Jolanta Yorika Rebejko Strony: 9, 12, 21, 68, 84, 87, 91,109 oraz fragment ilustracji w stopce

Wielkość: px
Rozpocząć pokaz od strony:

Download "Jolanta Yorika Rebejko Strony: 9, 12, 21, 68, 84, 87, 91,109 oraz fragment ilustracji w stopce"

Transkrypt

1 Krzysztof Baranowski

2 Autor Krzysztof Baranowski Tytuł Punk Tadeusz Ilustracje Jolanta Yorika Rebejko Strony: 9, 12, 21, 68, 84, 87, 91,109 oraz fragment ilustracji w stopce Patrycja Przełucka Strony: 3 i 132, oraz okładka i obrazki przed epizodami Wydawca Szortal 2

3 Zagajenie Być może w tej historii trafisz na opis jakiegoś łona. Nie będzie to jednakże z całą pewnością łono przyrody. Jeżeli poczujesz się rozczarowany tym faktem, możesz pojechać do Mrągowa i sam zobaczyć jak to wszystko wygląda. Jeśli natomiast opisy przyrody stanowią dla Ciebie największą radość z lektury, odpuść sobie moją opowieść i czytaj Orzeszkową. Punkowy boom początku lat osiemdziesiątych to było coś. Anarchia w sercu, ramoneska na grzbiecie, Jarocin, Róbrege. Czad. Ale to było, jakby nie patrzeć, w minionym stuleciu. Kiedy dzisiaj widzę młodych gniewnych, buntowników spowitych w czerń, w martensach za sześćset złotych, chce mi się śmiać. A kiedy już wyśmieję się do woli, przychodzi czas na refleksję. Bywa wtedy, że łezka zakręci mi się w oku, spłynie po policzku i kapnie na nowy krawat zostawiając na nim brzydką plamkę. Po dniu spędzonym w biurze wracam do domu. Zdejmuję pantofle, odwieszam do szafy garnitur, siadam w fotelu i słucham starych nagrań Dezertera. Elektryczna poduszka grzeje moje plecy. Małymi łyczkami popijam ciepłe mleko i wspominam dawne, dobre czasy. I zastanawiam się, czy pozostał jeszcze chociaż jeden punk dinozaur, z przerzedzonym przez czas irokezem, w powycieranej na łokciach skórze i dziurawych glanach. Pozostał......PUNK TADEUSZ 3

4 Epizod I Dlaczego u nas nie ma bohatera KRYZYS Tadeusz, siedział nad brzegiem jeziora i pił winko. Winko było proste. Tadeusz również. Dobrze im było razem. Wspominali sobie Jarocin w To znaczy, winko było oczywiście zbyt młode, by pamiętać tak odległe czasy. Szczerze mówiąc było zbyt młode, by pamiętać ubiegły czwartek. Jednakże jego cierpki smak, w którym nieznacznie tylko pobrzmiewały nuty spleśniałego soku malinowego, działał dziwnie odświeżająco na pamięć Tadeusza. A ten wprawiał się właśnie w stan, który mnisi buddyjscy określają mianem nirwany. Dziwni ci ludzie medytują latami, by osiągnąć coś, na co Tadeusz potrzebował mniej więcej godziny. I nawet nie musiał zakładać nogi za ucho. RAZ, DWA, TRZY... RAZ, DWA,TRZY... SŁYCHAĆ MNIE? rozległo się nagle gdzieś w koronach drzew. Tadeusz podskoczył. To znaczy, podskoczyłby na pewno gdyby nie promile. Owe sympatyczne, acz podstępne, małe łobuzy buszujące po całym organizmie sprawiały, że jedyną dostępną formą aktywności fizycznej było dla niego w tej chwili oddychanie. I mruganie oczami. Od czasu do czasu. Trzeba jednak przyznać, że prawie drgnął. CZY JA W OGÓLE DOBRZE TRAFIŁEM? GDZIE JEST TA PIEPRZONA MAPA. POPATRZMY... OLSZTYN, POTEM KAWAŁEK NA GIŻYCKO... MRĄGOWO... NO ZGADA SIĘ! Tadeusz poczuł, że trzeźwieje. Nie było to przyjemne uczucie i dlatego unikał go jak tylko potrafił. Coś jednak powstrzymywało go przed sięgnięciem po kolejną butelkę. Cholera, słyszał głos, a nie widział osoby. Wcześniej zdarzało mu się tylko gdy rozmawiał przez telefon. Czyżby nadeszła owa słynna, przepowiadana od lat delirka. Przecież wypił tylko trzy winka! ZARAZ... NIESPOTYKANA FLUKTUACJA MOCY... TAAAK... TYLKO DLACZEGO JEST TAK CIEMNO? Bo jest noc odezwał się, niespodziewanie nawet dla samego siebie, Tadeusz. NO TO CO, ŻE NOC. W TAKIM NA PRZYKŁAD LAS VEGAS... O JASNY GWINT! CZYŻBYM ROZMAWIAŁ Z WYBRANYM? Wybrali mnie kiedyś najlepiej przebranym studentem toruńskich juwenaliów. Odebrali mi tytuł, kiedy się okazało, że to moje zwyczajne ciuchy. Ale chyba nie o to ci chodziło? A propos o co właściwie chodzi? Kim jesteś, gdzie w ogóle jesteś i czego lub kogo tutaj szukasz? ZANIM ODPOWIEM NA TWOJE PYTANIA, JEŻELI W OGÓLE ODPOWIEM, MUSZĘ MIEĆ PEWNOŚĆ, ŻE ROZMAWIAM Z WŁAŚCIWĄ OSOBĄ. CHYBA PODDAM CIĘ KILKU PRÓBOM... Jakim próbom? wpadł mu w słowo lekko przycykany Tadeusz. NA POCZĄTEK SPRÓBUJ MOŻE WSTAĆ. Tadeusz wstał, już za czwartym podejściem. Oparł się tyłkiem o pień drzewa, wsadził ręce w kieszenie ramoneski i wyzywająco spojrzał w ciemność nad głową. 4

5 BRAWO! trudno było oprzeć się wrażeniu, że tajemniczy Głos naśmiewa się z jego, było nie było uwieńczonych sukcesem, wysiłków CO BY CI TU... NO NIE WIEM... MOŻE SYRENY...? Syreny? Takie ryby z cyckami? ucieszył się Tadeusz. Ale zaraz spochmurniał. Cycki owszem, były w porządku. Lubił cycki. Ale nie cierpiał ryb. NIE, SYRENY WYDAJĄ SIĘ BANALNE. MAM! JAK SPADAĆ TO Z WYSOKIEGO KONIA. ZOBACZYMY JAK SOBIE PORADZISZ Z TYM... Nagle zrobiło się cicho i jakby ciemniej. I tak jakoś straszno. Tadeusz miał właśnie rozejrzeć się czujnie, gdy coś tknęło. Dość silnie. W tył głowy. Upadł, trafiając twarzą w nieprzyjemnie miękką maź. Ale gówno mruknął pod nosem. I niestety miał rację. Fuj! Tego było zbyt wiele, nawet dla spokojnego anarchizującego pacyfisty. Tadeusz poczuł, że łagodnie do tej pory pulsujące w jego żyłach winko zaczyna wrzeć. Drgnął jak rażony prądem. Albo jak przy silnym ataku pijackiej czkawki. Oba te uczucia nie były mu obce, choć tego drugiego doznawał znacznie częściej. Dziwna siła wypełniła wszystkie jego członki. Ale głównie ręce i nogi. Poderwał się błyskawicznie i odwrócił z krzykiem. A potem pokrzyczał jeszcze trochę i zamilkł. Więc jednak delirka stwierdził z niejaką ulgą. To co zobaczył nie mogło być rzeczywiste. Nawet jako majak z trudem mieściło się we wcale nie małych granicach jego wyobraźni. Składało się głównie z kozy. To znaczy miało kopytka, wymiona i skołtunioną sierść. Ale z koziego zadu wyrastał długi i wijący się nieprzyjemnie wężowy ogon. A jeśli chodzi o łeb... Cóż, dziwne bydlę miało również łeb, nie inaczej. A właściwie zupełnie inaczej. Brakowało bowiem na nim przysłowiowej koziej bródki i rogów. Ich miejsce zajmowała potężna głowa Lwa. Ja go gdzieś widziałem, chyba w Wiadomościach? pomyślał Tadeusz patrząc Lwu prosto w oczy. Nie zdążył jednak sobie przypomnieć, bo w tym właśnie momencie poczwara zionęła ogniem. Tadeusz, nie myśląc wiele zionął również. Zaskoczony patrzył, jak dwie kule ognia spotykają się w połowie drogi i eksplodują, sypiąc dokoła iskrami. O rany, co to było? przemknęło mu przez głowę. Zanim jednak zdołał zastanowić się nad przedziwnymi właściwościami własnego oddechu, potwór ponowił atak. Tym razem jednak, stwierdziwszy widocznie, że ogniem niewiele zdziała, stanął na tylnych nogach i z ciężkich, nabrzmiałych kozich wymion wypuścił dwie silne strugi białej cieczy. Tylko nie to! Tylko nie mleko! wrzasnął Tadeusz. I niespodziewanie dla samego siebie zaatakował. Uchylił się przed zmierzającą ku jego twarzy białą śmiercią i wyskoczywszy wysoko w powietrze, wyprowadził pięknego kopniaka. Obunóż. Widział to kiedyś w jakimś filmie z Brucem Lee. W chwili gdy jego glany uderzyły w otwartą ze zdumienia Lwią paszczę, rozległo się głośne dupnięcie i bestia zniknęła. Tadeusz wylądował na plecach. Poleżał chwilę z trudem łapiąc powietrze, a potem poczołgał się do swojego plecaka. Wyciągnął winko, zębami zerwał kapsel i jednym, długim łykiem osuszył butelkę. NIEŹLE, NAPRAWDĘ NIEŹLE odezwał się Głos. Nie wiadomo, czy chodziło mu o walkę, czy o konsumpcyjne umiejętności Tadeusza. Nieźle? wkurzył się stary punkowiec. Nieźle? Siedzę sobie spokojnie nad jeziorkiem, piję winko, potem słyszę głosy... NIE GŁOSY, TYLKO GŁOS poprawił Głos....chwilę później walczę z jakimś cholernym zoologicznym puzzlem, a ty mi mówisz nieźle? NO FAKTYCZNIE, MASZ PRAWO CZUĆ SIĘ NIECO ZDEZORIENTOWANY. A do tego wszystkiego pluję ogniem!!! 5

6 AKURAT TO NIE POWINNO CIĘ DZIWIĆ. PAMIĘTASZ NAPIS: ZAWARTOŚĆ SO 2 DO CZTERDZIESTU PROCENT OBJĘTOŚCI? TO CZEGO SIĘ SPODZIEWAŁEŚ? FIOŁKÓW? OD DWUDZIESTU LAT WCHŁANIASZ MOC TANIEGO WINA, NADSZEDŁ CZAS ABYŚ TĘ MOC WYKORZYSTAŁ. Mam to w dupie, wiesz? Tadeusz otworzył ostatnią butelkę. Winko zaczynało działać. Powolutku ogarniał go znajomy błogostan. NIE MASZ WYJŚCIA. TO MOC WYZNACZYŁA CI ROLĘ SUPERBOHATERA. JA ZAŚ MAM BYĆ TWOIM MENTOREM I OPIEKUNEM. JESTEŚMY NA SIEBIE SKAZANI. Nigdy nie byłem na nic skazany... Ekhm. Kolegium się nie liczy. Zresztą, to była pomyłka. Odwal się. POPATRZ DOOKOŁA. Głos zabrzmiał patetycznie ILE ZŁA I NIEGODZIWOŚCI JEST NA ŚWIECIE. DYSPONUJĄC MOCĄ, MÓGŁBYŚ TO ZMIENIĆ. POMYŚL O TYM. Tadeusz pomyślał. Pociągnął kilka łyków. Pomyślał jeszcze raz. Faktycznie, zawsze uważał, że świat jest wyjątkowo porąbany. Ale już dawno przestał wierzyć, że może to zmienić. Jego poglądy, szczeniackie rojenia o wolności, pokoju, równości i temu podobnych pierdołach nie wytrzymały zderzenia z twardą rzeczywistością. Teraz miał szansę zawalczyć. I podobno miał Moc. Taka okazja może się więcej nie powtórzyć. Czuł, że zaczyna mięknąć. Na wszelki wypadek postanowił jeszcze wyjaśnić rzecz najważniejszą. Dobra. Słuchaj. Mogę być tym twoim Batmanem... BATMANEM? Głos tym razem sprawiał wrażenie wyraźnie rozbawionego. CHYBA RACZEJ JABOLMANEM. ŻE TEŻ MOC MUSIAŁA WYBRAĆ WŁAŚNIE CIEBIE. CHMMM... YABOLMAN??? WIESZ, TO NAWET NIEŹLE BRZMI. Niech będzie. Mogę być Yabolmanem, ale tylko pod warunkiem, że nie będę musiał płacić ZUS u. JAKIEGO ZUS U? zdziwił się Głos. DLACZEGO MIAŁBYŚ PŁACIĆ JAKIŚ ZUS? Nikt nie wie dlaczego, ale wszyscy płacą oznajmił ponuro Tadeusz. Dokończył winko i miękko opadł na murawę. W sumie chrzanić ZUS. Jakoś to będzie. I tak już podjął decyzję. No i co dalej? spytał sennie. DALEJ? FAJNIE BĘDZIE. WALKA I CHWAŁA. Z CHIMERĄ SOBIE PORADZIEŁEŚ PRAWIE ŚPIEWAJĄCO. JAK NABIERZESZ TROCHĘ WPRAWY, KAŻDEMU DASZ RADĘ. To była chimera? Taka jak w starożytnej Grecji? Nie mogłeś wymyślić czegoś współcześniejszego? Grecja! Też coś! NIE ŚMIEJ SIĘ Z GREKÓW. ONI JESZCZE NIE POWIEDZIELI OSTATNIEGO SŁOWA. MOGĄ KIEDYŚ, CZY JA WIEM, ZOSTAĆ NA PRZYKŁAD MISTRZAMI EUROPY W PIŁCE NOŻNEJ. ALBO COŚ W TYM RODZAJU. Nie przesadzaj Tadeusz, chociaż nie znał się za bardzo na piłce nożnej, uśmiechnął się z pobłażaniem Aha, słuchaj, tak się zastanawiam, co to właściwie jest ta wyjątkowa fluktuacja mocy, o której mówiłeś na początku. NIE MAM POJĘCIA. ALE NIEŹLE BRZMIAŁO, NIE? DOBRA, NA RAZIE SPADAM. BYWAJ YABOLMANIE. DO USŁYSZENIA. Życie, kurwa, jest nowelą szepnął Tadeusz parafrazując nieco słowa wieszcza. I urwał mu się film. 6

7 Epizod II "Sex and violence THE EXPLOITED Park jakich wiele. Olbrzymie drzewa, gęste krzaki, kilka porośniętych trawą starych, poniemieckich grobów. Zmierzchało. Tadeusz oparty plecami o betonowy krzyż ściągnął zębami kapsel z kolejnej butelki. Poniuchał raz i drugi. Świeżynka pomyślał i mlasnął z lubością palce lizać. Zza zakrętu ścieżki wyłoniła się dziewczyna. Młodziutka, najwyżej szesnastoletnia. Tadeusz zerknął zaciekawiony. Krótko obcięte, czerwone, nastroszone czupurnie włosy odsłaniały kształtne, przekłute chyba taśmowo uszy, w których połyskiwały srebrzyście rzędy agrafek. Spomiędzy oczek siateczkowej koszulki wyglądały ciekawie na świat sutki nieskrępowanych stanikiem jędrnych, cudownie stromych cycuszków. Kusa, skórzana spódniczka opinała kształtne bioderka, nie zakrywając prawie wcale równie kształtnej pupci. Długie, porażająco długie, zgrabne nogi obute w ciężkie glany dopełniały obrazu. Butelka wyśliznęła się ze spotniałej nagle dłoni Tadeusza i z trzaskiem rozbiła się o nagrobek. Nie mógł oderwać wzroku od dziewczyny. Świeżynka pomyślał i mlasnął z lubością palce lizać. Przez przesłaniającą mu z wolna oczy czerwoną mgłę dostrzegł przyczepioną na krągłości pośladka naszywkę z napisem The Offspring. Czar prysł. Punk is dead, westchnął pora umierać. Dopiero teraz dostrzegł okruchy szkła i szybko wsiąkającą w ziemię winną kałużę pod stopami. Jasna cholera sięgną do kieszeni po garść drobnych Jakie to szczęście, że Biedronka jest tak blisko. Tymczasem czerwonowłosa szła dalej. I coraz bardziej zagłębiała się w półmrok parkowych ścieżynek. Gałęzie drzew opuszczały się coraz niżej, gęstniały krzaki. Gęstniała również atmosfera grozy. Brakowało tylko wycia wilków. Zamiast niego rozległ się mrożący krew w żyłach szelest ortalionu. Spoza pnia ogromnego dębu wyszło trzech odzianych w różnokolorowe dresy mężczyzn. Ten W Zielonym podszedł do dziewczyny i położył jej rękę na ramieniu. Witaj w zakątku rozkoszy dziecino wychrypiał i uśmiechnął się obrzydliwie. Robiłaś to kiedyś na cmentarzu? Robiłam co? spytała naiwnie, w przerażeniu szybko mrugając powiekami. Niewiniątko zarechotał lubieżnie Ten W Niebieskim. To można zmienić mruknął Ten W Pomarańczowym ocierając zbierającą się w kącikach ust ślinę chodź do tatusia maleńka. Rzucili się na dziewczynę i błyskawicznie pozbawili ją, skąpego w końcu przyodziewku. Rzućcie ją na tamten grób zawołał Ten W Niebieskim gorączkowo szarpiąc tasiemkę przy portkach i przytrzymajcie ręce. A nogi? spytał Ten W Pomarańczowym. Nogi się nie liczą. Nogi idą na bok. Sam sobie poradzę. 7

8 I już po chwili leżała nieboga na zimnym, porośniętym mchem nagrobku naga i drżąca, a śliczne piersi unosiły się i opadały w rytmie przyspieszonego strachem oddechu. W powietrzu pojawiła się nie wiadomo skąd silna woń sfermentowanych jabłek. Co tak śmierdzi? spytał Ten W Niebieskim, który zaplątany w opuszczone do kolan spodnie pochylał się właśnie nad bezbronną ofiarą. To ja odpowiedział skromnie uśmiechnięty Tadeusz pojawiając się nagle za jego plecami. Co za ja? Kim ty, cholera jesteś? Jestem tym, który stoi na straży porządku i czasami prawa. Obrońcą słabych i pokrzywdzonych. Yabolman wiedział, że to co mówi brzmi kretyńsko. Ale mocno wczuł się w rolę i, kurczę, podobało mu się to. Zaczerpnął więc głęboko powietrza i kontynuował jestem bezimiennym bohaterem, walczącym samotnie ze złem. Znaczy, jakiś psychiczny stwierdził Ten W Pomarańczowym, patrząc niepewnie na swoich towarzyszy. Tadeusz przypomniał sobie oglądane we wczesnej młodości filmy: Jesteście chorobą, a ja jestem lekarstwem na tę chorobę. Patrzę na was, ludzkie śmieci i wiem o czym teraz myślicie. Zastanawiacie się czy to wasz szczęśliwy dzień. Czy strzeliłem pięć czy sześć razy owładnięty gorączką oratorską nawet nie zauważył jak bardzo się zagalopował. Dość tego męty. Proszę natychmiast przeprosić panią, ubrać i puścić wolno. Psychiczny, czy nie psychiczny, nikt nie będzie nam psuł zabawy. Brać szmaciarza krzyknął Ten W Zielonym i cała trójka rzuciła się na Tadeusza. To była chwila. Celny kopniak wyprowadzony ciężkim glanem prosto w narzędzie niedoszłego gwałtu już na wstępie wyeliminował pierwszego z oprychów. Jeszcze tylko dwa plunięcia i na placu boju pozostał jedynie jęczący płaczliwie kłębuszek i smród spalonej Pumy. Wielki Igrek odwrócił się w stronę cudownie ocalonej. Leżała tak, jak pozostawili ją dresiarze. Zaczął podziwiać czubki swoich butów i dziwnie speszony wybąkał: Jesteś już bezpieczna. Możesz się ubrać. Naga Wenus w oka mgnieniu przeobraziła się w nagą Furię. No i co? Dumny z siebie jesteś? Dumny? Po jaką cholerę się wtrącałeś? Krzycząc zbliżała się do niego. Zaskoczony cofał się krok za krokiem. Był całkowicie zdezorientowany. Nie było to dla niego niczym nowym, ale tym razem czuł się z tym szczególnie źle. Już miał się odwrócić i najnormalniej w świecie uciec, kiedy poczuł za plecami chropowaty pień drzewa. Możliwość ucieczki przepadła. Musiał stawić czoła rozwrzeszczanej nagusce. A ta była coraz bliżej. Od dwóch miesięcy włóczę się jak głupia po tym zasranym parku. Ubieram się jak dziwka, prowokuję... Wiesz jak tyłek marznie w takiej miniówce? I kiedy prawie się udało ty wpadasz i wszystko rozwalasz. Myślisz, że tak łatwo znaleźć kawał porządnego chłopa? Nie jakiegoś dyskotekowego mydłka z rozporkiem na kolanach, naszprycowanego prochami impotenta, tylko mężczyznę z krwi i kości... Bliżej podejść nie mogła. Jej powiedzmy tors musnął zamek jego wyświechtanej kurtki. Przeskoczyła iskra. Auć! jej wzrok dziwnie złagodniał. Co więcej, zaczął niepokojąco mętnieć Wiesz, co? Z ciebie też niczego sobie z ciebie facet. Drobne dłonie spoczęły na jego pośladkach. Zaczynał się naprawdę bać. Spanikowane serce coraz silniej tłukło się w jego piersi. Zresztą, może to nie była panika. Wiesz mruczała przylegając do niego całym ciałem. Bardzo, jak stwierdził, ciepłym i przyjemnym w dotyku. Wiesz, chyba będziesz musiał naprawić to, co tak beztrosko zepsułeś. Co miał zrobić naprawił. 8

9 9

10 Epizod III Lubię jak się piwo pieni ZDROWA WODA Był grudzień. Śnieg do kolan, minus trzydzieści na termometrze mazurska normalka. Święte Mikołaje wcześniej niż zwykle powróciły z zimnych krajów i małymi stadkami włóczyły się po ulicach miasta. Zapłakany Dziadek Mróz, ściskający w przemarzniętej dłoni butelkę ukraińskiego spirytusu, pytał przechodniów o drogę na Suwałki. Dzieci lepiły bałwany, bałwany przygotowywały się do wiosennych wyborów samorządowych. Działo się wiele. Nie zawsze, niestety, dobrze. Oto bowiem krótko przed świętami zaczęło znikać piwo. Z piwniczek barów, z magazynów sklepowych, nawet z prywatnych lodówek. Żadnych śladów, nienaruszone zamki i kłódki. Puste beczki, butelki i puszki. Blady strach padł na miejscowych piwoszy. Jeszcze dwa, trzy tygodnie i przyjdzie zanurzyć gęby w czymś (przepraszam za wyrażenie) bezalkoholowym. Zwołany naprędce sztab kryzysowy nie potrafił znaleźć żadnego wyjścia z dramatycznej sytuacji. Wielogodzinne narady zakończyły się kompletnym fiaskiem. Wszyscy pospuszczali nosy na kwintę. Panowie mówił pan Dareczek, właściciel największej w okolicy hurtowni alkoholowej sprawa jest beznadziejna. Nie ma piwa i nie ma winnych... Winnych? Powiedziałeś: winnych? spytał ożywiony nagle pan Januszek z baru U Januszka chłopaki, wiem kto może nam pomóc. Wśród miejscowego menelstwa krąży od pewnego czasu legenda o kimś w rodzaju rodzimego Supermana. Wiecie: walczy ze złem, jest szlachetny, uczciwy i bezinteresowny... Na bezinteresowność specjalnie bym na waszym miejscu nie liczył stwierdził Yabolman pojawiając się nagle pomiędzy obradującymi ale za dwie kraty wina mogę rozwiązać wasz problem. I dlatego właśnie w wigilijne przedpołudnie Tadeusz siedział na beczkach w kącie hurtowni pana Dareczka. Popijał zaliczkę i nucił pod nosem kolędy. Przerwał mu syk otwierających się butelek. Piwo zaczęło się wylewać, burzyć i pienić. Piany wciąż przybywało i wkrótce pokryła całą podłogę. A wtedy wynurzyła się z niej przecudna dziewczyna. Jej jedynym okryciem były długie prawie do pasa, bursztynowego koloru dready. Miała piwne oczy i jasne, pełne piersi. Smukłymi palcami zbierała otaczającą ją zewsząd piwną pianę i zlizywała ze smakiem. Tadeusz po krótkiej chwili otrząsnął się z zachwytu i pragnąc zwrócić na siebie uwagę pięknej nieznajomej, chrząknął znacząco. Zapomniał o swojej mocy. Jedna ze ścianek działowych runęła z hukiem. Piwna zjawa odwróciła się z cichym okrzykiem przestrachu. Kim jesteś? zapytała zasłaniając dłońmi co ciekawsze fragmenty swojego bajecznego ciała i co tutaj robisz? Jestem Yabolman. Czekam tu na złodzieja browarków. Mam go złapać i oddać w ręce sprawiedliwości odpowiedział zgodnie z prawdą. I wydaje mi się, że właśnie skończyło się moje oczekiwanie. Ręce do góry zakończył z głupia frant, z nadzieją, że usłucha tego wezwania. 10

11 Chcesz mnie aresztować? zdziwiła się, nie podnosząc jednak rąk. Tadeusz mruknął coś rozczarowany. Nie wyglądasz na glinę. Ja gliną? Daj spokój, za kogo ty mnie masz. Jestem zwyczajnym, najemnym, obdarzonym super mocą herosem skromnie spuścił wzrok. W tym momencie otrzymał silne uderzenie w potylicę i stracił przytomność. Ocknął się po kilku minutach. Leżał na podłodze z głową wspartą na łonie nieznajomej. Było mu mięciutko i przyjemnie. Jej biust oglądany z tej perspektywy był doprawdy imponujący. Przepraszam mówiła gładząc jego czoło chłodną dłonią nie powinnam była. Nie wiem dlaczego cię uderzyłam. Czasami nie potrafię się opanować. Zdaje się, że nazywają to imperatywem. Chyba czytała Pratchetta pomyślał Tadeusz czując rosnącego z każdą chwilą guza. Rosła również jego sympatia dla kobiety, która potrafiła bez trudu rozciągnąć go na glebie. Rósł też... mniejsza z tym. W każdym razie, miał szczęście, że leżał na plecach. Inaczej byłoby mu cholernie niewygodnie. Mówiłeś, że jesteś obdarzony super mocą. Wiesz, ja też odkryłam w sobie niedawno pewne zadziwiające zdolności, których nie potrafię jeszcze w pełni wykorzystywać. Głos mówił, że z czasem... Rozmawiałaś z Głosem?!? Yabolman usiadł gwałtownie, jęknął z bólu i ponownie złożył głowę na gościnnych kolanach. No tak. I on powiedział, że moc mnie wybrała. Że od lat nic, tylko piwo i skręty. Że trzeba wreszcie coś zrobić dla ludzkości. A tymczasem... Tymczasem kradniesz piwo dokończył Tadeusz. W sumie tak. Nie mogę się powstrzymać. Wiem, wiem. Imperatyw. Właśnie. Nie mam pojęcia, co z tym wszystkim zrobić. Pić się chce, a Głos milczy... Głos! Znam łobuza. Ze słyszenia. To on wpakował mnie w to całe komiksowe gówno. Chociaż w tej akurat chwili nie specjalnie tego żałuję. Posłuchaj: sprawę tego piwa jakoś załatwię. Teraz zmykaj. Spotkamy się jutro w południe koło kina. Czuję, że razem możemy jeszcze nieźle namieszać. Może nawet uda nam się skopać tyłek temu draniowi Głosowi. Czy Głos ma tyłek? zastanowił się przez chwilę nieważne. No spadaj. I do zobaczenia jutro. Aha, jeszcze jedno: jak ty właściwie masz na imię? Marysia. Ale możesz mówić do mnie Beerwoman odparła i rozpłynęła się w resztkach piany. W tym momencie do hurtowni wpadli członkowie sztabu kryzysowego z panem Dareczkiem na czele. Panowie, sprawa kradzieży została wyjaśniona Tadeusz wypiął dumnie pierś i wskazał na szczątki ścianki walka była ciężka, ale przeciwnik został pokonany. Pozostała po nim tylko ta oto mokra plama. Proszę o resztę wina, plus premia za rany tłuczone głowy i wesołych świąt. Nareszcie! krzyknęli zgodnym chórem posiadacze barów Po kłopocie. Koniec! O nie pomyślał Yabolman uśmiechając się pod nosem to dopiero początek! 11

12 12 Punk Tadeusz Krzysztof Baranowski

13 Epizod IV Ziele dobre na każdą chorobę IZRAEL Lato było piękne tego roku. I piękne były Mazury tą letnią porą. Są ludzie, którzy spędzają urlopy w górach lub nad morzem. Można? Można! W telewizji pokazywali kiedyś faceta, który pił koktajl ze zmiksowanych dżdżownic. Można? Można! To nie była duża polana. Ale wystarczyło na niej miejsca na nieduże jeziorko i kocyk, na którym naga Beerwoman poprawiała swoją, i tak już rewelacyjną, opaleniznę. Co jakiś czas wstawała i przeciągając się leniwie szła w stronę wody, w której chłodziło się całkiem pokaźne stadko Żubrów. Żubr bowiem występuje nie tylko w puszczy. Przy odrobinie szczęścia można go również spotkać w mazurskich lasach. A nawet jeziorach. Cudowne piersi Marysi kołysały się lekko w rytm jej kroków, a kiedy pochylała się nad taflą jeziora krągłe pośladki wypinały się wdzięcznie ku słońcu. I ku Tadeuszowi, który siedział na czubku pobliskiej sosny i patrzył jak urzeczony na owo nieziemskie zjawisko. Dlaczego nie jestem promieniem słonecznym pomyślał. Było w tej myśli nieco delikatnej, romantycznej poezji, całkiem spora dawka perwersji i ogromne rozgoryczenie. Bowiem, ku z trudem skrywanemu rozczarowaniu Yabolmana, jego piękna towarzyszka widziała w nim co prawda superbohatera, nie dostrzegała natomiast zafascynowanego nią mężczyzny. Marycha! Mierz czas! krzyknął Tadeusz i skoczył. Aaa poniosło się echem po lesie. Nie było to jednak zbyt długie aaa. Ziemia jęknęła. Tadeusz również jęknął. Poleżał chwilę i spojrzał w stronę Beerwoman. Ie yo? spytał. Słucham? nie zrozumiała. Tadeusz wypluł wcale okazałego borowika i spytał ponownie: Ile było? Jak zwykle niecałe dwie sekundy. Jasna cholera Yabolman wyglądał na załamanego. W wielu miejscach, nawiasem mówiąc. Podniósł się z trudem i zaczął strzepywać z siebie mech i igliwie. Dupa jestem nie bohater. Nawet latać nie potrafię. Spójrz na to z innej strony. To dzisiaj siedemnasta próba, a ty ciągle żyjesz. I nazbierałeś pół plecaka grzybów. zażartowała Marysia. Yabolman popatrzył na nią ponuro. Nauczę się powiedział z determinacją na łyżwach się nauczyłem, to i latać się nauczę. Nie wściekaj się. Nie rozumiem dlaczego się tak uparłeś. Batman nie lata i też sobie radzi. nie przestając mówić, zgrabnie zwinęła sporego skręta. No chodź, połóż się i odpocznij trochę przypaliła i oddała Tadeuszowi. Zaciągnął się głęboko aromatycznym dymem. Niezłe gówno wychrypiał na bezdechu. Przymknął powieki. Jeszcze jeden mach. I jeszcze jeden. A później... Później nareszcie poleciał. 13

14 Epizod V Jeszcze miliard na zbrojenia, jeszcze jeden gwóźdź do trumny FORT BS Najgorszym chyba miejscem na koncert rockowy jest asfaltowy plac w pobliżu ruchliwego skrzyżowania. Szczególnie latem. I prawdopodobnie właśnie dlatego koncert uświetniający obchodzone co roku na przełomie czerwca i lipca Dni Mrągowa odbywały się właśnie w takim miejscu. Tadeusz nie potrafił zrozumieć dlaczego nie można było ustawić sceny na, niezbyt w końcu odległym, boisku. Nie była to jedyna rzecz, której nie potrafił zrozumieć, ale ta akurat była dla niego w tej chwili najbardziej męcząca. Siedział od kilku godzin na rozgrzanym asfalcie i było mu gorąco. Wino, które popijał małymi łyczkami było ciepłe i nie przynosiło spodziewanej ochłody. Po scenie miotała się kolejna młoda kapela. Zieleń Madrytu, czy jakoś tak. Pod sceną kilku spoconych desperatów próbowało rozkręcić jakieś pogo. Nad tym wszystkim unosiła się mdląca woń butaprenu. Żenada, to chyba najwłaściwsze określenie. Tadeusz patrzył na to i uśmiechał się z politowaniem. Dwadzieścia lat temu było zupełnie inaczej. No, ale trzeba przyznać młodym, że przynajmniej próbują. Cześć stary druhu usłyszał nagle za swoimi plecami i poczuł mocne uderzenie w ramię. Odwrócił głowę zaskoczony. Od lat nikt nie nazwał go starym druhem. Dawni kumple albo nie żyli, albo na jego widok przechodzili na drugą stronę ulicy. A nowi znajomi jakoś nie mogli zdobyć się na taką poufałość. Za nim stał uśmiechnięty szeroko facet w średnim wieku. I w garniturze. Nawet Yabolman, który na garniturach znał się mniej niż na fizyce kwantowej, nie mógł nie zauważyć, że był to ciuch cholernie drogi. Nic się nie zmieniłeś stwierdził nieznajomy i ponownie uderzył Tadeusza w ramię wyglądasz dokładnie tak samo jak w osiemdziesiątym drugim. Takie same glany, taka sama skóra... Nie taka sama, tylko ta sama poprawił go odruchowo Tadeusz. Ha, ha, ha zaśmiał się gościu. Good joke, very good joke. Stary, dobry Teddy. Nie poznajesz mnie? It s me, Marek. Marek. Najlepszy kumpel z VIII C. Współtowarzysz pierwszych wypraw do Jarocina. Współzałożyciel pierwszej punkowej kapeli na Warmii i Mazurach. No, może nie pierwszej, ale na pewno najlepszej. Marek? To ty żyjesz? Miałeś przysłać płyty. Rzeczywiście. Kiedy Marek w 1983 roku wyjeżdżał z rodzicami do Stanów zaklinał się, że jeśli tylko przeżyje (pierwszy w życiu rejs statkiem nie napawał go zbytnim optymizmem, chociaż było to naprawdę wiele lat przed nakręceniem Titanica ) przyśle Tadeuszowi wszystkie dostępne na amerykańskim rynku płyty z porządną muzyką. Ponieważ nigdy nie przysłał nawet pocztówki, wszyscy byli przekonani, że statek którym płynął, zatonął. 14

15 Yabolman napisał nawet piosenkę o koledze, którego ciało spoczywa gdzieś na dnie bezkresnego oceanu, a dusza beztrosko poguje pod niebiańską sceną. To była naprawdę świetna piosenka, a jej bohater stał właśnie za Tadeuszem i śmiał się poklepując go bez przerwy po ramieniu. Jakby nigdy nic. Jakby rozstali się wczoraj wieczorem. Ależ głupi ci Amerykanie pomyślał Yabolman powolutku dźwigając się na nogi. Nie bardzo podzielał entuzjazm dawnego kolegi. Minęło jednak sporo czasu i nie bardzo potrafił przejść nad tym do porządku dziennego. A poza tym, bardzo mu wtedy zależało na tamtych płytach. Marek tymczasem, wyraźnie nie dostrzegając pewnej rezerwy swojego rozmówcy, trajkotał jak nakręcony. Opowiadał o swojej rodzinie, o stanie konta, o tym jak kończył różne szkoły, jak po wielu latach wytężonej pracy został wreszcie jednym z asystentów jednego z doradców prezydenta... Prezydenta? Tadeusz przerwał potok wymowy niegdysiejszego przyjaciela. Pracujesz dla Kwacha? Nie zrozumiałeś mnie stary. Nie prezydenta, lecz Prezydenta. Mówimy o prezydencie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Właśnie zakończyliśmy pracę nad nowym, ciekawym wynalazkiem. Trzeba go było przetestować w jakimś mało zaludnionej, dzikiej okolicy. Przypomniały mi się moje rodzinne strony i oto jesteśmy. W jego opowieści, w jego głosie, było coś co obudziło w Yabolmanie dziwny niepokój. Słuchaj no, stary druhu, co to właściwie za wynalazek? No wiesz, to w zasadzie tajemnica, ale tobie, przyjacielu mogę chyba powiedzieć. Tadeusz uśmiechnął się w duchu. Podejście Amerykanów (nawet tych w pierwszym pokoleniu) do tajemnic państwowych było, co najmniej, niefrasobliwe. Udało nam się stworzyć broń idealną. Praktycznie niezniszczalną, wszechstronną, mogącą działać w każdych warunkach, a co najważniejsze, obdarzoną własną osobowością. Połączyliśmy inteligencję Rambo, szlachetność Brudnego Harry ego i wdzięk gospodarza telewizyjnych quizów. Od kilku dni testujemy to cudu w pobliżu. Yabolman słuchał i coraz mniej cieszył się z tego niespodziewanego spotkania. Mało zaludniona, dzika okolica? myślał Przecież ja tu mieszkam! Strasznie szmaciarz zhardział w tej całej Ameryce. Cholerny megaloman. Kto to jest megaloman? Skąd ja właściwie znam takie słowa? A Marek gadał i gadał, nieświadomy tego, że jego słuchacz zastanawia się właśnie nad tym, czy solidny kopniak w słabiznę przerwałby skutecznie potok jego wymowy. I być może do końca swoich dni zmuszony byłby mówić falsetem, gdyby nie to, że nagle rozległo się potężne dupnięcie i stojący tuż za sceną dom kultury zniknął w chmurze pyłu. Ludzie zgromadzeni na placu (dawniej Zwycięstwa, obecnie zapewne im. Jana Pawła II) zaczęli krzyczeć i biegać bezładnie dokoła, potrącając się wzajemnie i przewracając. Zieleń Madrytu, czy jakoś tak, zaczęła grać kolejny kawałek, tym razem w rytmie ska. Bardzo udany. Jaka piękna panika pomyślał Tadeusz i westchnął ciężko. Powoli, krok za krokiem, powlókł się w stronę, bardzo zresztą malowniczej, kupy gruzu, która jeszcze przed chwilą była centrum miejscowej działalności kulturalnej. Jaka piękna katastrofa. I to na samym początku sezonu. Wielki Igrek znowu westchnął. Ale nie zaczął tańczyć zorby. Jego uwagę przykuł bowiem... a właściwie przykuło coś co z wielkim zaangażowaniem kończyło wdeptywać w ziemię niedawną fontannę miejską. To coś było raczej duże, nieco kanciaste w kształtach, niewątpliwie metalowe i ponad wszelką wątpliwość koszmarnie silne. Na torsie, bo chyba można nazwać tę jego część torsem, no w każdym razie z przodu cosia widniała wielka jedynka z mnóstwem zer i napis URBAN S... Końcówka napisu była nieco nieczytelna. Przesłaniała ją spora czerwona plama, oblepiona szarymi piórkami. 15

16 A mówią, że wróble mają niesamowity refleks pomyślał Yabolman. Metalowe monstrum zrobiło krok w jego stronę. Chrupnęło. Ostatnia ozdoba fontanny zielona, metalowa żabka zmieniła się właśnie w zielony, metalowy krążek. Czy jesteś: a/ przyjacielem, b/ wrogiem, c/ przypadkowym przechodniem, d/ jednym z krasnoludków towarzyszących Królewnie Śnieżce? głos, choć nieco mechaniczny, wydał się Tadeuszowi dziwnie znajomy. A do tego ten sposób formułowania pytań. Nie miał jednak czasu głębiej się nad tym zastanowić. Musiał odpowiedzieć. Z miejsca wyeliminował wroga. Krasnoludka uznał za nieco naciąganego. Co mu więc zostało? Przyjaciel? Raczej nie. Jestem zwykłym c/ przypadkowym przechodniem. Czy jesteś pewien? Zastanów się dobrze. Jestem pewien. Zaznacz c. odpowiedział Yabolman odruchowo. I w tym momencie doznał olśnienia. Chyba już wiedział jak załatwić łobuza. A kim ty jesteś? Nazywam się Milion, bo kosztowałem miliony. Urban Special Forces. Posłuchaj mnie Milion. Nie wiem czy zwróciłeś uwagę, że właśnie demolujesz całkiem miłe miasteczko. Dlaczego, jeśli oczywiście mogę spytać, rozwaliłeś tę fontannę? W fontannie jest woda. Woda jest zła. Ależ daj spokój. Woda jest w porządku. Bez niej nie byłoby wina, a bez wina... Woda jest zła powtórzył Milion ty lubisz wodę. Zatem ty również jesteś zły. Za chwilę wyrwę ci a/ rękę, b/ nogę, c/ głowę, d/ jaja? A/ rękę? zaryzykował Tadeusz. Miał już plan. Czy jesteś pewien. Zastanów się dobrze. sytuacja rozwijała się zgodnie z przewidywaniami Yabolmana. No, w sumie to nie wiem... Spokojnie, nie spiesz się, masz czas. Dobra. To ja się zastanowię, a jak już zdecyduję, to wrócę tu i ci powiem. Czekam Milion rzeczywiście zastygł w oczekiwaniu. Wynalazek! Cud techniki! Ależ głupi ci Amerykanie! myślał Tadeusz, wracając powoli w stronę sceny, na której Zieleń Madrytu kończyła właśnie grać cover Dezertera. Marek stał z grupą, podobnie jak on eleganckich mężczyzn i rozprawiali o czymś z ożywieniem. Widziałeś to stary? zawołał na widok powracającego Tadeusza. Widziałem. Nawet z bliska. Co się stało z tym waszym ideałem? To właśnie jest niesamowite. Milion wyłapał z eteru jakąś reklamę farby antykorozyjnej. Pierwszy raz usłyszał o działaniu rdzy na metal, skojarzył fakty i zaczął niszczyć wszelkie, jak sądził, zagrażające mu zbiorniki wodne. To niesamowite. Niesamowite. Gdzie on jest. Stoi tam z tyłu i kojarzy fakty. Ale dlaczego zniszczył dom kultury. To był przypadek. Można powiedzieć rykoszet. Przypadek, powiadasz? Rykoszet? I wy przywieźliście takiego metalowego schizofrenika na Mazury. Brawo! Genialne, iście amerykańskie posunięcie. Yabolman stanął w rozkroku. Zrobiło się tak jakoś patetycznie. Słychać było łopot skrzydeł białego orła. Niewidoczny chór mruczał Rotę. Macie w tej swojej Ameryce masę wolnego miejsca. Pustynie. Jakieś góry, jeśli dobrze pamiętam. Było gdzie testować tego cholernego Miliona. Ale nie, wy musieliście przyjechać tutaj i rozpieprzać najpiękniejszy zakątek na całym tym zasranym świecie. Gardzę wami i pluję wam na buty. Tadeusz skończył swoją nieco przydługą przemowę i rzeczywiście splunął Markowi na buty. I wiecie co? Palone pantofle od Gucci ego śmierdzą tak samo jak palone trampki. [ A co stało się z Milionem? zapyta zapewne uważny Czytelnik. A może nie zapyta? I tak odpowiem. Stał tak sobie i czekał na Tadeusza. Potem przez tydzień padały ulewne deszcze i 16

17 okazało się, że słusznie obawiał się rdzy. Wreszcie mieszkańcy miasta wzięli amerykańskie cudo techniki na młotki i wyklepali z niego całkiem zgrabny pomniczek. Czyj? Jedźcie do Mrągowa i sami zobaczcie. Stoi na deptaku naprzeciwko ratusza.] 17

