisko fonetycznie od słowa świętoszek do słowa świntuszek. Sama też mam coś na sumieniu. Dawne dzieje. Wpadłam kiedyś do Bożeny. Szykowała się w łazience. W pewnym momencie wyszła w samych majtkach poszukać w torebce kremu. Jej Tomek miał wtedy chyba 12 lat. Oglądał telewizję. Bożena pogrzebała w torebce, znalazła krem i wróciła do łazienki. Zapytałam ją potem, czy nie krępuje się paradować w negliżu przed synem. Odparła, że od dzieciństwa oswaja go z nagością. W małym mieszkaniu to ułatwia życie. Ale oczywiście nie kąpię się przy nim, dodała z naciskiem, wyznaczając granicę luzu w domowych pieleszach. Wkrótce poprosiła mnie, bym popilnowała przez dobę Tomka, bo musiała gdzieś pilnie wyjechać. Wieczorem przygotowałam chłopakowi kąpiel. Wspomniał, że mamusia zwykle myje mu plecy. Przyjęłam sugestię całkiem naturalnie. Szorowałam metodycznie całe ciało. Bez żadnej dwuznaczności dotarłam do pośladków. Bezwiednie sięgnęłam ręką między uda... W tym momencie higieniczny zabieg nabrał niepokojących akcentów. Nie mogłam się oprzeć. Bez żenady masowałam mu genitalia. A Tomkowi najwyraźniej sprawiało to przyjemność. Ten smyk, nad wiek rozwinięty, całkiem świadomie prowokował mnie erotycznie. A ja wmawiałam sobie, że to przecież tylko mały chłopiec. Teraz nie będę ściemniać. Byłam podekscytowana. Nie podniecona; lecz właśnie podekscytowana dwuznaczną sytuacją. Wyrósł na normalnego faceta. Ma żonę, dwie córki. I chyba ich nie molestuje. W każdym razie ja tego nie dociekam. Tak czy inaczej, zaliczy łam pedofilski eksces. Zaraz eksces. Epizod. W każdym razie nie dokonałam spustoszenia w jego psychice. On już taki był. Zdeprawowany? Wedle dzisiejszych standardów zapewne tak. Ale to kwestia definicji; rozróżnienia między złem a grzechem. Zło zawsze jest złem, rozpoznane czy nieuświadomione. Grzech to często konwencja, zadekretowana do wierzenia umowna norma. Jednym słowem, każde zło jest grzechem; nie każdy grzech jest złem. Chyba bluźnię? Teraz molestowaniem może być nawet przeciągłe spojrzenie na dekolt, lub wygłoszona modulowanym głosem prośba o pożyczenie długopisu. To się nazywa poprawność polityczna. Skąd ja wiem takie rzeczy? Pytam zupełnie jak Baśka. Rzucę jakieś zdanie, powiem cokolwiek; a ona zaraz: skąd wiesz?. Z wykopalisk, odpowiadam zwykle. Jeśli mnie kiedyś naprawdę wkurzy, to jej wypalę: zamiast głupio pytać, pilnuj lepiej swego Waldka; bo robi cię w trąbę. Ona jak zwykle zaintonuje zaczepnie: skąd wiesz?. Bo nie raz pieprzyliśmy się!, 13

wypalę z grubej rury. Akurat. W życiu się nie dowie. Chyba, że Waldi wypaple przez sen. 8.53. O tej porze zwykle zaczynałam kontrolę. Chodziłyśmy we dwie, z Teresą. Ona nie pracuje już ponad rok. Młodsza ode mnie, ale załatwiła sobie rentę. Ze strachu przed redukcją. Zwyczajnie spanikowała. Gdzie ja znajdę robotę w moim wieku? A firma ledwie zipie. Dawniej było nie do pomyślenia, żeby człowieka ruszyli z państwowego etatu. Przesadzała. Firma przędła po staremu. Tylko boki zmarniały. Wszystko co dobre się kończy. Dżem brzoskwiniowy także. No proszę, na etykietce stoi jak byk napisane: 35 dekagramów. Chyba razem ze słoikiem. Kłamią w żywe oczy. Gdzieżbym zjadła od wczoraj tyle dżemu?! Och, przepraszam. Od przedwczoraj. To też za dużo. Muszę koniecznie sprawdzić, czy nie szachrują z wagą. Pal sześć oszustów. Najwyżej przestanę kupować te ich marmolady. Kiedyś to były marmolady, powiedział by zapewne wuj, gdyby żył. Miałby teraz 92 lata. Sporo. Ja tylu nie dożyję. Bo i po co? Starzy ludzie są wyjątkowo upierdliwi. Już wyobrażam sobie wuja. Siedziałby, jak zwykle na swoim wózku i zrzędził. Przed wojną marmolada z buraków była smaczniejsza niż te perfumowane mazidła na konserwantach. A wędlina. Szkoda gadać. Toż to guma, wodnista guma. Wuj marudził od kiedy pamiętam. Ale z wiekiem robił się coraz bardziej nieznośny. A swe zgryzoty wyładowywał na mamie i na mnie. Mamę winił za to, że nie potrafiła wychować mnie na porządną Polkę; a mnie, że dałam się kupić reżimowi. O sobie też nie miał najlepszego mniemania; zwłaszcza gdy za dużo wypił. A dla niego za dużo to były dwie setki. Tak oceniała mama. Wtedy płakał i poniżał samego siebie. Jestem szmatą, zwykłą szmatą, mamrotał; nikomu nie potrzebnym śmieciem. Ciekawe czemu myślę o wuju wyłącznie jak o zgrzybiałym inwalidzie? Przecież paraliż dotknął go dopiero później; tuż przed moją banicją do Warszawy. Cholera, gdy mnie przeklinał, był jeszcze całkiem młodym facetem koło pięćdziesiątki. Na trzeźwo trzymał fason. Potrafił drwić z własnego kalectwa. Popatrz, Wandziu. Najpierw dopadło mnie gestapo. Potem bezpieka. Wreszcie paraliż. Gdybym mógł wybrać jedno nieszczęście, wybrałbym gestapo. Oni przynajmniej nie cuchnęli potem. Nie rozumiałam tej pokrętnej ironii. I w ogóle wuj mnie wkurzał. 9.15. Nigdzie nie dzwonię. Poczytam ogłoszenia. Kupiłam Swatkę w supermarkecie na drugim końcu miasta. Po co ta wścibska kioskarka z budki na rogu ma się głupio domyślać. Niby to nic zdrożnego. Ostatecznie jestem samotną wdową. I coś 14

mi się jeszcze od życia należy. Ale po cholerę dawać żer jakimś plotkarom. W marcu, bez uprzedzeń, kupiłam u niej poprzedni numer. Akurat przy kiosku stała ta z warzywniaka. Interes idzie jej marnie, bo towar zwozi chyba z wysypiska, więc lata na ploty. Gdybym kupowała również inne pisma, może uszłoby mi na sucho. Ale poprosiłam tylko o Swatkę. W dodatku baba źle usłyszała. Musiałam podnieść głos i wyskandować: swatkę, swatkę, a nie watkę. Aaa, swatkę, powtórzyła tamta jeszcze głośniej. To trzeba tak od razu. Na odchodnym usłyszałam, jak scenicznym szeptem próbowała zgorszyć sklepikarkę: że też w tym wieku jeszcze ją swędzi. Przestałam u niej kupować cokolwiek. Nadkładam drogi, a przechodząc koło kiosku demonstracyjnie wymachuję gazetami. Amator domowej atmosfery; z wyglądu 55; z usposobienia 35... Ambitny, niezależny; wzrost i wiek średni... Biznesmen bez nałogów, o niebanalnej aparycji... Opiekuńczy, szarmancki, nie przesadnie szczupły... Żeby choć jeden napisał prawdę. Lubię wypić. Mam łupież. Pocę się nadmiernie. Mam popsute zęby. Brak mi poczucia humoru. Kuśkę oglądam jedynie w lustrze, bo mi klejnoty zasłania bebech. Gdzie tam! Same Adonisy. Ten z wyglądu 55 pewnie przekroczył siedemdziesiątkę. Nieprzesadnie szczupły waży ze120 kilo. Średni wzrost zaczyna się u takiego od metr pięć w kapeluszu. Ciekawe, co oznacza niebanalna