18 Epizod VI Kolejny będziesz Ty, jabolowe ofiary KSU Szprychy Yabolmobilu skrzypiały przeraźliwie. Zgięty wpół na tylnym siodełku, zasapany Tadeusz pedałował zawzięcie wpatrzony w... hm, plecy siedzącej przed nim Marysi. Po co mi to było myślał sięgając po bidon z winem wycieczka krajoznawcza, cholera. Tłukę się jak idiota drugi tydzień po Polsce zamiast drzemać spokojnie nad jakimś jeziorkiem. Kretyńskie pomysły tego babska... Jak tam Jabolku spytało to babsko, przerywając Yabolmanowi całkiem ładnie rozwijające się użalanie się nad samym sobą. Świetnie. Naprawdę świetnie wychrypiał w odpowiedzi. No widzisz. Nie chciałeś się zgodzić na tę wyprawę, a tymczasem jeszcze tylko ze dwa dni i będziemy w Krakowie. Hura mruknął pod nosem Yabolman. Słucham? Nie, nic. Cieszę się. Dwa dni później radosny i pełen entuzjazmu Tadeusz wjeżdżał na ulice Krakowa. Dziwnie ciche i wyludnione. Bezładnie, jakby w pośpiechu zaparkowane samochody, puste chodniki, pozamykane sklepy z pamiątkami. Tylko czasami, w którymś z okien, mignęła blada, przerażona twarz. Coś tu nie gra zauważył przenikliwie Tadeusz. Cicho szepnęła Beerwoman słyszysz? Zza rogu pobliskiej kamieniczki wybiegł mały, ośmioletni najwyżej chłopiec. Pędził środkiem ulicy i chyba nawet nie zauważył dwójki bohaterów. Kiedy ich mijał Yabolman złapał go za kołnierz. Jak ci na imię chłopczyku? spytała Marysia pochylając się nad malcem. Jej głęboki ponad wszelką przyzwoitość dekolt znalazł się na wysokości oczu chłopca. Ten jednakże, chyba jedynie z racji młodego wieku, pozostał całkowicie nieczuły na magnetyczną moc roztaczającego się przed nim widoku. Pociągał jedynie nosem i podskakiwał dziwnie w miejscu. Ja z nim pogadam Tadeusz przykucnął i położył dłoń na ramieniu Krakowiaczka. przestań cijać i powiedz nam co się tu dzieje? On wrócił! wrzasnął brzdąc. Wyrwał się Yabolmanowi i z podziwu godną szybkością zniknął za węgłem. On wrócił? powtórzyła zamyślona Marysia. Kto wrócił?! spojrzała zdezorientowana na swojego towarzysza. Ten z rozdziawioną gębą wpatrywał się w niebo. Jasna cholera szeptał to smok. Najprawdziwszy smok. I faktycznie. Nad miastem unosił się olbrzymi, zielony, całkowicie realny smok. Bohaterowie porzucili Yabolmobil na ulicy i ukryli się w najbliższej bramie. 18

19 Co robić? Co robić? Tadeusz miotał się od ściany do ściany. Jak to: co robić? w głosie Beerwoman pobrzmiewały nuty histerii. Idź tam i zabij go! Sam? To nie jaszczurka, tylko najprawdziwszy smok. Skąd on w ogóle się tu wziął. Sam nie dam rady. Co ja jestem jakaś pieprzona Dratewka. Zresztą Dratewce też się, jak widać nie udało. Pójdziemy razem, to zwiększy nasze szanse. Ja nie pójdę. To bydlę na pewno pożera kobiety. Tak, ale tylko dziewice... No właśnie dziewczyna zarumieniła się nagle i skromnie spuściła oczy. Tadeusz zaniemówił. Ale już po chwili odzyskał głos. Dobrze Marysiu. Pójdę walczyć z tym smokiem, ale nie ma przecież pewności, że zwyciężę. Wiesz, może mnie i nie pożre. Może tylko pogryzie i wypluje. Tak czy inaczej musimy zapewnić ci bezpieczeństwo. I ja chyba wiem jak to zrobić... Beerwoman, mimo braku doświadczenia, w lot pojęła jego intencje. Zarumieniła się jeszcze bardziej. Trzeba przyznać, że do twarzy było szelmie z tym rumieńcem. Jabolku... chyba nie myślisz w takiej chwili o... A myślę, myślę zapewnił ją żarliwie. Ale przecież nie tutaj..., nie teraz... Nie tutaj. Nie teraz. To pozwalało żywić nadzieję, że jednak gdzieś, kiedyś. Serce Yabolmana zabiło żywiej. No tak, ale najpierw trzeba pokonać smoka. No dobra, to idę w jego głosie było wszystko prócz entuzjazmu. Zawiązał porządnie glany, westchnął ciężko i powoli wyszedł z bramy. Wlókł się ulicami wymarłego miasta. Przechodząc obok drzwi sklepu monopolowego ze zdziwieniem zauważył, że są otwarte. Nie namyślając się długo wszedł do środka. Gruby sprzedawca spojrzał na niego wyczekująco. Chyba raczej niewielki dzisiaj ruch zagaił Tadeusz przeliczając wyjęte z kieszeni drobniaki. Ano niewielki. I nie zamyka pan? Nie boi się pan tego gada? Cholernie się boję, ale jak można zamknąć monopol? To nie apteka musi być czynne całą dobę. Co podać? Dwa razy Łzy Sołtysa. Raz na miejscu i raz na wynos. Na miejscu? Na miejscu nie wolno. W domu pan sobie wypijesz. Nie mogę. Idę walczyć ze smokiem i muszę nabrać mocy. Jak to nabrać mocy? A tak to Tadeusz błyskawicznie odkapslował butelkę, pociągnął solidnego łyka i splunął przez otwarte drzwi sklepu. Łupnęło i spory kawałek bruku wyleciał w powietrze. Szczęka sprzedawcy z cichym stuknięciem uderzyła o kontuar. Tadeusz wykorzystał tę chwilę i z głośnym bulgotaniem opróżnił butelkę. Sapnął zadowolony. Ile płacę? Panie sprzedawca odzyskał głos bierz pan tę flaszkę i masz tu jeszcze kilka. Na koszt firmy. Tylko idź pan i pokonaj tę bestię. Coś mi się widzi, że masz pan szansę. Yabolman podziękował, zapakował wina w reklamówkę i ruszył w stronę Wawelu. Smok siedział i czochrał się o własny pomnik. Niezbyt zresztą udany. Był spory (smok, a nie pomnik), mniej więcej trzy piętra. Wyglądał... no, jak smok. Paszcza, łuska, czerwone, błyszczące ślepia. Pazury, kły i błoniaste skrzydła. Po prostu smok. Yabolman nie bardzo wiedział jak zacząć. Usiadł na trawie i otworzył wino. Na pohybel rzucił w stronę smoka. Na pohybel komu? spytał smok. Tadeusz zakrztusił się pierwszym łykiem. Ty gadasz?!? krzyknął kiedy już przestał kaszleć. 19

20 Ty też. Ale ja jestem człowiekiem. A ja jestem smokiem. W tym była nawet jakaś logika. Nieco może pokrętna, ale jednak logika. Bo niby kto powiedział, że smok nie może mówić. Pewnie przyszedłeś ze mną walczyć? powiedział smok i splunął od niechcenia. Pewnie tak odparł Yabolman i też splunął. Pobliskie drzewka zapłonęły wesoło. Smok zmarszczył brwi. A właściwie zmarszczył to coś, co miał nad oczami. Taaak... trochę goło wyglądasz bez zbroi. Eeee tam. Może nie będę potrzebował. Pomilczeli chwilę. Smok rozpostarł skrzydła. Na oko dwa tiry, jeden za drugim, rozpiętości. Wiesz, zawsze mogę podlecieć i zaatakować cię z góry. Ja nie latam stwierdził Tadeusz przeciągając się. Ale się uczę dodał pospiesznie i zamachał ramionami (jeden mały fiat, niecały). Kolejna chwila milczenia. Tadeusz bez pośpiechu sączył wino. Co masz w tym naczyniu? zainteresowała się bestia. Pewnie jakaś czarodziejska mikstura? W pewnym sensie. Ale to głównie owoce. Owoce? ucieszył się smok Od rana szukam jakiś owoców. Od wieków nic w pysku nie miałem. Jak to? To ty nie jadasz tych, no wiesz... Yabolman nie wiadomo dlaczego ściszył głos do szeptu...dziewic? Coś ty! Od tamtego numeru z faszerowaną owcą unikam mięsa jak zarazy. To dlaczego nie powiesz o tym ludziom? Bo wszyscy uciekają na sam mój widok. Ty jesteś pierwszym, z którym udało mi się pogadać. Ale dość o tym. Daj no trochę tych swoich owoców. Tadeusz otworzył kolejną butelkę i podał smokowi. Po raz kolejny okazało się, że butelka wina pasuje do każdej ręki. Nawet łapy. Smok odchylił nieco łeb. To była chwila. Ma przełyk, skubaniutki pomyślał Yabolman z zazdrością. A przecież i jemu niczego w tym względzie nie brakowało. Nawet niezłe mruknęło smoczysko choć nieco cierpkie. I pozostawia taki dziwny osad na języku. To witaminy wyjaśnił Tadeusz mam jeszcze kilka butelek, chcesz? Pewnie, ale szybciutko. Mamy przecież jeszcze walkę do odwalenia. Chyba żartujesz. Nie będę się bił z kumplem od butelki. I tak to się skończyło. Nie było żadnej walki, nikt nie zginął. To tylko bujdy wymyślone przez żądnych krwi dziennikarzy. Yabolman przekonał mieszkańców Krakowa, że smok jest nieszkodliwy. Władze miasta zdecydowały utrzymywać Maciusia (tak miał na imię smok, naprawdę) z funduszu odnowy zabytków, a Maciuś zgodził się w zamian zostać atrakcją turystyczną. Gruby właściciel monopolu miał dostarczać odpowiednią ilość przedestylowanych owoców. Nieliczne dziewice odetchnęły z ulgą, a Beerwoman i Yabolman powrócili na Mazury. Ten ostatni ponury i zamyślony. Wobec braku zagrożenia Marysia postanowiła, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, wytrwać w dziewictwie. A on musiał się zadowolić całusem. W policzek. Aha, smok zdechł trzy lata później. Na marskość wątroby. Różnił się od ludzi bardziej niż wszyscy przypuszczali. 20

21 21

22 Epizod VII Żondzi xionc BRYGADA KRYZYS Wyluzowany i całkowicie zadowolony z siebie i ze świata Yabolman przelatywał powolutku nad miastem. Tak, tak Drogie Dzieci przelatywał. Bowiem dzięki uporowi oraz ciężkiej, systematycznej pracy nauczył się w końcu latać. Patrzył na malutkie figurki mieszkańców Mrągowa. Machali rękami i wołali coś do niego. On także machał i uśmiechał się do nich życzliwie. Kochają mnie, myślał rozczulony kochają za to wszystko co dla nich zrobiłem. Jestem ich bohaterem. Ze wzruszenia zaschło mu w gardle. Wylądował lekko obok całodobowego monopolu Pod Kasztanami i wszedł do środka. Kolejka była dość długa, jak to w monopolowym. Ale, że w pełni profesjonalna obsługa uwijała się jak w ukropie, nie zabawił w sklepie dłużej niż kwadrans. Dlatego zdziwił się, kiedy wychodząc zobaczył zgromadzony na chodniku tłum. Gromadę milczących ludzi, których średni wiek oscylował w okolicach siedemdziesiątki i których zacięte miny nie wróżyły niczego dobrego. Oni chyba nie czekają na autografy stwierdził Tadeusz. I miał rację. Stojący przed innymi mężczyzna... Prawdopodobnie mężczyzna. Miał wąsy i brodę. Był łysy. No i nie miał biustu. Tadeusz widywał wprawdzie kobiety, u których występowały podobne cechy, ale nigdy wszystkie trzy równocześnie. A łysy, bezbiustny brodacz miał na sobie długą, czarną suknię. Bardzo mylącą. To sutanna rozpoznał po chwili Yabolman i odetchnął z ulgą ksiądz nie pozwoli zrobić mi krzywdy. Jednakże już po chwili okazało się, że nie miał racji. Ksiądz, prawdopodobnie proboszcz jednej z siedmiu miejscowych parafii, postąpił dwa kroki w jego stronę, uniósł nad głowę olbrzymi krucyfiks i zawołał wdzięcznym altem: Apage Satanas! Słucham? Tadeusz nie rozumiał. Jak już wspomniano, był to stan dla niego dość częsty. I niestety następował z reguły w najmniej odpowiednich chwilach. Ot, chociażby takich jak obecna. Zgiń, przepadnij siło nieczysta! Śmierdzący siarką pomiocie szatana! Albo i nawet sam szatanie! Antychryście wcielony! Słucham? do Yabolmana nadal nie bardzo docierało, co się dzieje. O co właściwie chodzi? Nie słuchajta go ludziska! wrzasnęła jedna ze staruszek Będzie mamił! Brać piekielnika! Przepełniony miłością bliźniego i tolerancją tłum zawył dziko, choć nieco astmatycznie. Powolutku, stękając i utykając, starsi ludzie ruszyli na Igreka. Ten nie czekał na dalszy rozwój, nieprzyjemnej w końcu sytuacji, tylko poderwał się do lotu i błyskawicznie zniknął w chmurach. 22

23 Minął tydzień. Niecały. Właściwie minęło niewiele więcej niż pół tygodnia. Krótko mówiąc, pięć dni później, Tadeusz ciągle ukrywał się w lesie. W przytulnej, choć niezbyt obszernej ziemiance, zwanej pieszczotliwie Kwaśną Dziurą. Beerwoman systematycznie dostarczała mu świeże wino i świeże informacje. Nie było dobrze. Poszukiwania diabelskiego pomiotu wciąż trwały. Doszło nawet do kilku przypadkowych kamienowań. Na szczęście bez ofiar śmiertelnych. Starsi ludzie mają wiele uporu, ale niewiele siły. Łatwo się z tego nie wykręcisz Jabolku Marysia sprawiała wrażenie naprawdę zatroskanej. Jakoś to będzie Tadeusz zgrywał chojraka. Wiesz, jakieś modlitwy, jakieś egzorcyzmy, nie będę więcej latał nad miastem i wszystko wróci do normy. Wątpię. Staruszkowie od wczoraj gromadzą chrust na placu. Ułożyli już całkiem spory stos. Jak to stos?! Jaki stos?! Przecież te czasy dawno minęły. Kościół przeprosił... Za ciebie pewnie też przeprosi, jakby co. Ale czy to coś zmieni? MASZ RACJĘ. WTEDY BĘDZIE JUŻ ZA PÓŹNO NA ZMIENIENIE CZEGOKOLWIEK dodał Głos. Yabolman podskoczył gwałtownie, uderzając głową o sufit ziemianki. Jęknął cicho, odruchowo i całkiem niepotrzebnie rozejrzał się dokoła, a potem opadł na rozłożony pod ścianą materac i sięgnął po wino. No proszę, któż to do nas wrócił? to chyba miało brzmieć ironicznie. Zabrzmiało raczej płaczliwie. Czy to aby nie ten sam Głos, przez który siedzimy po uszy w gównie... Ja właściwie nie siedzę w gównie wtrąciła Beerwoman ja jestem tutaj tylko dla towarzystwa. I z sympatii... dodała po krótkiej chwili, rumieniąc się nieco. O zdrajczyni pomyślał Tadeusz. Jaka ona śliczna z tym rumieńcem. SPOKOJNIE Głos postanowił chyba przejąć kontrolę nad sytuacją YABOLMANIE MILCZ, ZANIM OBRAZISZ JEDYNĄ KOBIETĘ, KTÓRA CIĘ..., KTÓRA CZUJE DO CIEBIE SYMPATIĘ I JEDYNY GŁOS, KTÓRY MOŻE CIĘ WYCIĄGNĄC Z TEGO, JAK TO POETYCKO UJĄŁEŚ, GÓWNA. BYĆ MOŻE JEST TROCHĘ MOJEJ WINY W TYM, ŻE ZNALAZŁEŚ SIĘ W TAK OPŁAKANEJ SYSTUACJI... Trochę twojej winy? Igrek nie mógł się powstrzymać. Trochę? Och, bądźże cicho marudo Marysia tupnęła nogą posłuchajmy co Głos ma do powiedzenia. Ona na mnie krzyczy zdziwił się w duchu Yabolman. A mnie się to podoba. zdziwił się jeszcze bardziej i dodał swoim zwyczajem Życie, kurwa, jest nowelą. DACIE MI DOKOŃCZYĆ, CZY MOŻE WOLICIE TKWIĆ W TEJ ZIEMIANCE DO USRANEJ ŚMIERCI Głos się zniecierpliwił YABOLMANIE, SKORO NIE DOPUSZCZASZ MNIE DO GŁOSU... HE, HE, HE, CAŁKIEM ZGRABNA GRA SŁÓW. DOPUŚCIĆ GŁOS DO GŁOSU. SKORO CIĄGLE MI PRZERYWASZ, NICZEGO WIĘCEJ SIĘ NIE DOWIESZ. WRACAJ TERAZ DO MIASTA, RESZTĄ JA SIĘ ZAJMĘ. Dotarcie do miasta zajęło Yabolmanowi trzy godziny. Trzeba przyznać, że nie spieszył się przesadnie. Był zły na Głos, że nie zdradził mu jak zamierza go ratować. Był zły na siebie za to, że zdenerwował Głos. Był też zły na Marysię. Nie bardzo wiedział za co, ale na nią złościł się najbardziej. Patrol Antysatanistyczny zdybał go już na rogatkach. Tadeusz nawet się nie bronił. Nie chciał zrobić krzywdy sympatycznym skądinąd staruszkom. Potulnie dał się prowadzić na centralny plac Mrągowa i czekał na interwencję Głosu. Dał się przywiązać do pala na szczycie potężnego stosu. Wysłuchał długiego kazania księdza odzianego w bogate, odświętne szaty. Lecz kiedy ten zaczął się do niego zbliżać z zapaloną pochodnią, poczuł 23

24 lekkie zaniepokojenie. Gdzie jest Głos? Płomień pochodni już prawie dotykał nasączonego naftą chrustu, kiedy nad placem rozległo się gromkie: ZAPRAWDĘ POWIADAM WAM, ODSTĄPCIE TEGO CZŁEKA, ALBOWIEM W NICZYM ANI WAM, ANI MNIE NIE ZAWINIŁ. Tłum zafalował, zaszemrał a potem padł na kolana. Sztuczne szczęki posypały się na asfalt. Wiele osób zemdlało, ci którzy zachowali przytomność płakali. Klecha wzniósł ręce ku niebu i drżącym głosem zapytał: Kim jesteś? JESTEM KTÓRY JESTEM. UWOLNIJCIE TEGO CZŁOWIEKA, ALBOWIEM JEST MI ON SZCZEGÓLNIE MIŁY. PRZEZE MNIE ZOSTAŁ NAMASZCZONY I POD MOJĄ JEST OPIEKĄ. SŁUCHAJCIE GO I POMAGAJCIE MU WE WSZYSTKIM. Po kwadransie było już po wszystkim. Dziesiątki staruszków, śpiewając religijne pieśni rozchodziło się do domów. Tadeusz zaś postanowił wrócił do Winnego Dołu. Kiedy nie musiał, a tylko chciał tam przebywać, było to całkiem przytulne miejsce. No i była tam Marysia. Po drodze rozmawiał z Głosem. Dlaczego tak późno. Myślałem, że już po mnie. PRZEPRASZAM Głos wydawał się zakłopotany BYŁEM W TOALECIE. ZAWSZE SIĘ DENERWUJĘ PRZED PUBLICZNYMI WYSTĄPIENIAMI. Wiesz, tak się czasami zastanawiam, czy ty przypadkiem nie jesteś, no wiesz... NIE JESTEM zaprzeczył Głos stanowczo TO TYLKO PRZYPADKOWE PODOBIEŃSTWO. 24

25 Epizod VIII Pierdolona era techno THE ANALOGS Rok No, może Druga połowa września. Ramones przedzierał się z trudem przez krzaki. Jeszcze tylko dwa, najwyżej trzy kilometry i będzie bezpieczny. Wyprawa po baterie do jedynego w osadzie boomboxa trwała dłużej niż się spodziewał. Stary Motorhead będzie wściekły. Zawsze powtarzał, że podobne eskapady to niepotrzebne ryzyko. Niepotrzebne! Dobre sobie. Wystarczyło popatrzeć na twarze ludzi, którzy gromadzili się wieczorem przy rozklekotanym pudle by posłuchać którejś z nielicznych ocalałych płyt. Był to widok wart każdego ryzyka. A piękna Nirvana? Może wreszcie zwróci uwagę na beznadziejnie zakochanego młodzieńca. Gdyby nie orzechowe oczy Nirvany... Gdyby nie jej wspaniałe piersi, ledwo mieszczące się w kaftaniku z króliczych skórek... Gdyby nie kształtna pupa kołysząca się uwodzicielsko przy każdym kroku... Ramones przystanął oddychając ciężko. Nie ma co ściemniać, gdyby nie wszystkie te cudowności w ogóle nie ruszałby się z wioski. Spojrzał na niebo ledwo widoczne pomiędzy koronami drzew. Zmrok zapadał szybko. Zbyt szybko. Cholera, nie zdążę przed nocą do rezerwatu pomyślał. Black Sabbath, który bez przerwy, choć nieudolnie składał rymy, zwykł mawiać: Gdy cię w lesie noc pochwyci, pilnuj dobrze swojej rzyci. Nie zdążył wytłumaczyć co właściwie miał na myśli. Nikt go nie widział od czasu, kiedy nie wrócił przed zmrokiem do osady. Zdyszany Ramones dotarł na skraj ogromnej polany. Przypomniał sobie inną rymowankę Black Sabbatha: Jeśliś wlazł na polanę, masz kolego przejebane. Prawie każdy rymował lepiej niż poczciwy Black Sabbath, ale doprawdy niewielu mogło mu dorównać w wulgaryzmach. Ramones wiedział, że powinien iść dookoła, ale straciłby w ten sposób mnóstwo czasu, a czasu akurat zdecydowanie mu brakowało. Wybiegł na otwartą przestrzeń. Był w połowie drogi, minął wielki dąb i już miał odetchnąć z ulgą, gdy ktoś włączył ukryty w krzakach olbrzymi reflektor. Polanę zalało rzęsiste światło. Gęsta sieć spadła na głowę młodego myśliwego. Rozległy się okrutne śmiechy. Technole. Już po mnie stanął jak wryty i czekał na projekcję. Całe jego krótkie życie powinno mu teraz przemknąć przed oczami. I rzeczywiście przeleciało. Nie przed oczami wprawdzie, ale nad głową. I nie życie, tylko jakby wielki, czarny nietoperz. Musnął głowę Ramonesa skórzanymi skrzydłami i wyrżnął w pień drzewa. Spętany siecią chłopak nie mógł się odwrócić. Poczuł tylko woń sfermentowanych poziomek i usłyszał schrypnięty głos: Padnij mały! Przykucnął. Kula ognia przypaliła mu nieco włosy i pomknęła w stronę reflektora. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Płonący Technole biegali pomiędzy drzewami bezskutecznie próbując zdławić pełgające wesoło płomienie. 25

26 Nieźle podjarani, co? To ta chora muzyka tak na nich działa schrypnięty głos zabrzmiał tym razem tuż przy uchu Ramonesa. Delikatne dmuchnięcie przepaliło oka sieci. Spadaj do domu, mały szepnął tajemniczy wybawca. Nie musiał dwa razy powtarzać. Nie znam imienia mojego wybawcy opowiadał Ramones zgromadzonym przy ognisku współplemieńcom. Nie wiem jak wyglądał. Uratował mi życie, a ja mu nawet nie podziękowałem zakończył ze smutkiem. Otoczył ramieniem siedzącą obok Nirvanę. Oto skutki szczeniackiej brawury Motorhead uwielbiał, jak to nazywał, nauczać. Pozostali mieszkańcy wioski nazywali to zrzędzeniem. Tak czy inaczej był w tym naprawdę świetny i nie zamierzał przepuścić idealnej okazji do wygłoszenia kilku złotych, lub chociażby pozłacanych myśli. Na szczęście jego żona, Metallica, nie pozwoliła mu się rozkręcić: Och, dajże spokój. Najważniejsze, że przeżył. I że przyniósł baterie. Ty Motorhead potrafisz tylko marudzić. Opowiadałeś kiedyś, że można znaleźć baterie w królikach. W tych, no jak im tam... W dziuraselach. Wypatroszyłam setki królików. I co? Gówno. Kolejna durna legenda... Jest też inna legenda odezwał się nagle Exploited o niezwyciężonym wojowniku... Wszyscy ucichli. Exploited, miejscowy szaman i uzdrowiciel, cieszył się powszechnym szacunkiem. Odzywał się rzadko, ale kiedy już mówił, warto było posłuchać. Nadszedł dzień, w którym Mick Jagger wyniesiony na scenę, ujrzał przed sobą pusty stadion. W sieci sklepów Empik u pojawiła się nowa płyta Budki Suflera. Światową prasę obiegła informacja o kolejnej reaktywacji Sex Pistols. W tym dniu umarł rock n roll. Legiony Technoli wyległy z dyskotek na ulice. Zburzono ostatnie niezależne wytwórnie. Giganci rynku muzycznego już dawno wydawali tylko kompakty z jedynie słuszną muzyką. Miliony płyt kapel rockowych trafiły pod gąsienice olbrzymich buldożerów. W miastach, miasteczkach, w najmniejszych nawet wioskach, słychać było jedynie nienawistne, mechaniczne dźwięki. Nastała Era Techno. Nie wszyscy jednak potrafili przystosować się do nowej rzeczywistości. Znaleźli się muzycy, którzy nie wypuścili z rąk instrumentów. Grali w barach, na ulicach, grali wszędzie. Lecz coraz mniej było takich, którzy chcieli słuchać żywej muzyki. Zespoły znikały jeden po drugim. Pozostali tylko najbardziej wytrwali. Ci zginęli ukrzyżowani na tętniących najohydniejszym techno głośnikach. Niedobitki niepokornych zamknięto w rezerwatach. To nasi przodkowie. Poddali się, by ocalić pamięć tych, których imiona nosimy, wielkich artystów rocka. Pamięć ta trwa w nas i trwać będzie w naszych dzieciach i wnukach. Po kres świata......i o jeden dzień dłużej! krzyknęli chórem zgromadzeni przy ognisku. Exploited milczał zapatrzony w ogień. Po chwili podjął opowieść. Nie mamy instrumentów. Nie mamy prądu, a przecież rock n roll nie może istnieć bez dźwięku elektrycznej gitary, bez owych trzech magicznych akordów... Technole odebrali nam wszystko. Pozostał nam tylko stary boombox, do którego baterie zdobył Ramones. Dzięki niemu znowu będziemy mogli posłuchać tych kilku dźwięków, które podtrzymują w nas nadzieję, że być może kiedyś jeszcze odmieni się nasz los. Z tej właśnie nadziei zrodziła się przed wiekami Legenda. Legenda ostatniego wojownika. Pojawia się On czasami, kiedy któryś z nas rozpaczliwie potrzebuje pomocy. I pomaga. To 26

27 dla niego właśnie przechowuję w swojej chacie kilka odziedziczonych po moich poprzednikach butelek. Nie wiem co zawierają, ale strzegę ich od lat i przekażę następcom. Być może kiedyś okażą się potrzebne. Być może wcześniej niż myślisz rozległo się gdzieś w ciemnościach. Ramones poderwał się na równe nogi. To on! To ten głos! To mój wybawca! Nie inaczej, mały w kręgu rzucanego przez ognisko światła pojawił się... Nie można pomylić go z kimś innym. Znoszone glany, poprzecierana ramoneska, wytarte dżinsy, irokez. Wieczny Wojownik szepnął Exploited. Gówno tam, wojownik. Tadeusz jestem wychrypiał przybysz. Przyszedłem po winko. Yabolman nie zabawił długo w wiosce. Wypił, co było do wypicia, pogadał ze starszyzną i stwierdził, że musi spadać. Wiecie, jest jeszcze kilka rezerwatów i kilku narwanych młokosów, którzy mogą potrzebować mojej pomocy. Obowiązki wzywają. Życie, niestety, jest nowelą. Bywajcie. Zataczając się lekko zniknął w ciemnościach. Słychać było jak przeklina obijając się o drzewa. Był na koncercie Dezertera młodziutki Dezerter westchnął z podziwem. to przecież musiało być kilka wieków temu. Jak to możliwe, że on wciąż żyje? Jak to: jak? dobiegło z oddali PUNKS NOT DEAD!!! 27

28 Epizod IX Gdy Biały Wilk zginie, a to nieuniknione, wraz z nim zaginie upiorów świat SKAMPARARAS Yabolman nie mógł dojść do siebie. W ogóle nie mógł się ruszyć. Nie był w stanie oderwać wzroku od ekranu telewizora. To co przed chwilą zobaczył dosłownie wcisnęło go w fotel. Dopiero po dłuższej chwili udało mu się drżącą dłonią sięgnąć po ulubione Łzy Sołtysa. Kilka solidnych łyków przywróciło mu zdolność myślenia. Czy może raczej coś, co on sam uważał za zdolność myślenia. Odetchnął głęboko i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. Czas mijał, a on wciąż próbował usunąć z pamięci obejrzane obrazy. Bezskutecznie. Wiedział, jakoś podświadomie wyczuwał, że w te nieliczne noce, które będzie spędzał bez wina, samotny na swoim dmuchanym materacu, nawiedzał go będzie widok Agaty Buzek w roli księżniczki Pavetty. Przygnębiony tą koszmarną perspektywą postanowił wyruszyć w miasto. Połażę trochę, wypiję coś pod nocnym, pogadam z kimś mruczał zamykając drzwi może zapomnę. Pod Kasztanem kilku miejscowych żuli żywo komentowało najnowsze posunięcia rządu. Oceniali postępy reformy zdrowia, omawiali problemy restrukturyzacji górnictwa, wytykali rażące błędy w strukturze ubezpieczeń społecznych. I nie używali przy tym więcej niż trzech wyrazów. No, może czterech. Tadeusz, który nie lubił dyskutować o polityce, spakował swoje wina do plecaczka i poczłapał do parku. Lubił to miejsce. Nawet w samym środku upalnego, letniego dnia panował tu półmrok i przyjemny chłodek. Ćwierkały ptaki, brzęczały owady. Relaks i ekologia. Fajnie. A w nocy spokój i cisza. Czasami tylko przerywana przyspieszonymi oddechami jakiejś bezdomnej pary. Usiadł na swojej ulubionej, ukrytej w najgęstszych chaszczach, ławeczce i pogrążył się w zadumie. Sącząc bez pośpiechu wino, myślał o najgorszej od czasu Conana Niszczyciela próbie przeniesienia literatury fantasy na ekran. Myślał też o tym, że ani najlepiej przeprowadzona akcja marketingowa, ani największy nawet szum medialny, nie jest w stanie zrobić z pospolitego gniota serialu wszechczasów. Myślał również o tym, że nie opłacił abonamentu telewizyjnego i narastało w nim przekonanie, że postąpił słusznie. W pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na sapanie, które nagle rozległo się za jego plecami. W końcu sapanie słyszał tutaj dość często. To jednak nie było miłosne. Brzmiało raczej groźnie. Błyskawicznie odwrócił głowę. To znaczy zrobił to na tyle szybko, na ile pozwalały mu wypite do tej pory bałagany. Przeciętny ślimak byłby z niego dumny. To co zobaczył powinno zmrozić mu krew w żyłach. Ale w żyłach Yabolmana niewiele było krwi, a alkohol podobno nie zamarza. Dlatego spokojnie przyglądał się zbliżającemu się ostrożnie czemuś. Coś było niewielkie i kudłate. Trochę przypominało idącą na tylnych łapach Lassie, ale miało zdecydowanie dłuższe zęby. Nie wspominając o potężnych, zakrzywionych pazurach. 28

29 Co ty jesteś? spytał nieco bełkotliwie Igrek. Coś zawyło przeciągle i spojrzało na niego przekrwionymi oczami. Jestem strzygą odpowiedziało nieprzyjemnym głosem. W równie przekrwionych oczach Tadeusza pojawił się lęk. O nie, tylko nie to! Nie dam się ostrzyc z pewnym trudem wstał z ławki i rzucił się do panicznej ucieczki. Nie uciekł daleko. Po dwóch krokach nogi odmówiły mu posłuszeństwa i runął na trawę. Bezsilnie patrzył na zbliżającego się potwora. Powoli docierało do niego, że może chodzić o coś więcej niż prosty zabieg fryzjerski. Ociekające śliną kły powoli sięgały do jego gardła. Poczuł na twarzy cuchnący oddech bestii. W tym samym momencie strzyga poczuła oddech Yabolmana. Mając takie pazury, nie powinna próbować zatykać nosa. Chyba sięgnęła do mózgu stwierdził Yabolman. I urwał mu się film. Obudził się rano rześki i wypoczęty. Ze zdziwieniem popatrzył na leżące tuż obok ciało. Biedny piesek pomyślał ciekawe co mu się stało? Westchnął ciężko i ruszył w stronę najbliższego monopolu. Skończyło się wino i trzeba było temu jakoś zaradzić. Mijały tygodnie. Yabolman oglądał kolejne odcinki serialu i cierpiał. Cierpiał bo nie wiedział dlaczego właściwie ogląda te koszmarki. Jako zatwardziały heteroseksualista (obecnie, z powodu Marysi, w stanie spoczynku) nie czuł drżenia łydek patrząc na poznaczony bliznami tors Geralda Żebrowskiego. Jego łydki pozostawały w bezruchu nawet na widok daleko doskonalszego torsu Yennefer. Czemu więc spędzał godzinę tygodniowo wpatrzony w szklany ekran? Było to jedno z wielu pytań, na które nie potrafił znaleźć odpowiedzi. To rodziło frustrację. Gdyby już nie pił, pewnie by zaczął. Otworzył kolejną butelkę swego najnowszego odkrycia. Zupełna nowość na rynku. Wino truskawkowe z ekstra dużymi kawałkami owoców. Pyszności. Trzy minuty później wyszedł z domu i dziarskim, choć nieco chwiejnym krokiem ruszył w stronę lasu. Po drodze zaszedł do czynnego całą dobę sklepu. Nie wykluczone, że po bułkę. Tadeusz nie bardzo wiedział jak rozmawiać z rusałkami. Skąd miał wiedzieć. Nigdy przedtem nie spotkał rusałek. Dlatego teraz siedział i bez słowa gapił się jak tańczą wkoło niego. Było ich siedem. Wszystkie wysokie i smukłe. I wszystkie golusieńkie. Nie dorównywały co prawda Beerwoman pod żadnym względem, ale i tak było na co popatrzeć. Patrzył więc i starał się nie zapominać o oddychaniu. Próbował też przypomnieć sobie co jego sąsiad, stary Błażej, opowiadał o rusałkach. Mazurzył straszliwie i trudno było w ogóle zrozumieć co mówi, ale generalnie chodziło chyba o to, że są niebezpieczne. Tylko co one mogły mu zrobić? Widział przecież dokładnie, że były bezbronne. Pląsały i chichotały, zerkały też od czasu do czasu zalotnie i uśmiechały się. Być może uwodzicielsko. Czas mijał. 29

30 Yabolman kończył właśnie trzecie winko, kiedy rusałki przerwały swój taniec i zdyszane osunęły się na trawę. Zaczęły rozmawiać. Miały bardzo przyjemne dla ucha głosy. Język, którego używały, przypominał trochę węgierski i zapewne właśnie dlatego był zupełnie niezrozumiały dla siedzącego wciąż pośrodku kręgu mężczyzny. A szkoda. Mógłby się bowiem dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o rusałkach. Przede wszystkim wcale nie pochodziły z Rosji. I były groźniejsze niż przypuszczał. Co za cholerny głupek mówiła pierwsza z nich półtorej godziny tańca, a on ani drgnął. Żadnej reakcji. Może to jakiś pedał? Drgnął, drgnął zaprzeczyła druga. I to kilka razy. Wiem co mówię, patrzyłam na jego spodnie. I u nich nie mówi się teraz pedał, tylko homoseksualista. Nienawidzi się tak samo, ale lepiej brzmi. Mniejsza o to. Musimy postanowić co z nim zrobimy. Według naszego prawa nie możemy go ruszyć, dopóki go nie uwiedziemy. A to kołek, nie facet. Chrzanić prawo. Nikt od lat nie przyszedł do tego lasu. Jestem zbyt głodna, żeby mu odpuścić. Bierzemy go. Chwyciły złojonego jak szpadel Tadeusza i ciężko sapiąc pod jego, nie małym w końcu ciężarem, zniknęły w gęstwinie. Beerwoman martwiła się. Był środowy wieczór, a Yabolman nie poprosił jej jeszcze w tym tygodniu o rękę. Lubiła go bardzo. Świetnie czuła się w jego towarzystwie. Ale podświadomie podejrzewała, że to nie ręka jest obiektem jego pragnień. Odrzucała więc systematycznie jego oświadczyny. Teraz obawiała się, że uczyniła to o jeden raz za dużo. To nie możliwe żeby zrezygnował myślała idąc do jego mieszkania. Było puste. Na kilku stojących w kuchni butelkach winka osiadła cieniutka warstewka kurzu. Przeraziła się. Jeśli w domu Tadeusza kurzyło się wino, on sam najprawdopodobniej nie żył. Albo przynajmniej znajdował się w ciężkich opałach. Muszę go odnaleźć postanowiła. żywego lub martwego. Wolałabym żywego. Obejście miasta nie trwało długo. Mrągowo nie jest duże. Gorzej było z okolicznymi lasami. Było w nich wiele miejsc, w których uwielbiał, jak sam mawiał, kontemplować naturę. A trudno przecież o coś bardziej naturalnego niż owocowe wino. Dopiero nad ranem dotarła na polankę nad jeziorem, na której ćwiczył pierwsze loty. Tam właśnie znalazła puste butelki. To utwierdziło ją w przekonaniu, że stało się coś złego. Yabolman nigdy i nigdzie nie porzucał opróżnionych flaszek. Uważał to za niepotrzebną rozrzutność. Rozejrzała się uważnie w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów. W nadbrzeżnym piasku wgłębienia pozostawione przez glany były aż nadto wyraźne. Ale oprócz nich dostrzegła również odciski bosych stóp. Drobnych stóp. Stópek właściwie. Kobiecych? Wyglądało na to, że kilka bosych osób... Oby nie kobiet. Bo jeśli nie nosiły butów, równie dobrze mogły nie mieć na sobie niczego. Czym prędzej odegnała od siebie wizję Yabola pośrodku gromady napalonych nagusek. Oczywiście, że napalonych. To przecież bardzo atrakcyjny mężczyzna. A więc, kilka bosych osób krążyło dokoła siedzącego Igreka, a potem pobiegło w głąb lasu. Beerwoman, nie zastanawiając się długo, podążyła za śladami. Przez kilka godzin przedzierała się przez chaszcze. Już dawno straciła poczucie kierunku. Nie straciła jednak poczucia misji i ono właśnie popychało ją wciąż do przodu. Nagle, gdzieś w pobliżu, rozległ się znajomy głos. Wszyscy pokutujemy... zabrzmiało zupełnie niedaleko. 30

31 To on. Tylko Yabolek potrafi tak wrzeszczeć pomyślała Marysia i natychmiast skierowała się w stronę, z której dobiegało przeraźliwe wycie....za to, że żyjemy nikt, z wyjątkiem Yabolmana nie nazwałby tych dźwięków śpiewem. Chociaż, z drugiej strony, niewielu było takich, którzy w jego obecności odważyliby się nazwać je inaczej. Beerwoman widziała już wyraźny prześwit pomiędzy drzewami. Z trudem pokonała ostatnie stojące jej na drodze krzaki i stanęła jak wryta. Widok był naprawdę porażający. Tadeusz siedział na środku polany oparty plecami o pień wielkiego dębu i darł się bez opamiętania. Po całej polanie walały się butelki. Butelki te były w większości puste. Czego nie można powiedzieć o zalegających pomiędzy nimi rusałkach. Te sprawiały raczej wrażenie zatankowanych do pełna. Niektóre z nich zachowały jeszcze resztki świadomości i z pijackim entuzjazmem wtórowały Yabolmanowi. Piję żeby paść, padam żeby wstać, wstaję żeby pić stare piosenki Sedesu niosły się echem po lesie. Marysiu zawołał Igrek, który jako pierwszy dostrzegł przybyłą Marysiu, kocham cię. A potem, tradycyjnie już, urwał mu się film. Półprzytomne rusałki zaczęły pełznąć w kierunku Beerwoman. Yabolman i Beerwoman siedzieli na molo. Pili swoje ulubione trunki i rozmawiali. To znaczy, mówiła głównie Marysia. Tadeusz słuchał uważnie, potakując lub zaprzeczając od czasu do czasu. Rozmawiałam ze starym Błażejem. Opowiedział mi to i owo o rusałkach. Miałeś, jak zwykle zresztą, więcej szczęścia niż rozumu, Jabolku. Ba! Wiesz, one potrafią wyssać z człowieka duszę. Hę? Igrek był materialistą z krwi i kości. I nigdzie między tą krwią i tymi kośćmi nie było miejsca na duszę. Oj, przestań. Wiesz o czym mówię. Każdy człowiek ma jakieś pragnienia, marzenia, ukryte myśli, z których czasami nawet sam nie zdaje sobie sprawy. Nawet ty. I tym właśnie żywią się rusałki. Aha. No a ty ciągle masz pragnienie. Stale cię suszy. Ledwo cię, że tak powiem, napoczęły i musiały przestać, bo też zaczęło je suszyć. I prawdopodobnie nie prędko przestanie. No. Muszę przyznać, że kiedy tak zbliżały się do mnie, nieźle się wystraszyłam. Ale na szczęście nie zrobiły mi krzywdy. Nie? Zdążyły też skosztować twojego drugiego wielkiego pragnienia. Beerwoman zarumieniła się po czubeczki kształtnych uszu. I wiesz, były całkiem milutkie. 31

32 Tadeusz wchłonął właśnie cotygodniową dawkę Wiedźmina. Nie smakowało. Nie mogło smakować. Zanim zaczęli kręcić, powinni byli przeczytać książkę stwierdził. Czknął delikatnie, osmalając nieco ścianę nad telewizorem. Ze współczuciem pomyślał o tych, którzy oglądali to na trzeźwo. Z każdym odcinkiem było coraz gorzej. Wyobraźnia pisarza najwyraźniej przerastała możliwości filmowców. Magia nie mieściła się w dziurawych jak rzeszoto ramach scenariusza. Wyciekała. Coraz więcej dziwnych zjawisk miało miejsce w Mrągowie i okolicach. Ale z tego akurat Yabolman nie do końca zdawał sobie sprawę. Nie wiedział na przykład, że zabawiając się po pijaku pluciem do celu, spalił przypadkiem ukrytego w krzakach bobołaka. Puszczając po jeziorze kaczki płytami chodnikowymi, trafił w głowę wynurzającego się właśnie utopca. Szybując w nocy nad miastem, kopnął przypadkiem przelatującego obok pod postacią nietoperza wampira. Nawet nie zauważył resztek mózgu na glanach. A gdyby zauważył? Cóż, stwierdziłby zapewne, że nie jest to najdziwniejsza rzecz jaka mu się ostatnio przytrafiła. To była ciężka walka. Lenistwo walczyło z pragnieniem. I co dziwne wygrywało. Yabolman nie był pracusiem. Ale bardzo rzadko osiągał taki stan, że nie chciało mu się nawet iść po następne winka. A teraz właśnie osiągnął. Choć nie był z tego osiągnięcia specjalnie dumny. Leżał na trawie i patrzył na jezioro. Bezmyślnie. Widział łyskę i perkoza. I dwa łabędzie. I płynącą ku brzegowi butelkę. Po jeziorze zawsze pływało więcej butelek niż ptaków, ta jednak, w odróżnieniu od innych, wyglądała na pełną. Kiedy osiadła na płyciźnie, Tadeusz wstał. Niechętnie, ale jednak. Po chwili trzymał ją w ręku i oglądał ją z zaciekawieniem. Była inne niż te, z którymi stykał się do tej pory. Przede wszystkim nie miała kapsla, tylko korek. Solidnie zalakowany, z odciśniętą na wierzchu dziwną pieczątką. Specyficzna akcyza pomyślał Igrek. We flaszce coś było. Ale brak etykiety uniemożliwiał identyfikację zawartości. Yabolman zaczął więc zdłubywać lak. Nie trwało to długo. Kiedy tylko odłamał kawałek pieczęci, butelka wypadła mu z ręki. Żeby tam wypadła. Wyrwała się z silnym szarpnięciem. Korek wyskoczył i z głośnym puknięciem uderzył Tadeusza w czoło. Stracił na krótką chwilę przytomność, a kiedy ją odzyskał z butelki wydobywały się kłęby błękitnego dymu. Dym ten przybrał kształt olbrzymiego mężczyzny i delikatnie kołysząc się na wietrze zawisł nad lekko przymroczonym miłośnikiem winek. Kim ty, cholera, jesteś? spytał Yabolman i masując rosnącego szybko nad prawym okiem guza, dorzucił z wyraźną niechęcią szlag by cię trafił, łachmyto. Zagrzmiało, błysnęło i dziwna postać zniknęła. Tadeusz podejrzliwie obwąchał pustą już butelkę. Tak to jest, kiedy wino za długo leżakuje mruknął. I ruszył w stronę miasta. Kupi pewnie kilka winek. Świeżutkich. Z krótkim okresem przydatności do spożycia. Takich, jakie jeszcze nigdy go nie zaatakowały. 32

33 W sumie trochę szkoda. To był najprawdopodobniej ostatni prawdziwy dżin na świecie. Można było załatwić kilka spraw. A tak co? Dalej wybory co cztery lata. Na wszelki wypadek rozglądajcie się uważnie, kiedy będziecie gdzieś nad wodą. Tylko uważajcie na korek. I starajcie się być grzeczni. 33