aparycja? Pewnie dziobaty. A jakie mają wymagania! Dla tych zalotników kobieta kończy się na pięćdziesiątce. Pożądane sześćdziesięciolatki można policzyć na palcach. Wszystkie starsze to truchło. Czy ja wyglądam jak truchło? Rozważam, czy wysłać ofertę. Chyba nie ten trop. Stare pierniki mnie nie interesują. Zaś młodzi nie mają pojęcia, ile mogłabym ich nauczyć. No i gwarantuję bezpieczny seks. Dam na przykład takie ogłoszenie: Wiecznie młoda o jędrnym ciele, bezpruderyjna, znająca tajniki kamasutry, pozna jurnego samca bez zahamowań; byle nie sadystę. Masochista mile widziany. W Swatce takich nie drukują. Ale są przecież pisma dla zboczeńców. Oj, chyba lasuje mi się mózg. To tylko chcica albo jak wolisz, fizjologia, powiedziałaby Bożena. A gdzie miejsce na uczucie? Chociaż teraz ludzie nowocześni(?) akceptują wszelkie układy. W programach telewizyjnych trafiam na takie numery, że dostaję mdłości. Że też tacy różni nie mają za grosz wstydu. Żeby tak wywlekać na pośmiewisko najintymniejsze tajemnice. Ekshibicjoniści do kwadratu. Jakoś nie potrafię znaleźć w 15

sobie tolerancji dla publicznego obnażania osobowości. Jakiej znowu osobowości? Raczej paranoi. Wczoraj dajmy na to, w Rozmowach nieustających... Te pogaduchy często mnie zniesmaczają. Lecz oglądam. Bo nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Coś pieprzę. Po prostu sycę w ten sposób swe wredne instynkty. Wczoraj świrowali Romeo i Julia. ona Ćwiklińska u kresu kariery. On Zbyszko z Bogdańca; wypisz, wymaluj, jej prawnuczek. Najważniejsze, że się kochają. I ja mam w to uwierzyć?! Akurat. Kupiła sobie baba jurnego byczka i tyle. W grę wchodzi również dewiacja. Pociąg seksualny do staruszek wcale nie jest rzadkością. Tak gdzieś wyczytałam. Tylko właściwie co w tym nienormalnego? Ciekawe, gdzie kończy się norma, a zaczyna zboczenie? Jaka różnica wieku powinna budzić niepokój? Na wszelki wypadek jestem czujna. Bo a nuż polecę na jakiegoś żółtodzioba i... Ale to dopiero najmarniej za dwadzieścia lat. W naszym podwórku też mieszkała taka para. On starszy od Bramy Floriańskiej. Ona Lolitka. Bez przerwy się awanturowali. Nieszczęsna Stefa wciąż chodziła posiniaczona. Ale na ciuchy jej nie żałował. Nazywano ją Unra, bo nosiła ubrania z amerykańskich darów. Na wszelkie sugestie, że ma męża łobuza i powinna donieść na drania albo go rzucić, reagowała histerią. Nie wasz zakichany interes! Dajcie wy mi wszyscy święty spokój! Kocham go! I tyle. W czasach bez seriali telewizyjnych tacy sąsiedzi byli nie do przecenienia. To jest chore, grzmiał wuj. A mama i babcia potakiwały. Ja, jak zwykle, miałam inne zdanie. Bo dla mnie oboje byli wystarczająco starzy. A że ją tłukł? Na złość wujowi powtórzyłam kiedyś zdanie zasłyszane na mieście, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije. Popatrzył na mnie smętnie i pokiwał głową: albo mózg. Już po przeprowadzce usłyszałam, że pan Ferdynand zabił żonę siekierą; a sam się powiesił. W mieście aż huczało od plotek. Podejrzewano, że to jego syn z pierwszego małżeństwa załatwił ojca i konkurentkę do spadku. Nie wyglądał na mordercę. Pan Ferdynand zresztą także nie; choć tłukł Stefę. Potem mówiono, że stary zabił ją z zazdrości. Typowy paranoik. Równie mocno mógł zaborczą miłością otoczyć szczotkę ryżową. Tak sugerowali lekarze. A może był nieszczęsnym, żądnym zemsty rogaczem? Podobno Stefa sypiała z pasierbem. Stare dzieje. Niczym z Szekspira. 10.03. Pora pomyśleć o obiedzie. Przez ostatnie lata jadałam w stołówce. Kucharki sypały sodę do zupy. Na szczęście unikam zup. Dosypywały też, niech je cholera, do kartofli. A kartofle 16

uwielbiam; odsmażane na słonince, do tego zsiadłe mleko. Kto dziś widział zsiadłe mleko? To z kartonu prędzej spleśnieje niż się zsiądzie. Kefir i jogurt mi szkodzą. Wuj miał rację z tymi konserwantami. W ogóle miał rację. Bardzo mnie denerwują tacy ludzie, którzy zawsze mają rację. Pojęłam to znacznie później; o wiele za późno. Od niedawna próbuję gotować. Z nudów? Z przekory. Moje przyjaciółki pozują na kobiety wyzwolone. Taka moda. Pizza na telefon; mrożonki; ciasto z cukierni. Nawet zupę grzybową na wigilię kupują w kartonach; a karpia po żydowsku w sprzedaży wysyłkowej. Odrobinę przesadzam, ale i do tego dojdzie. Totalny catering zniszczy tradycję. Dlatego sama prowadzę kuchnię. Stwarzam takie złudzenie domowego ogniska. Bez przesady, oczywiście. Gromadzę książki kucharskie i walczę. Bo z domu nie wyniosłam umiejętności pichcenia. We wczesnym dzieciństwie zaglądałam wprawdzie do kuchni. Jednak mama i babcia nie dawały mi zbyt wielu szans. Pobaw się lepiej na podwórku, Wandziu, słyszałam niezmiennie. A potem zostałam orędowniczką nowych czasów. Kobiety na rusztowania! Na traktory! Do tokarek! Moim ideałem, obok Pawki Morozowa, stała się Lidia Korabielnikowa. Ta dzielna robotnica leningradzkiej fabryki butów, cały dzień przepracowała na zaoszczędzonym surowcu. Dziś nie mogę uwierzyć, że mi to kiedyś imponowało. Bitki wołowe w sosie własnym, francuskie kluski i surówka z cykorii. Już słyszę lekceważący głos Baśki: też mi rewelacja; banalne danie barowe. A sama karmi Waldka pyzami z torebki. A francuskich klusek nie odróżnia pewnie od francuskiego klucza. Zresztą istotnie, bitki to nic wykwintnego. W dodatku te wściekłe krowy. Zwariować można. Jak nie salmonella, czy cholesterol, to priony, metale ciężkie Czy inna influenza. Już wiem! Gęsi pipek. Ptasia grypa jeszcze do nas nie dotarła. W sam raz na czterdziestą rocznicę ślubu. Specjalnie dla nas otwarto urząd stanu cywilnego. Mój Maurycy uzyskał zgodę z KC na ceremonię pierwszego maja. Pragniemy w dniu robotniczego święta zespolić radość i dumę z przynależności do klasy robotniczej, awangardy narodu, z naszym osobistym szczęściem, napisał w podaniu. On wystąpił w granatowym garniturze; ja w kremowej sukience z wiązanką białoczerwonych goździków, które, wedle słów Maurycego, stanowiły skromny akcent narodowy. Z mojej rodziny nikt nie przyjechał na wesele. Babcia przekonywała, że ślub należy brać w parafii panny młodej. Matka w ostateczności dopuszczała Warszawę. Tam jest tyle 17