34 Epizod X "On kochał ją i ona go kochała PSY WOJNY Wiosna to dziwna pora roku. Ludzie głupieją. Szczególnie w maju. Łażą po parkach trzymając się za ręce i zaglądając sobie głęboko w oczy. Parami (ci nastawieni bardziej tradycyjnie) bądź w większych grupach obsiadają wszelkie dostępne ławeczki i godzinami cytują Szymborską. Albo Michała Wiśniewskiego. Tego drugiego znacznie częściej. We wszystkich zacisznych miejscach robi się tłoczno i hałaśliwie. A biedny superbohater nie ma gdzie przykucnąć i napić się winka. Życie, kurwa, jest nowelą. Yabolman nie mógł zasnąć. Pierwszy raz odkąd pamiętał. Zawsze zasypiał ledwie głowa opadła mu na poduszkę. Często nawet zanim zdążyła opaść. Ba, zdarzało się, że w ogóle nie docierał w pobliże poduszki. Ani nawet w pobliże domu. Ale bez względu na okoliczności i okolicę zasypiał bez trudu i spał jak kamień dopóki nie obudziło go pragnienie. A teraz leżał i liczył gwiazdy. Nie zwracał uwagi na upojny zapach rosnącego opodal bzu. Siarka nieco stępiła jego węch i choć otwarte winko wyczuwał z odległości trzech kilometrów (zamknięte z kilometra, jeśli tylko się skupił), inne wonie z trudem torowały sobie drogę do jego zmysłów. Ukryty gdzieś w gałęziach słowik darł dziób, próbując zwrócić na siebie uwagę. Daremnie. Tadeusz z reguły ignorował melodie, których nie dawało się zagrać na trzech akordach. Gapił się w niebo i nie zwracał uwagi na to co działo się wokół niego. Nie widział małolata wracającego do domu z udanej, sadząc po minie, randki. Nie widział dwóch cieni opadających niespodziewanie na rozmarzonego dzieciaka. Nie słyszał dźwięków towarzyszących krótkiemu, lecz najwyraźniej dość konkretnemu łomotowi. Nie dostrzegł też blasku księżyca odbijającego się w metalowym koszu na śmieci. W tym samym mniej więcej czasie załamana Beerwoman wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze. Pół dnia spędziła w niewielkim butiku. Przymierzyła wszystko co znalazła na wieszakach. Sprzedawca był zachwycony. Miewał już klientki ogarnięte szałem zakupów. Nawet dość często. Ale wszystkie, przynajmniej do tej pory, przebierając się korzystały z niewielkiej kabinki zasłoniętej ciemnoniebieską kotarą. Ta, najwyraźniej nie chciała tracić czasu. W 34

35 pierwszej chwili z niepokojem pomyślał o swoim ciśnieniu. A potem przestał myśleć i tylko chłonął widoki. Kiedy, po kilku godzinach, Marysia opuszczała sklepik, zdołał jedynie wychrypieć: Dziękuję i zapraszam ponownie. I było to jedyne w historii handlu szczere zdanie jakie klient usłyszał z ust sprzedawcy. A biedna Beerwoman zastanawiała się teraz po jaką właściwie ciężką cholerę kupiła tę kretyńską sukienkę w drobne, błękitne kwiatki. Patrzyła w lustro i nie wierzyła w to co widzi. A gdyby spojrzała w okno dostrzegłaby z pewnością ciemną postać, która na murze sąsiedniego budynku kończyła właśnie malować wielki napis: Toruń pomźcimy. Yabolman jakoś tak bez przekonania dłubał w talerzu. Zgadzał się oczywiście z opinią, że życie jest zbyt krótkie aby tracić czas na gryzienie, ale mimo to lubił coś od czasu do czasu przekąsić. Z tym, że ostatnio dziwnie nie miał apetytu. A przecież klopsiki w sosie pomidorowym były przepyszne. Tak przynajmniej było napisane na słoiku. Westchnął zrezygnowany i sięgnął po winko. Kłopoty ze spaniem... Brak apetytu... Grypa mnie chyba rozbiera myślał ściągając zębami kapsel. Zrobił łyka. Potem drugiego. Odprężył się nieco. Co tam mruczał opróżniając butelkę. Witaminy przyjemnie łaskotały go w podniebienie Jakoś wytrzymam kilka dni bez jedzenia. Najważniejsze są płyny. Dużo płynów. A wyśpię się jak mnie zakopią. Wyraźnie podniesiony na duchu popatrzył na pokój zastawiony gęsto Łzami Sołtysa. Zrobił ostatnio spory zapasik i teraz mógł przez jakiś czas nie wychodzić z domu. Grunt to przeczekać chorobę. Wyciągnął się na materacu i zaczął czytać nowy tom przygód Jakuba Wędrowycza. W sumie to trochę szkoda, że nie wyszedł z domu. Być może zastanowiłby go brak młodzieży w wieku szkolnym na ulicach Mrągowa. Nieliczne nastolatki przemykały chyłkiem pod murami domów rozglądając się trwożnie dokoła. Ale nikt nie zwracał na to szczególnej uwagi. Zdesperowana Beerwoman sięgnęła po stojącą pod zlewem butelkę z denaturatem. Wiedziała, że to ostateczność, ale wszelkie inne sposoby zawiodły. Najpierw przez prawie godzinę mazała sobie twarz różnymi pudrami, podkładami, cieniami, kredkami i szminkami, których nazw na dobrą sprawę nie potrafiła nawet wymówić. Kolejne kilka godzin zajęły jej bezowocne próby zmycia tego całego badziewia. Najpierw wodą, zimną i gorącą. Później była woda z mydłem. Płyn do naczyń. Jeszcze później, sama nie wiedziała dlaczego, sok z kiszonych ogórków. Podobno potrafi czynić cuda, ale widocznie w innych okolicznościach. Nic nie pomagało. Jej twarz, po wszystkich tych działaniach, wyglądała jak sen pijanego wizażysty paranoika. Nawet Picasso uznałby jej dokonania za zbyt ekstrawaganckie. Przez chwilę zastanawiała się nad pumeksem, ale uznała to rozwiązanie za zbyt radykalne. Jeżeli nie pomoże denaturat, to w piwnicy jest jeszcze trochę rozpuszczalnika. 35

36 Tylko jak w takim stanie iść do piwnicy? Co będzie jeśli ktoś ją zobaczy? I Beerwoman została w domu, pracowicie trąc twarz denaturatem. A powinna była jednak zejść na dół. Kilka ubranych na czarno osób dość szczelnie wypełniało niewielką piwnicę. Otwieram kolejne zebranie Tajnej Rady Ukrzywdzonych Pedagogów zagaił Fizyk. Ja w kwestii formalnej wpadła mu w słowo Chemiczka chodzi o nazwę naszej organizacji. Czy koledzy nie uważają, że TRUP brzmi nieco niepoważnie. I zupełnie nieadekwatnie do przyświecających nam idei. Rzeczywiście, teraz kiedy koleżanka o tym wspomniała, wydaje się, że istotnie, nie był to najlepszy pomysł Fizyk był nieco zafrasowany ale czy ktoś z szanownego grona ma jakieś alternatywne propozycje. Polonistka milczała, rozpaczliwie próbując przypomnieć sobie znaczenie słów adekwatny i alternatywny. Matematyk, który mimo wpełzającej powoli na kark pięćdziesiątki, ciągle (choć w tajemnicy) czytał komiksy, nieśmiało podniósł w górę dwa palce. Nazwijmy się dla spotęgowania efektu zawiesił na chwilę głos Fantastic Four! Fantastyczna Czwórka? Anglista spojrzał na niego zdziwiony. Kolega raczy chyba żartować? Pozostali patrzyli na Matematyka z wyraźną dezaprobatą. Wuefista liczył szybko na schowanych za plecami palcach. Ale nas jest siedmioro podzielił się ze wszystkimi efektami swoich obliczeń. Siedmiu Wspaniałych zawołała z entuzjazmem Katechetka, która uwielbiała historie o silnych mężczyznach, choć lansowane przez nią wzorce wydawały się nieco anachroniczne. Rozległo się sześć pełnych rezygnacji, ciężkich westchnień. Gdyby nie Anglista, najwyraźniej zadurzony w młodej Katechetce, ta ostatnia nigdy nie znalazłaby się w gronie prawdziwych nauczycieli. Eureka! Matematyk dokonał w myślach błyskawicznego remanentu swojej bogatej biblioteczki The Avengers! Ja bym proponował, żeby jednak po polsku Wuefista sprawiał wrażenie nieco zagubionego żeby wszyscy wiedzieli o co chodzi. Słusznie poparła kolegę równie zagubiona Polonistka nie powinniśmy bez potrzeby zaśmiecać ojczystego języka. A zatem Mściciele podsumował Anglista. Rozległy się pełne aprobaty, choć siłą rzeczy nieco wyciszone brawa. Konspiracja ma w końcu swoje prawa. Z oczu Yabolmana wyzierał twórczy obłęd. Szczególnie z lewego, prawe bowiem prawie całkowicie zasłaniał potężny siniak. Uderzenie natchnienia było równie niespodziewane, co silne. Tadeusz pisał wiersz! O miłości! W założeniu miało to być wyznanie w formie sonetu. Tymczasem kończył już zapisywać trzeci zeszyt (64 kartki w kratkę) i ciągle nie udawało mu się dotrzeć do sedna. Pobłądził gdzieś w okolicach karminu ust i błękitu oczu. Plątał się przez 36

37 kilka stron zanim postanowił zejść niżej. Przy sutkach jak wisienki stwierdził, że całość zaczyna niebezpiecznie zalatywać pornografią i przerwał. Zresztą i tak musiał wziąć zimny prysznic. Potem próbował skupić się przez chwilę na aspekcie astronomicznym. Z księżycem i gwiazdami jakoś mu poszło, ale potem wdał się niepotrzebnie w jakieś dywagacje na temat Mlecznej Drogi i komety Halleya. Pomyliło mu się z Harleyem, przez co musiał wykreślić cały fragment o gangach motocyklowych. Całkiem zresztą udany. Powrót do tematu zajął mu kolejne kilka stron. Rozsądnie pominął stromizny piersi i ześliznąwszy się z gracją po płaskim brzuchu ugrzązł w okolicach ud. Ściskał długopis w spoconych dłoniach i zastanawiał się jak poetycko wypełnić przestrzeń pomiędzy pępkiem a drobnymi stópkami. Drżenie rąk naprowadziło go na drżenie serca. Przeszedł więc do podrobów. Całość zaczynała mocno trącić tanim horrorem. Postanowił, na wszelki wypadek, skończyć z anatomią. Było to o tyle trudne, że to właśnie szczegóły anatomiczne miał ciągle przed oczami. Chociaż może określenie szczegóły niezbyt trafnie oddaje walory opisywanej przez natchnionego poetę postaci. Dopił winko i otworzywszy następne ponownie zanurzył się w otchłanie mąk twórczych. Całkowicie ignorując resztę świata. Na świecie, a przynajmniej w Mrągowie, mimo pozornej ciszy działo się sporo. Zdania Mścicieli były podzielone. Matematyk uważał, że Fizyk wygląda jak reaktor w Czarnobylu na pięć sekund przed eksplozją. Katechetce, która zaczytywała się w dziewiętnastowiecznych romansidłach, kojarzył się raczej ze światełkiem nad drzwiami lupanaru. Bohaterki jej lektur prawie zawsze trafiały do takich przybytków, a czerwone latarnie były stałym elementem ich wyposażenia. Przybytków, ma się rozumieć, nie bohaterek. Proszę państwa Fizyk nie krzyczał (konspiracja), ale jego szept chwilami był gorszy od krzyku. Mam kilka pytań do Sekcji Propagandy. Do mnie? Sekcja Propagandy, znana poza organizacją jako Polonistka, była wyraźnie zaskoczona. I nie mniej wyraźnie przestraszona. Do pani, koleżanko. Pani zadaniem było rozpropagowanie wśród mieszkańców naszego miasta przyświecających Mścicielom idei. Mniejsza już o formę jaką pani wybrała, ale treść, droga koleżanko, treść... tu rzucił na stół kilka wykonanych polaroidem zdjęć. Wszystkie bez wyjątku przedstawiały pokryte koślawym grafitti mury. Rence precz od profesorów, Toruń pomźcimy, Kosze na źmieci, czapki na głowy czytała Chemiczka przeglądając kolejne fotografie. Bardzo dobre ocenił zaglądający jej przez ramię Wuefista. Krótkie, treściwe, bardzo dobre. Chemiczka spojrzała na niego z politowaniem. A potem ze współczuciem na Polonistkę. Biedactwo westchnęła i delikatnie poklepała ją po ramieniu. Ale o co chodzi? nie rozumiała Sekcja Propagandy owszem, jest troszkę krzywo, ale to dlatego, że było ciemno... Troszkę krzywo?! zagrzmiał, z konieczności szeptem, Fizyk. Rence?! Pomźcimy?! Źmieci?! Cóż to ma, do diaska, znaczyć koleżanko?! Ja nie wiem... nie rozumiem... ja się starałam... usta Polonistki wygięły się w malowniczą podkówkę. Jak można zrobić tyle błędów ortograficznych w kilku krótkich zdaniach? zdziwił się Anglista, do którego dopiero teraz dotarły zrobione przez Fizyka zdjęcia. 37

38 Wszyscy zaczęli mruczeć z oburzeniem. Szczególnie Wuefista, który zorientował się poniewczasie jak bardzo się wygłupił. Polonistka szlochała. Koleżanko Fizyk gwałtownym ruchem uciszył zebranych czekamy na wyjaśnienia. Bo ja... ja... jąkała się zapłakana specjalistka od propagandy ja jestem dyslektyczką! Zebranym opadły ręce. A co z Sekcją Perswazji Bezpośredniej? Matematyk podjął desperacką próbę zmiany tematu. O dziwo, udało się. Wuefista, który wymyślił niebanalną nazwę sekcji i który dowodził należącym do niej Anglistą, napęczniał lekko z dumy i zaczął meldować: Podjętych akcji siedemnaście. Skutecznych szesnaście... To znaczy, że co? Chemiczka miała brzydki zwyczaj przerywania innym w połowie zdania. To znaczy, że wlazłem w psią kupę, pośliznąłem się i wpadłem do stawu. Kolega musiał mnie ratować a obiekt w tym czasie zdołał uciec wyjaśnił lekko zażenowany Anglista. Znowu zapanowało niezręczne milczenie. Fizyk, który niejedno już zebranie prowadził, doszedł do wniosku, że nadeszła już pora na jakieś podsumowanie. Myślę, proszę koleżeństwa, że wszyscy zaczynamy już zauważać pewne skutki działalności naszej organizacji. Uczniowie przestali klepać mnie po pupie wyrwało się Katechetce. Pozostali spojrzeli na nią zastawiając się czy to co słyszeli w jej głosie to była ulga, czy też może raczej żal. No tak... o czym to ja... aha! W czasie zajęć panuje cisza... I nie mówią już: choć do nas maleńka, zrobimy ci dobrze nie wiadomo czy Katechetka mówiła do wszystkich, czy tylko do siebie....na przerwach jest spokój... kontynuował Fizyk. A Mietek z trzeciej LO nie rozpina już spodni na lekcjach i nie... Tak czy inaczej Fizyk postanowił zignorować wyznania młodszej koleżanki jeśli nawet uczniowie nas nie szanują, to przynajmniej zaczęli nas się bać. A raczej boją się tajemniczych Mścicieli. Co w sumie zarechotał cichutko, ale jakoś tak złowieszczo na jedno wychodzi. Oby tak dalej. Dziś Mrągowo. Jutro cała Polska. Pojutrze cały świat! Niektóre zioła zbierane przy pełni księżyca mają przedziwne, magiczne wręcz właściwości. Beerwoman przeczytała o tym w jakiejś durnej książce o czarownicach. Łaziła teraz na czworakach po lesie i zrywała różne chwasty w nadziei, że któryś z nich okaże się tym cholernym lubczykiem. Na ziołach nie znała się zupełnie. To znaczy znała dość dobrze jedno ziele, które okazywało się bardzo pomocne w różnych sytuacjach. Czasami było wręcz nieodzowne. Nie była jednak pewna czy w tym konkretnym wypadku będzie na miejscu. Pełzała więc między drzewami i mamrotała pod nosem. Nie znała wprawdzie żadnych stosownych zaklęć, jednakże od chwili kiedy po ciemku wlazła w pokrzywy, klęła bez przerwy. Niby nie to samo, ale może się sprawdzi. Gdyby ktoś zapytał ją po co jej właściwie ten lubczyk, zapewne nie umiałaby odpowiedzieć. Cóż, nawet superbohaterowie mają prawo postępować czasem nieco irracjonalnie. 38

39 Tadeusz stał nad brzegiem jeziora i rozmawiał z drzewem. Nie pierwszy z resztą raz. Ale pierwszy raz drzewo odpowiadało. Ba, żeby tylko odpowiadało. Wrzeszczało na niego. I poniekąd miało rację. A gdybym tak ja podszedł do ciebie w środku nocy i zaczął sikać ci na nogę? Nie wkurzyłbyś się? Wkurzyłbym odpowiedział potulnie Yabolman. Cofał się powolutku i myślał o różnych rzeczach, które robił w lesie. Było mu coraz bardziej głupio. Albo gdybym wziął scyzoryk i wyrył ci na zadku: Kocham Beerwoman, podobałoby ci się to? Nie podobało. To rzeczywiście było szczeniackie zagranie, ale nie mógł się powstrzymać. Drzewo krzyczało o ekologii, lasach tropikalnych i papierze toaletowym, ale Tadeusz już go nie słyszał. Potknął się o coś i jak długi rymnął na ziemię. Owo coś oblepione było błotem i kilkoma bardzo rzadkimi okazami leśnego runa, dyszało ciężko i klęło jak szewc. A przy bliższych oględzinach okazało się... Marysia! zawołał Yabolman. Tadeusz! zawołała Beerwoman. Stali przez chwilę i patrzyli na siebie kompletnie zaskoczeni. A potem błyskawicznie pozbyli się krępujących ruchy ubrań i wśród pełnych zadowolenia westchnień opadli na trawę. Drzewa skromnie odwróciły wzrok. Czy co tam akurat mają drzewa. [No i już. Koniec. A gdzie w tym wszystkim science fiction? Zapewniam Cię, że było im fantastycznie. Yaboman, zajęty bez reszty Beerwoman, nie spotkał nigdy Mścicieli. Nie wiedział nawet o ich istnieniu. Zresztą ci ostatni wkrótce zawiesili działalność. Ale pozostali czujni. Zastanów się zanim rzucisz papierową kulką w nauczyciela.] 39

40 Epizod XI Idzie wariat ulicą, wytykany palcami REJESTRACJA [Jeśli człowiek o silnej osobowości ulegnie poszeptom złych mocy, może być z tego niezły syf. Choć niekoniecznie, Ale jeżeli tym podszeptom ulegnie ktoś osobowości pozbawiony, świat ma na pewno przesrane.] Ludzie nigdy nie przechodzili obok Darka obojętnie. Kopali go i bili po głowie różnymi tępymi przedmiotami. Paszoł won, debilu wołali z daleka i jeśli akurat nie chciało im się podchodzić bliżej, rzucali kamieniami. Nie to, żeby byli specjalnie okrutni. Byli raczej, można by powiedzieć, niewolnikami odwiecznej tradycji, która tak właśnie nakazywała traktować wioskowego idiotę. A przecież w każdej chałupie zawsze znalazły się jakieś resztki dla przygłupa. I nie do końca znoszone portki, żeby nie świecił gołym tyłkiem między opłotkami. A jeśli zima była szczególnie mroźna, ktoś zawsze pozwolił mu się przespać w stajni lub w chlewiku. Czegóż chcieć więcej. Darek jednakże nie był zadowolony ze swojego losu. Dzięki mieszkańcom rodzinnej wioski wyrósł na silnego i zahartowanego młodzieńca. Często, choć nie do końca dobrowolnie, kąpał się w przeręblach i nawet nie kichnął. Potrafił gołymi rękami pokonać trzy groźne pitbulle, którymi poszczuła go rozbrykana dziatwa. A kiedy zagniewany właściciel uduszonych piesków rzucił w niego pięciokilowym młotkiem, potrząsnął tylko zakrwawioną głową i śmiejąc się kretyńsko uciekł do pobliskiej dąbrowy. Nigdy nie podziękował Debil swoim dobrodziejom za krzepę i odporność. Przeciwnie. Uciekł pewnej listopadowej nocy, podpalając na odchodnym kilka stodół. Błąkał się potem przez kilka lat po kraju, aż dotarł do Mrągowa. Tutaj zatrzymał się na dłużej. Głównie dlatego, iż racząc się przemycanym z Rosji spirytusem stracił wzrok i nie bardzo mógł wędrować dalej. Zresztą, tutaj miał wszystko czego potrzebował. Tani, choć rzeczywiście dający pewne niepożądane efekty uboczne alkohol oraz tyle bezpańskich psów i kotów ile tylko mógł pomieścić przeżarty owym alkoholem żołądek. I było mu dobrze. Darek Debil i owszem, był kretynem, ale był kretynem szczęśliwym. Aż do dnia, w którym po raz pierwszy usłyszał Szept. Siedział wtedy nad jeziorem obżarty jakimś nieostrożnym kundelkiem i śpiewał któryś ze starych przebojów Steviego Wondera. I just call to say i love you zdaje się. Witaj Darku rozległo się nagle tuż przy jego uchu. No cześć odpowiedział beztrosko. Od kilku tygodni był bowiem ogarnięty ową przedziwną beztroską właściwą ludziom, którym zwisa martwym nietoperzem to, że kolejna Sejmowa Komisja Śledcza bezskutecznie próbuje pogrążyć urzędującego prezydenta. Nie dziwi cię fakt, że słyszysz Szept, a nie widzisz szepczącej osoby? zapytał Szept, który najwyraźniej niedokładnie przygotował się do tej rozmowy. Ja w ogóle niewiele widzę wyjaśnił Darek. 40

41 Szczerze mówiąc, nie widzę niczego dodał wesolutko, jak gdyby nic nie znaczył dla niego fakt, że opozycja odmawia votum zaufania kolejnemu lewicowemu premierowi. A może, podobnie jak większość przypadkowego społeczeństwa, miał to po prostu w dupie. Znaczy, że co? Ślepy jesteś? zdziwił się Szept. Jak kret Debil oblizał się na wspomnienie wczorajszego podwieczorku. I jestem debilem dopełnił prezentacji. Cholera, niedobrze! Szept chyba się wkurzył. Co oni sobie myślą w tej Centrali. Jak ja mam pracować w takich warunkach? GŁOS werbuje coraz to nowych super bohaterów, a mnie przysyłają do jakiegoś ślepego kretyna. Miały być równe szanse! Miała być delikatna równowaga między dobrem i złem! Szale Kosmicznej Wagi miały się przechylać raz w jedną, raz w drugą stronę! I co? I gówno? podpowiedział Darek. Tak jest zgodził się Szept. Zapadła niezręczna cisza. No dobra Szept wziął się w garść. Albo zrobił coś, co w przypadku Szeptu jest odpowiednikiem tej niełatwej czynności. Jesteś jaki jesteś. Nic na to nie poradzimy. Robota czeka. Trzeba zrobić z ciebie superzłoczyńcę. Wiesz Jabolku Marysia czule gładziła złożonego na jej kolanach przerzedzonego irokeza Śmiałek znowu zaatakował. Tak? senny Tadeusz wyraził umiarkowane zainteresowanie. Tak. Dziś w nocy. Dopadł w parku jakąś licealistkę. I co? trzeba było czegoś więcej niż napadnięta licealistka żeby poruszyć zapadającego właśnie w słodką drzemkę Yabolmana. Jak to: co? klepnęła go pieszczotliwie po policzku. Musisz z tym coś zrobić! Ja? zdziwiony Tadeusz usiadł i wypluł dolną dwójkę. Pieszczoty Beerwoman były równie silne jak jej uczucie. Dlaczego ja? Jak to: dlaczego ty? zwinnie uchylił się przed kolejnym czułym klapsikiem. Od czasu kiedy został super bohaterem wybite zęby odrastały jak mleczaki. Było to bardzo praktyczne, ale zawsze trwało dwa, trzy tygodnie. A że Marysia była osobą bardzo uczuciową, zdarzało mu się po kilka dni z rzędu jadać tylko zupy. Na szczęście wino nie wymagało gryzienia. Jak to: dlaczego ty? powtórzyła i rozkosznie zmarszczyła swój śliczny nosek. Jesteś przecież bohaterem i obrońcą! Niby jestem, ale przecież nie mogę... Ależ możesz! powiedziała Beerwoman z mocą. Tadeusz westchnął i zaczął wciągać glany. Powiedz mi jeszcze raz, o co chodzi z tym całym Śmiałkiem. poprosił wiążąc sznurowadła. Czai się w ustronnych miejscach, napada na samotne kobiety i... no, wiesz. Gwałci? Nie. Zrywa z nich ubranie i strasznie je miętosi. To ubranie? Te kobiety! A potem śmieje się głupkowato i ucieka. Nazywają go Śmiałkiem właśnie dlatego, że śmiał się po każdym napadzie. Miętosi? Może to jakiś szurnięty masażysta? 41

42 Może. Ale zostawia mnóstwo siniaków. Dziewczyny nie mogą się potem pokazać na plaży. No tak, to rzeczywiście problem Tadeusz próbował ironizować. Nie ironizuj zgasiła go Marysia. To naprawdę problem. Jest środek pięknego lata. Faktycznie wyciągnął z lodówki doskonale schłodzone Łzy Sołtysa. Chciał ściągnąć zębami kapsel, ale skrzywił się tylko i sięgnął po otwieracz. Widok plaży zasłanej posiniaczonymi panienkami mógłby obniżyć walory turystyczne naszej pięknej miejscowości. No właśnie! Dlatego musisz z tym coś zrobić! Yabolman z głośnym bulgotaniem opróżnił butelkę. Dobra! Ale wiesz, będę chyba potrzebował przynęty. Yabolman i Beerwoman przygotowywali się do akcji. On opróżniał kolejne wino, ona zastanawiała się czy rozpiąć jeszcze jeden guziczek by imponujący dekolt wyglądał bardziej kusząco. Tadeusz stwierdził, że jeśli to zrobi, nie będzie czekał na Śmiałka, tylko sam zedrze z niej ubranie. I bynajmniej nie ucieknie potem ze śmiechem. Przekomarzali się przez chwilę, kulając się po trawie, nieświadomi, że z pobliskich zarośli obserwują ich czyjeś czujne oczy. Piękne orzechowe oczy, w których tak wiele było pomieszanej ze strachem ciekawości. Oczy Elektrody. Właściwie miała na imię Hania. Jednakże od czasu kiedy przypadkiem złapała niezabezpieczony przewód wysokiego napięcia, ludzie nazywali ją Elektrodą. Prąd ją kopnął i taka już została. Kopnięta. mówili. Faktycznie. Nie była może przesadnie bystra. Ale o mieście i jego mieszkańcach wiedziała wszystko. Całymi dniami błąkała się po ulicach Mrągowa. Patrzyła, słuchała i zapamiętywała. Słyszała rozmowę Darka Debila z Szeptem. Widziała jak napada na samotne kobiety. I wiedziała dlaczego ucieka. Wielki, nieśmiały dzieciak. Podobał się jej. Miała nawet pewien plan. Pierwszy raz w życiu. Najprawdziwszy plan działania. I zamierzała go zrealizować. Wykorzystując do tego Yabolmana i Beerwoman, którzy zaprzestawszy pieszczot, postanowili jednak wziąć się do roboty. Tadeusz, lżejszy o górną siódemkę, wzbił się w powietrze. Marysia zaś, kołysząc wdzięcznie biodrami, ruszyła na parkowe alejki. Była rewelacyjną przynętą. Zbyt dobrą nawet. Yabolman dotkliwie poturbował czterech facetów i jedną kobietę (nie do końca zdającą sobie wcześniej sprawę ze swych lesbijskich ciągot), którzy przypadkowo znalazłszy na drodze Beerwoman, rzucali się na nią z dzikim chichotem i w pośpiechu próbowali pozbawić odzieży. Dość tego stwierdził wreszcie Wielki Igrek, kiedy biedna lesbijka, podziękowawszy za wskazanie nowej drogi życiowej, utykając lekko pobiegła w stronę miasta, mrucząc pod nosem coś na temat bajecznie zbudowanej sąsiadki. W ten sposób na pewno nie znajdziemy tego cholernego Śmiałka. Sięgnął do wysłużonego plecaczka po wino. Jednym długim łykiem opróżnił butelkę. Masz rację Marysia agrafkami spinała porwaną bluzeczkę. Tadeusz musiał użyć solidnego kija, żeby oderwać od niej ostatnią napastniczkę. Naprawdę, najgorsi są neofici. Szczególnie erotyczni. Ale co dalej? Nic. Wracamy do domu. A od jutra systematyczne patrole, obserwacja z powietrza... W końcu na niego trafię. Teraz nic nie wymyślę. Zresztą, pęcherz uciska mi mózg. Przepraszam na chwilę uśmiechnął się z zakłopotaniem i zniknął w krzakach. 42

43 Kiedy wrócił po dłuższej chwili, widok który zastał zmroził mu na chwilę wino w żyłach. Naga Beerwoman leżała na trawie, a jakiś ubrany w obcisłe czerwone wdzianko mężczyzna błądził wielkimi łapami po jej ciele, bezbłędnie trafiając na co ciekawsze fragmenty. Mam cię draniu wrzasnął Yabolman i rzucił się na pomoc ukochanej kobiecie. Ktoś jednak podstawił mu nogę i jak długi wyciągnął się na ziemi. Drobna, dziewczęca postać przeskoczyła na leżącym bohaterem i kilkoma susami dopadła do wytrzeszczającego na wszystkie strony niewidzące oczy Darka Debila. Zarzuciła mu na głowę śnieżnobiałą prawdopodobnie przed laty chustkę i rozdzierającym głosem zawołała: Mój ci on! Mój! A że naprawdę wielka jest siła tradycji, nikt nie mógł niczego zrobić. W sumie, najważniejsze, że zakończyły się napady w mrągowskich parkach. Yabolman i Beerwoman wrócili do domu, gdzie ona znowu pozbawiła go kilku zębów, okazując jak bardzo docenia jego odwagę i poświęcenie. Darek Debil i Elektroda zamieszkali w opuszczonej leśniczówce. I pewnie żyliby długo i szczęśliwie. Niestety. Śmiałek kilka lat później startował w wyborach parlamentarnych. Najpierw został posłem, a później, już jako minister sprawiedliwości (któż lepiej nadawał się na to stanowisko niż ślepy jak sama Temida przygłup), zaplątał się w brzydką aferę korupcyjną. Prokuratura postanowiła mu nawet jakieś zarzuty, ale sprawa nigdy nie została do końca wyjaśniona. A Szept? Trudno powiedzieć, ale obawiam się, że nie wyszeptał jeszcze ostatniego słowa. 43

44 Epizod XII Mamusiu, ja nie chcę iść do wojska THE BILL Mistrz i jego uczeń siedzieli na parkowej ławeczce. Mistrz pił wino, uczeń zaś spijał słowa prawdy z ust mistrza. Padały imperia. Na gruzach starego, rodził się nowy świat. Więc co to właściwie jest ta anarchia, proszę pana? zapytał młody pankuś. Tadeusz w zasadzie nie wymagał od punkowej młodzieży by zwracała się do niego per pan. Ale lubił gdy okazywano mu szacunek. Cieszę się, że o to pytasz, mój mały tu chrząknął znacząco. Pankuś natychmiast podał mu otwartą butelkę. Tadeusz ufnie, acz powoli zbliżył ją do nosa. Mocny bukiet wysapał, kiedy już skończył kaszleć. Jabłka, dużo goździków żeby zagłuszyć smak pleśni i spirytus. Rosyjski, przemysłowy, osiemdziesiąt sześć procent. I nie chciało im się wyławiać myszy z kadzi. Szczęka młodego opadła w niemym podziwie. Yabolman łyknął potężnie i westchnął ukontentowany. Mówiłeś, że jak masz na imię? Marek, proszę pana. Widzisz Mareczku, prawdziwa anarchia polega na tym... Tu przerwał. Nie, nie trzymał rogu. Parkową alejką przebiegał wrzeszcząc obłąkańczo jakiś długowłosy brodacz. Niczym ranny łoś przecwałował obok ławki, na której siedzieli dwaj punkowcy i wciąż wrzeszcząc zniknął za zakrętem ścieżki. Tadeusz podejrzliwie obejrzał trzymaną w ręku butelkę. Też to widziałeś? spytał. Tak, proszę pana pankuś nie sprawiał wrażenia specjalnie przejętego niecodziennym obrazkiem. Co to było? To niejaki Potłuczony, proszę pana. Ostatnie popłuczyny po hipisach. Od kilku lat ucieka przed wojskiem. Ucieka przed wojskiem... mgiełka wspomnień zmąciła wzrok Yabolmana. Marek usiadł wygodniej. Zanosiło się na pasjonującą opowieść. Połowa lat osiemdziesiątych. Wojskowa Komenda Uzupełnień w Szczytnie. Pierwsza, z licznych później, komisji poborowych, przed którymi stawał Tadeusz. Duże przeżycie. I dla niego, i dla komisji. Wszyscy, nawet wojskowy psychiatra, który przecież niejedno już widział, zamilkli na jego widok. Potem przez chwilę, dla odmiany, było bardzo głośno. A kiedy już skończyli się śmiać, sprawy potoczyły się właściwym sobie torem. Mierzenie, 44

45 warzenie, sprawdzanie wzroku i słuchu, zaglądali mu nawet tam, gdzie dotąd nikt nie zaglądał. Głupoty. Aż wreszcie posadzono go przed przykrytym zielonym suknem stołem, za którym siedzieli już ci, którzy mieli zadecydować o jego losie. No cóż, młody człowieku zaczął gruby major uśmiechając się nieprzyjemnie pora oddać krajowi, co mu się należy. A konkretnie, to co? spytał Tadeusz. Major westchnął ciężko. Znowu jakiś pyskaty gówniarz, znowu niepotrzebne komplikacje. Można się było tego spodziewać. Wystarczy spojrzeć na smarkacza. Te włosy, to ubranie. No nic, w jednostce zrobią z nim porządek. Trzeba spłacić dług zaciągnięty wobec ojczyzny... Ale ja niczego nie pożyczałem. Tak, widzisz młodzieńcze, każdy z nas wszystko co ma zawdzięcza ojczyźnie. Ona nas żywi, ubiera... Kiedy w moim przypadku to raczej ojciec. Tadeusz po raz kolejny przerwał majorowi. Ten jednak nie dawał się łatwo wybić z rytmu. Od lat zasiadał w takich komisjach i niejednego cwanego gnojka wbił w kamasze. To drobiazgi, mój chłopcze, drobiazgi. Najważniejsze jest to, że na każdym z nas spoczywa obowiązek obrony ukochanego kraju. Przed kim? Przecież wkoło sami przyjaciele. Zresztą, nawet jakby do czegoś doszło, to ja i tak nie będę strzelał do ludzi. Jak to do czegoś doszło? Jak to nie będę strzelał? No właśnie, nie będę. Sumienie mi nie pozwala, jestem pacyfistą młody punkowiec spojrzał wyzywająco na majora. I chrześcijaninem dodał nie całkiem zgodnie z prawdą kocham bliźniego swego jak siebie samego. Zawsze nadstawiam drugi policzek. Major przez chwilę sprawiał wrażenie jakby chciał sprawdzić tę ostatnią deklarację. Tak. Więc jesteś pacyfistą? A gdybyś szedł ze swoją dziewczyną na spacer. I gdyby nagle napadli was jacyś chuligani. Co byś zrobił? Dałbyś się pobić? Pozwoliłbyś ją pobić? Albo i gorzej? Tadeusz wiedział, że nieładnie jest odpowiadać pytaniem na pytanie. Ale wiedział również, że nie zaczyna się zdania od więc. Skoro zasady zostały już raz złamane, nie widział powodu, by nie odpowiedzieć: A gdyby nagle pękła podłoga i powstała wielka dziura? I gdyby z tej dziury wylazła olbrzymia trzygłowa bestia? Co by pan zrobił? Dałby się pożreć? Albo i co gorszego? Major poczerwieniał. Potem zsiniał. A potem, kiedy już znowu mógł mówić, rzucił przez zaciśnięte zęby: To nie czas ani nie miejsce na głupie dowcipy! Ale to pan zaczął. Dość! Won! Tak zwykle kończą się rozmowy z mundurowymi. Ale do woja nie poszedłem. Wzywali mnie jeszcze kilka razy na różne komisje, aż wreszcie dali spokój. Yabolman zakończył swoją opowieść i przechylił butelkę. Marek w niemym zachwycie patrzył jak jej zawartość znika w gardle Mistrza. Muszę się jeszcze wiele nauczyć. A propos nauczyć Mistrz otworzył następne winko wróćmy do anarchii... 45

46 Nie wrócili. W ogóle przestali mówić. Siedzieli tylko i śliniąc się obficie patrzyli na biegnącą w ich stronę Beerwoman. Sunęła, smukła niczym łania. Tylko nie tak włochata. Prawie nie dotykała stopami ziemi. Długie, jasne dready falowały łagodnie przy każdym kroku. Zresztą, wszystko jej falowało. Czas jakby zwolnił swój bieg. Gdzieś w koronach drzew leciutko pobrzmiewały Rydwany ognia Vangelisa. Jak zwykle przy takich obrazkach. Było cudnie. Wreszcie zasapana Marysia zatrzymała się przy ławce. Cześć. Witaj skarbie odpowiedział Tadeusz. Marek milczał. Patrzył jak urzeczony na przyciasną nieco bluzeczkę Beerwoman. Słuchał trzeszczących obiecująco guziczków. Nie wytrzymają, muszą popękać. Żaden plastik nie wytrzyma takiego nacisku. A wtedy wszystkie te cudowności, skryte w tej chwili przed jego głodnym wzrokiem, ujrzą światło dzienne. On zaś będzie mógł nasycić zmysły. No, jeden chociaż zmysł wzroku. Marysia, chociaż nie rozumiała męskich reakcji, była do nich przyzwyczajona. Wyjęła z kieszeni króciutkich, ledwo skrywających kształtne pośladki, spodenek chusteczkę i otarła zaślinioną brodę pankusia. A potem usiadła na kolanach Yabolman i czule pogładziła przerzedzonego przez czas irokeza. Przybiegłam, bo jest list do ciebie. Niepotrzebnie. To przecież mogło poczekać. Chyba nie bardzo. To z WKU. Wezwanie na komisję. Tadeusz zmartwiał. Jak to z WKU? Jak to wezwanie? Przecież ja jestem za stary! Przecież ja jestem przeniesiony do rezerwy! No właśnie. I w związku z naszym wstąpieniem do NATO, oni muszą przeszkolić te rezerwy. Dlatego chcą cię wziąć na pół roku w kamasze. Nie będzie z tego nic. Nie po to migałem się przez te wszystkie lata, żeby teraz, na starość, zapieprzać jak idiota na jakimś głupim poligonie. Nie będzie z tego nic. Życie, kurwa, jest nowelą stwierdziła sentencjonalnie Beerwoman i pocałowała go w czoło. Za nakrytym zielonym suknem stołem siedział tym razem jakiś kapitan. Niczym nie różnił się od innych kapitanów i majorów. Już na pierwszą wzmiankę o pacyfizmie uśmiechnął się złośliwie i głęboko wciągnął powietrze. Yabolman wiedział co powie. Zawsze mówili to samo. Widocznie mieli taką instrukcję. A więc jesteś pacyfistą, młody człowieku? Kapitan spojrzał uważniej na Tadeusza. A więc jesteś pacyfistą... hmmm... zająknął się, ale już po chwili dokończył triumfalnie A więc jesteście pacyfistą, poborowy? Jesteśmy. odparł pogodnie Yabolman. Wszyscy. Jak tu siedzimy. Samojeden. Słucham? kapitan nie zrozumiał. Może nie czytał Sienkiewicza. Siedzący obok lekarz psychiatra szepnął mu coś do ucha. Aha, znaczy: żartowniś. Bardzo dobrze, pośmiejemy się razem. A więc JESTEŚCIE pacyfistą, poborowy? A gdybyście, dla przykładu, szli ze swoją dziewczyną na spacer. Do parku. I gdybyście spotkali w tym parku chuliganów. Żuli znaczy. I gdyby ci żule chcieli zrobić coś złego waszej dziewczynie? Ile można? Przez te lata nikt nie wymyślił niczego bardziej oryginalnego niż ci nieszczęśni parkowi chuligani. Widocznie wojskowi uważali, że wszystkie parki w kraju pełne są 46

47 spacerujących ze swoimi dziewczynami pacyfistów i atakujących ich (być może na zlecenie MON u) chuliganów. Tadeusz westchnął. Skoro tak, on również posłuży się starą śpiewką. A gdyby tak nagle zadrżała ziemia... zaczął. Istotnie zadrżała. Ale on nawet nie zwrócił na to uwagi. I gdyby pękła podłoga, i zrobiła się wielka dziura... Wszyscy, oprócz Tadeusza z niepokojem obserwowali szybko rosnącą rysę na podłodze. Ten zaś kontynuował z niezmąconym spokojem: I gdyby z tej dziury wylazła olbrzymia, trzygłowa bestia... Pierwsza głowa wychynęła z dziury i kiwała się powoli tuż nad Yabolmanem. Po chwili pojawiła się druga. I jeszcze jedna. Kilka osób wyskoczyło przez okna. Nie zadając sobie nawet trudu ich otwierania. Zemdlony kapitan zsunął się z krzesła. Przerażony lekarz bełkotał coś niewyraźnie. Każdy zrozumiałby, że dzieje się coś dziwnego. No, prawie każdy. Bo Tadeusz załapał dopiero kiedy poczuł ma karku gorący oddech. Odwrócił się i przestraszony odruchowo plunął ogniem. Prosto w szeroko otwartą paszczę potwora. Jedną z paszcz, tę środkową. Działanie, choć nieprzemyślane, jak wszystkie działania Yabolmana, odniosło jak najbardziej pożądany skutek. Bestia najpierw czknęła zdziwiona nietypowym dla posiłku zachowaniem bohatera, a później ze straszliwym rykiem skryła się tam skąd wylazła. Przez chwilę słychać było głośny rumor, jakby tony kamieni zawalały jakąś jaskinię i wreszcie wszystko ucichło. Tadeusz popatrzył na nieprzytomnego oficera, ledwo przytomnego lekarza i wzruszył ramionami. No dobra, nic tu po mnie. Będę leciał. I wyleciał przez wybite okno. Jakiś czas później, kiedy młode wojsko kończyło łatać dziurę w podłodze, kapitan zapytał drżącego ciągle psychiatrę: A co właściwie stało się z tym bezczelnym poborowym? Lekarz, od kilku godzin siwiutki jak niegdysiejszy gołąbek pokoju, zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią. Bo i co niby miał powiedzieć? Potwora widzieli wszyscy, gościa który najpierw plunął ogniem a potem wyleciał przez okno tylko on. Bestia go pożarła. No i bardzo dobrze. Jeden kłopot z głowy. Teczka z papierami Yabolmana powędrowała do archiwum z dopiskiem: skreślony z ewidencji. A bohater mógł spokojnie usiąść na ławeczce, napić się wina i wytłumaczyć młodemu pankusiowi na czym polega anarchia. 47

48 Epizod XIII Nuuuuuuuuuuda, nuda, nuda DEFEKT MUZGÓ Nie, proszę nie... Tadeusz żebrał o litość. Pierwszy raz w życiu. I szło mu całkiem nieźle, mimo iż robił to bez przekonania. Wiedział, że nie można uniknąć Nieuniknionego. Niejako z definicji. A Nieuniknione zbliżało się ku niemu małymi kroczkami, kołysząc kusząco kształtną pupą. Błagam! Marysiu, nie dzisiaj... Beerwomen podeszła do tapczanu, na którym Yabolman zwijał się właśnie w cichutko jęczący kłębuszek. Przerażony bohater wcisnął głowę pomiędzy ramiona i zamknął oczy. Trzeba przyznać, że to drugie uczynił nadzwyczaj niechętnie. Marysia, która w domu nigdy nie nosiła ubrania, stanowiła widok z jakiego niełatwo było mu zrezygnować. Pochyliła się i delikatnie ugryzła go w ucho. Jabolku, nie mazgaj się. Bądź mężczyzną. Jęczący kłębuszek wyraźnie drgnął tu i ówdzie. Nie miał nic przeciwko byciu mężczyzną. Ale tym razem wiedział, że to podstęp. Będzie twardy. Właściwie to już był. Szczególnie ówdzie. Proszę. Tylko jeden rozdzialik. Taki króciutki. szepnęła, wyciągając spod tapczanu mocno już zaczytaną książkę. Ależ ona miała głos! Ten głos potrafiłby poruszyć kamień. A Tadeusz z kamienia nie był. Wiedział, że już po nim, ale postanowił bronić się do końca. To zwykle trwało jakieś dwie, trzy minuty. Rozprostował się nieco i otworzył oczy. Błąd. Tuż przed jego twarzą sterczała zawadiacko para argumentów, dzięki której Marysia bez trudu wygrywała wszelkie domowe dyskusje. No, godzinka i będzie po bólu. Prawy sutek delikatnie musnął policzek Yabolmana. Bohater z trudem przełknął ślinę. Zmęczony jestem. Staruszkę przeprowadziłem przez ulicę. Później pomogłem jej wrócić, bo okazało się, że wcale nie chciała przechodzić. Cały dzień tylko praca i praca. Na nic już dzisiaj nie mam ochoty. Kłamczuszek. Przecież widzę, że przynajmniej na jedno masz ochotę. Czemu tylko na jedno? bez trudu dał się złapać w prostą, było nie było, pułapkę. No właśnie. Więc najpierw poczytamy, a później... To później brzmiało nader obiecująco. Tylko najpierw to cholerne czytanie. Tadeusz czytał co prawda dużo i chętnie, ale ta przeklęta książka była ponad jego siły. Nie rozumiał dlaczego ten durny hobbit, mając do pomocy potężnego czarodzieja i kilku innych nie kiepskich zawodników, zapieprza jak głupi przez całe Śródziemie żeby wrzucić jakiś kretyński pierścionek do środka jakiejś porąbanej góry. Jakby nie mogli wymyślić czegoś prostszego. Kupy się to wszystko nie trzymało. Jeden Tom Bombadil wydał mu się sympatyczny. Ale reszta? Nie lubił Froda, nie lubił Gandalfa, wkurzały go elfy i krasnoludy. Co innego taki na przykład Wędrowycz! Ten przynajmniej zawsze wiedział czego chce. I nie komplikował niepotrzebnie najprostszych spraw. Ale Marysia nie lubiła starego Jakuba. 48