pięknych kościołów. Wuj jedynie parskał pogardliwie. Maurycy Cukierski. W porządnej rodzinie takiej osoby nie wpuszcza się nawet na kuchenne schody. Wykrzyczałam mu z płaczem, że nie mam pojęcia co to są kuchenne schody. Cała ta rodzinna scysja była zresztą bez sensu. Bo nie zamierzaliśmy w ogóle brać ślubu kościelnego. Taki pomysł z daleka cuchnął nam drobnomieszczaństwem. Wygładzam. Wówczas używałam określenia kołtuństwo. Najbardziej jednak wpienił mnie argument mamy, że partyjni też przysięgają przed Panem Bogiem, chrzczą dzieci i posyłają je do pierwszej komunii; tylko po cichu, daleko od domu. Brzydzi mnie ta wasza drobnomieszczańska dwulicowość! Myślicie, że jesteście lepsi? Co wy wiecie o moralności socjalistycznej?! Gardzę wami! Waszym zakłamaniem! Waszymi przesądami! Waszym kołtuństwem!. Urządziłam w chałupie wiec na cztery fajerki. Tekst pochodził chyba z jakiejś socrealistycznej powieści. Już nie pamiętam. Rodzina wyrzuciła mnie z domu. Był to gest czysto symboliczny, gdyż od dawna mieszkałam w Warszawie. Moja mowa nie przeminęła z wiatrem. Po latach znalazłam ją w szpargałach mamy. Otóż wuj, wydobrzawszy po tym, jak go trafił szlag, napisał do mnie list. Papier podaniowy już pożółkł, atrament wyblaknął, a w niektórych miejscach jest rozmazany mymi łzami; ale treść wciąż pozostaje czytelna. Po śmierci mamy włożyłam dokument w plastikową koszulkę. Gdy chcę zrobić jakieś głupstwo, gdy podświadomie czuję, że zaczyna mi odbijać, biorę ten list do ręki. Nie czytam. Treść znam na pamięć. Wierzę, że niczym talizman, przestrzega mnie przed szaleństwem. Droga Wando, pisał wuj, ponieważ emocje są złym doradcą, przesyłam tekst twego wystąpienia na zebraniu rodzinnym. Przemyśl swe słowa i wypełnij deklarację. Aby nie sprawiać ci kłopotu, dołączam zaadresowaną kopertę ze stosownym znaczkiem. Pod wiernie spisanym moim bełkotem widniało zdanie: Ja, niżej podpisana, zgadzam się, nie zgadzam się (niepotrzebne skreślić) z powyższą opinią, wygłoszoną dnia 8 marca 1962 roku w obecności mojej najbliższej rodziny ; i miejsce na podpis. Skreśliłam zamaszyście czerwoną kredką: nie zgadzam się. I bez żadnego dopisku odesłałam. W ten sposób nasze kontakty urwały się na wiele lat. Wuja znów zobaczyłam dopiero w trumnie. 11.0. Początek maja, a upał jak w lipcu. Akurat. W lipcu zwykle leje. Klimat dostał bzika. Wszystko pewnie przez dziurę ozonową. A co mi tam. I tak nie przestanę używać dezodorantów. 18

Słyszałam, że Anglicy w czasie wojny oszczędzali wodę. Cała rodzina kąpała się po kolei w tej samej cieczy. Podobno w niektórych domach losowano kolejność albo ustalano grafik. To mogli wykoncypować tylko Angole. A może Szkoci? U nas by nie przeszło. No, rusz tyłek, Wanda, bo ci stawy zardzewieją. Niedobrze. Zaczynam mówić do siebie. Koniecznie muszę kupić psa. Zawsze to żywe stworzenie. I nigdy człowieka nie zdradzi. Chociaż, czy ja wiem? W Nowym Jorku facet zastrzelił swego wilczura. Wrócił wcześniej do domu i nakrył żonę kopulującą z owczarkiem alzackim. Mierzył do niej. Trafił psa. Teresa ma setera irlandzkiego. Nieraz w pełnej gotowości dobiera się do mojej nogi. Seter oczywiście. Brrry! Obrzydliwe. Raczej wybiorę sukę; jamniczkę albo coś w tym guście. Wielkie bydle nie nadaje się do bloku; a miniaturki to zdegenerowane karykatury. Czego to ludzie nie wymyślą. Maluśkie drzewka w doniczkach; telefony komórkowe, których klawisze trzeba wypatrywać przez lupę. Ale przecież nie sprawię sobie okularów specjalnie dla komórki. Mój internista radzi mi wizytę u okulisty. Co on tam wie. Ciekawe. Pomniejszają co się da; tylko kurczaki są coraz większe. Faszerują je pewnie hormonami. Zupełnie jak mnie. Mnie na szczęście wystarczają plasterki na pośladkach. I nie wiem co to klimaks. Mogę się każdemu chwalić regularnym okresem. Jak szpan, to szpan. Bo kto to sprawdzi. Jeszcze parę lat temu przez myśl mi nie przeszło, że można szpanować miesiączką. A tu im baby starsze, tym chętniej się obnoszą z tym kłopotem. Robią to niby od niechcenia. Chyba zmienię podpaski, rzuca taka ni stąd, ni Zowąd. widziałam w telewizji reklamę rewelacyjnych sztyftów. Tobie przydałby się inny sztyft, myślę wówczas. A głośno dodaję: przy regularnych okresach nie bardzo się nadają. To ty masz jeszcze regularny okres?, wypytują na wyprzódki. A wy nie?, dziwię się obłudnie. 11.55. Jeśli przed południem nie wyjdę z domu, niczego nie załatwię. W pracy o tej porze kończyłam już zwykle drugą kontrolę. Uchodziłam za drobiazgową i nieprzekupną. Kasą zajmowała się Teresa. Tworzyłyśmy zgrany duet. To ona nauczyła mnie procedury. Tak to nazywała. Procedura. W ogóle wprowadziła mnie w układy. Nie była zachłanna. Dla wszystkich starczy tego miodu; byle umieć się ustawić, powtarzała przy każdej okazji. Ważne, żeby nikomu nie robić wbrew. Cudzą krzywdą nikt się jeszcze nie najadł. 19

Na początku mnie obwąchiwała. Sprytnie starała się wyłuskiwać prawdę ze sterty plotek. Bo w pewnym sensie byłam osobą publiczną. Nazywano mnie Amerykanka. Wystrzałowe ciuchy. Szpanerska, jak na tamte czasy, bryka. Pretensjonalny akcent, o który dbałam bardziej niż o makijaż. Z tymi kluskami w gębie wytrwałam ponad rok. Wreszcie mi się to udawanie znudziło. O moim koncie dolarowym krążyły legendy. Stać mnie było nawet na biednego męża. Nadal mnie stać. A wybór mam nieograniczony, bowiem bogatych u nas jak na lekarstwo. No i ci jakoś na mnie nie lecą. Pierwszy raz spotkałam Teresę przy inspekcji mojego zakładu fryzjerskiego. W samym centrum otworzyłam supernowoczesny salon Manhattan. Zainwestowałam sporo grosza. Aż trudno uwierzyć, ale zrobiłam to z nudów. Roznosiła mnie energia. Skaperowałam najlepsze fryzjerki w mieście. U mnie zmieniły się w stylistki. Pognębiłam niemrawą konkurencję. Zjeżdżały do mnie klientki z Piotrkowa, Częstochowy; a trafiały się i z Warszawy. Jednak przed startem potrzebna była zgoda Teresy. Wparowała z jakąś drugą. Całe w uśmiechach; życzliwe światu i ludziom. Och, cóż za oryginalne wnętrze. Zupełnie jak w Paryżu, tokowały między sobą. Identyczne widziałam w Nowym Jorku, dołączyłam uprzejmie do zachwytów. Czego się panie napiją?. A co się pija o tej porze w Nowym Jorku?. Teresa dawała do zrozumienia, że jest otwarta na wszelkie propozycje. Spojrzałam na zegarek. Teraz tam jest noc; więc pewnie drinki w dyskotekach, zauważyłam refleksyjnie. A to zbieg okoliczności, zaświergoliła Teresa. Właśnie wracamy z Nimfy. W takim razie jeszcze drinka, zaproponowałam spontanicznie. Dlaczego jeszcze?, zimnym tonem spytała ta druga. I pociągnęła na tym samym oddechu: Ma pani oczywiście atesty na te suszarki?. Ależ one są jeszcze na gwarancji!. Gwarancja to jedno, nie