49 Twierdziła, że to cham i prostak. Była za to fanatyczną wielbicielką Tolkiena. Yabolman właściwie nie miał nic przeciwko fanatycznemu uwielbieniu. Szczególnie jeśli dotyczyło jego osoby. Protestował natomiast stanowczo, choć zwykle niezbyt długo, kiedy Marysia zmuszała go do lektury Władcy Pierścieni. I chociaż zawsze ulegał jej ciężkim, jakże cudownie ciężkim argumentom, to męczył go okrutnie każdy następny rozdział tej, jak ją nazywała, powieści wszechczasów. Dobra, niech będzie. Wezmę tylko winko z lodówki i już się biorę za tego gniota. Wstał naburmuszony i poszedł do kuchni. Wrócił po chwili popijając Łzy Sołtysa i z książką w ręku uwalił się w fotelu. Beerwoman nie skomentowała. Ostatnie słowo należało do niej, nawet kiedy milczała. Kobiety! A później... Później było owo obiecane później. Później jeszcze raz. I jeszcze. I wreszcie strudzony bohater, złożywszy głowę na cudownych pośladkach Marysi, zamknął zmęczone czytaniem oczy. Obudził się i nie wiedział gdzie jest. Nic nowego. Zdarzało mu się to nie raz. I nie dwa. Wiele razy. Innymi słowy, często zdarzało się, że Yabolman otwierał oczy i nie wiedział gdzie jest. Ale zawsze budził się, jak by to powiedzieć, raczej statycznie. Ot, leżał sobie gdzieś w lesie lub nad jeziorem (bo lubił przyrodę) i wschodzące słońce łaskotało go w nos. Normalka. Nigdy jednak nie ocknął się w biegu. No właśnie! Biegł jak idiota z wywieszonym jęzorem, w ciężkiej zbroi, sapiąc ciężko... Zaraz?!? Jakim jęzorem?!? Przecież ja nie mam jęzora. Jasna cholera! Owszem, mam jęzor. I to jaki! Mogę się polizać po karku. Kły też mam? Nieźle. Super. Jeszcze ta pordzewiała zbroja, ten dziwny miecz. I ten straszliwy smród Olśnienie, jak to olśnienie, przyszło nagle. Stanął jak wryty. O kurwa! Jestem orkiem! Pchnięty potężnie w plecy znowu ruszył biegiem. Dziesiątki, setki orków biegło obok niego. Dokąd my tak właściwie pędzimy? Czy może raczej skąd? Zaryzykował szybkie spojrzenie do tyłu. Jakieś miasto. Potężne mury. Tłum ludzi z krzykiem i z różnymi nieprzyjemnie wyglądającymi, ostrymi przedmiotami pędził za nim. I pieszo, i konno. Kilka strzał śmignęło mu koło ucha. Ogromny kamień nadleciał nie wiadomo skąd i rąbnął w ziemię tuż koło niego. W ziemię i oczywiście w biegnących obok (tfu!) współplemieńców. Aha. Oblegaliśmy Tinas Mirith. I teraz dostajemy w dupę. Uff! Tylko dlaczego jestem tym złym? Tu gdzieś chyba powinny być olifanty... O rany! Potknął się i jak długi runął na ziemię. Zarył twarzą, czy może raczej pyskiem, w piach. Z trudem przekręcił się na plecy. I wtedy zobaczył olifanta. A raczej jego wielką nogę. Od spodu. Zbliżała się z zastraszającą szybkością. Życie, kurwa, jest nowelą. Było nowelą. pomyślał Yabol ork i zapadł w ciemność. Już dobrze Jabolku. Dobrze. To tylko zły sen. 49

50 Beerwoman czule gładziła zroszone potem czoło Tadeusza. Miał szeroko otwarte oczy, był blady jak ściana i z trudem łapał powietrze. Ostatnio wyglądał tak kiedy przez pomyłkę napił się jogurtu. Wyciągał przed siebie ręce, jakby czegoś szukał. Położyła jego dłonie tam, gdzie najbardziej lubił je trzymać. Pomogło. Jego oddech uspokoił się z wolna, na policzki wróciły rumieńce. Wypił kilka łyków wina. A potem wtulił twarz pomiędzy jej piersi i zduszonym głosem wyszeptał: Kocham cię Marysiu. Zrobię co zechcesz, tylko błagam, nie każ mi już czytać tej koszmarnej książki. 50

51 Epizod XIV Ja te pieski znam, sine plecy od nich mam PSY WOJNY Kiedy nadchodziła jesień, rojne i gwarne stawały się otaczające Mrągowo lasy. To miejscowi Argonauci wyruszali na poszukiwanie runa. Nie złotego wprawdzie, lecz przecież równie cennego. Jagody, grzyby, dziki szczaw, rozbity mercedes na niemieckich numerach wszystko mogło się przydać szczęśliwym znalazcom. Co dawało się zjeść wędrowało do garnków, resztę stojące przy szosach dzieciaki sprzedawały ostatnim opuszczającym Mazury turystom. I tak to się kręciło. Od lat. Ale tej jesieni było inaczej. Zbieracze wracali do miasta dziwnie milczący i osowiali. Niektórzy z ponurymi minami masowali różne części ciała. Inni lekko utykali. Jeszcze inni szukali drogi po omacku, niewiele widząc przez podbite oczy. Wszystkich łączyło jedno ich kosze i reklamówki były puste. Zrezygnowani zamykali się w domach i chłepcąc cienkie zupki narzekali na pro rodzinną politykę kolejnych rządów. Niesłusznie. Polityka była przecież słuszna. Tylko oni pochodzili z niewłaściwych rodzin. Potem, nie zaskakując nikogo z wyjątkiem drogowców, przyszła zima. Wyjątkowo ciężka zima. Wyprawy po chrust kończyły podobnie jak wcześniejsze próby zdobycia darów lasu. Guzy i siniaki, to wszystko co las oferował tego roku mieszkańcom Mrągowa. A po zimie przyszła wiosna. Zrobiło się ciepło i krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach. Liczne spragnione miłosnych uciech pary i nie mniej liczni podglądacze wyruszyli na łono przyrody by cieszyć się sobą. Ewentualnie cieszyć swe oczy tymi, którzy nie bacząc na nic, cieszą się sobą. Lecz im również nie sprzyjało szczęście. Wracali stłamszeni i poobijani. Chociaż bywało, że niektóre dziewczęta sprawiały wrażenie rozkojarzonych jakby i całkiem zadowolonych. Tak zdecydowanie dziwny był to rok. Wszystkie te sprawy nie dotyczyły jednakże Yabolmana, który od czasu kiedy zamieszkał z Beerwoman stał się wielkim domatorem. Nie oznacza to bynajmniej, że zaprzestał swoich ulubionych plenerowych konsumpcji. Ograniczał się jednakże do zacisznych parków miejskich i to w zupełności zaspokajało jego potrzebę obcowania z przyrodą. Liczyła się tylko Marysia. I wino. Cała reszta wisiała mu martwym nietoperzem. Do czasu. Któregoś dnia, piątek to był chyba... Albo środa. Tadeusz nie zwracał uwagi na takie drobiazgi. Leżał sobie spokojnie na trawniczku kontemplując upstrzoną różnokolorowymi plamami taflę jeziora Czos. Popijał Łzy Sołtysa i cieszył się swoim szczęściem. 51

52 Kurczę myślał ale ja mam szczęście. Bo tak na dobrą sprawę, to czego może chcieć od życia taki gość jak ja? by Jacek Cygan Mam wspaniałą kobietę, przepyszne winko, słoneczko przygrzewa. Cudnie jest. A później nie chciało mu się już myśleć, więc tylko leżał. Winko i słońce zrobiły swoje. Yabolman zapadł w słodką drzemkę. Ze snu wyrwał go czyjś wzburzony głos. Czyjś! Wiedział doskonale czyj. Ten głos poznałby na końcu świata. W piekle by go rozpoznał. Nawet gdyby całkowicie ogłuchł. No, może wtedy nie. Ale w każdym innym przypadku rozpoznałby na pewno cudownie aksamitny głos Marysi. Brzmiał jak najsłodsza muzyka. Nawet wtedy gdy złorzeczyła i klęła niczym banda pijanych szewców. Tak jak teraz. Ciekawe, co też mogło ją aż tak wnerwić? Wkrótce Beerwoman wyłoniła się zza zakrętu wyasfaltowanej alejki. Nieprzerwany potok najstraszniejszych bluzgów płynął niepowstrzymaną falą z ust jej karminu. Jej cudowne oczy ciskały malutkie błyskawice. Piersi unoszące się i opadające w rytmie przyspieszonego wzburzeniem oddechu prawie rozrywały przyciasną bluzeczkę. Biada, biada, po trzykroć biada temu, który doprowadził ją do takiego stanu. Zasadniczo, Tadeusz świata poza Marysią nie widział. Ale tym razem nie mógł nie dostrzec towarzyszącej jej dziewczyny. Fajniutka była. Miała krótkie, ciemne włosy i miłą buzię. Wzrostem dorównywała Beerwoman, pozostałymi wymiarami nieznacznie jej ustępowała. A że różnica ta była naprawdę nieznaczna, było na co popatrzeć. Stanowiły duet, który mógłby zlasować każdy męski mózg. Na szczęście mózg Tadeusza był zlasowany już wcześniej. Bohater zamrugał tylko oczami, pokrzepił się kilkoma łykami wina i wychrypiał prawie naturalnym głosem: Dzień dobry. Dobry? Dla kogo dobry? Bo przecież nie dla Zosi! wskazała swoją towarzyszkę. Nieszczęsna ofiara... Czego? Yabolman wpadł jej w słowo. To nie była dobra odzywka. Beerwoman nie lubiła takich odzywek. Uspokoiła się nagle. Przestała krzyczeć, zmrużyła oczy i pochyliła się nad leżącym bohaterem. Uwielbiał kiedy się nad nim pochylała. Miał wtedy w zasięgu ręki wszystko to, po co tak bardzo lubił sięgać. Tym razem jednak powiało grozą. Tadeusz nerwowo przełknął ślinę. Będzie bolało. Leżysz tu sobie i popijasz winko... Nie było sensu zaprzeczać. Leżał i popijał w najlepsze. A tymczasem dokoła dzieją się straszne rzeczy... Rozejrzał się. Nieco nerwowo. A przecież jesteś bohaterem! Herosem! Obrońcą! Faktycznie był bohaterem. Zebrał się w sobie. To może powiesz mi o co właściwie chodzi, kochanie? Ha! O co chodzi? Ludzie nie mogą chodzić do lasu! Yabolman nawet się specjalnie nie zdziwił. Dobra, miał już jakiś punkt zaczepienia. Teraz powolutku dalej. Tylko delikatnie, ostrożniutko... Oj, to niedobrze. Ludzie powinni chodzić do lasu. Tam jest mnóstwo, tego no, świeżego powietrza. Nie można niedoceniać relaksacyjnych aspektów obcowania z dziką przyrodą. Ot, chociażby spotkanie z wiewiórką! Beerwoman była wkurzona. To fakt. Ale miała poczucie humoru. I kochała tego poczciwego głuptasa. Roześmiała się i usiadła obok niego na trawie. Daj spokój Jabolku. Zosia była wczoraj na spacerze. Wróciła cała poobijana. Ma pełno siniaków. Na całym ciele. Sam zobacz. Skinęła na Zosię. Dziewczyna czerwieniąc się lekko zdjęła koszulkę i krótką spódniczkę. Podobnie jak Marysia, uważała bieliznę za niepotrzebną komplikację. Tadeusz przystąpił do oględzin. Nogi, plecy, śliczne piersi, kształtna pupcia. Wszędzie podłużne, fioletowe sińce. Yabolman powoli i wnikliwie badał wszystkie ślady, zatrzymując się na chwilę przy tych co 52

53 ciekawiej położonych. Mamrotał coś od czasu do czasu, robił mądre miny i w ogóle przeciągał jak mógł. Nie bardzo wiedział o co chodzi, ale zapowiadało się nieźle. Ba, już było ciekawie. Nadzwyczaj ciekawie. Nie przesadzaj Jabolku zniecierpliwiona Beerwoman stuknęła go pieszczotliwie w tył głowy. Ała powiedział Tadeusz, kiedy po jakimś kwadransie odzyskał przytomność. Usiadł na trawie i w zamyśleniu pogładził coraz rzadszego irokeza. Widziałem już kiedyś takie ślady. Choć nie tak atrakcyjnie położone uśmiechnął się promiennie do ubierającej się Zosi. Niepotrzebnie. Widziałem takie ślady podjął po kolejnym kwadransie. Bez uśmiechu. Instynkt samozachowawczy potrafi zwyciężyć wszystkie inne instynkty. Powiedz mi, co się właściwie stało? Zosia usiadła na trawie. Ostrożnie. Prawdę mówiąc, nie wiem. Spacerowałam wczoraj po lesie, była cudowna pogoda. Świeciło słońce, na niebie żadnej, najmniejszej nawet chmurki. Nagle, tuż przy samej ziemi pojawiła się jakby mgła. Biała i gęsta jak bita śmietana. Początkowo nie zwróciłam na nią uwagi. Ale mgła zaczęła się podnosić. Po kilku minutach nic nie było widać. I wtedy poczułam silne uderzenie w plecy. Później nic nie pamiętam. Chyba straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, mgły już nie było. Wszystko mnie bolało. Wróciłam do domu, a dzisiaj opowiedziałam wszystko Marysi. Ona przyprowadziła mnie do ciebie. Ty na pewno coś wymyślisz. Zapadła niezręczna cisza. Dziewczyny patrzyły wyczekująco na Yabolmana. Ten wiercił się przez chwilę niespokojnie. No tak. Koniec sielanki. Znowu trzeba będzie myśleć. Eeee, to już chyba lepiej działać. Trudno. No dobra, to idę. Widziałem już co prawda kiedyś takie ślady... Ale to chyba niemożliwe... Na pewno niemożliwe... Głowę bym dał, że... Nie... Niemożliwe... Co ty tam mruczysz Jabolku? Tadeusz nie odpowiedział. Zasznurował glany, chwycił plecaczek i ciągle mamrocząc coś pod nosem ruszył w stronę najbliższego monopolu. Zosia spojrzała pytająco na Beerwoman. Jak go znam, to pójdzie do tego lasu. Tylko musi zatankować przed drogą. Yabolman nie lubił pić w marszu. Znalazł przyjemną polankę, położył się wygodnie, popijał winko i czekał. Nie bardzo wiedział na co, ale czekał. Coś przecież musi się w końcu wydarzyć. On miał czas. I porządnie wypchany plecak. Jakaś szyszka uwierała go gdzieś pod prawą łopatką, ale nie chciało mu się ruszać. Ziewał potężnie, coraz bardziej znudzony. Wreszcie, kołysany szumem liści i świergotem ptaków, zasnął. I wtedy na polanie pojawiła się mgła. Podnosiła się powoli aż w końcu zakryła całkowicie śpiącego bohatera. Mówię ci Marysiu, strasznie było. Nic nie widać, nic nie słychać, tylko to cholerne mleko dokoła. Ani podlecieć, ani ogniem plunąć, bo wilgotno. Masakra. A tu nagle jak mnie 53

54 coś nie gwizdnie w plecy. I w szeroko rozumiane okolice pleców. Jak nie poprawi w łepetynę. Wiałem, aż miło. Uciekłeś? Uwierz mi, nie miałem innego wyjścia. Beerwoman z niedowierzaniem patrzyła na Tadeusza. On nigdy nie uciekał. Nie to żeby był przesadnie odważny. Najczęściej po prostu mu się nie chciało. Znała go już tyle czasu, ale jeszcze nigdy nie widziała go biegnącego. Nawet po wino. Zaczynała się naprawdę bać. Jaboku, co właściwie grasuje w tym lesie? Yabolman najpierw wciągnął głęboko powietrze, poczym wypuścił je z głośnym sykiem. I z niewielką chmurką dymu. Mówić czy nie? Pewnie i tak mu nie uwierzy. To jest jakiś zapomniany i zupełnie Zdziczały Oddział Milicji Obywatelskiej. ZOMO? Przecież ich już nie ma. Od wielu lat. Dlatego mówię, że zapomniany... Jesteś pewien? To niemożliwe. Niemożliwe??? Popatrz! Opuścił spodnie i wypiął ku Marysi wspomniane wcześniej szeroko rozumiane okolice pleców. Faktycznie. Całe pokryte były brzydkimi, podłużnymi siniakami. Tylko ich pałki zostawiają takie ślady. Nigdy nie patrzyli kogo i gdzie biją. To są rzeczy, których się nie zapomina. Nie wiem skąd się wzięli i dlaczego pojawili się właśnie tutaj, ale to na pewno ZOMO wcy. A ta dziwna, nienaturalna mgła? Pojęcia nie mam. Atmosfera zawsze stawała się gęsta, gdy pojawiali się w pobliżu. Co prawda nigdy aż tak, ale jednak. Marysi nie pozostawało nic innego, jak tylko uwierzyć w słowa Yabolmana. Ten facet latał i pluł ogniem. Widziała jak prawie walczył ze smokiem i pokonał go. Na swój sposób. Wszelkie niesamowitości były dla niego chlebem powszednim. Słyszała jak rozmawiał z GŁOSEM. Ba, sama też przecież z NIM rozmawiała. Zapomniany oddział ZOMO zagubiony w podmrągowskich lasach to i tak jedna z normalniejszych rzeczy na jakie mogła się natknąć dzieląc życie z bohaterem. No właśnie bohaterem. No dobrze, ale coś przecież trzeba z tym zrobić. Masz chyba jakiś plan. Żadnego. Sami się pojawili, to i sami znikną. Nic nie wymyślę. Trzeba przeczekać. Przeczekać? Niestety. Na ZOMO nie ma mocnych. 54

55 Epizod XV Nowoczesny człowiek z komputerem w głowie DEZERTER Tadeusz był zły. Jestem zły oświadczył Beerwoman szarpiąc ją lekko za ramię. Ależ skąd Jabolku wymruczała nie otwierając oczu jesteś cudowny. Było wspaniale. No tak, faktycznie... Yabolman sięgnął po stojącą przy łóżku (na wszelki wypadek) butelkę. Upił kilka łyków, a potem zawinął się w kołdrę i zadowolony zasnął. Yabolman był przy śniadaniu dziwnie małomówny. Popijał Łzy Sołtysa i mamrotał coś niewyraźnie pod nosem. Wreszcie nie wytrzymał: Wiesz Marysiu, wkurza mnie ten Batman. Beerwoman znała Tadeusza dość długo. Naprawdę trudno było ją zaskoczyć. Ale nawet ona była troszkę zdziwiona tym niecodziennym stwierdzeniem. Zmarszczyła lekko śliczne czoło próbując odgadnąć jakimi pokręconymi torami wędrują tym razem myśli jej ulubionego super bohatera. Nic nie mówiła. Skręcała spokojnie porannego jointa i czekała na rozwój wypadków. Wiedziała z doświadczenia, że nie będzie musiała czekać długo. I rzeczywiście. Bo wiesz, mieszka w pałacu, kasy ma jak lodu, to go stać na różne takie bajeranckie gadżety. Samoloty jakieś, albo samochody. Nie zrozum mnie źle. Podoba mi się nasze mieszkanko. Dwa pokoje to i tak od cholery sprzątania. Samochód też mi niepotrzebny. Po pierwsze nie mam prawa jazdy. Po drugie gdzie ja bym nim jeździł? Do Mikołajek? Zresztą, jak trzeba to zawsze mogę sobie polecieć. W końcu umiem latać, no nie. To o co ci właściwie chodzi Jabolku? O Jaskinię Nietoperzy!!! Ja też chcę taką!!! Bajeczne piersi Beerwoman uniosły się i opadły w cichym westchnieniu. Guziczki przyciasnej koszulki nie wytrzymały napięcia. Ze świstem przeleciały koło uszu Yabolmana i wbiły się w ścianę kuchni. Sama zaś koszulka rozchyliła się ukazując to wszystko, czego Marysia i tak nigdy przesadnie nie ukrywała. Pozbawiony nagle dopływu krwi mózg Tadeusza przestał funkcjonować i bohater, przełknąwszy z trudem ślinę, musiał zdać się na instynkt. Z powodzeniem zresztą. Ale cień nietoperza ciągle unosił się nad Yabolmanem. 55

56 Przez kilka następnych tygodni Tadeusz marudził. Beerwoman nie zwracała na to uwagi. Dopiero kiedy wspomniał o konieczności ochrony swojego incognito i bezpiecznej przystani dla bohaterskiego alter ego, zaczęła się martwić. Yabolman zawsze był sobą. Nigdy nikogo nie udawał. Jego osobowości z trudem wystarczało na ego. O żadnym alter ego nie mogło być mowy. Jakie incognito? Skąd on w ogóle zna takie słowa? Sytuacja stanowczo dojrzała do podjęcia jakiś działań. Masz przecież Kwaśną Dziurę Jabolku rzuciła mimochodem, kiedy po raz kolejny rozwodził się nad potrzebą posiadania zamaskowanej twierdzy. Tadeusz zakrztusił się winem. Kwaśna Dziura? Przecież to zwykła ziemianka! Tam nic nie ma. Tylko klepisko i gołe ściany. I pełno korzeni, i różnych takich... No, to masz chyba sporo do zrobienia. To były pracowite dni. Yabolman spędzał większość czasu w Dziurze. Spod ziemi dochodziły odgłosy piłowania, przybijania, wiercenia oraz charakterystyczne bulgotanie. I liczne niewybredne przekleństwa. Beerwoman przygotowywała kanapki i opatrunki. Bandażowała poobijane młotkiem palce i dezynfekowała pokaleczone stopy (ile razy można nadepnąć na tę samą deskę z gwoździem?). Zszyła nawet paskudną ranę na plecach (jak on to zrobił?). Aż wreszcie, któregoś sobotniego wieczora, Tadeusz wleciał przez okno do sypialni, miękko wylądował w fotelu i radośnie oświadczył: Gotowe! Świetnie ucieszyła się Marysia. Resztką wody utlenionej zmyła mu krew z twarzy i ostatnim plastrem zakleiła rozcięty łuk brwiowy. Jutro urządzimy uroczyste otwarcie. Yabolman od pięciu minut próbował przeciąć wstęgę. Pocił się, stękał i mamrotał coś pod nosem, aż wreszcie zniechęcony odrzucił nożyczki i plunął ogniem. Zapraszam do środka wysapał i pierwszy zniknął pod ziemią. Beerwoman, z pewnym wahaniem, podążyła za nim. Było lepiej niż się spodziewała. Nawet prąd doprowadziłeś? Skąd? Tadeusz zaczerwienił się lekko. A był tutaj niedaleko. Wystarczyło pociągnąć przewód. Aha Marysia postanowiła na wszelki wypadek zmienić temat. Jakie śliczne płytki chodnikowe. Takie same jak te, które ostatnio położyli przed sąsiednim blokiem. No tak Tadeusz czerwieniał coraz bardziej takie same. No. 56

57 A ta boazeria? To dąb? Ten facet z trzeciego piętra ma podobną na balkonie. Wiesz który? Zawsze się dziwiłeś po co mu boazeria na balkonie. Właśnie, po co? Yabolman nie czuł się zbyt pewnie. Wiedział, że nie wszystko było tak, jak być powinno. Pewne zastosowane przez niego rozwiązania konstrukcyjne naraziły na drobne niewygody kilka osób. Ale najważniejszy był Plan. Tak, tak... Yabolman miał Plan. Niewiarygodnie chytry, iście diabelski, przewrotny i przebiegły. Kurczę, ależ to był Plan! I właśnie był o krok, malutki kroczek od pełnej realizacji. Beerwoman tymczasem kontynuowała zwiedzanie Kwaśnej Dziury. Sprawdziła miękkość stojącego w kącie łóżka i zajrzała do lodówki. Tadeusz wstrzymał oddech. Za chwilę wszystko się rozstrzygnie. Jabolku, a do czego jest ta wnęka w ścianie? Tutaj wstawię komputer. Ale ty nie masz komputera. Wezmę ten z pawlacza w przedpokoju. W sypialni nie mógł stać, bo się kurzył. Tutaj będzie jak znalazł. Przecież to stary rupieć! Na razie musi wystarczyć. Czasy, w których żyjemy, stawiają nam pewne wymagania. Super bohater musi korzystać ze zdobyczy cywilizacji. Dobrze już, dobrze. Możesz go tu wstawić, jeśli uważasz, że będzie przydatny... Niezbędny Marysiu! Niezbędny! Yabolman przetarł załzawione oczy. Od kilku dni praktycznie nie wychodził z Dziury. Walczył jak lew, jak stado lwów, ale i tak przegrywał raz za razem. Cholera, nie wiedziałem, że to będzie takie trudne. Łyknął wina i popatrzył na znikający powoli z ekranu napis: TETRIS. GAME OVER 57

58 Epizod XVI W głowie mi się pierdoli BOIKOT Słońce już dawno skryło się za horyzontem. Mrok otulał prerię. Z oddali dochodziło wycie kojotów. Samotny jeździec zbliżał się do niewielkiego puebla. Zapadający szybko zmrok nie pozwalał dostrzec rysów jego twarzy. Jednakże ani ciemności, ani rondo wielkiego sombrera nie były w stanie ukryć szeroko otwartych oczu jeźdźca, w których bezbrzeżne zdumienie powoli ustępowało miejsca równie bezbrzeżnej panice. Co ja tutaj robię? myślał. I gdzie właściwie, do cholery, jest to tutaj? Yabolman, on to bowiem sunął przez prerię na wychudzonej szkapie, miewał delirki. Zdążył się do nich przyzwyczaić, niektóre nawet polubił. Nie przeszkadzały mu pojawiające się w okolicy stepujące myszy, kozy grające na saksofonach, czy też nietoperze, które straszliwie fałszując śpiewały arie ze znanych oper. Głównie ze Strasznego Dworu. Było to jakieś takie... swojskie. I często nawet zabawne. Zdarzało mu się również, w pijackim widzie, trafiać do miejsc, których nie znał. Czasami budził się w lesie nad jeziorem, pokryty rosą lub zagrzebany w suchych liściach. Ale koń, zatknięty za pas colt i srebrne ostrogi przypięte do kowbojskich butów to było zbyt wiele, jak na jednego pacyfizującego anarchistę. Ostrogi przypięte do kowbojskich butów? O żesz kurwa twa... twarożek! Gdzie moje glany? Obudzić się! Muszę się koniecznie jak najszybciej obudzić! Tadeusz zaczął się nerwowo szczypać w różne, wystające spod obszernego poncza, części ciała. Bolało, ale nie pomogło. Tymczasem jego wierzchowiec właśnie mijał pierwsze zabudowania miasteczka. Nie było duże. Kilkanaście domów, knajpa, koszary i kościółek. To wszystko. Koń, zmęczony widać drogą, zatrzymał się przy poidle przed knajpą. Dobrze, że nie przed kościołem pomyślał Yabolman, który nie miał pojęcia jak sterować tym zwierzęciem. Z trudem zeskoczył z siodła. Nigdy nie zastanawiał się, kto właściwie wymyślił samochód. Ale teraz, kierując się na szeroko rozstawionych nogach, ku drzwiom baru, zrozumiał dlaczego dokonano tego wynalazku. Musiałem długo jechać myślał masując obolałe siedzenie. To jednak nie sen. We śnie nic nie może aż tak boleć. Co się dzieje? Co się, cholera, dzieje? Pchnął drzwi i wkroczył do gwarnego wnętrza. Było ono brudne i śmierdzące. Tadeusz nie zawsze był czysty i nie zawsze pachniał konwaliami, ale i tak w pierwszej chwili stracił oddech. Tu jest gorzej niż w Olsztynie Pod Kogutem stwierdził i ocierając załzawione oczy ruszył w kierunku baru. Kiedy zamawiał flaszkę najtańszego trunku, okazało się, że ma w kieszeni mnóstwo pesetów i mówi płynnie po hiszpańsku. Nawet nie był tym przesadnie zaskoczony. W końcu nie była to najdziwniejsza rzecz jaka spotkała go tego dnia. Usiadł w kącie i popijając mocną, choć obrzydliwą w smaku tequillę (nie starczyło mu na wino!!!), przysłuchiwał się prowadzonym dokoła rozmowom. Rozmawiano głównie o mającej się odbyć o świcie egzekucji. Jakiś biedny ranczer imieniem Pedro, nie zapłacił podatków i 58

59 dlatego miał zawisnąć o wschodzie słońca, pozostawiając nieutuloną w żalu młodą żonę i siedmioro malutkich dziatków. Mając na utrzymaniu tak liczną rodzinę, nie miał z czego zapłacić podatków dowodził elegancki młodzieniec o wyglądzie maminsynka siedzący przy sąsiednim stoliku przecież jego ziemia to sam piach i kamienie. Ma pan rację don Diego przytaknął jego towarzysz, monstrualnych rozmiarów mężczyzna w mundurze. Ale takie jest prawo. A my tutaj, w Los Angeles, przestrzegamy prawa. W takim razie, sierżancie Garcia, należy się zastanowić nad zmianą prawa, godzącego w tych, którzy najbardziej potrzebują jego pomocy powiedział z patosem don Diego i zamówił jeszcze jeden dzban wina. Wściekle drogiego wina. Yabolman przestał słuchać ich rozmowy i zamyślił się głęboko. Zarówno don Diego, jak i sierżant Garcia wydawali mu się dziwnie znajomi. Ale przecież nigdy wcześniej nie był w Los Angeles. O ile to naprawdę było Los Angeles. Widział przecież kiedyś Los Angeles w telewizorze i wyglądało zupełnie inaczej. W telewizorze... W jego przytłumionym tequillą mózgu otworzyła się jakaś klapka i już wiedział gdzie jest. Wiedział również kim są faceci rozmawiający przy sąsiednim stoliku. Co więcej domyślał się nawet co zdarzy się podczas egzekucji biednego Pedra. Wciąż jednak nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie jak się tutaj znalazł i jak, do cholery, wrócić do domu? Bez wina tego nie rozgryzę pomyślał i zrezygnowany przechylił prawie już pustą butelkę. Kiedy obudził się następnego ranka, właśnie dniało. Pierwszy raz od wielu, wielu lat męczył go kac. Cholerna gorzałka. Jednak co winko, to winko jęknął i wygrzebał się ze sterty słomy, w której najwyraźniej spędził noc. Wyszedł przed stajnię. Mieszkańcy miasteczka zaczynali się gromadzić w pobliżu postawionej w nocy szubienicy. Kilku żołnierzy, z sierżantem Garcią na czele, pilnowało porządku. Wstało słońce. Wraz z ego pierwszymi promieniami z bramy koszar wyłonił się ponury orszak. Sześciu drabów w mundurach prowadziło drobnego, młodego mężczyzną, ciasno skrępowanego sznurami. To pewnie Pedro domyślił się Yabolman, gorączkowo kombinując jak zapobiec egzekucji. Muszę szybko coś wymyślić... Od dwóch dnie nie piłem wina... Nie polecę... Podskoczył na próbę. No nie będzie z tego nic. Ogniem pewnie też nie plunę... Sprawdził. Przepraszam pana. Oczywiście, że odkupię panu ten kapelusz. Uff... Ale nerwus. Może to i lepiej, że nie było płomienia. Tylko co robić? Gdzie się podziewa ten cholerny... I wtedy właśnie rozległ się tętent kopyt. Cichy do tej pory tłum zafalował i zaszemrał. Tłum powinien falować i szemrać. Taka jest rola tłumu. Wieśniacy i żołnierze rozglądali się dokoła. Wieśniacy z nadzieją, żołnierze zaś cokolwiek nerwowo. Wszyscy oni najwyraźniej podzielali domysły Tadeusza i oczekiwali na pojawienie się... No i mieli rację. Wpadł do miasteczka jak huragan. Cały w czerni i na czarnym koniu. Zorro! zawołali radośnie mieszkańcy Los Angeles. Zorro! krzyknęli przerażeni żołnierze. Zorro! szepnął Yabolman i odetchnął z ulgą. Tymczasem Zorro kilkoma celnymi kopniakami rozpędził eskortę, wciągnął na siodło oniemiałego Pedra i równie szybko jak się pojawił, zniknął z wioski. Zwolnił tylko na chwilę przejeżdżając obok sierżanta. Błysnęła szpada. Na brzuchu grubasa pojawiło się wielkie Z. Po chwili było po wszystkim. Tylko pusta szubienica i cichnący w dali odgłos kopyt świadczyły o tym, że coś się tu wydarzyło. I bardzo dobrze pomyślał Tadeusz siadając na piaszczystej ulicy. Zwiesił skacowaną głowę i przymknął oczy. A kiedy otworzył je po chwili... 59

60 Słońce już dawno skryło się za drzewami. Mrok otulał puszczę. Z oddali dochodziło wycie wilków. Samotny rycerz zbliżał się do murów miasta. Zapadający szybko zmrok nie pozwalał dostrzec rysów jego twarzy. Jednakże ani ciemności, ani opuszczona przyłbica hełmu, nie były w stanie ukryć szeroko otwartych oczu jeźdźca, w których bezbrzeżne zdumienie powoli ustępowało miejsca równie bezbrzeżnej panice. No ładnie. Ktoś sobie ze mną nieźle pogrywa pomyślał Yabolman. Ciekawe gdzie jestem tym razem? I dlaczego mam na sobie tę cholerną konserwę? Zdążył wjechać do miasta przed zamknięciem bram. Na szczęście oberża znajdowała się tuż przy murach. Grzechocząc zbroją, z trudem zlazł z konia i oddał cugle chłopcu stajennemu. Podzwaniając wkroczył do izby. Było brudno i śmierdziało. Skierował się do szynkwasu, za którym królował potężny, jednooki mężczyzna. Zamówił dzban mętnego piwa, zapłacił kilkoma monetami, które z pewnym trudem zidentyfikował jako pensy i usiadł w kącie sali. Siedzący przy sąsiednim stole młody mężczyzna rozprawiał o czymś z ożywieniem. Tadeusz zaczął ciekawie nasłuchiwać. Szeryf to łajdak i okrutnik. Spalił wioskę i skazał na śmierć kilkunastu chłopów za to, że nie mieli z czego zapłacić podatków. A oni i tak przymierają głodem. Inaczej by to wyglądało, gdyby król Ryszard przebywał w Anglii. Uspokój się Robinie. Niebezpiecznie jest wykrzykiwać takie słowa tutaj, w Nottingham. Nie możemy nic zaradzić. W mieście jesteśmy bezradni. Nie masz racji Mały Johnie. Egzekucja ma się odbyć jutro o świcie, na wzgórzu za miastem. A stamtąd już tylko dwa kroki do Sherwood. Posłuchajcie co zrobimy... Ściszył głos i do Yabolmana nic więcej nie dotarło. Ale to co usłyszał wystarczyło do podjęcia decyzji. Pójdę jutro na to wzgórze. Może się do czegoś przydam. Tylko co oni mają z tymi egzekucjami o wschodzie słońca. Przecież dzień można zacząć o wiele przyjemniej. Rano nie chciało mu się już zakładać zbroi. W płóciennych portkach i koszuli, wmieszany w tłum mieszkańców miasta, skierował się w stronę ustawionej na pobliskim pagórku szubienicy. Wszystko go swędziało. Wieczorem, zmęczony i mocno przymulony kilkoma dzbankami piwa (Piwa! Koszmar!), nie zauważył nawet, że jego łóżko żyje własnym życiem. Bardzo bogatym życiem. Teraz, pokąsany i nieszczęśliwy, drapał się zawzięcie. To wprawdzie niewiele pomagało, ale miał nadzieję, że udało mu się pozbyć wszystkich tych cholernych stworzonek, które oblazły go w nocy. Co prawda część z nich po skosztowaniu jego krwi była tak pijana, że odpadła sama, ale reszta poukrywała się w różnych miejscach z zamiarem kontynuowania imprezy. Kiedy wspomniał oberżyście, że chciałby wziąć kąpiel, ten błysnął tylko swoim jedynym okiem i puknął się znacząco w czoło. Tadeusz drapał się więc i kwieciście przeklinał czasy, w których przyszło mu przebywać. Tymczasem jednak, wraz z gromadą Nottinghamczyków znalazł się na szczycie wzgórza. Wszystko było już przygotowane. Szubienicę otaczali kordonem żołnierze szeryfa. Kat, wysoki facet w czerwonym kapturze, bawił się kawałkiem sznura w oczekiwaniu na skazańców. Ci pojawili się wkrótce w bramie miejskiej, konwojowani przez kilkudziesięciu konnych, na czele których jechał młody, dostatnio odziany mężczyzna. Yabolman myślał, że to sam szeryf, ale tłum (jak to on) zafalował i zaszemrał: Guy Gisbourne. W szemraniu tym niewiele było sympatii. Ludzie patrzyli na arystokratę wrogo, ten i ów spluwał nawet z obrzydzeniem. Gisbourne nie zwracał na to uwagi. Jechał patrząc wyniośle przed siebie. 60

61 Też widać niezła szuja pomyślał Tadeusz. Stał z boku i obserwował wszystko uważnie. Wiedział, z grubsza, co się wydarzy. Czytał książkę Kraszewskiego (też Tadeusza, nawiasem mówiąc), oglądał serial i film a Kostnerem oby Dziesiąta Muza wybaczyła mu tę rolę. Ale co innego podglądać Beerwoman w kąpieli, a co innego samemu wyszorować jej plecy. Ech, Marysiu... rozczulił się na samo wspomnienie swojej pięknej towarzyszki. Gdzie jesteś Marysiu? Czy cię jeszcze kiedyś zobaczę? To było niezłe pytanie. I jak większość niezłych pytań miało na razie pozostać bez odpowiedzi. Oto bowiem ponura kawalkada dotarła na miejsce egzekucji. Guy Gisbourne stanął w strzemionach i obwieścił gromkim głosem: Z rozkazu szeryfa, w imieniu miłościwie nam panującego księcia Jana, skazuje się tych oto zbrodniarzy na śmierć przez powieszenie. Kacie, czyń swoją powinność. A pewnie zawołał kat dziwnie wesoło. Mamy wieszać, to wieszamy. Ale nie tych tutaj biedaków, tylko tych, którzy na to prawdziwie zasługują to powiedziawszy odrzucił kaptur, ukazując uśmiechnięte oblicze Małego Johna. Co się dzieje? Gisbourne nie do końca zrozumiał sytuację. Straże! Pojmać tego człowieka! Wypielęgnowaną dłonią wskazał Johna. Z pobliskich zarośli wyleciała ze świstem pierzasta strzała i przebiła mu nadgarstek. Arystokrata krzyknął z bólu. Z lasu wybiegło kilkudziesięciu młodych mężczyzn. Rozbrojenie żołnierzy szeryfa było kwestią kilku chwil. Po kilku następnych powieszony za nogi Guy Gisbourne, wrzeszcząc i przeklinając, kołysał się miarowo na wietrze. Niedoszli wisielcy w towarzystwie ludzi Robin Hooda znikali w sherwoodzkiej puszczy, sam Robin zaś stanął przed tłumem i najwyraźniej szykował się do wygłoszenia jakiegoś przemówienia. Będzie pewnie nawijał o sprawiedliwości, wolności i takich tam pomyślał Yabolman. Położył się na trawie i przymknął oczy. A kiedy je otworzył... Słońce już dawno skryło się za granią. Mrok otulał góry. Z oddali dochodziło świstanie świstaków. Samotny góral wspinał się mozolnie ku widocznej na zboczu wiosce. Spocony i zasapany przystawał co jakiś czas i spluwał zamaszyście. No nie mam kondycji myślał. Stary się robię, czy co? Żeby chociaż odrobina winka do przepłukania gardła. Uff! Muszę chwilkę odsapnąć. Usiadł na kamieniu przy ścieżce i zamyślił się głęboko. Dobra. Gdzie jestem tym razem? W górach. Mam kierpce, by je szlag trafił, mam ciupagę i wyszywane portki. Chyba Tatry. Dobrze. Przynajmniej niedaleko do domu. Ale ciekawe kiedy jestem? Co tu robić? Wejść do jakiejś chałupy i zapytać jaki wiek teraz mamy? Pewnie psami poszczują. Albo zaprawią tą... no... kłonicą. Górale są nerwowi. Na razie trzeba się rozejrzeć, ale ostrożniutko. I jak najmniej mówić. Zrobiony w juhasika Yabolman westchnął ciężko i podjął wspinaczkę. Po półgodzinie dotarł między opłotki. Z zadowoleniem stwierdził, że najbliższy budynek to karczma. Zaczerpnął świeżego, górskiego powietrza i wszedł do środka. Nie śmierdziało i było całkiem czysto. Zerknął ciekawie na siedzących przy stołach ludzi. Górale! Klasyczni górale, chociaż nieco jakby cukierkowi. Jak z Cepelii. To było tak proste, że prawie się roześmiał. Kostiumy Szymona Kobylińskiego. Oczywiście. Jankielu zawołał do krzątającego się po izbie Żyda butelkę okowity. 61

62 Zapłacił wyciągniętymi z zawieszonego na szyi trzosika miedziakami, usiadł jak zwykle w kącie i zaczął słuchać. Bez trudu zidentyfikował siedzących przy sąsiednim stole mężczyzn. Większy, z zatkniętym za szerokim pasem pistoletem, odkrajał małym nożykiem kawałki z leżącego przed nim płata słoniny i pogryzając opowiadał mniejszemu: Wzieni ich wczoraj, po południu. Siedzom teraz, nieboraki, w dybach. Jutro rano ich wieszać bedom. Jezusicku jęknął ten drugi. Wieszać bedom? Za co? Podatków, kurdelebele, nie płacili. Podatków nie płacili? A co to, jaśnieoświecony pan, tfu!, hrabia nie wie jak teraz, na przednówku, chłopom ciężko? Sam wisz, ty gnido dworska, że hrabia zrobi wszystko, żeby tylko kabzę nabić. A margrabia mu pomoże. Jezusicku! powtórzył mniejszy za parę talarów wieszać bedom. No to trza z tym jak najszybciej do harnasia. Ano trza przytaknął większy i obaj wyszli. Uśmiechnięty Tadeusz również opuścił karczmę. Noc spędził w pobliskim lesie, pod rozłożystym smrekiem. A rano wszystko było tak, jak być powinno. Janosik i jego zbójnicy uratowali chłopów, dworscy dostali baty, a margrabia wyszedł na idiotę. Klasyka. Koniec odcinka. Pora w drogę pomyślał Tadeusz i przymknął oczy. A kiedy je otworzył... Słońce powoli kryło się za jeziorem Czos. Yabolman siedział na ławeczce i popijał swoje ulubione Łzy Sołtysa. Nareszcie w domu mruknął zadowolony. Ciekawe co to, do cholery, było? TO BYŁA LEKCJA odezwał się tuż przy jego uchu znajomy Głos. POMAGANIE SŁABSZYM MA BOGATĄ TRADYCJĘ. MAM NADZIEJĘ, ŻE CZEGOŚ SIĘ NAUCZYŁEŚ? A pewnie, że się nauczyłem bez namysłu stwierdził Tadeusz. Życie, kurwa, jest nowelą. I najgorsze na świecie gówno to podatki. 62

63 Epizod XVII Japońskie potwory zaatakowały Polskę. Niesamowite, ale prawdziwe. King Ghidorah trójgłowy smok demolował Trójmiasto. Mothra, motyl czy też może raczej ćma, równała z ziemią Poznań. Rodan, ptak śmierci, szalał na Śląsku. Baragon, coś jakby dinozaur, tylko wredniejszy, kończył pacyfikować Szczecin. King Ceasar, który wyglądał jak przerośnięty pekińczyk po kilku mutacjach, tarzał się w ruinach Łodzi. Lubelszczyznę opanował... hmm... wyjątkowo wredny i bardzo nieświeży budyń zwany Hedorą. Gigan, takie jakieś dziwne coś, przechadzało się po ulicach Bydgoszczy. Nie tylko zresztą po ulicach. Po budynkach i mieszkańcach również. Tylko w Warszawie panował względny spokój. No, ale tam byli już przecież bracia Kaczyńscy. Król wszystkich potworów, wielki i niepokonany Godzilla, zbliżał się do Olsztyna. Wielkimi krokami. Yabolman przygotowywał się do walki. Przyszył brakujący guzik do ramoneski i zasznurował porządnie glany. Wyciągnął pastę do butów i zaczął je pucować. Nie cierpiał kiedy świeciły. A raczej cierpiał wtedy straszliwie, ale Marysia mu kazała. Idziesz między ludzi, Jabolku mówiła i nie możesz wyglądać jak ostatni szmaciarz. But to nie lusterko odpowiadał zuchowato. A potem czyścił glany do połysku i wyruszał. Tam gdzie akurat miał wyruszyć. Wizyty gwiazd filmowych formatu Godzilli nie zdarzały się w Olsztynie zbyt często. Zapewne dlatego mieszkańcy miasta tłumnie wylegli na ulice. Kretyni myślał Tadeusz przelatując nad tymi ulicami. Powinni uciekać gdzie pieprz rośnie. Albo chociaż przynajmniej do Suwałk. A ci stoją i czekają. Jak Amerykanie w Dniu Niepodległości. Niezła masakra może być. Trzeba się doładować. Wylądował w cichym i porośniętym krzakami zakątku nad Łyną. Sięgnął do wysłużonego plecaczka i wyciągnął winko. Później drugie. Jeszcze później trzecie. Wreszcie, pełen mocy i optymizmu zasnął smacznie. Kiedy się obudził, masakra już się zaczęła. I bardzo szybko nabierała rozpędu. Godzilla zwiedzał miasto. Rozwalał domy. Deptał samochody, nierzadko wraz z kierowcami (tzw. masakra drive in ). Gryzł pociągi. Zawsze tak robił. Nikt nie wiedział dlaczego akurat pociągi, ale też nikt jakoś nie kwapił się by zapytać. Trzeba wkroczyć zdecydował Yabolman. I wkroczył. Wleciał właściwie. W sam środek spanikowanego tłumu. Yabolman! krzyknął ktoś zorientowany. Z nieba nam spadłeś! Ludzie! To Yabolman! Jesteśmy uratowani! Tadeusz chrząknął nieco zażenowany i skromnie spuścił wzrok. Przejrzał się w czubkach butów i przygładził resztki irokeza. Gdzie teraz jest to monstrum? zapytał gromadzących się wokoło Olsztynian. 63

64 Właśnie rozwalił Urząd Skarbowy krzyknął ktoś. Yabolman lekko poderwał się do lotu. Teraz idzie w stronę ZUS u kontynuował informator. Tadeusz wylądował. W takim razie poczekam trochę. Kwadransik powinien mu wystarczyć. Ludzie zaczęli wiwatować. Jakiś starszy pan bił brawo. Mała dziewczynka rzuciła bukiecik stokrotek. Bo wiecie jak to jest. Niby potwór, niby zagłada... Ale z drugiej strony... Cóż życie, kurwa, jest nowelą. I trzeba umieć cieszyć się małymi przyjemnościami, które zsyła nam los. 64

65 Epizod XVIII Nie lubię wampirów, jak jasna cholera KABARET POTEM Yabolmana obudziło głośne dupnięcie. Qui penis aquam turbat? wymruczał zaspany bohater. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że Tadeusz liznął ostatnio nieco łaciny. Wino wylało mu się na słownik. Ziewając straszliwie i mrucząc pod nosem co ciekawsze starorzymskie przekleństwa, podszedł do okna. Na parapecie leżał spory nietoperz. Kręcił łebkiem i pocierał łapką szybko rosnącego guza. No i co malutki odezwał się Yabolman ze współczuciem. Pierdyknąłeś? Właściwie, to pierdyknęłam odpowiedział nietoperz. Właściwie, to odpowiedziała. No otwórz to okno dodała korzystając z faktu, że Tadeusza zatkało. I daj coś zimnego. Okład muszę sobie jakiś zrobić. Zaskoczony, bo zaspany, Tadeusz otworzył okno. Właź wymruczał. A potem przypomniał sobie o manierach. Marysia często o nich wspominała. I nie chodziło jej o duże, metalowe butelki. Skupił się więc z wysiłkiem (cały czas zaspany), przez chwilę szukał w pamięci i wreszcie dorzucił: Proszę. Poczym poczłapał do kuchni. Wyciągnął z lodówki doskonale schłodzone Łzy Sołtysa i wrócił do pokoju. No, prawie wrócił. Zatrzymał się bowiem w progu. I tak sobie stał. I patrzył. I ślinił się nieco. I nareszcie się obudził. W jego pokoju, na jego łóżku, wśród jego zmiętej pościeli, leżała kobieta. Bajecznie zbudowana i całkowicie naga. I to nie była jego kobieta. Dobrze, że Marysia wyjechała na weekend pomyślał Yabolman. A później pomyślał jeszcze chwilę. Tak go czasem dopadało. Bez ostrzeżenia najczęściej. To dziwne, ale od kiedy został superbohaterem, bez przerwy spotykał pewien określony typ kobiet. Wszystkie miały duże i nader kształtne biusty. Oczywiście, nie tak duże i nie tak kształtne, jak biust Beerwoman. Miały również cudownie krągłe i uwodzicielsko wypięte pupy. Oczywiście, nie tak krągłe i nie tak uwodzicielskie, jak pupa Marysi. Ich nogi były wyjątkowo smukłe. I wyjątkowo długie. Pewnie, że nie tak smukłe i nie tak długie Ale zawsze przyjemnie było popatrzeć. Tym bardziej, że mimo pewnych różnic kolorystycznych, (już to w odcieniu skóry, już to w kolorze włosów), oraz niewielkich różnic anatomicznych (już to jabłuszka, już to rozkoszne gruszeczki), wszystkie miały podstawową cechę wspólną. Odczuwały głęboką niechęć do odzieży. Tak, ciężki jest los bohatera. Yabolman już miał zacząć roztkliwiać się nad sobą i swoim ciężkim losem. Ale przypomniał sobie o biednym zwierzątku, które prosiło go o pomoc. Wrócił do kuchni i wyjął z lodówki kolejną, chłodną butelkę. Tę pierwszą, jakoś tak mimochodem, opróżnił podczas swoich rozważań. Wrócił do pokoju, tym razem skutecznie i 65

66 zaczął szukać nietoperza. Profilaktycznie starał się nie patrzeć w stronę łóżka. I trzeba przyznać, że mu się udawało. Prawie. Nieznajoma, ta naga i bajecznie zbudowana, okazała się bardzo cierpliwa. Spokojnie obserwowała Tadeusza miotającego się po pokoju i zaglądającego w różne zakamarki. Dopiero kiedy zaczął rolować dywan, nie wytrzymała i zapytała: Czego ty właściwie tak szukasz? Ten pierdolony nietoperz gdzieś się tu zapodział wysapał Yabolman spod stołu. Potem rozległo się głośne bulgotanie. I znacznie spokojniejszy głos Wielkiego Igreka: Proszę. Rozumiecie maniery! Jaki nietoperz, do kurwy nędzy? zapytała nieznajoma. Cóż, najwyraźniej nie spotkała się do tej pory z manierami. Tadeusz wypełzł spod stołu i popatrzył na nieznajomą. Nagą i bajecznie zbudowaną. Przyznać trzeba, że starał się skupiać na jej twarzy. Bardzo się starał. Starał się na tyle, że udało mu się dostrzec wielkiego guza na jej czole. Zaczął kojarzyć fakty. Charakterystyczny guz Gadający nietoperz Piękna naguska O żesz kurwa twa twarożek. Ty jesteś wampirem. Z wrażenia zapomniał o manierach. Owszem. Jestem. Mów mi Gosia. Lu Gosia. Yabolman zaczął się gorączkowo zastawiać. Nawet śmiesznie wyglądał, kiedy tak stał na środku pokoju i bezgłośnie poruszał ustami. Ale sytuacja wcale nie była zabawna. Miał w domu wampira! Wampirkę właściwie! Nagą i bajecznie zbudowaną wampirkę! To był problem. Poważny. Jak mógł być tak nieostrożny? Sam otworzył okno. Sam ją zaprosił. Cholerne maniery! Co robić? Co robić? Woda świecona? Skąd u mnie woda. I to jeszcze święcona. Srebro! Nie, srebro to na wilkołaki raczej. Myśli przebiegały przez głowę bohatera z prędkością No cóż, z prędkością myśli właśnie. Poczuł silny ucisk w żołądku. Nie, nie ze strachu. Odbiło mu się obiadem. Czosnek! Granulowany może nie zadziałać. Co jeszcze? Kołek. Osikany kołek. Yabolman oderwał nogę od stojącego w kącie taboretu i ruszył w stronę łazienki. Przestań się tak miotać odezwała się Lu Gosia. Usiądź na chwilę. Pogadamy. Czas spędzony z Beerwoman sprawił, że Tadeusz bezwiednie wykonywał polecenia nagich i bajecznie zbudowanych kobiet. Usiadł. Na taborecie. Chodź tu bliżej powiedziała wampirka, kiedy gramolił się z podłogi. Smukłą dłonią klepnęła brzeg łóżka. No! Chodź, chodź Przecież cię nie ugryzę. Taaaaak. Mimo wszystko usiadł na łóżku. Sytuacja była nieprzyjemna. Posłuchaj Lu Gosiu zaczął Yabolman. Sytuacja jest nieprzyjemna. A temu akurat możemy szybciutko zaradzić Lu Gosia przeciągnęła się bezwstydnie. Za chwilkę może być całkiem przyjemnie. Eee, nie. Raczej nie. Wiesz, mam takie wrażenie, że Marysi mogłoby się to nie spodobać. Twoja dziewczyna? Przełknął z trudem ślinę i skinął głową. To wiesz co? Nie powiemy jej o niczym? Chcesz? Tak, nie chcę. Odpowiedź, sam przyznasz, nieco mętna zaśmiała się Lu Gosia. Aproposik: mętna. Yabolman podjął próbę wybrnięcia z tej niewygodnej sytuacji. Ja może wina przyniosę. 66

67 A kiedy wrócił z kuchni, usiadł po turecku na podłodze. Ot tak, na wszelki wypadek. Jak wspomniałem podjął upiwszy łyk, czy dwa sytuacja jest nieprzyjemna. Bo widzisz, ty jesteś wampirem Wampirką sprostowała. I znowu się przeciągnęła. Znowu bezwstydnie. I jakby nieco lubieżnie. Niech będzie Tadeusz postanowił zignorować tę wyraźną prowokację. A trzymane w garści wino pomagało mu wytrwać w tym postanowieniu. Póki wina, póty nadziei, jak to mówią. Ty jesteś wampirką, a ja superbohaterem. To stawia nas, jakby, po przeciwnych stronach barykady. I obawiam się, że powinienem cię, jakby No wiesz Szukał przez chwilę właściwego słowa. Zlikwidować. Lu Gosia popatrzyła na niego zdziwiona. Dlaczego? spytała. I było to bardzo dobre pytanie. No wiesz, ja zasadniczo staram się pomagać ludziom. Przynajmniej tu, w Mrągowie. I w okolicy. A ty ich, no wiesz, wysysasz. I ja nie mogę na to pozwolić. Ocipiałeś? wampirka była najwyraźniej zdziwiona. I chyba wkurzyła się nieco, bo zaraz dodała złośliwie Proszę? Jakie wysysasz? Jakie wysysasz? Co ty, Pratchetta nie czytasz? Czytam odpowiedział Tadeusz, zgodnie z prawdą. A o czarnowstążkowcach czytałeś? Czytałem. Rzeczywiście, czytał. Ale to przecież Ale to przecież fikcja. Literacka. Gówno tam, fikcja. A ty myślisz, że skąd Terry wziął ten pomysł? Że kim on jest? Nie?!? A właśnie, że tak. Ale przyznać trzeba, że trochę nasz ruch wyidealizował Yabolman, który zaczynał się właśnie rozluźniać, spiął się znowu. Jak to: wyidealizował? Cóż, wysysać, nie wysysamy. Jednak całkowicie zrezygnować z krwi się nie da. W końcu to nasze jedyne pożywienie. Ale, zapewniam cię, nikomu się krzywda nie dzieje. No to jak Tadeusz zająknął się nieco. Jak się Posilasz? Normalnie, w szpitalu pracuję. Yabolmanowi zrobiło się niedobrze. Szybko upił kilka łyków z trzymanej wciąż w garści butelki. Znaczy się, w szpitalu pracujesz? Krew pijesz, a nikomu krzywdy nie robisz? To co? Trupy wypijasz? No coś ty! Trupy? Fuj! Chociaż, w sumie, to co robię, też jest obrzydliwe Ale dobrze, że cię spotkałam. Komuś muszę to wreszcie powiedzieć. Poczekaj Tadeusz stwierdził, że aby wysłuchać wyznania wampirki, będzie potrzebował więcej wina. Dużo więcej. Nawijaj rzucił krótko, kiedy już wrócił z kuchni z nowymi butelkami. Wstyd się przyznać, ale No wiesz, nie chcę nikogo krzywdzić, a wampir żyć musi To właściwie było jedyne rozsądne rozwiązanie W miarę rozsądne Krótko mówiąc, resztki spijam! Lu Gosia wyrzuciwszy z siebie to straszliwe wyznanie, spojrzała z nadzieją na Yabolmana. Prawdopodobnie liczyła na współczucie. Albo chociaż na zrozumienie. Daremnie. Yabolman, choćby nawet chciał, nie potrafił jej współczuć. Bo nie zrozumiał ani słowa z tego, co mu powiedziała. O rany, słyszałeś chyba o Narodowym Funduszu Zdrowia? 67

68 Obiło mi się coś o uszy. Wiesz, oglądam czasem telewizję. Radia słucham. Czasami. Trzeciego programu. Gazetę kiedyś czytałem. Akurat leżała na ławce w parku To wiesz o co chodzi. Wiesz też, być może, że chory potrzebuje czasami trochę krwi Lu Gosia oblizała się i przełknęła głośno ślinę. Robimy więc transfuzję. Ale czasem chory potrzebuje tylko dwa litry krwi. A NFZ płaci szpitalowi dopiero gdy szpital zużyje tych litrów pięć. To trzy litry idą w kibel. Powinny iść. Bo w tym momencie pojawiam się ja. No przecież szkoda, żeby się zmarnowało. Rzeczywiście, szkoda. Narodowy, to może ten cały fundusz i jest pomyślał Wielki Igrek. ale z funduszami to coś raczej nie tego. A i ze zdrowiem Szkoda gadać. Już chciał jakoś mądrze podsumować tę, jakże pouczającą, wymianę zdań, kiedy rozległo się zgrzytnięcie klucza w zamku i do mieszkania weszła Beerwoman. Popatrzyła na Lu Gosię, wciąż nagą i wciąż bajecznie zbudowaną. Popatrzyła na Tadeusza. A później odstawiła walizkę. Kochanie powiedziała. Wróciłam. I weszła do pokoju. I wiecie co? O wysysaniu wprawdzie nie było mowy, ale krwi było całkiem sporo. 68

69 Epizod XIX Czy to ważne, z której strony przyjdzie śmierć? CELA NR 3 [W poprzednim odcinku przygód Waszego ulubionego bohatera, padło stwierdzenie (poparte barwnym opisem), że Yabolman spotyka z reguły pewien określony typ kobiet. Dzisiaj opowiem Wam o wyjątku potwierdzającym tę regułę.] Tadeusz siedział na brzegu jeziora Czos i popijał wino. Z tym, że tym razem nie były to jego ukochane Łzy Sołtysa. Niestety, producent tego zacnego trunku, po wielokrotnych interwencjach Sanepidu, przebranżowił się i obecnie odnosił sukcesy na rynku środków czyszczących do maszyn rolniczych. Wieść gminna niosła, że nie musiał nawet zmieniać linii produkcyjnej. Tak więc Yabolman delektował się winem o nieco orientalnej nazwie Owoc Kwiatu Kwitnącej Wiśni. Nazwa była beznadziejnie głupia, ale sam napój drażnił przyjemnie delikatne podniebienie wytrawnego smakosza. Wspaniale oczyszczał górne drogi oddechowe. Odpędzał komary. I niesamowicie walił w mózg. Oddany bez reszty degustacji Yabolman nie zauważył nadchodzącej od strony parku postaci. A postać ta najwyraźniej szła w jego stronę. Kroczyła właściwie. Powoli, majestatycznie, można powiedzieć. Cała była jakaś taka majestatyczna. Ta postać. Wysoka. Otulona peleryną. Czarną. Z kapturem. Brr Powiało grozą. Ale Tadeusz nie poczuł tego powiewu. OKKW tak dla ułatwienia nazywał nowy napitek sponiewierał go już na tyle, że w ogóle niewiele czuł. Na przykład, nie czuł zupełnie rytmu. Co nie przeszkadzało mu wywrzaskiwać starych punkowych przebojów. Tak po prawdzie, nie szkodziło to też specjalnie samym przebojom. Widocznie ich autorzy wspomagali proces twórczy napojami zbliżonymi jakościowo do OKKW. God sejw de kłin niosło się po spokojnej tafli Czosu. Przerażona kaczka skryła się pod wodą. I nie wypłynęła więcej. Wolała śmierć w brudnych wodach jeziora, niż ponowne spotkanie z mało ortodoksyjną angielszczyzną Yabolmana. Nawet postać w czerni na chwilę zgubiła krok. Ale tylko na chwilę. Była coraz bliżej. Jeszcze tylko dwieście metrów dzieliło ją od wrzeszczącego bohatera. Jeszcze sto. Coś mlasnęło nieprzyjemnie. No jasna cholera rozległo się spod czarnego kaptura. I bynajmniej nie był to głos majestatyczny. Normalny był. Kobiecy i całkiem przyjemny. Choć nieco schrypnięty. Ja rozumiem, że pies musi się wybiegać. Że załatwić się też musi. Ale jeśli już koniecznie w parku, to może by tak sprzątnąć to potem, co? A nie zostawiać tak na środku ścieżki. Ktoś się może pośliznąć, przewrócić nawet, krzywdę sobie zrobić. Albo innym. No ludzie! Wyobraźni trochę może! I szacunku! Szlag by to trafił! Buty jakieś mogłam założyć. Złorzecząc i wycierając nogę o mijane kępki trawy, postać w czerni podeszła w końcu do Tadeusza. Usiadła obok i przyjacielsko klepnęła go w ramię. Cześć Jabolku. 69

70 Yabolman przestał śpiewać i spojrzał zdziwiony. Nikt poza Marysią nie nazywał go Jabolkiem. A osoba, która właśnie się do niego przysiadła nie była Marysią. Zdecydowanie. Brakowało jej co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu kilogramów. Tych najbardziej strategicznie umiejscowionych. I najbardziej widowiskowo. A że peleryna, ta czarna, rozchyliła się, kiedy nieznajoma siadała, mógł bez przeszkód gapić się na jej wdzięki. Wątpliwe wdzięki, skoro już o tym mowa. Szepraszam odezwał się nieco bełkotliwie. Owoc Kwiatu Kwitnącej Wiśni zasupłał mu bowiem nieco język. Szy my siem żnamy? Cóż, ujmę to tak ty mnie jeszcze nie znasz odpowiedziała. Ale pani mnie żna? Och, ja właściwie znam wszystkich. A przynajmniej poznaję wszystkich. Wcześniej, czy później. Taaa? Tadeusz wyraził umiarkowane zainteresowanie. Taka praca. Ciągle w ruchu. Wciąż nowi ludzie. Wiesz jak to jest. Niby skąd miał wiedzieć. Praca Pracował kiedyś. Gdzieś. Prawdopodobnie. Musiał pracować. Dostawał przecież co miesiąc tę Jak jej tam Zapomoga? Jałmużna? Nie, wypłata! To się nazywało wypłata! Ma się tę pamięć, nie? Obecnie wystarczało mu, że od czasu do czasu znajdował rano w lewym glanie niewielki zwitek banknotów. Zawsze wtedy, gdy poprzedni właśnie się kończył. Podejrzewał, że była to sprawka Głosu. Bo przecież Świętemu Mikołajowi nie chciałoby się fatygować tak często. Szepraszam, ale właściwie, to kim pani jeszt? Jestem Śmierć. Chociaż to w sumie raczej funkcja niż imię. Yabolman wytrzeźwiał. Gwałtownie i boleśnie. Zawsze odczuwał ból, kiedy był trzeźwy. Dlatego rzadko pozwalał sobie na ten stan. Chociaż, szczerze mówiąc, to właściwie nie był ból. Raczej swędzenie. Niezbyt nawet bolesne. Bardziej irytujące. A nie mógł przecież chodzić ciągle podirytowany, prawda? I do wciąż się drapać. Dlatego, jak być może zauważyliście, szedł przez życie na lekkim rauszu. I było mu z tym dobrze. Ale tym razem wytrzeźwiał w jednej chwili. Śmierć. No rzeczywiście, była przeraźliwie chuda. Mogła służyć jako pomoc przy nauce anatomii. Była też upiornie blada. Ale tak w końcu wyglądały wszystkie modelki, które przyjeżdżały do Mrągowa na wakacje. Opuszczały to piękne miasto równie chude, ale przynajmniej opalone na brąz. Fakt, był początek października, dawno po sezonie, ale zaraz Śmierć! Akurat! A gdzie kosa? zapytał zuchowato i sięgnął do wysłużonego plecaczka. Musiał uzupełnić utracone tak nagle i nierozważnie promile. I zagłuszyć to cholerne swędzenie. A o! odpowiedziała Śmierć i machnęła ręką. Świsnęło i w kościstych dłoniach pojawiła się kosa. Spora. Wielka nawet. I, jakżeby inaczej, cała czarna. Nawet ostrze, zamiast świecić srebrzyście, skrzyło się głęboką czernią. Dziwne, niby czarne, a jednak się skrzyło. Tadeusz zamarł z ręką w plecaku. A więc jednak! Koniec. Serce czy wątroba? zapytał. Słucham? Śmierć nie zrozumiała. No, serce czy wątroba? Na coś przecież muszę umrzeć, skoro się już fatygowałaś. Coś ty, Jabolku! Ja nie po ciebie. Wiesz przecież wskazała na koślawy napis na ramonesce not dead. Yabolman odetchnął z ulgą. Wyciągnął rękę z plecaka. Zębami ściągnął korek i upił kilka łyków OKKW. Solidnych łyków. Wreszcie, całkowicie już uspokojony, zagadnął konwersacyjnym tonem: W takim razie, czemu zawdzięczam ten zaszczyt? A tak po prostu, przechodziłam obok i pomyślałam, że zajrzę. To miłe. 70

71 Prawda? Zapadła cisza. Niezręczna. Masz tu w okolicy coś do załatwienia Tadeusz nie lubił ciszy. Zwłaszcza niezręcznej. Jakieś, tego zlecenie. Och, wiesz, w moim fachu zawsze jest coś do roboty. No tak, wiedział. Czytał czasem gazety, parę razy usiadł przypadkiem na pilocie i włączył telewizor w porze wiadomości. Rzeczywiście, miała co robić. Ale przecież Wiesz, tak myślę Siedzimy sobie tutaj Czy to znaczy, że ludzie przestali umierać? Bo to już tak z piętnaście minut gadamy, a podobno co minutę, na całym świecie, no wiesz Wiem, wiem. Nikt nie wie lepiej ode mnie. Coś ty, umierają. Ale to chyba niemożliwe. Tak bez ciebie. A jednak! Niepojęte. No właśnie. I znowu cisza. Tadeusz odłożył pustą butelkę i ponownie sięgnął do plecaczka. Może łysia? zaproponował. Bardzo chętnie. wyciągnęła spod peleryny plastikowy kubeczek. Polał. Wypili. Polał znowu. Pół godziny później, przypadkowy spacerowicz, zobaczył dwie postacie siedzące na brzegu jeziora i kiwające się miarowo. I wrzeszczące w niebogłosy. Wszyscy pokutujemyyyyyyy! Za to, że żyjemyyyyyyyy! Jeszcze! [P.S. W nawiązaniu do cytatu na początku epizodu, chciałem jeszcze dodać, że Śmierć nadeszła od strony amfiteatru.] 71

72 Epizod XX Droga pani z telewizji LOMBARD Co tu dużo gadać, Yabolman stał się sławny. Może nie tak sławny, jak Doda, ale na pewno sławniejszy niż Jola Rutowicz. Z tym, że oczywiście był o całe niebo ładniejszy od Joli. Choć to w sumie żadna sztuka. Każdy jest od niej ładniejszy. Zaczęło się niewinnie. Króciutkie wzmianki w prasie lokalnej. Bardziej na zasadzie plotek, niż sprawdzonych informacji. Potem, w miarę jak coraz więcej osób widziało go w akcji, notki prasowe rozrastały się. Pojawiły się wywiady ze świadkami wyczynów Yabolmana, z uratowanymi przez super bohatera, z przypadkowo poszkodowanymi, wypowiedzi miejscowych notabli, zarówno świeckich, jak i kościelnych, reportaż ze spotkania założycielskiego pierwszego fanklubu. Zaczęli się pojawiać naśladowcy. Chociaż niekoniecznie przejawiali chęć walki z pleniącym się jak chwasty złem. Ale przyznać trzeba, że sprzedaż tanich win, i tak nie mała, rosła w zastraszającym tempie. Wyborcza poświęciła Yabolmanowi specjalny dodatek. Fakt i Super Ekspres drukowały co tydzień niewyraźne zdjęcia, opatrzone głupimi komentarzami, ale Fakt i Super Ekspres zwykle tak robią. Nawet w Gościu Niedzielnym jakiś natchniony kaznodzieja, wzywał do krucjaty przeciwko pomiotowi szatana, łącząc w przedziwny sposób działalność bohatera z sondażami wskazującymi wzrost poparcia dla partii lewicowych. Trzeba przyznać, że Tadeusz nie miał nic przeciwko rosnącej popularności. Ba, najwyraźniej sprawiało mu przyjemność pławienie się w blasku sławy. Do czasu. Wiesz co Marysiu? Chyba przelecę się do sklepu. Marysia nie wiedziała, ale mogła się domyślać. W końcu znała go już trochę. I znała zawartość lodówki. Tadeusz odłożył Moje wina miesięcznik smakosza na półkę i zaczął zakładać glany. Pojawiło się w sprzedaży kilka nowości. Trzeba by sprawdzić. Szczególnie ta nowa seria wydaje się obiecująca. Czarna Pożyczka, Wiśniak To może być niezłe. Posłuchaj Sięgnął po czasopismo i kartkował je przez chwilę. O tutaj: Specjalne barwniki, identyczne z naturalnymi, barwią język konsumenta na kolor właściwy danemu smakowi. Daje to wspaniały efekt humorystyczny, poprawiający nastrój, na każdej plenerowej, a nawet cmentarnej imprezce. Fajne, nie? Cieszył się jak dziecko. Marysia nie miała sumienia przypominać mu, że zwykle pije samotnie i raczej nie nosi przy sobie lusterka. I że w takim układzie obserwacja zabarwionego na rożne kolory języka może okazać nieco utrudniona. Nie wspominając już o tym, że wszystkie pochłaniane przez Tadeusza wina, dzięki swym silnym właściwościom żrącym od 72

73 lat barwiły jego język na wszystkie kolory tęczy. Z przewagą fioletu. Ale przecież nie odbiera się dziecku lizaka. Yabolman poradził sobie w końcu z opornymi sznurówkami, narzucił na grzbiet wytartą ramoneskę, złapał wysłużony plecaczek, mruknął zwyczajowe Zaraz będę i wyleciał przez okno. Parę minut później lądował miękko przy swoim ulubionym monopolu. Wszedł do środka, potrącając przypadkiem stojących w drzwiach meneli. Patrzaj Jędruś, jak to się rozpycha skomentował głośno jeden z potrąconych. Napiszą o takim parę razy w gazecie i zaraz się ma za Ibisza. A o tobie Kaziu, też pisali. Wtedy co żeś szlabanu nie opuścił i tir wjechał pod towarowy do Mikołajek. I co? I nic, Jędruś! Nic! Bo normalny chłop jestem, a nie jakaś pierdolona celebryta. Tadeusz zapakował do plecaka zakupione wina i nie czekając na resztę wybiegł ze sklepu. Gonił go złośliwy śmiech i głos jednego z meneli: Biegnij, biegnij! Może cię we Wiadomościach pokażą! No już dobrze Jabolku, już dobrze Marysia głaskała przerzedzonego przez czas irokeza i tuliła głowę zapłakanego bohatera do swych cudownych piersi. To zwykła, ludzka zawiść. Zazdroszczą ci, dlatego dokuczają. Yabolman uwielbiał kiedy go głaskała. Lubił też spędzać czas pomiędzy piersiami Beerwoman. Oraz na nich. I pod nimi, skoro już o tym mowa. Ale nade wszystko lubił oddychać. No, może nie tyle lubił, ile musiał. Przynajmniej od czasu do czasu. Dlatego stanowczo, choć niechętnie i z pewnym trudem uwolnił się z ciepłych objęć swojej towarzyszki. Wytarł nos w wielką, kraciastą chustkę, nie uznawał bowiem tego papierowego, jednorazowego badziewia. Przepłukał gardło kilkoma łykami Ja gut ki i całkowicie już podniesiony na duchu, powiedział: Dość. Powiadam ci Marysiu dość. Chcę być znowu zwykłym, sympatycznym chłopakiem z Mazur, a nie jakimś cholernym zjawiskiem medialnym. Żadnych wywiadów, żadnych zdjęć w prasie. Nic! Koniec z mediami! Ale media miały w stosunku do Yabolmana inne plany. 73

74 Minęło kilka tygodni. Przyszło lato. Wyjątkowo piękne. Ale lato jest zawsze wyjątkowo piękne na Mazurach. Słoneczko przygrzewało, woda w jeziorach była cieplutka, piasek na plażach parzył stopy nawet przez podeszwy glanów. A może wybierzemy się na jakiś piknik zaproponowała Beerwoman którejś środy. Zaproponowała! Tadeusz wiedział, że nie musi się zgadzać. Teoretycznie było to możliwe. Ale w praktyce nigdy tego nie próbował. Zbyt cenił sobie spokój domowego zacisza. Nie, nie był pantoflarzem. Marysia nigdy nie nosiła pantofli. Zresztą, lubił nawet te pikniki. Leżał sobie spokojnie nad jakimś jeziorkiem, popijał wino i obserwował opalającą się Beerwoman. Beerwoman zaś wstawała czasami i szła do jeziora by, jak mawiała, ochłodzić nieco rozgrzaną słońcem skórę. Wracała potem na kocyk cała mokra, a kropelki wody skrzyły się na jej ciele jak małe diamenciki. Uff! Tak, Yabolman zdecydowanie lubił te pikniki. Przygotowania do wyprawy nie trwały długo. Marysia krzątała się w kuchni pakując kanapki i wino. Tadeusz zaś otworzył starą, bogato rzeźbioną szafę stojącą w kącie pokoju i już miał zanurzyć się w jej wnętrzu w poszukiwaniu swojego ulubionego tiszirta, gdy sterta ciuchów zaścielająca dno zacnego mebla poruszyła się gwałtownie. Wielki Igrek wskoczył na stojący opodal taboret. Mysza! pomyślał spanikowany. I to duża. Tadeusz był może bohaterem, ale myszy nie lubił. Nie bał się! Po prostu nie lubił i już. Ale to nie była mysz. Z czeluści szafy wynurzyła się kobieta. Elegancka, chociaż w tej chwili nieco stłamszona. W ręku trzymała mikrofon a na głowie miała śmieszną opaskę. Taką, jakie zwykle zakładają lekarze, kiedy chcą zajrzeć pacjentowi tam, gdzie akurat zajrzeć muszą. Z tym, że ta akurat opaska, zamiast wypolerowanej blaszki, miała zainstalowaną malutką kamerkę, której obiektyw skierowany był w chwili obecnej na Yabolmana. Kim pani, do jasnej cholery, jest? spytał ten ostatni, schodząc z taboretu. I co pani tu robi. Iwona Smukła Kibić, Ekstra Stacja, do usług. Jak to co robię? Reportaż odpowiedziała Iwona Smukła Kibić. A potem odchrząknęła raz i drugi, uniosła nieco mikrofon i zaczęła: Witam państwa serdecznie z domu Yabolmana, pierwszego polskiego supermana, który jak wieść niesie Tadeusz nie był ciekawy jak niesie wieść. Krzyknął w stronę kuchni: Marysiu! Czekam nad Głębokim! I skoczył ku oknu. Ale z nerwów źle wymierzył odległość i z całą mocą wyrżnął w ścianę. Przez chwilę tkwił przytulony do chłodnego tynku, po czym spłynął łagodnie na podłogę. Wraz ze wspomnianym tynkiem. I stracił przytomność. Ocknął się kwadrans później. Wciąż leżał na podłodze. Beerwoman klęczała tuż obok i przykładała mu do czoła zimny kompres. Poszła? zapytał. Poszła Jabolku, poszła. Ale mówiła, że wróci. 74

75 No masz! Wróci! Pięknie! Muszę uciekać Marysiu. Ale dokąd? Cholera, dokąd? Jak to dokąd? Schowam się w Kwaśnej Dziurze. Tak właśnie, w Kwaśnej Dziurze. Tydzień, może dwa. Pewnie jej się znudzi. Beerwoman milczała. Kiwała tylko głową i zmieniała kompresy na rozpalonym czole. Yabolman leciał w kierunku Kwaśnej Dziury. Wiatr tarmosił lekko resztki irokeza, zawartość dyżurnego plecaczka pobrzękiwała krzepiąco Nie było tak źle. W Dziurze będzie bezpieczny. Żadnych wywiadów. Żadnych reportaży. Spokój. Z czasem wszystko wróci do normy. Będzie znowu pomagał ludziom, a ludzie będą go kochali. A ta głupia telewizyjna pinda niech sobie szuka innych superbohaterów. Odetchnął w ulgą. Lot zaczynał sprawiać mu przyjemność. Delektował się ciszą. Ciszą, którą zakłócił nagle narastający szybko warkot. Motolotnia? pomyślał zdziwiony Tadeusz. Nad Mrągowem? Eee, chyba nie. I faktycznie to nie była motolotnia. To nadlatywała Iwona Smukła Kibić. Na plecach miała silnik od kosiarki z przyczepionym niewielkim śmigiełkiem, na głowie opaskę z kamerą a w ręku mikrofon, do którego wrzeszczała, przekrzykując warkot silnika. Mili państwo, oto macie rzadką okazję Okazję? Ciekawe na co? Yabolman zawrócił gwałtownie i zaczął uciekać zygzakiem przed natrętną reporterką. Ta jednakże nie dawała za wygraną. Leciała cały czas za nim, zmniejszając stale odległość i krzycząc wciąż do mikrofonu. Dobra jest, psia krwia. Ciekawe jak sobie poradzi z beczką? Poradziła sobie! Ze śmigłem na plecach! Co to ma być? myślał Tadeusz kreśląc na niebie zawiłe esy floresy. Zawzięta Iwona wciąż podążała jego śladem. Co ona? Błękitny Grom? przypomniał sobie oglądany przed laty film. Jasny gwint. Pozostał mu chyba tylko korkociąg śmierci. Figura niezwykle atrakcyjna wizualnie, ale piekielnie niebezpieczna. Szczególnie na trzeźwo. A on przecież był prawie trzeźwy. Już od pół godziny nie miał kropli wina w ustach. Tylko czy miał inne wyjście? Szybko nabrał wysokości i runął w kierunku ziemi kręcąc się z oszałamiającą prędkością wokół własnej osi. No i co ty na to, cholero! krzyknął i zerknął za siebie, w poszukiwaniu prześladowczymi. Nigdzie jej nie dostrzegł. Uśmiechnął się triumfalnie i z ogromną siłą uderzył w ziemię. O, kaczeńce pomyślał leżąc na dnie niewielkiego krateru i wypluwając małe, żółte kwiatuszki. Oraz kilka zębów. Ale jej numer wykręciłem dodał jeszcze, również w myślach i stracił przytomność. Ocknął się kilka kwadransów później. Leżał w domu, we własnym łóżku. Marysia była przy nim. Zmieniała mu właśnie kompres. Rety wychrypiał bohater. Jak ja właściwie dotarłem do domu? 75

76 Nie mam pojęcia. Ktoś zadzwonił do drzwi, a kiedy otworzyłam, leżałeś na wycieraczce odpowiedziała Marysia i czule pogłaskała go po policzku. Jak się czujesz Jabolku? zapytała zatroskana. Dobrze. Wiesz, wyrolowałem tę pindę. Teraz na pewno da mi spokój. Tak, czuję się świetnie, tylko wszystkie gnaty mnie bolą. Zaraz ci przygotuję gorącą kąpiel. Wymoczysz się, wygrzejesz, od razu ci się poprawi. Po chwili Tadeusz leżał w wannie. Gorąca woda łagodziła ból poobijanego ciała. Przepyszne wino delikatnie koiło duszę. Było mu dobrze. Przede wszystkim uwolnił się nareszcie od tej cholernej reporterki. A to było warte każdego bólu. Bulbulbulbul zabulgotało cicho w wannie. Kilka bąbelków powietrza przebiło powierzchnię wody i pękło z cichym pyf. Ups! pomyślał Yabolman i zerknął, czy aby Beerwoman niczego nie widziała. Zaraz, dlaczego ups!? Przecież ja wcale nie W wannie zabulgotało znacznie głośniej, woda zafalowała i na powierzchnię wynurzyła się Iwona Smukła Kibić. W mokrym żakiecie, z nieodłączną kamerką i mikrofonem. Drogi Yabolmanie, czy nie zechciałbyś powiedzieć naszym widzom Nie zechciał. Wyskoczył z wanny jak oparzony. Nadepnął bosą stopą leżące na podłodze mydło. Wywinął pięknego orła i upadł, trafiając głową w muszlę klozetową. Co tak szumi? zdziwił się odlatując w niebyt. Czy to morze? Stracił przytomność. Marysiu, czy możesz mi podać wino? Och, daj wreszcie spokój, Jabolku! Ciągle boisz się otwierać lodówkę? Przecież nie pojawiła się już od tygodnia. Marysiu! Proszę. Ekstra Stacja wyemitowała reportaż Iwony Smukłej Kibić pod tytułem: Życie Yabolnama. Mity i rzeczywistość. Tak po prawdzie, to składał się on (ten reportaż) wyłącznie z mitów. Ale przecież prawdziwy dziennikarz nie potrzebuje faktów, żeby zrobić dobry materiał. A życie? Cóż! Życie, kurwa, jest nowelą. 76

77 Epizod XXI Samobójstwa ciągle wkoło, by narodzić się na nowo MOSKWA Szymon postanowił się utopić. I nie było w tym niczego dziwnego. Bo co niby miał zrobić? Pewnie, wolałby rzucić się z jakiegoś malowniczego urwiska. To byłoby bardziej widowiskowe. Choć może mniej estetyczne. Ale jedyne w miarę wysokie mrągowskie wzgórze, zwane szumnie Górą Czterech Wiatrów, urwiska niestety nie posiadało. W ogóle nie było przesadnie strome. Można się było z niego co najwyżej skulać. Mogło to być całkiem zabawne. Mogło być również, w pewnych okolicznościach, przyjemne. Ba, może nawet w jakiś sposób podniecające. Ale rozpatrywane w kategoriach próby samobójczej, wydawało się mało skuteczne. Jeżeli zaś chodzi o utopienie się Tutaj sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Było w czym wybierać. Przed przyszłym samobójcą otwierał się szeroki wachlarz możliwości. Zwolennik małych i niebyt głębokich akwenów wodnych mógł zdecydować się na Jezioro Magistrackie. Położone w centrum miasta, niedawno oczyszczone, otoczone niewielkim parkiem, nowiutkimi, żwirowanymi alejkami przy których stały równie nowe, wygodne ławeczki. Piękne. Albo Sołtyskie. Też niewielkie. Nie tak może zadbane, lecz przecież także urocze. Można też było zdecydować się na któreś z licznych jeziorek położonych w okolicznych lasach. Idealne miejsca dla lubiących spokój. Nie tylko wiekuisty. No i oczywiście było jeszcze Juno. Ale Szymon dziwnie nie lubił tego jeziora. Właściwie bez powodu. Ostatecznie jego wybór padł na Jezioro Czos. Bardzo medialne. To znaczy, często goszczące w mediach. Szczególnie latem. I szczególnie w telewizji publicznej. Amfiteatr. Piknik Country, Mazurska Noc Kabaretowa, Festiwal Kultury Kresowej Takie tam. Szymon nigdy nie był snobem, ale zakończenie ziemskiego żywota, tego żywota, ma się rozumieć, w miejscu powszechnie znanym wydało mu się Nobilitujące? Pociągające? Trudno powiedzieć. Pewnej wrześniowej nocy poszedł na plażę przy ulicy Grunwaldzkiej. Dlaczego właśnie tam? Nie chciało mu się tłuc na plażę miejską. Za daleko. Tym bardziej, że taszczył ze sobą stary grzejnik olejowy i kilka pordzewiałych żelazek. Jako balast. Z trudem wtargał całe to żelastwo na niewielką drewnianą wieżę zbudowaną na pomoście. Miał bowiem zamiar skoczyć. Nie lubił powoli wchodzić do jeziora. Szczególnie nie cierpiał tego momentu, gdy woda dochodziła do No Do meritum. Zawsze wskakiwał do wody z pomostu. Wiedział, że to niebezpieczne. Że może spowodować zatrzymanie akcji serca. Ale w tej konkretnej sytuacji było mu w zasadzie wszystko jedno. Dokładnie sprawdził mocowanie balastu. Zaczerpnął głęboko, choć z goła niepotrzebnie, powietrza. I skoczył. Plusnęło i toń jeziora zamknęła się nad głową Szymka. Dość szybko opadł na dno. W końcu Czos to nie Rów Mariański. Jakiś pechowy rak chrupnął cicho trafiony jednym z żelazek. Jakiś węgorz prześliznął się miedzy żeberkami olejaka. Kilka 77

78 małych żabek z wyraźnym zdziwieniem obserwowało nowy element podwodnego świata. A nowy element tracił właśnie resztki powietrza. Jeszcze chwila i będzie po wszystkim. Koniec. A zarazem początek. Tak jak obiecywał Góru. Szymek poczuł, że gaśnie. Poczuł również silne uderzenie w tył głowy. Coś, czy też może raczej ktoś, chwycił go za kołnierz kurtki i mocno szarpnął do góry. Wyciągnięty na brzeg i rzucony na trawę, nie zamierzał walczyć o oddech, ale kilka kopniaków w tyłek wychlupało z niego całą wodę. Chcąc, nie chcąc zaczął oddychać. Metoda ratunkowa, mało może ortodoksyjna, okazała się skuteczniejsza niż tradycyjne usta usta. Ocipiałeś młody? zapytał nieznany, szlag by go trafił, wybawca, stojąc wciąż za plecami niedoszłego topielca. Topić się? W twoim wieku? W takiej zimnej wodzie? Przecież życie jest piękne! nieznajomy zamilkł na chwilę. Po czym dodał Chociaż, kurwa, jest nowelą. Szymon odwrócił się by udzielić jakiejś zjadliwej odpowiedzi, ale za nim nie było już nikogo. Nieznajomy zniknął. A wraz z nim zniknął cały balast. Szymon zrezygnowany, ociekający wodą i coraz bardziej zmarznięty powlókł się do domu. Tymczasem, po drugiej stronie Jeziora Czos, przy Źródełku Miłości, kończyła się właśnie cotygodniowa orgia miejscowej OSP. Jakoś tak na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia mrągowskie targowisko przeżywało prawdziwy najazd zabużańskich handlarzy. Drobnych, ale doskonale zaopatrzonych. U Ruskich można było kupić wszystko. Tak jak teraz na Allegro. Z tym, że na Allegro trudno jest o broń. U Ruskich zaś broń można było nabyć bez trudu. Granaty, kałachy, stary (ale wciąż na chodzie) T 34. Żaden problem. Wszystko było jedynie kwestią ceny. A w przypadku uzbrojenia nie posiadającego własnego napędu, również transportu. To właśnie w tamtych wesołych czasach ojciec Szymona kupił sobie rewolwer. Identyczny, jak te w westernach. Z kompletem nabojów. Ot tak, na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo kiedy się człowiekowi przyda porządny, choć bez wątpienia wiekowy, rewolwer. Szymon uznał, że przyda się właśnie teraz. Po ciężkiej grypie, która była skutkiem wrześniowej kąpieli w Czosie, zniechęcił się do sił natury. Postanowił więc zawierzyć swoje życie technice. Nieodwołalnie. I ostatecznie. Wyciągnął ze skrytki w piwnicy owinięty w zatłuszczone szmaty rewolwer, wyczyścił go dokładnie, załadował, schował do kieszeni płaszcza i poszedł do parku. Tego, w którym znajdował się stary poniemiecki cmentarz. Tam zamierzał znaleźć odpowiedni klimat. Zresztą, przecież właśnie na cmentarz się wybierał. Docelowo. Czy też może raczej tymczasowo. Usiadł na pokruszonym nagrobku i zapalił papierosa. Wiedział, że szkodzą, ale w zaistniałych okolicznościach, wisiało mu to martwym nietoperzem. Wyciągnął broń, odciągnął kurek i przyłożył wylot lufy do skroni. Po chwili uznał, że to nie najlepszy pomysł. 78