ustępowała, a homologacja drugie. Pani Zosiu, co pani taka prędka. Zupełnie jak z tymi pisuarami, Teresa zachichotała. Oku pani Zosi nie ujdzie żadne uchybienie, dodała pojednawczo. Nie miałam już wątpliwości. Obie były na rauszu. Jedna podchmielona na wesoło, druga służbiście. Po latach zmieniłam Zofię. Nie wytrzymała parcia procedury. Zbyt serio traktowała swą rolę surowej inspektorki. Uwierzyła w misję. Fakt, że czasy były ku temu sposobne. Optymiści sądzili, że w ludziach, po długiej przerwie, obudziło się poczucie przyzwoitości. Ta pierwsza lekcja procedury potrwała do późnego wieczora. Obciągnęłyśmy we trzy Cezara. Przy jugosłowiańskim koniaku 20

obgadałyśmy szczegóły. Darmowe strzyżenie, kolor i trwała ondulacja w miarę potrzeb. Tanio. Byłam na tyle bezczelna, że zastrzegłam: ale kieszonkowe dajecie same. Teresa nie posiadała się z oburzenia. A co, masz nas za jakieś dziadówy. Wiemy, co się należy klasie robotniczej. 12.11. I po hejnale. Staję się rozlazła. Nie mam nic, co organizowałoby mi czas. Nie licząc seriali. O 17.30 muszę oglądać Familię. Gdy brak własnej rodziny, człowiek wczuwa się w losy z ekranu. Ciekawe, czy Karolina zaszła w ciążę? Ma bezpłodnego męża. Lecz jeszcze o tym nie wie. Poszła w tango tylko raz, ze swym dawnym chłopakiem ze szkoły. Pragnęła przypomnieć sobie młodość. Też znalazła sposób. Stara miłość zardzewiała i wcale nie było fajnie. Za to skutecznie. Głupia cipa. Rozgarnięta, bywała w świecie, a idzie na żywioł. Karolina jest mniej więcej w wieku mojej Marysi. Cholera, dlaczego myśląc o rodzinie, zapominam o córce? Hasło: rodzina, odzew: wuj, mama, babcia. Wcale nie uważam się za wyrodną matkę; raczej za ofiarę. Ostatnio Maria dzwoniła do mnie chyba dwa lata temu. Łamaną polszczyzną poinformowała, że znów zostałam babcią. Wciąż zapominam imienia tego czwartego. Artur? Nie. Artur to najstarszy. Ma już chyba 15 lat. Potem Raichel i Elen. Eleonora powinna w tym roku przystąpić do pierwszej komunii. Co ja plotę! Sama sobie jestem winna. Nie powalczyłam o córkę, to co dopiero o wnuki. Już wiem. Albert; jak Woliński z mojego podwórka. Zapytałam nawet złośliwie, czemu dała mu imię po dorożkarzu. Nie wiedziała, kto to taki dorożkarz; ale dumnie wyjaśniła, że to na cześć Alberta Einsteina. Jej mąż jest fizykiem jądrowym. Podobno ma szansę na Nobla; tylko musi się trochę zestarzeć. I pomyśleć, że mogę zostać teściową noblisty. Mało mnie to rajcuje. Pieprzę go razem z jego Noblem. Zmarnował mi jedyne dziecko. Do puki Maria nie wyszła za mąż, utrzymywałyśmy ścisły kontakt. Kilka razy przyjeżdżała do Polski na wakacje. Śpiewałyśmy razem kolędy. Sąsiedzi uważali, że coś nam odbiło, żeby Pójdźmy wszyscy do stajenki wyśpiewywać w lipcu. Miałam chyba 10 albo 11 lat, gdy w naszym kinie Metalowiec (co za urocza nazwa dla kina), zorganizowano imprezę dla dzieci, z okazji rocznicy rewolucji bolszewickiej. Wtedy mówiło się: Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa. W programie był konkurs na interpretację pieśni rewolucyjnej. Ponieważ ładnie śpiewałam, szkoła wytypowała mnie do prezentacji szlagieru Czerwony Sztandar. Całymi godzinami ćwiczyłam z przejęciem ukłony, gesty, miny i oczywiście 21