79 Nie był co prawda pewien, ale wydawało mu się, że może w ten sposób osiągnąć pewne niepożądane efekty uboczne. Proch osmali mu twarz. Mózg rozpryśnie się po całej okolicy. Będzie potem nieszczególnie wyglądał w trumnie. A na czym, jak na czym, ale na wyglądzie Szymonowi zależało. Mimo wszystko. Odsunął rewolwer od skroni na długość ramienia. Nie wiedział czy to wystarczająca odległość, ale więcej nie był w stanie osiągnąć. A co mi tam mruknął pod nosem. Raz się żyje! Co ja gadam. Co ja gadam. Jakie raz się żyje? Przecież wtedy to wszystko nie miałoby sensu. Zresztą, Góru obiecał Zamknął oczy, policzył do trzech i I wtedy kilka rzeczy wydarzyło się równocześnie. Szymon nacisnął spust. Coś ciężką dupnęło o ziemię za jego plecami. Rewolwer w dłoni chłopaka zrobił się dziwnie ciężki. Rozległo się głośne ała. Szymon otworzył oczy i spojrzał w bok. Przez krótką chwilę oceniał sytuację, po czym odezwał się cicho. I grzecznie. Przepraszam, czy byłby pan tak miły i wyjął palec z mojej lufy? Znaczy, z lufy mojej broni. A właściwie, to z broni mojego taty. Byłbym odpowiedział Yabolman. Bo któżby inny. I wyjął. Najpierw palec z lufy, a potem lufę znaczy rewolwer, z dłoni Szymona. To powiadasz młody, że to tatusia? Chłopak skinął głową. Oj, to tatuś nie będzie zadowolony Tadeusz wygiął wspomnianą już, wielokrotnie już wspomnianą, lufę w estetyczną podkówkę. No, to było na tyle. Trzymaj się. I dbaj o siebie chłopaku! Dbaj o siebie. Bo życie jest piękne. Chociaż, kurwa, jest nowelą dodał Szymon w myślach. Po czym wstał i poczłapał do domu. A w jego głowie, zamiast dziury po kuli, pojawiło się graniczące z pewnością przypuszczenie, że tatuś faktycznie nie będzie zadowolony. Nie był. Marysia i Tadeusz spacerowali nad brzegiem Czosu. Opowiadał jej o ostatnich wydarzeniach. i po chwili obaj byli pogięci. I młody, i jego rewolwer. Zakończył wielokrotnie przemyślaną i przezabawną puentą. Czekał na wybuch śmiechu, ale Marysia milczała. Czas mijał, a ona milczała coraz bardziej. Jasny gwint! No dobrze, ale dlaczego on właściwie chce się zabić? spytała wreszcie po dłuższej chwili. Pojęcia nie mam. Nie zapytałeś? Chłopak na twoich oczach dwukrotnie próbował popełnić samobójstwo, a ty nawet nie zapytałeś dlaczego? Uratowałeś go tylko i odleciałeś. Tak! Yabolman był najwyraźniej urażony. Uratowałem! Tylko! Przez jakiś czas szli w milczeniu. Aż wreszcie dotarli do Źródełka Miłości. I stanęli jak wryci zaskoczeni niecodziennym widokiem. Nie co dzień bowiem, szczególnie późną 79

80 jesienią, widuje się w mrągowskich parkach nagich mężczyzn leżących w niedbałych pozach wśród opadłych liści. Leżeli tak sobie, zupełnie nieruchomo i uśmiechali się błogo. Wszyscy czterej. O rajutku! jęknęli (zgodnie!) Marysia i Tadeusz. Jeden z nagusów poruszył się nieznacznie i otworzył oczy. Dzień dobry pozdrowił grzecznie przybyłych. Panowie rzucił w stronę swoich kolegów. mamy gości. Panowie nie sprawiali wrażenia specjalnie przejętych tym faktem. Nie poderwali się z ziemi z okrzykami zażenowania, nie okryli niczym swojej nagości. Wymruczeli jedynie ciche słowa powitania i dalej oddawali się słodkiemu nieróbstwu. Czym możemy państwu służyć zapytał ten, który pierwszy spostrzegł Marysię i Tadeusza. Yabolman zaczął się zastanawiać czym faktycznie mogłoby mu służyć czterech gołych mężczyzn. I jakoś nic nie przychodziło mu do głowy. Beerwoman zaś nie zastanawiała się długo: Na początek jakąś informacją może zaproponowała. Tak? golas popatrzył na nią wyczekująco. Kim wy, do licha, jesteście i co tutaj robicie? Jeżeli można wiedzieć! Oczywiście, że można. To przecież żadna tajemnica. Jesteśmy mrągowskim oddziałem OSP i właśnie mamy orgię. Jak w każdą środę. Orgię? zdziwiła się Marysia. Strażacy? Jacy strażacy? zdziwił się z kolei jej rozmówca. Jesteśmy członkami międzynarodowej Organizacji Sadystycznych Pedziów. Aha nic innego nie przyszło Marysi do głowy. Natomiast Tadeuszowi i owszem: Jakaś taka statyczna ta wasza orgia Tadeusz bowiem obejrzał w swych życiu kilka filmów. Różnych. A nawet bardzo różnych. Były wśród nich te filmy. Ze dwa. No, może trzy. Na ich podstawie wyrobił sobie zdanie na temat udanej orgii. I kojarzyła mu się ona ze wszystkim, tylko nie z bezruchem. Tak sobie leżycie i nic? Już? Wszystko? Nie żebym był rozczarowany, czy na coś liczył, ale to dziwne takie jakieś. Chciałbym zwrócić twoją uwagę na słówko sadystycznych w nazwie naszej organizacji. Każdemu z nas największą przyjemność sprawia nie sprawianie pozostałym żadnej przyjemności. Aha Yabolman nawet nie próbował udawać, że zrozumiał. Marysia tymczasem zauważyła, że spojrzenie ich rozmówcy staje się jakby nieco lubieżne. Jej niechęć do noszenia jakiekolwiek bielizny, połączona z zamiłowaniem do obcisłych, głęboko wydekoltowanych bluzeczek oraz wyjątkowo krótkich spódniczek (które Tadeusz nazywał wyjątkowo szerokimi paskami) sprawiały, że zdążyła już przywyknąć do lubieżnych spojrzeń rzucanych w jej kierunku. Ale tym razem oczy całej OSP wlepione były w Tadeusza. Poczuła się brzydka i niepotrzebna. I nie było to miłe uczucie. No, to skoro już wszystko wiemy złapała Yabolmana za rękę, to chyba nie będziemy panom przeszkadzać. Do widzenia! Pewnie zgodził się natychmiast jej towarzysz, który może i nie do końca rozumiał o co chodzi, ale miał w końcu jakąś tam intuicję. A tej intuicji zaczynało się właśnie robić nieswojo. Do widzenia. Do widzenia. Oby. 80

81 Wiesz Marysiu, dziwne jakieś te pedzie. Nie mówi się te pedzie, Yabolku. Ci pedziowie? Homoseksualiści Yabolku, homoseksualiści. Ale przecież oni sami Im wolno! Szymon był uparty. Wyjątkowo uparty. Jeszcze raz dokładnie przemyślał całą sprawę i wydawało mu się, że w końcu znalazł najlepsze rozwiązanie. Ostateczne. Fakt, w Mrągowie nie było porządnego, nadającego się do jego celów urwiska. Ale było kilka nieźle usytuowanych budynków. Szczególnie jeden, na Osiedlu Brzozowym. Żaden tam drapacz chmur. Cztery piętra jedynie. Ale stal na wcale wysokiej skarpie. Jeśli dobrze się rozpędzi a dach dawał taką możliwość i mocno wybije, to powinien wylądować na samym dole, na parkingu przed Biedronką. W postaci mokrego, czerwonego placuszka. I żaden szmaciarz nie będzie go w stanie odratować. Pomysł był świetny. Szymon zapisał się nawet do sekcji lekkoatletycznej w miejscowym klubie. Po miesiącu intensywnego trenowania skoku w dal, stwierdził, że jest gotów. Pewnego słonecznego kwietniowego popołudnia, jak ten czas leci swoją drogą, wszedł na wybrany dach. Najpierw krótka rozgrzewka, potem długi rozbieg, skok i I uderzył w przelatującego właśnie, niby przypadkiem, Yabolmana. Bolało. Bolało jak jasna cholera, ale nie dawało efektu wspomnianego wcześniej placuszka. Tego mokrego i czerwonego. No dobra młody. Wystarczy tego dobrego. Całą zimę cię szukałem. Nawet przy Wigilii musiałem się nasłuchać jaki jestem bezmyślny i nieczuły. Lecimy. Szymon chciał zapytać dokąd, ale nie odzyskał jeszcze oddechu po zetknięciu z twardą jak stal piersią superbohatera. Choć nie wykluczone, że była to stalowa klamra przy szerokim pasie Yabolmana. Pół godziny później Szymek popijał gorące kakao i czerwony jak dojrzały pomidor, patrzył w oczy Beerwoman. Jeśli akurat podniósł nieco wzrok. i Góru powiedział, że to nie problem opowiadał. Że ma chody na tamtym świecie. Za niewielką opłatą załatwi mi tę całą reinkarnację. Że najpóźniej w przeszłym roku narodzę się na nowo. Tylko, że najpierw muszę, wiecie Wiemy Marysia wiedziała. Tadeusz się domyślał. Tylko ciągle jeszcze nie powiedziałeś najważniejszego. Dlaczego? Bo Góru obiecał Szymon zaczerwienił się jeszcze bardziej, że w następnym wcieleniu będę chłopakiem Paris Hilton. Nawet Yabolman był zaskoczony. Przecież to nie możliwe. Jak to nie możliwe obruszył się Szymon. A co ja? Gorszy? 81

82 Nie o to chodzi Marysia nie lubiła pozbawiać innych ludzi złudzeń, ale tym razem nie miała wyjścia. Posłuchaj, jeśli nawet urodzisz się ponownie w przyszłym roku, to żeby być czymkolwiek chłopakiem będziesz musiał poczekać ze dwadzieścia lat Albo chociaż siedemnaście dodał Tadeusz. Albo siedemnaście zgodziła się Marysia. Nie szkodzi, ja mam czas Szymon ciągle nie dostrzegał luki w swoim rozumowaniu. No tak, ale policz chłopcze, ile lat będzie miała wtedy Paris Hilton. Policzył. Ojej. No właśnie. Ojej. Marysia przytuliła załamanego chłopca do swojego cudownego biustu i pogładziła czule po głowie. Słuchaj młody Tadeusz stwierdził, że powinien jeszcze coś załatwić. Młody! Młody!!! Tak? Daj no mi adres tego swojego Góru. Czyj? wciąż przytulany i głaskany miał wyraźne kłopoty z koncentracją. Góru! Tego, który ci obiecał, że będziesz chłopakiem Paris Hilton. Szymon oswobodził się z objęć Beerwoman. Nabazgrał coś szybko na kartce i wrócił tam, gdzie było mu tak dobrze. Tak mięciutko. Tak ciepło. Gdyby ktoś teraz pokazał mu zdjęcie Paris Hilton, nie wiedziałby pewnie o kim mowa. Terapia Marysi czyniła cuda. Mateusz Górecki, znany szerzej jako Góru, wyglądał jak Jack Sparrow. Ten pirat z Karaibów. Mógłby bez żadnych zabiegów charakteryzatorskich zastąpić Johnego Deppa w kolejnej części filmu. Ale nie myślał o karierze aktorskiej. Siedział w fotelu i nauczał. Nie przeszkadzało mu, że ma tylko jednego słuchacza. Ważne, żeby ten słuchacz zapłacił. Gość nie wyglądał co prawda na nadzianego, ale Mateusz nie gardził żadną kwotą. Tu dycha, tam dycha, będzie na kielicha mawiał. Przeczytał kiedyś jakiś dodatek do Wyborczej poświęcony religiom Dalekiego Wschodu. Trochę zapamiętał, trochę sam wymyślił i teraz wciskał kit różnym frajerom. I jakoś wiązał koniec z końcem. Tadeusz siedział po turecku na podłodze i słuchał tego pitolenia bez specjalnego zainteresowania. Cierpły mu nogi. Męczyło go pragnienie. I był coraz bardziej wkurzony. Najbardziej denerwował go fakt, że wciąż nie wiedział co zrobić z łachmytą, który tak skutecznie prał mózgi młodziakom takim, jak Szymon. Tymczasem Góru przeszedł do tej części wykładu, która zawsze najbardziej działa na wyobraźnię słuchaczy: Nasza religia łączy się również z różnymi ciekawymi obrzędami o charakterze seksualnym Otóż to! Seksualnym! ucieszył się Yabolman. Góru, który nie spodziewał się aż tak żywiołowej reakcji, spojrzał na niego pytająco. A powiedz mi mistrzu, te obrzędy czy w grę wchodzą również orgie? Jeśli tylko wierni tego pragną odpowiedział ostrożnie Góru, zadowolony, że nazwano go mistrzem. Aż dziwne, że sam na to nie wpadł. To świetnie cieszył się coraz bardziej Tadeusz. A jaki dzień tygodnia dzisiaj mamy? Środę odpowiedział zaskoczony Góru i pomyślał, że trafił na świra większego niż wszyscy dotychczasowi razem wzięci. Cóż, ryzyko zawodowe. Jak się robi w religii, trzeba się z tym liczyć. Sprawdził odruchowo, czy ma pod ręką posążek siedzącego Buddy. 82

83 Środę! entuzjazmował się Tadeusz. To wspaniale! Po czym błyskawicznie poderwał się na nogi i zdzielił Góru w głowę. A potem zawinął nieprzytomnego w dywan, zarzucił sobie na ramię i wyleciał przez okno. Kiedy dotarł do Źródełka Miłości, orgia OSP trwała w najlepsze. Superbohater wylądował w samym jej środku. Sadystyczni pedzie, początkowo przestraszeni, oniemieli z zachwytu na widok wydobytego z dywanu Góru. Widać było, w końcu wciąż byli goli, że orgia nabierze rumieńców. To ja lecę powiedział Yabolman. Nie będę przeszkadzał. A ty zwrócił się do Góru potraktuj to jako wyjątkowe przeżycie religijne. I odleciał w poczuciu dobrze spełnionej misji. Szanował bowiem poglądy innych ludzi. Nawet te, których do końca nie rozumiał. 83

84 84 Punk Tadeusz Krzysztof Baranowski

85 Epizod XXII Tadeusz postanowił upiec ciasto. No tak, nie ma się co śmiać. Potrzebował wejściówki ma imprezę. Marysia urządzała bowiem przyjęcie. Zasada była prosta każdy musi przynieść własnoręcznie wykonany wypiek. Kto nie przyniesie, nie wchodzi. I od zasady tej nie było wyjątków. Tadeuszowi zaś bardzo zależało na tym, żeby wejść na to przyjęcie. Rzadko bywał na przyjęciach. A przecież każdy kulturalny człowiek powinien bywać. Powinien udzielać się towarzysko. Łyknąć od czasu do czasu trochę kultury. Odchamić się. Tak, Yabolman czuł nieprzezwyciężoną potrzebę odchamienia się. Koniecznie. I wcale nie chodziło o to, że Marysia zaprosiła na to przyjęcie tylko kilka najbliższych koleżanek. Ani o to, że wszystkie te koleżanki były równie atrakcyjne jak gospodyni. Prawie. A już najmniej o to, że impreza miała formę pidżam party. Tadeusz zaś widywał pidżamę Marysi. Czasami. Jeśli wiedziona jakimś kaprysem zdecydowała się ją założyć. Był to widok, od którego mózg Yabolmana topniał jak świeczka na urodzinowym torcie. Z podsłuchanych, zupełnie przypadkiem, rozmów telefonicznych, pełnych wesołych żarcików i radosnego przekomarzania, wywnioskował, że zaproszone koleżanki mają do bielizny nocnej podejście równie frywolne jak Marysia. Zatem na imprezie powinno się znaleźć osiem ponętnych kobiet, osłoniętych ilością materiału odpowiadającej powierzchnią niewielkiej chusteczce do nosa. I Tadeusz. W koszulce Dezertera i bokserkach z Kubusiem Puchatkiem. Jeśli tylko uda mu się upiec to cholerne ciasto. Jeszcze raz przeczytał uważnie przepis. Jajka są. Mąka, margaryna, cukier, wiórki kokosowe i oczywiście proszek do pieczenia. Wszystko pożyczył od sąsiadki. Obiecał, że odda. Tylko za proszek musiał zapłacić. I to słono. Ale sąsiadka przysięgała, że to najlepszy proszek na rynku. Pewnie jakiś Dr Oetker. Trudno powiedzieć, na foliowej torebce nie było nazwy producenta. Co najpierw? Rozetrzeć margarynę z cukrem. Łatwizna. Tadeusz sięgnął do szafki i wyciągnął mikser. Napił się wina. To będzie chwila. Ustawił od razu na największe obroty i włączył. Wyłączył. Mogli, jasna cholera, napisać żeby tego nie robić na płaskim talerzu. Miska, gdzieś tu powinna być miska. Otóż to. No to jeszcze raz. Musi się udać. Łyknął jeszcze troszkę. Proszę bardzo, śliczna jednolita masa. Co dalej? Dodawać mąkę zmieszaną z proszkiem, na przemian z jajkami. Cholera, nie napisali ile dać tego proszku. Pewnie cały, przecież nie zaszkodzi, nie? Pyszne to wino. Jak zwykle. To dziwne, ale chyba jeszcze nigdy nie pił niesmacznego wina. A jajka? W skorupkach, czy bez? Gdzieś czytał, że w skorupkach jest dużo minerałów i tego, no wapnia. Chyba wapnia. Ale w końcu to ciasto nie kamieniołom. Więc może bez skorupek? Pamiętał, że gdy kiedyś jadł ciasto, to coś w nim chrupało. To mogły być skorupki. Albo orzechy. Kurdelebele, nie miał orzechów. O masz, wino się skończyło. Otworzył następne. Cztery jajka. Szlag by trafił te jajka. To może dwa w skorupkach, a dwa bez? Prawdziwie salmonellowe rozwiązanie. Sięgnął po butelkę. No i po kłopocie. Skoro się potłukły, to niech będzie bez skorupek. Trudno. Wsyp wiórki i jeszcze raz 85

86 dokładnie wszystko wymieszaj. I zrobione. Przygotuj formę. Pięknie. Tadeusz od lat nie ćwiczył. Od wielu lat. Właściwie, to nigdy nie ćwiczył. Ale chyba był w formie. W końcu, jak by nie patrzeć bohater. Wysmaruj olejem i wysyp bułką tartą. Kilka łyczków wina Aaa, formę To trzeba było tak od razu. Przełożył ciasto do foremki. Piec przez około czterdzieści minut w temperaturze sto osiemdziesiąt stopni. Jak to piec? W piekarniku? spytało ciasto. No, w piekarniku odpowiedział Yabolman. Ale przecież to mnie zabije! Faktycznie. Ponad pół godziny w takiej temperaturze Kto to wytrzyma? Zapadła cisza. Ciężka jakaś taka. Yabolman nie bardzo wiedział co powiedzieć. Szczerze mówiąc, był zaskoczony. Troszkę. W swoim długim i pełnym przygód życiu prowadził już różne rozmowy. Ze zwierzętami, roślinami, czasami przedmiotami, z bytami różnymi. Niematerialnymi nawet czasem. Ze smokami, strzygami, wilkołakami i wampirami. Normalka. Przynajmniej dla superbohatera. Ale ciasto? Co można powiedzieć ciastu, które nie chce być upieczone? Przykro mi. Żegnaj. Tadeusz błyskawicznie wsunął foremkę do piekarnika i zamknął drzwiczki. Sadysta! Zwyrodnialec! Morderca! wrzeszczało ciasto. Coraz ciszej. I ciszej. Wreszcie zamilkło. Babka kokosowa była hitem przyjęcia. Marysia i wszystkie jej koleżanki zgodnie, choć nieco może bełkotliwie, stwierdziły, że w życiu nie jadły równie udanego wypieku. Ale Yabolman nie słyszał tych pochwał. Całą imprezę przesiedział w toalecie, targany wyrzutami sumienia. 86

87 87

88 Epizod XXIII Zbliżały się święta. Coraz szybciej się zbliżały. Tadeuszowi wydawało się chwilami, że wręcz nadbiegają. Zupełnie inaczej niż co roku. Bo też miały to być zupełnie inne święta. Do tej pory Gwiazdka kojarzyła mu się z winem i z No, właściwie to tylko z winem. Ale do tej pory nie miał u swego boku Marysi. A Marysia, tak postępowa we wszystkich innych sprawach, w tym jednym przypadku okazała się tradycjonalistką. Tadeusz od kilku dni biegał więc po całym Mrągowie Tak, tak. Biegał. Beerwoman zabroniła mu bowiem latać. Wiesz Jabolku, powiedziała to Boże Narodzenie. Lepiej nie lataj nad miastem. Jeszcze ktoś cię weźmie za gwiazdę. Betlejemską. I wiesz, moc struchleje i będą kłopoty. Biegał więc po całym Mrągowie i robił sprawunki. Wystawał w kilometrowych kolejkach, zanosił siaty pełne wiktuałów do domu, zapominał o maku, wracał do sklepu, znowu stał w kolejce, kupował ten durny mak, zadowolony zanosił go Marysi, zasuwał po rodzynki. I tak bez końca. Beerwoman zaś szalała w kuchni. Tarła, siekała, gotowała, smażyła, piekła, jeszcze trochę siekała, znowu tarła. I co parę chwil przypominała sobie o składnikach, o których wcześniej zapomniał Tadeusz. Ten zaś z rosnącym przerażeniem patrzył na, również rosnące, góry jadła. O rajutku myślał trzeba będzie gryźć. A jak powszechnie wiadomo, Yabolman zawsze uważał, że życie jest zbyt krótkie, by tracić czas na gryzienie. Karpia? Żywego? Po co? Jak to po co? Chyba nie wyobrażasz sobie Wigilii bez karpia? Owszem, wyobrażał sobie, ale postanowił się nie kłócić. Tym bardziej, że faktycznie, coś mu się jakby kołatało w podziurawionej winami pamięci. Być może był to karp. Nie wykluczone nawet, że żywy. Nie Jabolku, nie uważam, że twoja choinka jest szkaradna. Ale wolałabym raczej drzewko. Żywe. Zdecydowanie. Stanowczo. Tadeusz nie rozumiał o co chodzi. Przecież zawsze miał taką choinkę. Do wbitego w sufit haka przywiązywał na różnokolorowych sznurkach butelki wina. Odpowiednio dobierając 88

89 długość sznurków uzyskiwał kształt do złudzenia przypominający drzewko. I ekologicznie było. I praktycznie. Nie trzeba było codziennie odkurzać opadających igiełek. Same plusy. Ale Marysia pozostawała głucha na wszelkie rozsądne argumenty. Ba, przez chwilę była nawet obrażona, kiedy słusznie dowodził, że o drzewku wyciętym gdzieś w mazurskiej głuszy i osadzonym w żeliwnym stojaku trudno mówić żywa choinka. Na szczęście zanim doszło do rękoczynów, przypomniała sobie o tkwiącym w piekarniku klopsie i pobiegła do kuchni. Zdążyła jeszcze zawołać: Oj nie marudź Jabolku, tylko idź po tę choinkę. I już jej nie było. Co miał robić? Poszedł. Długo przedzierał się przez zasypany śniegiem las. Wreszcie dotarł na porośniętej młodymi świerczkami polany. Rozejrzał się uważnie dokoła i upewniwszy się, że nikt go nie widzi, sięgnął do wysłużonego plecaczka. Pokrzepił się nieco winem i wydobył siekierę. Podszedł do upatrzonego drzewka i zamachnął się potężnie. Nieeee! rozległo się nagle tuż za jego plecami. Tylko nie Henryk! To właściwie nie był krzyk. Raczej coś jakby szelest. Ale Tadeusz i tak się przestraszył. Upuścił siekierę i podskoczył. Potem poskakał jeszcze trochę, bo siekiera upadla mu na nogę. Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć zaszeleściła rosnąca opodal śliczna, smukła sosenka. Ale zamierzyłeś się tą siekierą na Henryka zupełnie, jakbyś chciał mu zrobić krzywdę. Nie? Naprawdę tak wyglądało? Tadeusz udawał głupka. A robił to naprawdę świetnie. Lata praktyki. Wielu dało się nabrać. Sosenka również. Ale jakby nie do końca. Patrzyła podejrzliwie na Yabolmana. Dziwne, nie? Niby nie miała oczu, a Yabolman wyraźnie czuł na sobie jej uważne spojrzenie. Ja tylko tak zaczął tłumaczyć. Mętnie. Dla zdrowia. Taki trening. Rzut młotem. Tylko młot mi zginął gdzieś w śniegu. Stąd siekiera. W zastępstwie. Nie to samo, ale działa podobnie. Trudno powiedzieć, czy ją przekonał. Bo niby po czym miał poznać? Beerwoman sceptycznie patrzyła na tkwiącą w wazonie świerkową gałązkę. Tadeusz znalazł ją na skraju lasu i przytargał do domu. Przystrojona bombką i dwoma czy trzema anielskimi włosami wyglądała dość odświętnie. Niezbyt może imponująco, ale jednak odświętnie. rozumiesz Marysiu, nie mogłem przecież wyrąbać Henryka. Wziąłem więc co było. Przynajmniej nikomu nic się nie stało. Tadeusz zakończył opowieść i z niepokojem czekał na wyrok. Trudno uśmiechnęła się w końcu Marysia. Niech zostanie. I pobiegła do kuchni ratować przypalający się właśnie sernik. 89

90 Zabić? Jak to zabić? Za co? Yabolman nie mógł zrozumieć dlaczego z powodu narodzin Dzieciątka, wciąż wymaga się od niego, aby krzywdził inne istoty. Jabolku tłumaczyła mu cierpliwie Marysia. Tak trzeba. Przecież nie rzucę go żywego na gorący olej. Stali w łazience i patrzyli na pływającego w wannie karpia. A karp patrzył na nich. I w oczach miał jakiś takich smutek. Zupełnie jakby wiedział. Ale tasakiem? Marysiu! Tasakiem? Niewinnego karpia? Rzeczywiście, głupio tak jakoś. To może prądem? Przynieś radio. Przyniósł. Postawił je na krawędzi wanny. W Trójce skończyły się właśnie wiadomości i leciała jakaś piosenka. krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku, idą święta. Idą święta. popłynęło z głośnika. Minęła północ. Marysia poszła na pasterkę. Tadeusz został w domu. Rzadko bywał w kościele. Właściwie, to nie bywał wcale. Nie był tam mile widziany. Miejscowy kler i większość kościelnych aktywistów uważała go za antychrysta. I nie pomagały żadne perswazje. Nawet bezpośrednia interwencja Głosu, choć załagodziła chwilowo sytuację, nie rozwiązała problemu. Proboszcz wiedział lepiej. Perspektywa stosu wydawała się wciąż całkiem realna. Yabolman nie prowokował więc losu. Siedział na taborecie w łazience i popijał wino. Kruszył do wanny kawałki drożdżówki i rozmawiał z karpiem. I myślał o tych całych świętach. Niegłupia, w sumie, rzecz. Gdyby tylko nie trzeba było tyle gryźć. 90

91 91

92 Epizod XXIV Myśleć nam nie kazano, do szkoły nas zapisano ŚMIERĆ KLINICZNA Tadeusz leżał na jeziorem, popijał wino i myślał. Nieczęsto mu się to zdarzało. To znaczy, owszem, leżenia i popijania nie unikał. Ale już z myśleniem bywało różnie. A tu proszę rozmyślał w najlepsze. Głównie o sobie. I nie były to wesołe myśli. Bardzo kochał Marysię. Było mu z nią cudownie. Tylko, że czasami Bywały takie chwile Zdarzało się No co tu dużo gadać czuł się przy niej jak głupek. Była wykształcona. I nie tylko wykształcona, ale tak naprawdę. Miała wiedzę. I umiała z niej korzystać. Była oczytana. Była elokwentna. Była Co ona właściwie widzi w takim łapserdaku jak ja? zapytywał Yabolman samego siebie. I za cholerę nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Przyznać trzeba, że jeśli chodzi o przyswajanie wiedzy, Tadeusz orłem nie był. Raczej wróbelkiem, jeśli trzymać się ornitologicznej terminologii. Owszem, uczęszczał do wielu szkół. Niektóre z nich nawet ukończył. Prawie. Ale co z tego? Co z tego, że potrafił nawet zacytować kilku filozofów, skoro praktycznie nikt poza nim już ich nie cytował. Byt określa świadomość pomyślał. I nie wiadomo dlaczego, przypomniał sobie, jak kiedyś wdał się w dysputę światopoglądową z kilkoma skinami. Nie był wtedy jeszcze superbohaterem, ale i tak szło mu nieźle. Dopóki nie upadł. Ostatnie co pamiętał, to widok zbliżającego się do twarzy glana. Zaś but przekreśla świadomość. Niejednokrotnie. dodał. I nawet nie wiedział, że dokonał parafrazy. Rozpoczął żmudne przeszukiwanie najgłębszych zakamarków przeżartej tanimi winami pamięci. I zdziwił się, że coś jednak tam znalazł. Wiedział, na przykład, że pantofelek rozmnaża się przez podział. Ale za cholerę nie wiedział na czym ten podział właściwie polega. Ani, na dobrą sprawę, co to jest ten cały pantofelek. Znał prawobrzeżne dopływy Wisły i wysokość kilku najwyższych szczytów Tatr. Umiał obliczać procenty. O tak, z procentami radził sobie świetnie. Wymienił wszystkie składniki powietrza. I te stałe, i te zmienne. Z pewnym trudem, bo przy niektórych troszkę go mdliło. Potrafił wyrecytować z pamięci całą Panią Twardowską. I początek Pana Tadeusza. Aż do z drewna, lecz podmurowany. Tylko, że wcale nie czuł się przez to mądrzejszy. Ale generalnie, nie jest aż tak tragicznie stwierdził. Mogło być gorzej. Uspokojony nieco ułożył się na wznak i popijając wino spoglądał na prześwitujące między koronami drzew niebo. Piękne jest pomyślał. Takie gwiaździste. I zasnął. 92

93 Śniły mu się pantofelki. Przynajmniej twierdziły, że są pantofelkami. Śmiały się niego i pytały, czy chce popatrzeć jak się rozmnażają. Obudził się z krzykiem i zlany zimnym potem. Dość tego! Wracam do szkoły! Nie Jabolku! Dlaczego? W spisie jest! Ale ten spis to wyprawka do pierwszej klasy. Ja przecież idę do pierwszej klasy. Jabolku! Marysia przestała się uśmiechać. A jej glos stał się bardzo, ale to naprawdę bardzo stanowczy. Jestem pewna, że w szkole wieczorowej dla dorosłych nie używa się ani kredek świecowych, ani plasteliny. Ani kolorowego papieru, skoro już o tym mowa. Tadeusz wiedział, że kiedy Marysia łapie ten ton, dalsza dyskusja jest bezcelowa. Zrobiło mu się żal. Zwiesił głowę i pociągnął nosem. Marysia złagodniała. Flamastry mogą zostać zgodziła się łaskawie i pogładziła rzednącego coraz bardziej irokeza. Zadowolony Tadeusz dokończył pakowanie tornistra. W nocy nie mógł spać. Mimo, że Marysia zrobiła naprawdę wiele, aby solidnie się zmęczył. Przewracał się z boku na bok i powtarzał w myślach tabliczkę mnożenia. Najtrudniejsze fragmenty. Na sześć i na osiem. W końcu wstał cichutko, założył kapcie w kształcie króliczków (były o wiele za małe, ale dostał je gratis, kiedy kupował zeszyty z Harrym Potterem) i poczłapał do kuchni. Usiadł przy stole. Do późna popijał wino i gapił się w okno. Tak jak najbardziej lubił bezmyślnie. Beerwoman znalazła go rano wspartego czołem o blat zastawiony pustymi butelkami. Spóźnił się na uroczyste rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Plan lekcji bardzo rozczarował Yabolmana. Przede wszystkim, mimo długich i żmudnych poszukiwań, nie mógł się w nim doszukać biologii. A tak bardzo chciał się wreszcie dowiedzieć, jak to właściwie jest z tymi cholernymi pantofelkami. Nabawił się bowiem na ich punkcie niegroźnej, ale wysoce męczącej obsesji. Nie było również języków obcych. Nawet tego nie tak znowu bardzo obcego. Nawet tego bardziej może obcego, ale za to dużo bardziej przyjaznego. Podobno. Tadeusz, w sumie, nigdy nie czuł szczególnej potrzeby nauczenia się innych języków. Polski wydawał mu się wystarczająco zagmatwany i pełen wyjątkowo perfidnych pułapek. Ale i tak był zawiedziony. W końcu, skoro już zdecydował się uzupełnić luki, czy też może raczej przepaście i rozpadliny, w wykształceniu, to chętnie poznałby kilka przydatnych słówek i zwrotów. Człowiek przecież nigdy nie wie dokąd rzuci go los i czy przypadkiem nie przyda mu się informacja jak powiedzieć po hiszpańsku: Poproszę siedem win jabłkowo miętowych. Zamiast tego miał się uczyć wiedzy o społeczeństwie. Nie widomo po co. Uważał, że o społeczeństwie, to akurat wie dość. I był pewien, że pogłębienie tej wiedzy nie zmieni jego stosunku do społeczeństwa. Stosunku, który był, delikatnie rzecz ujmując, nader delikatnie 93

94 rzecz ujmując, mało przychylny. Podobnie zresztą, jak stosunek społeczeństwa do Yabolmana. A przecież nikt nie kazał społeczeństwu przyswajać wiedzy o Yabolmanie. Język polski owszem. Matematyka jak najbardziej. Fizyka nawet. Nawiasem mówiąc, całkiem zabawnie będzie poznać chociaż kilka podstawowych praw fizyki. Przynajmniej będzie potem wiedział, co łamie. Z pewnością dowie się dlaczego nie powinien móc latać. Ani pluć ogniem. Tak, fizyka zdecydowanie zapowiadała się interesująco. Podobnie jak chemia. Tadeusz zawsze uważnie czytał etykiety na butelkach, ale i tak miał wrażenie, że producenci wina ukrywają przed nim jakieś szczegóły. A może nawet nie szczegóły, tylko całkiem poważne tajemnice. Jeżeli będzie bardzo uważał na chemii, to kto wie, może uda mu się odkryć przynajmniej część z tych tajemnic. Jak się nad tym lepiej zastanowić myślał Yabolman. To w tej całej szkole może być całkiem fajnie. Nawet jeśli nie dowiem się niczego o tych pieprzonych pantofelkach. Wiesz Marysiu, nie jestem tak do końca pewien, co właściwie ten cały poeta miał na myśli. Pokaż Aha Aha To przecież proste Jabolku. Poeta cierpi Oni zawsze cierpią. Nie przerywaj! Poeta cierpi, bo bardzo kocha swoją ojczyznę... Gdzie? Co gdzie? No, gdzie ją kocha? Tutaj! Tutaj? Przy tych wierzbach? Tak. I jeszcze kawałek dalej, przy Szopenie. Ja się tam na wódce nie znam. Przy muzyce Szopena. Kiedy słucha Etiudy Rewolucyjnej, to bardzo cierpi. To po co słucha. Jak ja cierpię przy hip hopie to nie słucham. Mówiłam ci już, słucha, bo kocha. A cierpi bo tęskni. I nie może wrócić. Skąd wiesz, że nie może wrócić. No napisał przecież.??? No tutaj! Tu o gęsiach jest przecież. Że wracają z ciepłych krajów. No właśnie! Gęsi wracają, a poeta nie może. Musi zostać tam, gdzie jest. Jak wróbel? Co jak wróbel? No ten poeta. Jest jak wróbel. One też nie migrują. Ale poeta właśnie wyemigrował! Dlatego tęskni! I cierpi! Bo kocha! No już dobrze Marysiu. Już rozumiem. Tylko nie płacz, proszę. Ja też cię kocham. Jak ten poeta te gęsi. 94

95 Pan Od Historii bezustannie zaskakiwał Yabolmana. Praktycznie co lekcja okazywało się, że ci których on pamiętał jako bohaterów, bohaterami wcale nie byli. Wprost przeciwnie. To co wcześniej znał jako heroiczne czyny teraz przedstawiano mu jako perfidne knowania. I odwrotnie. Wiele dat, które kiedyś musiał pamiętać, obecnie nie warte było nawet wspomnienia. Często zaś wspominano o rzeczach i wydarzeniach, o których wcześniej nawet nie słyszał. Nie do końca potrafił się w tym odnaleźć. A najbardziej wkurzał go fakt, że to wszystko było przejrzyste i logiczne. Nie uczcie się na pamięć nawoływał Pan Od Historii. Postarajcie się zrozumieć następstwo zdarzeń, a wtedy wszystko okaże się przejrzyste i logiczne. Zarąbiecie przejrzyste mruczał Yabolman wkuwając nocami dziesiątki dat. Niebywale, cholera, logiczne zrzędził powtarzając do znudzenia nazwiska zupełnie mu obcych i w większości nieżyjących już ludzi. Życie, kurwa, jest nowelą stwierdzał nad ranem i zasypiał pełen obaw, że jeśli za kilka lat świat znowu się zmieni, cała jego ciężka praca pójdzie na marne. Tadeusz wiedział, że iks na pewno równa się siedem. Ale nie wiedział dlaczego. Co zresztą i tak nie miało chyba znaczenia, ponieważ z igrekiem coś było najwyraźniej nie tak. Przez co prosta, którą od dwóch godzin starał się umieścić w mocno już pogryzanym układzie współrzędnych, zaginała się w pewnym momencie, a nawet wykazywała pewne ciągoty do zapętlenia. Skup się Jabolku wezwanej na pomoc Marysi zaczynało powoli brakować cierpliwości. Pochyliła się nad stołem i zaczęła tłumaczyć wszystko jeszcze raz. Od początku. Tadeusz patrzył na jej cudowne piersi kołyszące się lekko nad blatem i próbował się skupić. Naprawdę próbował. Ale chociaż starał się ze wszystkich sił, ta przeklęta prosta wciąż wyginała się na wspaniałych krągłościach marysinych cycuszków. I dopiero kiedy wkurzona Beerwoman połamała ekierkę i trzasnąwszy drzwiami wyszła z kuchni, udało mu się rozwiązać zadanie i przedstawić rozwiązanie na rysunku. A kiedy nieopatrznie pochwalił się tym, było nie było, sukcesem, został oskarżony o celowy bojkot i naigrywanie się. Z jej zdolności pedagogicznych. I musiał spać na polówce w małym pokoju. I nawet nie dostał buziaka na dobranoc. Yabolman ze zwieszoną głową wracał do domu. Nawet lecieć mu się nie chciało. Wlókł się noga za nogą i myślał co właściwie powie Marysi. W końcu, kiedy już doczłapał na miejsce, nie powiedział nic. Podał jej tylko cenzurkę, westchnął ciężko i otworzył wino. nie otrzymał promocji do drugiej klasy Jak to nie otrzymał promocji? Co się stało? Jabolku! Uwalili mnie Marysiu. Uwalili. Jedna jedynka na świadectwie i nie przechodzisz da następnej klasy. I nie ma zmiluj. Ale przecież tak dobrze ci szło. Z czego ta jedynka? Z religii!!! 95

96 Epizod XXV A w nocy szatana przyjąć dłoń KAT Tadeusz siedział nad brzegiem Czosu i popijał wino. Bo gdzie niby miał siedzieć? W filharmonii? I co popijać? Jogurt? Fuj! Siedział tedy, popijał i nudził się straszliwie. Powiadają, że człowiek inteligentny nigdy się nie nudzi. Cóż, powiadają również, że palenie wyszczupla. Taaaak. Były czasy, że Tadeuszową potrzebę działania całkowicie zaspokajały słoneczne popołudnia spędzane na parkowej ławeczce z plecakiem pełnym butelek owocowego nektaru. I bynajmniej nie chodzi mi o soki sporządzone według tajemnej receptury babci Jadzi. Ani żadnej innej babci. A popołudnia nie musiały być przesadnie słoneczne. Lekka mżawka również wchodziła w rachubę. Nawet niezbyt obfite opady śniegu. Bo czemu nie? I niekoniecznie musiały to być popołudnia. W grę wchodziły także wieczory. A jeśli już mowa o porach dnia, to również ranki. Choć niezbyt wczesne. Najważniejszy był plecaczek i jego przyjemnie bulgocząca zawartość. Ale to było zanim jeszcze został super bohaterem. Zanim dane mu było zasmakować prawdziwej przygody. Takiej przez duże PRZY. Teraz wszystko było inaczej. Wszystko się zmieniło. No, może poza plecaczkiem. Gdzieś w głębi duszy Tadeusza, w najbardziej zakamarkowych jej zakamarkach, obudziła się żądza przygód. Obudziła się, przeciągnęła i ziewnęła rozdzierająco. I stwierdziła, że czas wziąć się do roboty. Problem w tym, że właściwie niewiele było do zrobienia. Wszelkiej maści potwory omijały Mrągowo szerokim łukiem. Miejscowi chuligani dziwnie spotulnieli. Niektórzy podjęli nawet pracę. Staruszki, które tak bardzo lubił przeprowadzać przez ulicę, na jego widok uciekały z krzykiem. Pewnie by je dogonił, gdyby chciał, ale przecież nie będzie jak idiota biegał po mieście za gromadką rozhisteryzowanych babć. Szczególnie po tym, kiedy jedna z nich bardziej od innych żwawa, albo może bardziej zdesperowana, grzmotnęła go w ciemię okutą żelazem laseczką. Nie to nie. Wiedział gdzie go nie chcą. Ale żeby nie było na niego, jeśli którąś potrąci rozpędzony rowerzysta. Zresztą rowerzyści też jakby spokornieli. Często zatrzymywali swoje stalowe rumaki i spoglądali w niebo. A jeśli zauważyli coś, co choćby z grubsza przypominało nadlatującego Yabolmana, zsiadali z rowerów i prowadzili je grzecznie za kierownicę. Czasem robili to na widok bociana. Albo nawet większego wróbla. Tadeusz początkowo był zadowolony, że udało mu się zaprowadzić w mieście jako taki porządek. Ale po kilku tygodniach zaczął się nudzić. Straszliwie nudzić. A ta cholerna żądza przygód nie dawała mu spokoju. Nic tylko marudziła i marudziła. No zrób coś mamrotała całymi dniami. Wilkołaka jakiegoś sponiewieraj. Albo trolla. No nie siedź tak. Rusz się. Ba, łatwo powiedzieć. Trolla! Dobre sobie! Dopił wino i schował pustą butelkę do plecaka. Ech, przydałaby się jakaś solidna zadyma mruknął. 96

97 OJ, ŻEBYŚ NIE WYKRAKAŁ rozległo się nagle tuż przy jego uchu. Tadeusz podskoczył. Niezbyt wysoko, na szczęście. Nie rozwalił sobie tym razem głowy o gałęzie drzew. Tak jak poprzednio. A przecież prosił, tyle razy prosił Przecież prosiłem, tyle razy prosiłem żebyś nie odzywał się tak nagle. Chrząknij najpierw, albo coś. Piosenkę jakąś zanuć, spokojną. I nie przy samym uchu! Nie przy uchu! PRZEPRASZAM Głos nieudolnie udawał, że mu przykro. Ale słychać było, że nieźle się bawi. Straszenie Yabolmana sprawiało mu frajdę. Nie dziwota więc, że używał sobie na nim, kiedy tylko mógł. Bo w końcu jakie przyjemności może mieć Głos. JUŻ NIE BĘDĘ obiecał. Zawsze obiecywał. Zapadła cisza. Obrażony Tadeusz milczał. Zawsze stroił fochy. Głos czekał. Znał go w końcu nie od dzisiaj. Tadeusz mógł pokonać smoka. Albo strzygę. Czy nawet utopca, gdyby się jakiś przypadkiem nawinął. Ale z własną ciekawością przegrywał. Zawsze. I rzeczywiście. Minęła minuta. Nie cała. No dobra, to o co chodzi z tym krakaniem? COŚ WISI W POWIETRZU! Yabolman rozejrzał się zaciekawiony. NIE BĄDŹ TAKI DOSŁOWNY. TO METAFORA. Aaa! Metafora! To ja nie poznałem. Tylko raz w życiu widziałem metaforę. W dodatku daleko była. I powiadasz, że to ona wisi w powietrzu? Znowu chwila ciszy. Roześmiali się obaj. Powitalny rytuał można było uznać za zakończony. Tadeusz otworzył kolejne wino i ułożył się wygodnie na trawie. Nawijaj zachęcił. NIE JEST DOBRZE zaczął Głos. I NIE CHODZI O POLITYKĘ. KTOŚ BAWI SIĘ MAGIĄ. Fachowiec? spytał rzeczowo Yabolman. A GDZIE TAM. FACHOWCÓW MAM POD KONTROLĄ. W OGÓLE BYM CI GITARY NIE ZAWRACAŁ. AMATOR. CHOLERNIE NIEPORADNY, ALE RÓWNOCZEŚNIE CHOLERNIE SKUTECZNY. Z TYM, ŻE TE SKUTKI MOGĄ ZUPEŁNIE INNE NIŻ SOBIE ZAŁOŻYŁ. Tadeusz dopiero niedawno dowiedział się, ze magia jednak istnieje, ale już serdecznie jej nie lubił. Bardziej chyba nawet niż maślanki. Magia, podobnie jak maślanka, była niebezpieczna. Z tym, że dokładnie wiedział co się stanie, gdy napije się maślanki. Nudności, wymioty, rozwolnienie. Z magią było inaczej. Nigdy nie było wiadomo jakie konsekwencje może przynieść źle rzucone zaklęcie, czy niewłaściwie zastosowany eliksir. Nawet doświadczonym czarodziejom zdarzały się fatalne wpadki. A co dopiero amatorom. Pół biedy jeśli taki nie amator nie miał ani talentu, ani możliwości. Gorzej jeśli posiadał szczątkowe chociaż magiczne zdolności. O tak, najgorsi byli uzdolnieni amatorzy. Coś tam niby wiedzieli, coś potrafili, ale nigdy do końca. Mieszali, mieszali, a potem trzeba było wszystko odkręcać. Co prawda zawodowcy też potrafili narobić niezłego zamieszania. Ale przynajmniej wiadomo było, czego można się po nich spodziewać. Każdy, kto kiedykolwiek wynajmował ekipę remontową, wie o czym mówię. A taki amator, co? Naczyta się, jeden z drugim, Harrego Pottera, wygnie siłą woli aluminiową łyżeczkę i zaczyna chojrakować. Kupi na allegro stare pergaminy, albo ściągnie z netu skany jakichś inkunabułów (skąd one się tam biorą, swoją drogą) i biega po okolicy wymachując różdżką, i wykrzykując zaklęcia. Śmieszne. To znaczy byłoby śmieszne, gdyby nie fakt, że czasem coś tym świrom wychodziło. Nie zawsze to co chcieli, bardzo rzadko to co chcieli, ale jednak wychodziło. Znany był przypadek, gdzieś pod Poznaniem, kiedy facet, który chciał zamienić ołów w złoto (pomylił biedak magię z alchemią) wyczarował budyń. Nawet podobno smaczny. Malinowy. Dwanaście ton. O kobiecie z 97

98 Wybrzeża, która chciała magicznie powiększyć sobie biust, szkoda nawet mówić. Fala uderzeniowa dotarła aż do Szwecji. Ale w Mrągowie? W Mrągowie nikt się w magii nie babrał. Przynajmniej do tej pory. Piotrusiu, odrobiłeś lekcje? Oczywiście mamo. To może byś tak śmieci wyniósł, kochanie? Już idę. Azazel, znany szerzej jako Piotruś, wziął worek ze śmieciami i wyszedł. Samael i Razjel czekali przy trzepaku. Vjilla, panowie powiedział i wykonał skomplikowany gest powitania. Mówiłem przecież, żeby nie używać na co dzień obrzędowych formuł zdenerwował się Samael. Zwany przez najbliższą rodzinę Kubusiem. Wystarczy zwyczajne cześć. Po się tak afiszować? I to teraz, kiedy ostateczny sukces jest tak blisko. No co! obruszył się Azazel. To po co zakładaliśmy Zakon, skoro musimy się ze wszystkim kryć? Miało być tak pięknie. Mieliśmy potężni być! Cale gimnazjum miało nam zazdrościć. W pas mieli się nam kłaniać. Na kolanach pełzać. I czcić. Mieliśmy być panami! Władcami! A my co? Nic, tylko siedzimy w piwnicy, palimy świece i czytamy te twoje kserówki. To ma być potęga? To ma być władza? Faktycznie, trochę to trwa wtrącił milczący do tej pory Michał. Znaczy, Razjel. Od dwóch tygodni nic tylko próbujemy i próbujemy. Samael spojrzał na swoich towarzyszy z politowaniem. Zachowujecie się jak przedszkolaki, które chcą lizaka. Teraz. Natychmiast. A to, chłopaki, jest magia. I to wyższa! Tu nie można tak na łapu capu. Trzeba się porządnie przygotować. Jeśli coś się nie uda, powtórek nie będzie. To kiedy? Azazel, chociaż urażony porównaniem do przedszkolaka, nie zamierzał łatwo ustąpić. Na wtorek będę gotowy. Muszę przećwiczyć jeszcze kilka fragmentów przywołania. Głos miał rację. Coś wisiało w powietrzu. Tadeusz czuł to już wyraźnie. Tylko za cholerę nie mógł dojść co. Ani gdzie, tak bardziej konkretnie, wisi. Cały czas miał takie dziwne uczucie Trudne do opisania Tak jakby siedział sobie w domu, widział, że ktoś stoi za drzwiami, że zaraz zapuka i wejdzie Tylko nie wiadomo kiedy zapuka i kto to właściwie jest. I czy aby nie wtarabani się do środka bez pukania. Będzie niezły dym myślał przelatując po raz kolejny tego dnia nad miastem. I dziwnie jakoś nie cieszyła go już ta perspektywa. Chyba już bym wolał się ponudzić żałował poniewczasie. No nic. Będzie, co ma być. Życie, kurwa, jest nowelą. 98

99 Ceremonia zapowiadała się wspaniale. To prawda, w piwnicy zrobiło się trochę ciasno. Sześćset sześćdziesiąt sześć płonących świec to jednak nie w kij dmuchał. Samael kończył kreślić na podłodze magiczne wzory. Głównie pentagramy. Gdzie ten Razjel? Północ minie i będzie za późno! Jestem, jestem zasapany Michał wpadł do piwnicy. Musiałem poczekać, aż starzy zasną. Akurat oglądali jakiś film na Polsacie. To zawsze trwa. Rozumiecie reklamy. Dobra, dobra. Masz kota? Mam Razjel wyciągnął spod kurtki szamoczące się i miauczące przeraźliwie zwierzą. Dawaj! Ale kot jest do zwrotu zastrzegł Razjel. Siostra nie wie, że go wziąłem. Oczywiście, że do zwrotu. Potrzebuję tylko kilka kropel krwi i parę kłaczków futerka. Słuchajcie chłopaki w głosie Azazela pobrzmiewała niepewność. A ta cała sukkuba, nie, jak się już pojawi, to będzie musiała spełniać wszystkie nasze życzenia? Wszyściutkie Samael próbował delikatnie naciąć wyrywającego się kota. Ale na razie to kotu udało się naciąć Samaela. Krew chłopaka kapała na nakreślone na podłodze wzory. Wprost do największego pentagramu. I szarlotkę upiecze? Azazel uwielbiał szarlotkę. Niestety, jego rodzicielka nie przejawiała przesadnych talentów kulinarnych. Upiecze odpowiedział mu Razjel. Był najstarszy z całej trójki. Już czwarty raz powtarzał drugą klasę. Wiele obiecywał sobie po sukkubie. I szczerze mówiąc, szarlotka była ostatnia na długiej liście życzeń, które zamierzał wyrazić. Tymczasem Samael rozpoczął przywoływanie. Potężna Mavette, wzywam cię przybądź mamrotał drżącym głosem. Początkowo nic się nie działo. Ale po kolejnym powtórzeniu formuły, w piwnicy pojawił się obłoczek dymu. Niewielki. I taki jakiś, jakby fioletowy. Zaiskrzył troszeczkę i zaczął rosnąć. I nabierać, z grubsza przynajmniej, ludzkich kształtów. Samael, nie przestając mamrotać, machnął ręką na pozostałych członków Zakonu. Azazel i Razjel zaintonowali pieśń powitalną: Vjilla vijankhi Obłok dymu wciąż rósł. Coś duża trochę ta kobietka będzie zaniepokoił się Azazel i przestał śpiewać. O rany, to jest chyba facet! Ty widziałeś, zeżarł Mruczusia! Co ja teraz siostrze powiem? Ale już po chwili okazało się, że potencjalny gniew siostry nie jest największym zmartwieniem Razjela. Tadeusz nie cierpiał nocnych patroli. Głównie dlatego, że nie lubił pić w marszu. Wolał usiąść sobie spokojnie na jakiejś ławeczce, napić się porządnie, a potem wrócić do domu i zasnąć. Albo nawet od razu zasnąć. A tak co? Włóczył się jak idiota opustoszałymi ulicami. Bo Mrągowo, co tu ukrywać, nigdy nie było metropolią. I zwykle koło północy niewiele się tu działo. Przynajmniej niewiele wartego uwagi. Czasem jakaś bójka, czasem jakiś seks w 99

100 mrocznym zaułku. W sumie nuda. Chyba, że ktoś lubił się bić. Albo podglądać migdalące się dziko pary. Z reguły pary. Yabolman nie lubił ani jednego, ani drugiego. I dlatego nie lubił nocnych patroli. Ale po rozmowie z Głosem uznał, że musi trzymać rękę na pulsie. Właściwie, to Marysia uznała, że Tadeusz musi trzymać rękę na pulsie. A on nie miał zwyczaju się z nią kłócić. Miał bowiem, oprócz wielu innych zalet, silnie rozwinięty instynkt samozachowawczy. Spacerował zatem powolutku, poziewywał rozdzierająco i liczył na to, że i tej nocy nic się nie wydarzy. Ale tym razem się przeliczył. Przechodził właśnie obok bloków na ulicy Parkowej, kiedy w którejś z piwnic coś głośno dupnęło. Po chwili dupnęło jeszcze raz, jeszcze głośniej i jedno z piwnicznych okienek wyleciało z ogłuszającym wizgiem. I ze sporymi kawałkami ściany. W powstałym otworze pojawiła się jakaś postać. Jakaś!!! Wielka! Ogromna! Potężna! I cokolwiek demoniczna. Głównie z racji bujnego owłosienia. I dzikich błysków w oczach. O takich oczach mawia się, że ciskają pioruny. Nie zawsze jest to przenośnia. Przynajmniej nie w tym przypadku. Tadeusz z trudem uchylał się przed przelatującymi co chwila tuż obok błyskawicami. Potwór, a być może demon, zaryczał donośnie, acz nie zrozumiale i ruszył przed siebie, demolując po drodze i tak już mocno zużyty plac zabaw. Rozwalił jeszcze betonowy śmietnik (bardziej beto niż nowy ) i kilka nieprawidłowo zaparkowanych samochodów. Oraz parę zaparkowanych zgodnie z przepisami. Albo nie znał tych przepisów, albo było mu wszystko jedno co niszczy. Prawdopodobnie to drugie. Potem zaryczał jeszcze raz i zniknął miedzy blokami. Yabolman bez wahania ruszył jego śladem. Po chwili zaś, w wybitej przez demona, a być może potwora, dziurze pojawiły się trzy postacie. Solidnie oprószone resztkami tynku i drobnym gruzem. No masz wykaszlała jedna z nich. Sądząc po głosie, Razjel. Ale się narobiło, nie? Musiałem się przejęzyczyć stwierdził Samael samokrytycznie, ale bez specjalnej skruchy w głosie. Może w przyszłym tygodniu spróbujemy jeszcze raz. Ocipiałeś? Sam sobie próbuj. Ja rezygnuję. I tak mieliśmy szczęście, że zadowolił się kotem. Następny może nie być tak mało wybredny. Michał ma rację odezwał się Piotruś (już nie Azazel). Ja też mam dość. A najgorsze dodał po chwili, kontemplując zdemolowaną okolicę że nie będzie szarlotki. Yabolman nie był niestety świadkiem upadku Zakonu. Co więcej, nigdy nie dowiedział się nawet o jego istnieniu. Chociaż to może akurat dobrze dla jego założycieli. Yabolman bowiem, jak już było wspomniane, podążał tropem potwora. Albo demona. I, do prawdy, nie trzeba było być wytrawnym tropicielem, by nie zgubić śladu. Od lat nie widział takiej demolki. Profesjonalista pomyślał z mimowolnym podziwem. A było co podziwiać. Bestia nie odczuwała bowiem potrzeby omijania jakichkolwiek przeszkód terenowych. Bez trudu rozwalała wszelkie ogrodzenia, przeszła na wylot przez zamkniętą na szczęście w nocy szkołę, obaliła kilka całkiem sporych drzew, napotkany po drodze auta zmieniała w bardzo schludne, metalowe placuszki. Ciekawe, czy autocasco obejmuje atak demona zastanowił się Tadeusz. Ale zaprzątał sobie głowy tym problemem zbyt długo. Po pierwsze, nie był to, mimo wszystko, jego problem. Po drugie zaś, jego ofiara dotarła na brzeg Czosu i zatrzymała się gwałtownie. 100

101 Że co? Że ofiara? No tak, Yabolman od pewnego czasu tak właśnie nazywał swoich przeciwników. Marysia przeczytała bowiem niedawno książkę o pozytywnym myśleniu i sprawdzała na nim prawdziwość zawartych w niej tez. Tadeusz robił więc za świnkę doświadczalną. Nie protestował. Głównie dlatego, że Marysia czytała ostatnio również bardzo wierne i bogato ilustrowane tłumaczenie Kamasutry, i wiele wskazywało na to, że także tę lekturę będzie chciała skonfrontować z rzeczywistością. Już cieszył się na tę konfrontację. Ale póki co, miał jeszcze sprawę do załatwienia. Demon stał nad brzegiem jeziora i dyszał ciężko. Nie dziwota, napracował się w końcu. Proszę, proszę myślał Yabolman podchodząc powolutku do stwora. Taki niby charakternik, a wody się boi. Chociaż, z drugiej strony, trudno się dziwić. Sam też bym po dobroci nie wszedł do Czosu. Zbliżył się do bestii na tyle, że czuł na twarzy jej gorący oddech. Gorący i solidnie zalatujący siarką. Zapach siarki nie był dla Tadeusza niczym nowym. Czuł go za każdym razem kiedy odbiło mu się podczas konsumpcji ulubionych trunków. A właśnie. Sięgnął do wiernego plecaczka i wydobył flaszkę. Sprawnie zerwał kapsel i pociągną kilka solidnych łyków. A potem dokładnie obejrzał przeciwnika. W sumie nie wyglądał przesadnie demonicznie. Fakt, był spory. Wysoki i taki mocno w sobie. Ale gębę miał wcale przyjemną. Tylko te oczy! Du ju spik inglish? zagaił Yabolman. Nie znał języka demonów, ale zakładał, że skoro większość znanych mu zespołów black metalowych śpiewa (?) po angielsku, to w piekle powinni znać ten język. Inaczej mieliby spore kłopoty komunikacyjne. Jes, aj du odparła bestia. Ale możemy mówić po polsku. Świetnie ucieszył się Tadeusz. To ułatwi sprawę. Jaką niby sprawę, śmiertelniku? Śmiertelniku? A kolega to co, nieśmiertelny? Oczywiście, jestem Mavette, demon trzeciego stopnia, potężny i niepokonany. Niepokonany? To się jeszcze zobaczy mruknął Yabolman pod nosem, głośno zaś powiedział: Taka z ciebie niby szycha, a kaszanisz w Mrągowie? Nie stać cię na nic większego? Olsztyn jest niedaleko. Bo wezwali mnie tu jacyś gówniarze. Myślisz, że mnie się to podoba? A na dodatek zjadłem na dzień dobry jakiegoś kota i teraz pić mi chce. A co, sos słodko kwaśny był za ostry? Tadeusz nie bardzo jeszcze wiedział jak się do gościa dobrać, postanowił więc grać na czas. Nie lubię kuchni azjatyckiej prychnął Mavette. Tak zjadłem, na żywca. I chyba jakiś kłaczek w gardle mi stanął. Popić czymś muszę. A co ty właściwie pijesz? Mroczna twarz demona rozjaśniła się nagle. Piwo! To się świetnie składa. Znam taką jedną knajpkę, tu obok. Czynna całą dobę. Zapraszam. Poszli. W knajpce nikt nie zwrócił na nich uwagi. Mavette był nieco zdziwiony tym faktem, ale szybko zorientował się, że nie są najdziwniejszymi gośćmi jakich podejmuje ten zacny przybytek. Usiedli przy stoliku. Yabolman zamówił dwa kufle najlepszego (dla demona) i szklaneczkę Malinowej Ambrozji. Jedynego taniego wina, jakie można było tutaj zamówić. Dziwny jesteś powiedział Mavette. Jak na człowieka. Wiesz przecież, że jestem demonem. Zniszczenia, na dodatek. Chcesz mnie ułagodzić kilkoma kuflami piwa? To niemożliwe! Ryknął śmiechem, iście szatańskim i jednym potężnym łykiem opróżnił pierwszy kufel. Potem drugi. Potem pośmiał się jeszcze trochę. Nagle ucichł, skrzywił się paskudnie, złapał tam, gdzie prawdopodobnie miał żołądek, spojrzał na Yabolmana z niemym wyrzutem i pękł. Normalnie. Jak balonik. Tylko głośniej. Ale za to mniej estetycznie. Po baloniku zostaje, co 101

102 najwyżej malutki flaczek, a pękniętego demona wszędzie było pełno. Na ścianach, na suficie, wszędzie. Trzeba przyznać, że lokal nie stracił przez to na wystroju. Wprost przeciwnie. Tadeusz zapłacił i wyszedł. Wrócił nad jezioro, usiadł na ławeczce i otworzył wino. Popijał i czekał. SZYBKO CI POSZŁO. MOJE GRATULACJE Głos był dumny ze swojego podopiecznego. No masz! odparł skromnie Yabolman. Chrzczone piwo działa szybciej niż woda święcona. 102

103 Epizod XXVI Tadeusz obudził się radosny jak szczygiełek, ale nie otwierał oczu. Nie chciało mu się. Ziewnął przeciągle. Przeciągnął się rozkosznie. Promienie lipcowego słonka wpadały do sypialni przez otwarte okno i łaskotały go w wystające spod koca bose stopy. Zapowiadał się piękny dzień. Wiesz co Marysiu? zapytał wesolutko. Nie wiem warknęła Beerwoman. Co? Ze szczygiełka posypały się piórka. Yabolman otworzył oczy. Marysia siedziała na fotelu i wpatrywała się w niego dziwnym wzrokiem. Bardzo dziwnym. Obcym jakby. I wcale nie rozkochanym. A co gorsza miała na sobie koszulkę nocną. Fakt, niesamowicie kusą i prawie przezroczystą, ale jednak koszulkę. Marysia w bieliźnie! Nie było dobrze. Szybko rzucił okiem na wiszący na ścianie kalendarz. O jasna cholera! pomyślał. Spanikowany poderwał się z łóżka i pobiegł do łazienki. Marysia odprowadzała go wzrokiem. Tym dziwnym. Wyszedł po chwili całkowicie ubrany. To ja może wyskoczę do sklepu? zaproponował nieśmiało. Bułki kupię. Już kupiłam kolejne warknięcie Marysi zabrzmiało jeszcze groźniej. Aha. To w takim razie połażę po okolicy Tadeusz bił właśnie rekord świata w zawiązywaniu glanów na czas. A raczej poprawiał własny rekord sprzed miesiąca. O kurwa jęknął nagle i popatrzył bezradnie na urwaną sznurówkę. Usłyszał ciche szuranie bosych stóp po dywanie. Marysia szła ku niemu przez pokój. Koszulka nocna, która niczego nie przesłaniała, szeleściła przy każdym kroku. Był to widok, który każdego innego dnia spowodowałby u Tadeusza przyspieszone bicie serca, delikatne drżenie rąk i gwałtowny wzrost ciśnienia. I ogólne radosne podniecenie. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj czuł tylko wzmagającą się z każdą chwilą panikę. To ja zobaczę, co słychać na mieście zawołał i wybiegł z domu. Nie zamknął nawet drzwi. Zobacz! głos Marysi gonił go, kiedy zbiegał po schodach. I posłuchaj, co widać! Zatrzymał się dopiero koło trzepaka. Przez chwilę ciężko dyszał i ocierał pot z czoła. Coraz wyższego czoła, nawiasem mówiąc. Jak mógł się tak zagapić. Przecież te dni TE DNI! Przecież te dni zaczynały się zawsze piętnastego. Każdego miesiąca. Regularnie. Na szczęście regularnie. A on jak idiota, zamiast nawiać z domu jeszcze przed świtem, leżał sobie w najlepsze i cieszył się porannym słonkiem. No nic, w przyszłym miesiącu będzie czujniejszy. Teraz tylko przeczekać jakoś do wieczora. Wieczorem powinna być już spokojniejsza. Kto wie, może nawet się uśmiechnie. A póki co do parku, nad jezioro. Wyciągnie się wygodnie na trawie, otworzy O rany gorzkie! Plecaczka nie wziąłem! Co robić? Co robić? Trzeba wracać. Przecież nie wytrzyma bez wina do wieczora. Byle po cichutku myślał Tadeusz uchylając ostrożnie drzwi wejściowe. Nic. Tylko delikatny szum wody w łazience. Kąpie się! 103

104 Co za ulga. Powolutku, krok za krokiem, przemykał przez przedpokój. Już kuchnia. Delikatnie podniósł stojący tuż za drzwiami plecaczek. Brzęknęło szkło. Po mnie! Marysia błyskawicznie pojawiła się w drzwiach łazienki. Naga i mokra. Jak jakaś Wenus. I wściekła. Jak zwykle w te dni. TE DNI. Buty wycedziła przez zaciśnięte zęby. Co buty? zapytał Yabolman zanim zdążył pomyśleć. Zezuj. Posłusznie, choć znowu bezmyślnie, skupił wzrok na czubku własnego nosa. Oczy zaszły mu łzami. Ale nawet przez te łzy widział, że Marysia nie jest zadowolona. Skupił jeszcze bardziej, ryzykując pęknięcie gałek ocznych. Sssatyryk wysyczała Beerwoman. Jak, nie przymierzając, żmija. Dowcipasssek podniosła stojący pod wieszakiem na płaszcze taboret. Bawi cię to, Jabolku zapytała. Ale doprawdy, niewiele było w tym pytaniu czułości. Za to groźbę można było wyczuć na kilometr. Na wiele kilometrów. Uniosła taboret nad głowę. To może pośmiejemy się razem zaproponowała. Tadeusz wyskoczył przez kuchenne okno, zanim taboret przeleciał przez przedpokój. Tak dalej być nie może myślał wlokąc się do Kwaśnej Dziury. Coś trzeba z tym zrobić. Ba, ale co? Homoseksualizm byłby jakimś rozwiązaniem. Tylko gdzie znaleźć geja podobnego do Beerwoman? Zresztą, gdyby nawet miał taką cudowną figurę i wspaniałą, zazwyczaj, osobowość to i tak nie byłoby to samo. Mimo wszystko. Nie, homoseksualizm nie wchodził w rachubę. A może można to leczyć? Jakaś maść może? Albo antybiotyk? Psychopata jakiś? Czy tam psycholog? Kto wie? Kto wie? To mogłoby pomóc. I jej, i jemu. To świetny pomysł ucieszył się Tadeusz. Ale wyobraził sobie, jak proponuje Marysi wizytę u psychologa i mu przeszło. Fakt, miał już może swoje lata, ale i tak był za młody, żeby ginąć. Zwłaszcza z ręki ukochanej kobiety. Tak wędrując, dumając i popijając winko (z filtrem UV, nowość na ryku, doskonałe na letnie dni) dotarł wreszcie do Kwaśnej Dziury. Odpalił komputer i zajął się walką z piractwem. Tak, tak, prowadził tę walkę już od kilku tygodni. Planowo i systematycznie. Ale ostatnio zaczął się zastanawiać czy w jego planie nie ma jakiejś luki. Założenia były proste. Ściągnąć z netu wszystkie pirackie filmy, empetrójki, programy i gry. Wszystko co nielegalne. Ściągnąć, zgrać na płyty i zakopać w lesie. I niech sobie potem szukają, hehehe. Tylko, że coś chyba nie wyszło. Kwaśna Dziura była zawalona prawie po sufit płytami z pirackim oprogramowaniem. Prezes ZAIKSu dostałby pewnie zawału widząc zbiory Yabolmana. A hollywoodzcy producenci spakowaliby manatki i uciekli z płaczem na Nową Zelandię, gdzie żłopiąc tanią whisky wspominaliby czasy dawnej, czy też może raczej, całkiem niedawnej świetności. Komendant mrągowskiego posterunku policji na pewno dostałby awans, gdyby przypadkiem zajrzał do kryjówki Yabolman. I to od razu do komendy głównej. Tylko Bill Gates, prawdopodobnie, niczego by nie zauważył. Ale nie o starego, poczciwego Billa tu chodziło. Rzecz w tym, że Tadeusz miał takie dziwne wrażenie, iż mimo jego wielotygodniowych starań, pirackiego gówna nie ubywało. Co gorsza, było go jakby coraz 104

105 więcej. Nawet rzeczy, które już dawno miał na płytach wciąż tkwiły w zakamarkach sieci. Gdzie zatem tkwił błąd? Powinienem zapytać Marysię stwierdził. Ale może nie dzisiaj dodał natychmiast. Bo chociaż może nie do końca rozumiał zasady działania Internetu, na działaniu Marysi znał się jak mało kto. Zresztą Marysia od razu chciałaby wiedzieć skąd w ogóle w Kwaśnej Dziurze wziął się Internet. Musiałby jej opowiedzieć o biegnącym opodal kablu Telekomunikacji Polskiej S.A. I o tym jak udało mu się do tego kabla podczepić. Tak, to było wtedy kiedy tak śmierdział spalenizną. Nie, nie był wtedy na grillu. Śrubokręt miał słabą izolację. Owszem, troszkę minął się z prawdą, ale cel uświęca środki. Nie, nie chce trafić do celi. I nie, nie jest mu wstyd, ze okrada tę wspaniałą i powszechnie szanowaną instytucję. Dobrze, przemyśli sobie poważnie problem, czy można walczyć ze złodziejami, używając złodziejskich metod. Nawet jeśli metody policyjne zawodzą. Tak właśnie będzie wyglądała ta rozmowa. Rozmowa, która być może odbędzie się jutro wieczorem. Albo nawet pojutrze rano. No nic, czas do domu stwierdził zerknąwszy na zegarek. Już prawie północ. Marysia pewnie śpi. Powinno być bezpiecznie. Powinno być bezpiecznie powtarzał to zdanie jak mantrę przez całą drogę powrotną. Powinno mruczał wspinając się po schodach. być szepnął otwierając drzwi. bez nadlatująca encyklopedia nie pozwoliła mu dokończyć myśli. Zanim stracił przytomność, zdołał jeszcze zauważyć, że to tom zawierający hasła na literę M. Ten sam, który przeglądał, kiedy przegapił piętnastego kwietnia. I w którym, zdaje się, zostawił zakładkę. I zakreślone czerwonym, nomen omen, flamastrem, hasło menopauza. Tadeusz ocknął się dopiero następnego dnia koło południa. Leżał w łóżku, a Marysia siedziała tuż obok i zmieniała właśnie kompres na jego czole. Wspominałem już, że coraz wyższym? Przepraszam Jabolku szepnęła czule i podrapała go delikatnie za uchem. Tak mi przykro. To się już więcej nie powtórzy. Obiecuję! Tadeusz wierzył jej bez zastrzeżeń. Nie był tylko pewien, czy drzemiąca w niej bestia, aktualnie drzemiąca, słyszy tę obietnicę i czy, ewentualnie, będzie skłonna jej dotrzymać. Marysia otworzyła stojącą na stoliku nocnym butelkę. Uśmiechnęła się słodko. Śniadanie? Co będziesz dzisiaj robił? zapytała po chwili, kiedy już sapnął z ukontentowaniem i oddał jej puste szkło. Masz jakieś plany? Owszem. Kapelę założę. Nie była specjalnie zaskoczona. Znała go już dość długo. Zdążyła przywyknąć do jego nietuzinkowych pomysłów. Niektóre z nich zaczął realizować. Ze dwa nawet skończył. Tak, myśli Tadeusza zdecydowanie chadzały ścieżkami niedostępnymi innym ludziom. Kto wie co jeszcze kłębiło się w jego głowie. W głowie, która należy pamiętać, została wczoraj ugodzona całkiem pokaźną książką. W twardej oprawie. Dobrze kochanie powiedziała w końcu po krótkiej chwili milczenia. A jak skończysz, wymień żarówkę w kibelku. Chyba się przepaliła. To dobrze kiedy mężczyzna znajduje oparcie w ukochanej kobiecie. 105

106 Yabolman chodził przez cały dzień dziwnie milczący i zamyślony. Nie tyle może chodził, co siedział na krześle. Popijał wino i wpatrywał się w sufit. Czasami przymykał oczy i szeptał cichutko do siebie. Potem kręcił głową i znowu popijał. I wpatrywał się. I szeptał. I popijał. Marysia zaczynała się martwić. Podejrzewała wstrząśnienie mózgu. Albo nawet jakieś trwałe uszkodzenie. To była naprawdę ciężka książka. Niby był superbohaterem. Niby był twardy. Ale głowę zawsze miał delikatną. Mogła mu, niechcący przecież, wyrządzić prawdziwą krzywdę. Tylko po czym to poznać? Szczególnie u Yabolmana? Zmierzchało już kiedy Tadeusz poderwał się z krzesła, upadł na podłogę, bo ścierpły mu nogi, potem poderwał się znowu, tym razem z podłogi, podskoczył rześko raz i drugi, stanął na środku pokoju i zawołał: The Stabilizacja! A więc jednak pomyślała Marysia i sięgnęła po telefon. Tym razem nie obędzie się bez pomocy lekarskiej. Chociaż z drugiej strony Zatrzymała się wpół gestu i usiłowała przypomnieć sobie jakikolwiek znany przypadek udanej pomocy lekarskiej. Po chwili zrezygnowała. Yabolman tymczasem, wciąż stojąc na środku pokoju, wzniósł ręce ku sufitowi i powtórzył: The Stabilizacja! Może by go walnąć z drugiej strony? kombinowała coraz bardziej przestraszona Marysia. Może mu się wyrówna? The Stabilizacja! Tadeusz najwyraźniej delektował się brzmieniem tego słowa. Marysia ruszyła powoli w stronę półki z książkami. Tak, czasami najlepsze są najbardziej radykalne metody. Trzeba się leczyć tym, od czego się zachorowało. Przecież w przypadku ukąszenia przez jadowitego węża, podaje się ukąszonemu rozcieńczony jad. Chyba. Nawet jeśli nie pomoże myślała sięgając po encyklopedię to na pewno nie zaszkodzi. Najwyżej znowu straci przytomność. Co to dla niego. Przyzwyczajony jest. The Stabilizacja! Marysiu! Wyrąbana pod samo niebo nazwa dla kapeli! Dla kapeli z Marysi uszło powietrze. Tak dwuznaczna! Taka przewrotna! Przewrotna No! Że niby, rozumiesz, stabilizacja! Że niby, kojarzysz, wszystko gra! A tu nagle to the! I zupełnie nowy sens! Świetne, nie? Świetne westchnęła Beerwoman i poszła do kuchni napić się piwa. I wypalić skręta. A po kwadransie, zupełnie już spokojna i wyluzowana, zasnęła przytulona do swojego superbohatera, który nawet przez sen mruczał cichutko: The Stabilizacja. Tadeusz pisał teksty. A właściwie tekst. Jeden. Od trzech dni. Przesadą byłoby stwierdzenie, że szło mu dobrze. Męczył się jak Kayah nad Testosteronem. Tylko, że on nie pisał o pierdołach. Punkowy tekst, to nie jakieś durnowate oskarżam cię o łez strumienie, cóś tam, cóś tam. Punkowy tekst musi mieć przesłanie. Zaangażowany musi być. I zbuntowany koniecznie. I tu właśnie tkwił problem. Tadeusz nie bardzo wiedział, przeciwko czemu powinien się buntować facet w jego wieku. Owszem, było sporo rzeczy, które go wkurzały. Ostania podwyżka akcyzy na wina, na przykład. Ale żeby zaraz o tym śpiewać. O akcyzie? Głupio trochę. Najprościej chyba pojechać po systemie. Podobno się zmienił jakiś czas temu, ale Yabolman nie bardzo zauważył różnicę. W końcu system, to system. Każdy jest zły. Marysiu, mam już pierwszą zwrotkę, chcesz posłuchać? 106

107 Chciała. Olewaj system, olewaj system Po tym poznaje się anarchistę. Olewaj szkołę, olewaj szkołę, Mówię ci, dobrze jest być matołem. Olewaj władzę, olewaj władzę, Olewaj wszystko, dobrze ci radzę. Olewaj wszystko z wielkim zacięciem, Nie lej na druty są pod napięciem. Świetne wychrypiała Marysia, kiedy już przestała kaszleć. Nie wspominała, że jest przeziębiona. Bardzo dwuznaczne. I przewrotne. Tak, zdecydowanie przewrotne. Musisz tylko, Jabolku, wykombinować do tego jakąś dwuznaczną muzykę. Dwuznaczną i przewrotną. Tadeusz miał takie dziwne wrażenie, że się z niego nabija. Już miał się obrazić, kiedy z całą mocą dotarł do niego sens jej słów. Muzyka! Wiedział, po prostu wiedział, że o czymś zapomniał. Jabolku! Co to jest? Gitara wyszeptał Tadeusz z zachwytem. Basowa dodał. Defil. Luna. Dwa. Oczy miał maślane, głos drżał mu lekko z podniecenia. Marysi zrobiło się przykro. Ostatnio zachowywał się tak, gdy pierwszy raz zobaczył ją bez bluzeczki. Auć! Poczuła dziwne ukłucie. Czyżby zazdrość? I o co? O to stare pudło z obłażącym lakierem? Ale ty nie umiesz grać na basie zauważyła całkiem słusznie. Nie szkodzi. Nauczę się Yabolman nigdy nie przejmował się drobiazgami. Nawet jeśli nikt poza nim nie uważał ich za drobiazgi. Sid dał radę, to ja też dam. Też sobie znalazł idola! Beerwoman postanowiła nie przypominać mu jak bardzo Sid Vicious dał radę. Poza tym Jeszcze raz obejrzała ledwo trzymającego się kupy Defila. I dostrzegła kilka szczegółów, których zachwycony Tadeusz najwyraźniej nie dostrzegał. Uśmiechnęła się, pogładziła go po rzednącym irokezie i pocałowała delikatnie w policzek. Oczywiście, że dasz radę Jabolku. Będę trzymała kciuki. Yabolman poważnie wziął się do roboty. Ćwiczył po kilka godzin dziennie. Biegał z gitarą po przedpokoju, stawał przed lustrem, kiwał się na wszystkie strony, padał na kolana i w ogóle dawał czadu. I przyznać trzeba, że szło mu coraz lepiej. Chociaż musiał dość często robić sobie przerwy. Już ci to z powodu pragnienia, jak sam twierdził, już ci to z powodu zadyszki, jak twierdziła Marysia, która wciąż uśmiechnięta, wiernie kibicowała jego poczynaniom. Wreszcie, po dwóch tygodniach, Tadeusz poczuł, że jest gotów. Wiesz Marysiu, czuję, że jestem gotów. To bardzo dobrze, Jabolku. Najwyższy czas. Najwyższy czas na co? Najwyższy czas założyć jakieś struny do tej twojej gitary. 107

108 I taki był koniec kapeli The Stabizacja. Trochę szkoda. To była bardzo dobra nazwa. Taka dwuznaczna. I taka przewrotna. 108

109 109

110 Epizod XXVII W którym będzie mowa o przewadze ducha nad materią, o wyborach, przed którymi stawia nas los i w którym pojawia się (być może na dłużej) nowa, choć znana skądinąd, postać. Tadeusz kulił się w kącie pokoju, wciśnięty między tapczan a ścianę. Rozszerzonymi z przerażenia oczyma obserwował zbliżającą się powoli Marysię. A kiedy ta podeszła zupełnie blisko i pochyliła się nad nim, wyszeptał piskliwie: Widzę martwych ludzi I co z tego Jabolku? Wszyscy widzą. Nie wygłupiaj się. Wiem, że wszyscy widzą stwierdził Yabolman, normalnym już głosem, wstając i otrzepując spodnie. Nie przykładał się ostatnio do domowych obowiązków i w katach nazbierało się sporo kurzu. Ale przecież nie można być równocześnie super bohaterem i super gosposią. Chociaż Marysia była innego zdania. Wiem, że wszyscy widzą powtórzył. Ciekawe skąd nagle w Mrągowie tyle duchów. Skąd w ogóle tyle duchów dodał po chwili. Yabolman w zasadzie nie wierzył w życie po śmierci. W żadną jego mniej lub bardziej materialną formę. Jednakże w ostatnich dniach gotów był przyznać, że powinien nieco zweryfikować swoje poglądy. W Mrągowie bowiem pojawiły się duchy. Żadne tam galaretowate, ociekające ektoplazmą stwory. Żadne podzwaniające zardzewiałymi łańcuchami maszkarony. Normalne jeśli można użyć tego słowa duchy. Wyglądem niczym nie różniły się od przeciętnych mieszkańców miasta. No, może nieco rozmazywały się na konturach. I były cokolwiek przezroczyste. Prześwitywały. Szczególnie w słoneczne dni. A słonecznych dni ostatnio nie brakowało. Normalka początek lipca, Mazury Nie ważne skąd Marysia wyraźnie nie miała ochoty na dyskusję o pochodzeniu nadprzyrodzonych zjawisk. Ważne, że są. I że coś trzeba z tym faktem zrobić. Niby co? zapytał beztrosko Tadeusz. Lata spędzone z Marysią niczego go nie nauczyły. Zawsze wyrywał się z jakimś głupim pytaniem, a potem ani się obejrzał jak tkwił po kolana w szambie i z każdym ruchem zanurzał się coraz głębiej. I nie zawsze była to przenośnia. Cieszę się, że pytasz powiedziała Beerwoman, chociaż, po prawdzie, wcale nie wyglądała na ucieszoną. Cóż, ona uczyła się dużo szybciej. Trzeba zrobić coś, żeby zniknęły. A kto niby miałby to zrobić? kolejne pytanie wyrwało się Tadeuszowi i radośnie przemknęło przez pokój. Marysia tylko spojrzała na niego przeciągle. No tak Teraz to już nawet Yabolman zorientował się, że walnął głupotę. Ale dlaczego? One są przecież takie cichutkie. 110

111 Beerwoman tym razem nie zaprzeczyła. Nawet ona stosunkowo rzadko zaprzeczała oczywistym faktom. Duchy rzeczywiście były wyjątkowo cichutkie. Pojawiały się często, z reguły niespodziewanie. Pojawiały się w najróżniejszych, często bardzo dziwnych miejscach. Ale pojawiały się całkowicie bezgłośnie. Z tym, że to niekoniecznie było ich zaletą. Bo w sumie nigdy nie było wiadomo gdzie i kiedy nagle pojawi się jakiś duch. Mieszkańcy Mrągowa stawali się coraz bardziej nerwowi. Przemykali ulicami miasta rozglądając się trwożnie na boki i uważnie oglądali muszle klozetowe zanim usiedli na kibelku. Odmawiali krótkie modlitwy przed otwarciem lodówki i starali się jak najrzadziej przebywać sami w zamkniętych pomieszczeniach. I z sobie tylko znanych powodów, rozwieszali wszędzie malutkie dzwoneczki. Co duchom w niczym nie przeszkadzało, ale bardzo cieszyło jedynego w okolicy producenta dzwoneczków. Tadeusz postanowił wykorzystać przedłużające się milczenie Beerwoman i w przekonaniu, że dobrze mu idzie, kontynuował: I nikogo jeszcze nie skrzywdziły To również była prawda. Duchy były zdecydowanie pokojowo nastawione. Nawet nie pokojowo. One po prostu nie zwracały uwagi na mieszkańców. Snuły się tylko po okolicy i już. Można było, czasami przynajmniej, odnieść dziwne wrażenie, że na coś czekają. Więc po co je przeganiać? zakończył triumfalnie Yabolman, pewien, że tym razem to on zwyciężył tę krótką wymianę zdań. Jednak Marysia, jako naprawdę wytrawny strateg, ostatni, najmocniejszy i niemożliwy do zbicia argument pozostawiła na koniec: Bo tak! rzuciła krótko i wyszła z pokoju. I weź się za to jak najprędzej dodała jeszcze znikając w łazience. Marysia nie była złą kobietą. Bardzo kochała Tadeusza i dbała o niego jak potrafiła. A potrafiła niejedno. I wcale nie chodzi o Chociaż, trzeba przyznać, że miała wspaniałe ciało i potrafiła z niego korzystać. Z rzadko spotykanym entuzjazmem i niesamowitą wręcz pomysłowością. Ku obopólnemu zresztą, jej i Tadeusza zadowoleniu. Ale nie w tym rzecz. A w każdym razie, nie tylko w tym. Chodzi o to, iż udało jej się przekonać Yabolmana, że jakkolwiek życie rzeczywiście jest zbyt krótkie, warto jednak poświęcić trochę czasu na gryzienie. Przynajmniej raz dziennie. I tak Yabolman, który do tej pory przyjmował posiłki głównie w postaci płynnej, zaczął jeść regularne obiady. A z czasem również śniadania i kolacje. I coraz bardziej mu się to podobało. Ba, stał się wręcz smakoszem. Marysia bowiem wykazywała się entuzjazmem i pomysłowością również w kuchni. Poza tym starała się żeby zawsze miał czystą bieliznę i przynajmniej raz na dwa tygodnie pastował glany. A że Tadeusz, stary punkowiec, niepoprawny anarchista, a ostatnio nawet super bohater okazał się Jakby to delikatnie ująć No pantoflarzem był po prostu! Co tu dużo gadać. Ale kochał swoją kobietę równie gorąco, jak ona jego, stanowili więc szczęśliwą parę i związek ich rozkwitał z miesiąca na miesiąc i z roku na rok. 111

112 [Chwila przerwy dla tych, których zemdliło od nadmiernej ilości niezbyt umiejętnie podanej słodyczy. Lepiej? No to lecimy dalej.] Jednakże Marysia miała również wady. A przynajmniej jedną. I to taką, z której istnienia do niedawna jeszcze nie zdawała sobie nawet sprawy. Panicznie bała się duchów. A szczególnie tego, który pojawiał się w łazience za każdym razem, kiedy brała prysznic. Dlatego właśnie i tylko dlatego wymogła na Tadeuszu podjęcie jakichś działań. Tadeusz działał. A że niewiele wiedział o duchach, postanowił najpierw przygotować się nieco teoretycznie. Pożyczył od syna sąsiadki kilka komiksów i zasiadł do lektury. Ale już pierwsze plansze Ghost Ridera przekonały go, że nie tędy droga. Poszedł zatem do wypożyczalni i przytargał niewielki stosik filmów poglądowych. Popłakał się na Uwierz w ducha. I na Kacperku. Pogromcy duchów utwierdzili go w przekonaniu, że mieszkańcy Mrągowa naprawdę nie maja powodów, aby narzekać na gości z zaświatów. Na koniec obejrzał jeszcze Poltergeisa. Nie spodziewał się, że znajdzie w nim jakieś rozwiązania, ale bardzo lubił ten film. Zniechęcił się do teorii. Postanowił zatem postępować w wielokrotnie już wypróbowany sposób. Robić wszystko co tylko podpowie mu wyobraźnia, nie rezygnować z najbardziej nawet idiotycznych pomysłów i liczyć na to, że któreś z jego działań przyniesie pozytywne rezultaty i wszystko w końcu jakoś się ułoży. Zaczął klasycznie. Jednak żaden z wytypowanej nieco może przypadkowo, ale całkiem reprezentatywnej grupy dwudziestu pięciu duchów nie zareagował ani na gromkie: a kysz!, ani na stanowcze: zgiń przepadnij siło nieczysta!. Przezwyciężywszy budowaną starannie od lat niechęć, udał się Yabolman do kościoła. Właściwie to nawet nie do kościoła, tylko do kościelnej sieni. Wyciągnął w plecaczka słoik po korniszonach (starannie umyty) i zaczerpnął porządnie ze stojącej pod ścianą kamiennej michy. Następnie, przełamując właściwą każdemu ideowemu pacyfiście niechęć do broni, kupił w kiosku dyngusowy pistolet na wodę. Na szczęście, mimo, że było już dawno po sezonie, pan sprzedawca wciąż miał kilka na składzie. Napełnił pistolet przyniesioną z kościoła wodą i ruszył w miasto. Najpierw czuł się jak Clint Eastwood w Dobrym, złym i brzydkim. Później jak Clint Eastwood w Brudnym Harrym. Jeszcze później czuł się po prostu jak idiota. Duchy bowiem w żaden sposób nie reagowały na wodę święconą. Zareagował za to trafiony przypadkiem w oko motocyklista. Tadeusz nauczył się dzięki temu kilku nowych słów i całkowicie zniechęcił się do wszelkich świętości. Wody nie lubił już wcześniej. A może byś tak z nimi po prostu pogadał zasugerowała Marysia spierając ze spodni Yabolman ślady motocyklowych butów. To jest jakiś pomysł ucieszył się Tadeusz. Odłożył worek z lodem i wyszedł z domu. Bo akurat, jak na złość, w domu żadnego ducha nie było. 112

113 Nigdy ich nie ma kiedy akurat są potrzebne myślał schodząc po schodach. Zupełnie jak z zapałkami. Nie szukał długo. Ale za to niepotrzebnie. Duchy, niewrażliwe uprzednio na nieudolne Yabolowe egzorcyzmy, pozostały również nieczułe na próby nawiązania przyjacielskiej konwersacji. Patrzyły tylko dziwnie na łażącego za nimi, a czasem przełażącego przypadkiem przez nie Tadeusza i snuły się dalej. Spróbujemy inaczej pomyślał Tadeusz, który nie był może człowiekiem przesadnie upartym, ale liczył na wdzięczność Marysi, jeśli uda mu się załatwić tę sprawę. Przyznać zaś trzeba, że Marysia naprawdę potrafiła okazywać wdzięczność. A on miał akurat straszliwego smaka na gołąbki. Do wieczora siedział Tadeusz przy kuchennym stole i kreślił na kartce papieru jakieś dziwne kropki i kreski. A potem, krótko przed północą (wiadomo godzina duchów), zaczął stukać przyniesioną z piwnicy rurką w kaloryfer. Jednakże duchy pozostały głuche na wystukiwane alfabetem Morse a sygnały. W odróżnieniu od sąsiada, który wprawdzie nie znał Morse a, ale i tak zapadł na chwilę, by zamienić z Yabolmanem parę słów. I okazał się równie wylewny jak poznany wcześniej motocyklista. Rurka zaś okazała równie twarda, co wytrzymała. Tadeusz zastanawiał przez chwilę się, czy nie spróbować jeszcze tego numeru z wirującym talerzykiem, ale wobec ewidentnej niechęci duchów do jakiekolwiek współpracy, zrezygnował. Nieco zniechęcony i solidnie obalały powlókł się do całodobowego monopolu, żeby uzupełnić będący już na wyczerpaniu zapas wina. Stanął w dość długim ogonku i cierpliwie czekał na swoją kolej. Słuchał o czym rozmawiają stojący w kolejce ludzie. A rozmawiali głównie o problemie z duchami. I o pierwszej turze wyborów prezydenckich, która odbyła się w poprzednią niedzielę. I o zbliżającej się wielkimi krokami turze drugiej. A także o tym, czy przyszły prezydent, ktokolwiek by nim nie został, potrafi w jakiś sposób rozwiązać ten problem. Bo na rozwiązanie innych problemów, takich jak bezrobocie czy zdychająca powolutku w okolicy służba zdrowia, nikt specjalnie nie liczył. Duchy to co innego. To mogło się udać. W końcu obaj kandydaci nie takie cuda obiecywali. Czas płynął, kolejka przesuwała się powoli, a Tadeusz, coraz bardziej zdesperowany, szukał w myślach jakiegoś rozwiązania. Jakiegokolwiek rozwiązania! Jak się z tymi szmaciarzami dogadać? wrzasnął nagle. Współstacze spojrzeli na niego zaskoczeni. Pyta o duchy, czy o kandydatów spytał któryś szeptem. Yabolman nawet nie usłyszał. No co ja mam, do jasnej cholery, zrobić? pytał dalej. Retorycznie raczej. Chodzić po ulicach i krzyczeć: przepraszam, czy jest może w okolicy jakieś medium? Pytania, jako się rzekło były czysto retoryczne, dlatego Yabolman zdziwił się niezmiernie, gdy usłyszał za plecami dźwięczny, kobiecy glos: Właściwie Skoro pan już pyta To owszem Odwrócił się i spojrzał prosto w piwne oczy ślicznej czarnowłosej dziewczyny. Owszem powtórzyła i ciepły uśmiech rozjaśnił jej piegowatą buzię. Jestem medium. I to całkiem niezłym. Obecnie na wakacjach. Z nieba mi spadłaś dziewczyno ucieszył się Yabolman. I przypomniawszy sobie o wpajanych mu uparcie przez Marysię zasadach dobrego wychowania, przedstawił się grzecznie: Tadeusz. Jamajka, bardzo mi przyjemnie. 113

114 Yabolman siedział nad Czosem, popijał wino i czekał na efekty rozmowy Jamajki z duchami. Był w połowie drugiej butelki, kiedy wreszcie pojawiła się na biegnącej brzegiem jeziora ścieżce. I co? zawołał podskakując niecierpliwie. Dowiedziałaś się czegoś. Spoko odpowiedziała zadowolona. Załatwione. Zniknął zaraz po drugiej turze wyborów. Ale po jaką w ogóle cholerę się tu zjawiły dociekał Tadeusz. Wiedza ta w zasadzie nie była mu do niczego potrzebna. Wystarczyło, że problem został rozwiązany. Ale mimo to chciał wiedzieć. Wezwano je. Kto niby je wezwał zdziwił się Yabolman. Jak to kto? A o! Jamajka wskazała przypięty do jednego z okolicznych drzew plakat. Przeczytał: Zagłosuj gdziekolwiek będziesz. Niedziela drugiej tury wyborów była wyjątkowo pogodna. Głosowanie odbywało się bez żadnych zakłóceń. Duchy powoli znikały z miasta. Było dobrze. Yabolman, przepełniony poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, wylegiwał się na tapczanie i błogo uśmiechnięty gapił się w sufit. Marysia siedziała przy toaletce i dokręcała kilka niesfornych dreadów. Komorowski czy Kaczyński? zapytała. Słucham? Tadeusz, wyrwany nagle z zamyślenia, nie dosłyszał. Pytałam o twój wybór, Jabolku. Aha rozpromienił się Yabolman. Pyzy Marysiu! Ze skwarkami! Albowiem życie, które, kurwa, jest nowelą, stawia nas każdego dnia przed koniecznością dokonywania dziesiątków różnych wyborów. Na szczęście człowiek rozsądny potrafi ocenić, które z tych wyborów są naprawdę istotne. 114

115 Epizod XXVIII Pełen wyuzdanego seksu i nieuzasadnionej przemocy, pościgów, wybuchów i strzelanin oraz [Albo nie.] W którym będzie mowa o blaskach i cieniach majsterkowania, ale głównie o cieniach i który zawiera materiał bonusowy, niewykluczone, że pierwszy z wielu. Tadeusz nigdy nie miał wiertarki. Dopóki nie dostał od Marysi. Szczerze mówiąc był bardzo zaskoczony tym prezentem. Powinien się pewnie ucieszyć i może nawet by to zrobił, ale nie zdążył. Całymi dniami wiercił bowiem, nawiercał, rozwiercał i przewiercał. A w wolnych chwilach siedział na podłodze, popijał wino i zastawiał się, jak w ogóle mógł do tej pory żyć bez tego pożytecznego narzędzia. I ile jeszcze wytrzymają ściany ich mieszkania. Marysia zaś całymi dniami buszowała po allegro i kupowała coraz to nowe obrazki, maski japońskie, niezbyt udane podróbki rekwizytów z Władcy Pierścieni oraz coraz bardziej imponujące komplety wierteł. Najczęściej z widią. Tadeusz nie bardzo wiedział czym właściwie jest owa tajemnicza widia, ale i tak jej nienawidził. Szczerze i gorąco. Nic to powtarzał sobie w coraz częstszych chwilach zwątpienia. Przecież to się musi kiedyś skończyć. Faktycznie. Koniec przybliżał się z każdym wywierconym otworem. Z każdym nowym zawieszonym gadżetem. Na ścianach, niewielkiego w sumie mieszkania, zaczynało zwyczajnie brakować miejsca. Tadeuszowi powolutku wracał naturalny optymizm, który przestraszony widocznie warkotem wiertarki, zaszył się na jakiś czas gdzieś w kąciku. A teraz wracał, popiskiwał radośnie i merdał ogonkiem. Metaforycznie, ma się rozumieć. Świat piękniał z każdą chwilą. Słoneczko świeciło coraz jaśniej. Wino, młode przecież i niedojrzałe, smakowało niczym najprzedniejsze chateau. Chociaż nie. Wino to akurat zawsze było pyszne. Ale generalnie chodzi o to, że miało się ku lepszemu. I wtedy kurier dostarczył zamówiony przez Marysię trzydziestoelementowy zestaw śrubokrętów. Strasznie skrzypi to łóżko stwierdziła Marysia. Chociaż jeszcze przed chwilą wcale jej to nie przeszkadzało. Leżała, zasapana jeszcze i przyjemnie zaróżowiona. I najwyraźniej zadowolona. Ma już swoje lata powiedział Tadeusz. I swoje przeszło. 115

116 No właśnie podchwyciła. Swoje już przeszło. Czas wymienić. Wymienić? zdziwił się Yabolman. Co wymienić? Łóżko? Jak? Normalnie. Na nowe. Już zamówiłam. I kilka szafek. Przywiozą jutro rano. Tadeuszowi zrobiło się troszkę smutno. Nie dlatego, że Marysia nie zapytała go o zdanie. Często samodzielnie podejmowała dotyczące ich obojga decyzje. I nie miał do niej o to pretensji. W końcu była mądrzejsza i zawsze dobrze na tym wychodzili. Ale lubił stare łóżko. Było szerokie. I mięciutkie. I miało już wygnieciony w materacu specjalny dołek, w którym tak wygodnie mu się spało. A nowe łóżko trzeba będzie gruntownie wypróbować powiedziała Marysia. Zupełnie jakby czytała w jego myślach i chciała go pocieszyć. To niech przywożą stwierdził Tadeusz nieco pocieszony. Byle tylko wnieśli na górę. Wnieśli. Yabolman stał w przedpokoju i patrzył na ułożone równo pod ścianą niewielkie kartoniki.? zapytał. Meble Jabolku. Takie malutkie? nie zrozumiał. Ojej, normalne są, głuptasie. Musisz je tylko złożyć. Śrubokręty masz, a nowiutkie kombinerki są w mojej torebce. Tadeusz oparł się plecami o ścianę, pisnął jak gumowa kaczuszka i wolniutko osunął się na podłogę. Nie przesadzaj Jabolku. Remont Kwaśnej Dziury wyszedł ci całkiem zgrabnie. Dasz radę. Tadeusz postanowił zacząć od komody. Wypakował wszystkie elementy i ułożył je starannie na podłodze. O! Jest instrukcja ucieszył się. Głupio i przedwcześnie. Instrukcja składała się bowiem z kilkunastu niewyraźnych rysunków i całej masy dziwnych znaczków. Widocznie chiński producent był przekonany o ogólnoświatowej znajomości swojego języka. Albo słynna chińska oszczędna produkcja nie przewidywała zatrudniania pracowników tak egzotycznych jak polski tłumacz. No ale polski dystrybutor mógł się trochę postarać pomyślał Tadeusz. A potem pomyślał jeszcze trochę o polskim dystrybutorze. Tak serdecznie. Od serca. I wziął się do roboty. Po dwóch kwadransach żmudnych porównań zawartych w instrukcji rysunków z tym co leżało na podłodze, udało mu się z dużym prawdopodobieństwem określić elementy stanowiące ścianki komody. Oraz jej spód i wierzch. I już po godzinie chwiejny szkielet przyszłej komody stał na środku pokoju. No właśnie, chwiejny. Dlaczego to się tak kiwa? myślał Tadeusz wpatrując się w instrukcję. #$%& ^%$# przeczytał. I, o dziwo, zrozumiał. Tył! Tylna ścianka powinna to wszystko ustabilizować. To chyba będzie ta cienka sklejka. Ale to przecież popęka od tych grubych wkrętów stwierdził. Ponownie zajrzał do instrukcji. No tak, gwoździki. Te malutkie gwoździki. Ale przecież Marysiu! zawołał w stronę kuchni. Młotek masz w przedpokoju, w tej niebieskiej reklamówce. Razem z plastrami i wodą utlenioną. 116

117 Cóż. Nie chodziło o to, że Marysia nie wierzy w jego możliwości. Ona po prostu znała jego możliwości. Zamocowanie tylnej ścianki rzeczywiście wyeliminowało chwiejność całej konstrukcji. A przynajmniej znacznie ją ograniczyło. Jak dojdą szuflady, będzie stabilna jak skała. Ale przecież te cholerne szuflady nie będą wisiały w powietrzu. Trzeba było najpierw przykręcić prowadnice, a dopiero potem składać całość stwierdził Tadeusz poniewczasie. Wygięty jak chiński, nomen omen, paragraf, zanurzony do połowy we wnętrzu komody montował kolejne elementy. Poszło całkiem sprawnie. Zadowolony z efektów swojej pracy, siedział na podłodze, pogwizdywał wesolutko, popijał wino i składał szuflady. To nawet całkiem miłe zajęcie, jak już człowiek złapie rytm. Włożył szuflady. Gotowe! zawołał w stronę kuchni. Marysia przyszła obejrzeć efekty jego sześciogodzinnej pracy. I obejrzała. Nic cię nie zastawia w tej komodzie Jabolku? zapytała podejrzanie słodko. Tadeusz, z natury mało podejrzliwy, nie zauważył pułapki. No faktycznie, kolor jakiś taki nijaki strzelił. We własne kolano. Tak? głos Marysi stracił jakby na słodyczy. W końcu przez kilka godzin wybierała właściwy odcień drewnopodobnej okleiny. Tak? powtórzyła, choć Yabolman usłyszał już za pierwszym razem. To weź proszę te skarpety i włóż je do górnej szuflady. Tadeusz, który w końcu zorientował się, że coś nie gra, posłusznie wykonał polecenie. A przynajmniej chciał wykonać. Otworzył szufladę i spojrzał zaskoczony. Ale tu nie ma tego No Wlotu. Wyciągnął całość i obrócił. I dna też nie ma. Marysia, jak już wielokrotnie wspominano, miała całkiem przyzwoite poczucie humoru. Czasem może nawet odrobinę nieprzyzwoite. Ale tylko odrobinę. Przestań wariacie roześmiała się. Odwrotnie złożyłeś. Nie dało się ukryć. W instrukcji musiał być jakiś błąd myślał Yabolman rozkręcając szuflady. Uważnie przyjrzał się rysunkom. I znaczkom. No jest! Tutaj! popukał palcem w kartkę. Jakiś idiota napisał *&^& zamiast $&^&. Marysia od trzech dni, a właściwie od trzech nocy spała na dmuchanym materacu w kuchni. Tadeusz nie spał wcale. Składał łóżko. A właściwie, to łóżko samo się składało. Za każdym razem, kiedy myślał, że już skończył i siadał na nim, żeby wypróbować. Yabolman właściwie był za ekologią. I uważał, że zwierzęta też mają swoje prawa. Szczególnie te malutkie i puchate. Ale kiedy po raz kolejny wygrzebywał się spomiędzy desek, zaczynał się zastanawiać, czy eksperymenty na zwierzętach naprawdę są takim złym pomysłem. Dlaczego muszę te cholerne łóżko testować na sobie marudził. Wolałbyś na mnie pytała Marysia. Tadeusz zastanowił się przez chwilę i już, już miał odpowiedzieć, ale na szczęście ugryzł się w język. Zdumiewający, jak na niego, przejaw instynktu samozachowawczego. 117

118 Muszę chwilę pomyśleć stwierdził. Otworzył wino i usiadł. Na podłodze. I zaczął myśleć. Najpierw o trzeciej płycie Ramones. Dawno jej nie słuchał i chętnie by sobie odświeżył. Potem przez chwilę wspominał Jarocin w 1987 roku. Te momenty, które pamiętał. Większość bowiem, z różnych przyczyn, zatarła się nieco w jego pamięci. Wreszcie poświęcił kilka ciepłych myśli konstruktorom mostów. Tym, którzy w chwili gdy po ich dziełach przejeżdżały pierwsze samochody, stali pod spodem. W końcu dopił wino, zmiął instrukcję, wyrzucił ją przez okno i spopielił w locie krótkim splunięciem. I wziął się poważnie do roboty. Najpierw wyszło mu coś w rodzaju trumny. Takiej klasycznej, z wiekiem i w ogóle. Nawet śmiesznie to wyglądało, ale było cholernie wąskie. I wieko utrudniałoby towarzyszące zwykle miłosnym igraszkom rozwiązania, które bardzo lubił, a na które zwyczajnie nie byłoby miejsca. Można było co prawda wyciąć niewielki otwór na głowę, coś w rodzaju szyber dachu, ale nie był pewien, czy Marysi spodobałoby się takie rozwiązanie. Kolejna próba również nie wypadła zadowalająco. Piętrowe łóżko, sam nie wiedział jak to się stało, miało rację bytu. Owszem. W pokoiku nastoletnich bliźniaków. Ale nie w sypialni dwojga dorosłych ludzi przeciwnych płci, którym sypialnia owa służyła nie zawsze i nie tylko do spania. Tadeusz nie ustawał w wysiłkach. Wyniki jego starań nazwać by można efektownymi. Niekonwencjonalnymi nawet. Abstrakcyjnymi czasami. Ale niekoniecznie zadowalającymi. Marysia zaś czekała cierpliwie. Wreszcie, jakoś tak w piątek po południu, nie wytrzymała. Jeśli nie złożysz tego cholernego łóżka do wieczora, przez najbliższy miesiąc będziesz nocował w Kwaśnej Dziurze. No to wziął i złożył. Albowiem właściwa argumentacja potrafi zdziałać cuda. No widzisz Jabolku, jak chcesz to potrafisz wysapała zmęczona Beerwoman po pierwszych testach nowego łóżka. Prawdopodobnie chodziło jej o umiejętności stolarskie jej osobistego superbohatera. Zobaczysz, jeszcze polubisz to majsterkowanie dodała gładząc czule rzednącego irokeza. Wykrakała. Jest Marysiu! Jest! wołał Tadeusz już od progu. Wymachiwał przy tym grubą szarą kopertą. A właściwie to są dodał po chwili siadając przy kuchennym stole. Nareszcie. Co są? Marysia nie wiedziała o co chodzi. I strasznie ją to denerwowało. Szkice. Gdańskiej szafy Tadeusz gorączkowo, acz ostrożnie, otwierał kopertę. Oryginalne. Siedemnastowieczne. Idę na dół. W końcu wypróbuję te nowe dłutka. Nie czekaj z obiadem pocałował ją delikatnie w czoło. Z kolacją też nie czekaj rzucił jeszcze z przedpokoju. I wyszedł. Do przerobionej na stolarnię piwnicy. Stworzyłam potwora pomyślała Marysia parę godzin później zasypiając samotnie w wielkim łóżku. Cóż, w końcu życie, kurwa, jest nowelą. Albowiem, drogie Panie, skoro już postanowicie zmuszać swoich mężczyzn do sprzecznych z ich naturą działań, musie liczyć się z tym, że mogą im się owe działania spodobać. 118

119 B O N U S [Kilka słów tytułem wyjaśnienia. Czasami, kiedy kapela nagrywa płytę, zostaje kilka numerów, które nie bardzo pasują do całości, a które szkoda wyrzucić. Tak powstają bonus tracki. Z pisaniem jest podobnie. Przynajmniej z moim. Lęgną mi się czasem w głowie jakieś scenki, które zupełnie nie pasują do żadnego z powstających właśnie opowiadań. A nie bardzo mam pomysł jak je rozwinąć w kolejny, pełny epizod. Albo zwyczajnie mi się nie chce. I jakąś godzinę temu pojawiła się idea bonusów. Takich jak poniższy.] Ten świat był chyba najgorszym ze wszystkich alternatywnych światów, do których przerzuciło Yabolmana to cholerne lustro. Było tu szaro i paskudnie. Ciągle mżył taki drobny, wkurzający deszczyk. Ulice były pełne śmieci. Okoliczne domy wyglądały jak ruiny. Brakowało szyb w oknach. Drzwi smętnie wisiały na pojedynczych zawiasach, albo nie było ich wcale. Odpowiednik jeziora Magistrackiego porośnięty był jakimś zielonym paskudztwem, a wypełniająca go gęsta, obrzydliwa ciecz, bulgotała dziwnie i momentami sprawiała wrażenie żywej. A do tego wszystkiego strasznie śmierdziało. Naprawdę trudno uwierzyć, że to Mrągowo. O ile to w ogóle było jeszcze Mrągowo. I pełno było nieboszczyków. Tylko, że żywych. Łazili po całym mieście. Większość wyglądała, jakby właśnie wylazła z grobu. Zgniłe ciuchy, twarze zdeformowane, czarnoziem w resztkach włosów. Po prostu ohyda. Tadeusz koczował tu już trzeci dzień. Nic nie jadł. Chociaż kilka razy sam o mało nie stał się posiłkiem. Ale to akurat drobiazg. Gorzej, ze niczego nie pił. Zapas wina, który miał w wysłużonym plecaczku, wyczerpał się już po pierwszych kilku godzinach. Sklep monopolowy niby funkcjonował. Nie ma chyba świata aż tak alternatywnego, żeby nie można w nim kupić jakiegoś alkoholu. Ale na te akurat zakupy Yabolman jakoś nie mógł się zdecydować. Cholera wie z czego oni tutaj pędzą te wina myślał. Tak na dobrą sprawę, to w swojej rzeczywistości też nie wiedział z czego. Ale tam najgorsze nawet świństwa były, jakby to powiedzieć, swojskie jakieś takie. Nie to co tutaj. A do tego wszystkiego dochodziła jeszcze nuda. W tym pełnym żywych trupów mieście kompletnie nic się nie działo. I oni nazywają do życiem mruczał pod nosem, obserwując snujące się po ulicach postacie. To warto było się wykopywać? Łaził więc ulicami miasta i starał nie wyróżniać się z tłumu. Po trzech dniach bez kąpieli prawie mu się to udawało. No i dla lepszego kamuflażu pokulał się trochę po przegniłej ściółce w tutejszym parku. Łaził tak tedy, cierpiał z pragnienia tak bardzo, że prawie nie odczuwał głodu i nudził się straszliwie. I prawie przegapił ten plakat: Tylko dzisiaj. Jedyny koncert w mieście. ZombII. O osiemnastej w amfiteatrze. Wstęp wolny Była siedemnasta czterdzieści. To na początek już się nie załapię, ale zawsze to jakaś rozrywka pomyślał i dziarko ruszył w stronę amfiteatru. No, na tyle dziarsko, na ile pozwalał mu kamuflaż. Faktycznie. Trochę się spóźnił. ZombII kończyło właśnie grać swój najnowszy przebój. Stojący na środku sceny nieboszczyk z gitarą zawodził do mikrofonu: Każde pokolenie rozsypie się, a nasze nie 119

120 Epizod XXIX Który jest dowodem na to, że jakkolwiek jego autor ceni sobie warsztatowe porady Feliksa W. Kresa, to nie ze wszystkimi jego uwagami się zgadza. [Postać, o której za chwilę będzie mowa pojawiła się w dwudziestym dziewiątym epizodzie przygód punka Tadeusza. Pamiętacie ją jeszcze? Była też bohaterką opowiadania Uroczy Zakątek, które można znaleźć w 49 numerze Science Fiction, Fantasy i Horror. Ta ostatnia informacja nie ma może wiele wspólnego z przewidywanym rozwojem wypadków, ale lubię się tym chwalić.] Jamajka postanowiła zamieszkać w Mrągowie. Właściwie to pod Mrągowem. W okolicznych lasach można jeszcze odnaleźć opuszczone i z reguły w znacznej części zrujnowane domostwa. I Jamajka takie właśnie znalazła. A ponieważ łatwiej było znaleźć budynek niż jego poprzedniego właściciela, po wielotygodniowym załatwianiu różnorakich formalności, stała się szczęśliwą posiadaczką nieruchomości określonej w dokumentach jako: opuszczona leśniczówka. Zupełnie za darmo. Stała teraz na niewielkiej polanie i patrzyła to na nierówny stos cegieł przykryty poszczerbionymi dachówkami, to na dwójkę swoich nowych przyjaciół. To nie wygląda jak leśniczówka zauważył Tadeusz, który jako zawołany majsterkowicz obiecał pomóc w remoncie. Z tą leśniczówką to w sumie nic pewnego Marysia wraz z Jamajką przedzierała się przez biurokratyczne chaszcze i była wcale nieźle zorientowana w sprawie. Nadleśnictwo nie przyznaje się do tego budynku. Pewnie się wstydzi Yabolman oglądał to, co Marysia szumnie określiła mianem budynku. Opukiwał ściany, polatał troszkę dokoła i dokładnie obejrzał dach, kilkakrotnie wchodził do środka i ogólnie zgrywał fachowca. Ruina stwierdził wreszcie. Właściwie należałoby to rozebrać i postawić od nowa. Ale to znacznie zwiększyłoby koszty. No i wymagałoby dodatkowych pozwoleń Tylko nie dodatkowe pozwolenia jęknęła Marysia. Tylko nie zwiększone koszty pomyślała Jamajka. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że Jamajka nie była osobą zamożną. Cały jej majątek z powodzeniem mieścił się w niedużym plecaku. Kiedy postanowiła opuścić wielkie miasto, czy też może raczej wielkie przedmieście, na którym do tej pory mieszkała, rzuciła również pracę. Pracę, której tak na dobrą sprawę, nigdy nie lubiła. Ale musiała jakoś opłacić studia. Z tych ostatnich, nawiasem mówiąc, również zrezygnowała. Owszem, ukończenie Akademii Sztuk Pięknych było jednym z jej dziecięcych marzeń i miała nawet pewne po temu predyspozycje, ale kiedy okazało się, że oprócz malarskiego, ma również inne, dużo ciekawsze i bardziej zajmujące talenty, bez żalu zdała indeks w dziekanacie. 120

121 Tak więc wylądowała w podmrągowskim lesie praktycznie bez grosza przy duszy. Ale czymże jest w końcu brak pieniędzy wobec posiadania oddanych przyjaciół? Dobra, dobra powiedział pocieszająco Tadeusz. Przecież nie mówię, że się nie da. Stwierdzam tylko, że ciężko będzie. I faktycznie nie było lekko. Yabolman dwoił się i troił. Uwijał się jak w ukropie, bo też i lato wyjątkowo upalne było tego roku. Sapał i klął, ale głównie klął. Pocił się jak mysz. Zużywał mnóstwo wina, plastrów i wody utlenionej. Oraz przeróżnych rzeczy, które można by określić wspólnym mianem materiałów budowlanych. Nie wiadomo skąd je brał. Marysia tylko raz spytała o pochodzenie tych wszystkich desek, cegieł, wiader zaprawy murarskiej i różnych innych przedmiotów, których nazw nie znała lub nie potrafiła wymówić. Przypuszczała jednakże, a było to przypuszczenie graniczące z pewnością, że znajduje się wśród nich przynajmniej jedna laubzega. Jabolku, skąd ty właściwie bierzesz to wszystko? Z rozbiórki odpowiedział krótko. Marysia, o dziwo, uznała to wyjaśnienie za wystarczające. Możliwe też, że bała się zapytać co właściwie rozbiera Yabolman. Skinęła więc tylko głową i wróciła na kocyk. Obie panie nie pozostawiły bowiem naszego bohatera samemu sobie. Wręcz przeciwnie, niezbyt może czynnie, ale jednak asystowały Tadeuszowi w jego wysiłkach. Z rozłożonego nieopodal kocyka. Yabolman początkowo zżymał się nieco na takie wsparcie. Ale tylko do momentu, kiedy Marysia i Jamajka postanowiły zrzucić ciuszki i popracować trochę nad opalenizną. Przestał marudzić i kiedy tylko czuł, że opuszcza go zapał do pracy, zerkał w stronę wypiętych ku słońcu pup lub, w zależności od ułożenia właścicielek, biustów i podniesiony, również na duchu, wracał do roboty. Wszyscy byli zadowoleni, a domek z każdym dniem nabierał kształtów i z nędznej rudery zmieniał się w uroczą chatkę. Tadeusz szedł właśnie po pustaki. Potrzebował dwóch sztuk, a akurat nie miał. Szedł zaś pieszo, słusznie bowiem zakładał, że w powietrzu mógłby się za bardzo rzucać w oczy. A miał dziwne przeczucie, że nie wszyscy pochwalają jego metody zdobywania pustaków. Ich dotychczasowi właściciele, na przykład. Szedł więc tak sobie, popijał wino, a w przerwach między kolejnymi łykami, pogwizdywał wesolutko. W pewnej jednak chwili dobry humor nagle go puścił. Podobnie jak świadomość. Przytomność wracała powoli. I słusznie. Nie było się do czego spieszyć. W końcu to żadna przyjemność ocknąć się i stwierdzić, że leży się pod drzewem związany w baleron. To znaczy, w pewnych okolicznościach, pewne osoby mogłyby czerpać przyjemność z takiego stanu. Tak mówią. Ale Yabolman nie należał do tego typu osób. Leżenie pod drzewem, owszem, do tego był przyzwyczajony i zasadniczo nie miał nic przeciwko temu. Ale więzy? I do tego takie ciasne? Nie, to zdecydowanie wykraczało poza jego, dość prostą, definicję przyjemności. Na dodatek nie mógł sięgnąć do plecaczka! A skoro już nie mógł napić się wina, postanowił zorientować się nieco w sytuacji. Jako się rzekło, leżał związany pod drzewem a opodal, na niewielkiej polanie, w półmroku rozjaśnianym lekko przez płomień niewielkiego ogniska, krzątały się jakieś postacie. Postacie, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak Indianie ucieszył się, dość głupio, zważywszy na sytuację, Tadeusz. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że Tadeusz uwielbiał Indian. Nie żeby jakichś znał, ale sporo czytał na ich temat. Podziwiał ich odwagę i determinację w walce o wolność. 121

122 Interesowały go ich zwyczaje i obrzędy. Stąd właśnie ta idiotyczna radość. Która zresztą minęła natychmiast, kiedy tylko dotarło do niego, że niektóre z owych zwyczajów będzie miał najprawdopodobniej okazję za chwilę poznać. Na własnej skórze. Skalpowanie, dla przykładu. Na początek. A potem kto wie, może nawet umieranie przy palu męczarni. Zresztą, atrakcji mogło być mnóstwo. Wszystko zależało od tego, z jakiego plemienia pochodzili przyszli oprawcy. Yabolman przyjrzał się uważniej. Pierwszym, co mimo zapadających coraz szybciej ciemności rzuciło mu się w oczy była dziwna bladość domniemanych Indian. Nie wyglądają na czerwonoskórych pomyślał Tadeusz. Już prędzej na kredowoskórych. No i te uszy Co oni mają z uszami? Olśnienie przyszło nagle. Jak mógł nie wpaść na to od razu! Dziwna bladość pełnych wyniosłości oblicz, spiczaste uszy, dostrzegalna, kiedy już się wiedziało jak patrzeć, elegancja ruchów Elfy! To były elfy! No tak, bo przecież skąd by się nagle wzięli w lesie pod Mrągowem Indianie stwierdził Yabolman. Zaczynało być naprawdę ciekawie. Tadeusz leżał sobie spokojnie i obserwował krzątające się przy ognisku elfy. I słuchał. Nie dziwił się nawet, że rozumie o czym mówią. W końcu oglądał ten durny serial według prozy Sapkowskiego. Tam też były elfy. I też mówiły po polsku. Znaczy normalka. Trzeba go przykładnie ukarać mówił najstarszy, na oko, elf. Tym ludziom wydaje się, że wszystko im wolno. Racja! Ukarać! rozległy się okrzyki. Dość już panoszenia się ludzi w prastarej elfiej puszczy. Jakiej, kuźwa, elfiej puszczy? pomyślał zdziwiony i zdenerwowany nieco, Tadeusz. Jakiej, kuźwa, prastarej? Doskonale pamiętał No dobrze, pamiętał jak przez mgłę, ale nie umniejszało to prawdziwości tych wspomnień. Pamiętał zatem, jak wraz z całą klasą, piątą b, sadził te, całkiem teraz spore, brzózki za tamtą przecinką. No troszkę chyba przesadzają denerwował się coraz bardziej. W końcu sadzenie lasu było jedną z niewielu pożytecznych rzeczy jakie w życiu zrobił, a teraz i to chcą mu odebrać jakieś spiczastouche łobuzy? Tego chyba za wiele! Kilkoma celnymi splunięciami przepalił krępujące go więzy, chwycił leżący niedaleko plecaczek i odleciał. Przecież był w końcu super bohaterem i doprawdy nie widział powodu, żeby pozwolić się skalpować jakimś tam elfom. Zakłamanym, na dodatek. Zatrzymał się dopiero na Górze Czterech Wiatrów. Usiadł na kamieniu i popijając winko uspokajał rozdygotane nerwy. Pięknie, jasna cholera, pięknie. Elfy zadymiarze. Żądne zemsty za wyimigi wymagi wymyślone krzywdy. Pięknie. Co jeszcze? Krasnoludy? Czemu nie? usłyszał za plecami i znowu stracił przytomność. Tym razem nie był związany. Ale za to znajdował się pod ziemią. Siedział oparty o ścianę jakiegoś cholernego tunelu Tunelu!!! A na przed sobą miał brodatego, ubranego w świecącą lekko w ciemnościach kolczugę i bawiącego się potężnym młotkiem krasnoluda. Młotem właściwie. Nieźle. Tadeusz wiedział, że w zaistniałych okolicznościach powinien się zachowywać taktownie i dyplomatycznie. Z wyczuciem i być może nawet pewną dozą subtelności. Ale był wnerwiony i bolała go głowa. O co tutaj, do kurwy nędzy, biega? wrzasnął. Krasnolud był zaskoczony. Zarówno wybuchem, jak i niewiedzą Yabolman. Jak to o co biega? odpowiedział niegrzecznie pytaniem na pytanie. Widocznie stwierdził, że jak tak to on też nie musi bawić się w takt i dyplomację. O subtelności nie wspominając. A może, po prostu, grzeczność nie była domeną krasnoludów. 122

123 Jak to o co biega? powtórzył. Plączesz się człowieku po prastarych krasnoludzkich korytarzach Tadeusz miał dość. Uraczył krasnoluda niewielką kulą ognia, a potem chwycił zaskoczonego za resztki osmalonej brody, podniósł lekko do góry i kiedy ich oczy znalazły się na jednym poziomie, wysyczał: Prastare krasnoludzkie korytarze? Pod Górą Czterech Wiatrów? Od kiedy? [od autora: Nie znaliście takiego Yabolmana, prawda? Szczerze mówiąc, sam jestem trochę zaskoczony. Ale każda cierpliwość ma przecież swoje granice, więc nie dziwota, że go poniosło.] Od zeszłego tygodnia wyjąkał przestraszony krasnolud. Tak mniej więcej. No nie! Yabolman rzucił krasnoludem o ścianę i wzbił się w powietrze. Przebicie się przez kilka metrów ziemi nie stanowiło w tym momencie żadnego problemu. Sytuacja go przerosła. Wszystko to było jakieś popieprzone. Elfy. Krasnoludy. Co to niby jest? myślał lecąc w stronę domu. Mazury, czy jakieś cholerne Śródziemie? Aż drgnął na wspomnienie straszliwej książki, którą zmuszony przez Beerwoman, przeczytał jakiś czas temu. Jeszcze tylko tych, jak im tam, orków brakuje. Tfu, na psa urok! splunął przesądnie. Na szczęście przelatywał właśnie nad Czosem, więc tylko zaskwierczało i podniósł się niewielki obłoczek pary. Trzeba o wszystkim opowiedzieć Marysi. Ona na pewno coś wymyśli. Marysiu! zawołał kilka minut później wlatując do mieszkania przez kuchenne okno. Nie uwierzysz co mi się dzisiaj przytrafiło! I rzeczywiście nie uwierzyła. Dni mijały. Tadeusz powoli kończył remontować domek Jamajki. Ale ciągle był jakiś niespokojny. Był pewien, prawie, że ani elfy, ani krasnolud, nie były jedynie wytworem jego chorej, wzmocnionej kilkoma butelkami wina, wyobraźni. W końcu wino pił już od jakiegoś czasu, a tych cholernych cudaków widział dopiero pierwszy raz. Nie chciał się jednak kłócić. I chociaż z całych sił starał się zapomnieć o nieprzyjemnej przygodzie, nie mógł oprzeć się dziwnemu wrażeniu, że elfy i krasnoludy jeszcze nie raz pojawią się w jego życiu. Tak czy inaczej, pod koniec lata, Jamajka weszła do całkowicie odnowionego domu. W Mrągowie i pobliskich wsiach błyskawicznie rozniosła się wieść, że okolicy pojawiła się nowa czarownica. Ale o tym to już może w następnym odcinku. Wiesz Jabolku zagadnęła Marysia kilka dni później. Cały czas nie daje mi to spokoju Skąd ty właściwie wziąłeś te wszystkie materiały? Te cegły, deski i w ogóle? A bo to mało się w okolicy buduje odpowiedział wykrętnie Tadeusz. 123

124 Kiedy właśnie mało. Domów to prawie wcale, ani żadnych takich. Tylko tu i ówdzie Marysia zamilkła, tknięta nagłym przeczuciem. Jabolku, chyba nie podjęła po chwili. Ależ tak, Marysiu, tak! zadowolony z siebie Yabolman, wpadł jej w słowo. Przecież to grzech. I to podwójny. Okradać kościół! Księża się wściekną kiedy się dowiedzą. Znowu cię obłożą ekskomuniką. Po pierwsze, jeszcze nie zdjęli poprzedniej. Po drugie jakie okradać? I co właściwie mają do tego księża? Co to? Ich? Przyjdzie czas to jakoś to załatwię. Z samym Wielkim Inwestorem. Bez problemu. I trzeba przyznać, że Tadeusz, chociaż pojęcie o ekonomii miał mizerne, tym razem miał rację. Dwóch rozsądnych kontrahentów zawsze się dogada. Wystarczy jedynie wyeliminować pośredników. 124

125 Epizod XXX W którym będzie mowa o sztuce ludowej oraz kilku innych aspektach ludowości, a Yabolman, nieoczekiwanie dla siebie samego i dla Autora stanie się postacią drugoplanową. A nawet trzecioplanową. Przynajmniej na chwilę. Jamajka była medium. Bardzo dobrym medium. I chociaż dość późno dostrzegła u siebie ten dar, to bardzo szybko nauczyła się go wykorzystywać. Z pożytkiem zarówno dla siebie, jak i dla licznych duchów, którym pomogła. W ten, czy inny sposób. Ale kiedy już zamieszkała w podmrągowskim lesie, okazało się, że z bycia medium, nawet bardzo dobrym, wyżyć nie sposób. Owszem, odwiedzające ją duchy bardzo starały się zrewanżować za drobne przysługi, które im wyświadczała. Tylko co właściwie może taki duch? O żadnych ukrytych w okolicy skarbach nie miały pojęcia, zresztą okolica nie sprawiała wrażenia obfitującej w zakopane kosztowności. A wdzięczność, szczególnie wdzięczność bytów niematerialnych, trudno jest wymienić na gotówkę. Romantyczne ideały Jamajki zaczynały się z wolna kruszyć o twardy mur rzeczywistości. Co robić? zastanawiała się siedząc na ławeczce przed wyremontowanym przez Tadeusza domem. Nie wiem, moja mała odpowiadała Marysia, która była częstym gościem w leśnej chatce. I przyznać trzeba, wybierając się w odwiedziny, nigdy nie zapominała o kanapkach i termosie z ciepłą herbatą. Oraz o zgrzewce piwa i kilku skrętach, skoro już o tym mowa. Obie dziewczyny szybko się zaprzyjaźniły. Jamajka traktowała Marysię jak starszą siostrę, Marysia zaś nie miała nic przeciwko temu. Pod warunkiem, że była to niewiele starsza siostra. Nie wiem powtórzyła Beerwoman. Ale na pewno coś wymyślimy dodała z przekonaniem. I rzeczywiście. Wojewódzki Przegląd Plastyki Nieprofesjonalnej od lat, ba! od dziesięcioleci już nawet, cieszył się w Mragowie dużą popularnością. Głównie wśród nieprofesjonalnych plastyków. Bo jeśli chodzi o publiczność, cóż z tą bywało różnie. W każdym razie, Marysia i Jamajka nie musiały przepychać się przez tłum wielbicieli sztuki, by obejrzeć stanowiącą zwieńczenie przeglądu wystawę. Z domu kultury wyszły mocno rozczarowane. Wiesz Marysiu zaczęła Jamajka niepewnie. Wiem. I właściwie nic więcej nie trzeba było dodawać. 125

126 Postanowiły jeszcze obejrzeć rozstawione na pobliskim placu kramy licznych przedstawicieli, tak zwanej sztuki ludowej. Przez kilka minut oglądały rzeczy, które miały niewiele wspólnego zarówno ze sztuką, jak i z możliwie nawet najszerzej pojętą ludowością. O rany westchnęła Jamajka patrząc na ceny przedmiotów. Przeznaczenia większości z nich nie próbowała nawet się domyślać. Gdybym miała zapłacić trzysta złotych za takie badziewie, to chyba już wolałabym sama zrobić. I pewnie ładniejsze by mi wyszło. Taaaak zamyśliła się nagle. Ładniejsze by mi wyszło Kilka dni później Marysia ponownie odwiedziła przyjaciółkę. I co o tym myślisz? zawołała na dzień dobry Jamajka i wyciągnęła ręce w stronę Beerwoman. No cóż, do wesela się zagoi odpowiedziała pocieszająco Marysia, patrząc na straszliwie pokaleczone dłonie Jamajki. Nie o to chodzi zdenerwowała się Jamajka. Co o TYM sądzisz? Rzeczywiście, kiedy już udało się oderwać wzrok od krwawych sznytów gęstą siatką pokrywających drobne dłonie Jamajki, okazywało się, że coś w tych dłoniach trzyma. No Marysia rzadko wygłaszała pochopne sądy. Chyba, że dotyczyły zachowania Tadeusza. No Ładne. Tak, ładne. Cokolwiek to jest. Jak to cokolwiek to jest? Przecież to świątek! Świątek? zdziwiła się Beerwoman. I żeby pokryć jakoś to zdziwienie dodała natychmiast: No oczywiście, że świątek. No przecież od razu powiedziałam, że ładny. Tylko jakiś taki, ja wiem, mało trochę frasobliwy. Mało frasobliwy? Jamajka obracała w pochlastanych dłoniach kawałek drewna. Nie był to duży kawałek. Taki w sam raz na rozpałkę. Ale może oglądany pod właściwym kątem Przy odpowiednim oświetleniu Albo lepiej bez oświetlenia? Tak, wtedy można by go uznać za świątka. Albo za miniaturową lokomotywę. Albo za model rzymskiego Coloseum. Jak to mało frasobliwy? Tak się starałam. Czwarty dzień nad tym siedzę. A ty mówisz mało frasobliwy? Jamajka rzuciła świątkiem, prawdopodobnie świątkiem, o ścianę domu i ukryła twarz w dłoniach. Ale nie zdążyła się rozpłakać. Już wiem! zawołała entuzjastycznie. Beerwoman wolała nie pytać Marysia od kilku godzin wylegiwała się na leżaku rozstawionym na niewielkiej polance przed domkiem Jamajki. Sama zaś Jamajka, również od kilku godzin, pochylała się nad kołem garncarskim. Koło zrobił zawołany majsterkowicz Tadeusz i była to naprawdę świetna robota. Czego nie można powiedzieć o spoczywającej na kole No właśnie, Marysia tak do końca nie wiedziała, co to właściwie było. To znaczy, z pewnością był to kawałek gliny. 126

127 Całkiem spora bryła. Nie można powiedzieć, że bezkształtna. Dużo lepszym określeniem byłoby wielokształtna. Coś mi nie wychodzi ten dzbanuszek sapnęła Jamajka, która z wolna zaczynała przypominać glinianego golema. Wyjątkowo kształtnego, trzeba przyznać, ale jednak golema. Dzbanuszek? wyrwało się Marysi. Cholera! Cały ranek przygotowywała się do zmierzenia się z pytaniem i co o tym myślisz?, a i tak dała się zaskoczyć. Gruba warstwa gliny nie pozwalała co prawda dostrzec wyrazu twarzy Jamajki, ale po oczach można było poznać, że jest jej przykro. No tak wyraźnie zrezygnowana garncarka podniosła efekt swoich wielogodzinnych starań i z rozmachem rzuciła nim o ziemię. Dzbanuszek plasnął głośno i rozpłaszczył się tak, że wyglądał jak, wcale udany, gliniany talerzyk. Albo popielniczka. Bodaj cię wciórności! wrzasnęła rozzłoszczona Jamajka. A w chwilę potem wskoczyła na swoje koło garncarskie i balansując na nim z wdziękiem powrzeszczała jeszcze trochę. Dokoła zaroiło się bowiem od malutkich, brązowych zwierzątek. Zwierzątek? W sumie trudno powiedzieć. Niby wyglądały jak myszy, ale poruszały się na tylnych łapkach. No i miały na sobie ubranka. Czymkolwiek jednak były, dziwne stworzenia błyskawicznie dopadły do sponiewieranego dzbanuszka, podniosły go i głośno popiskując, równie szybko jak się pojawiły, zniknęły gdzieś w gęstej trawie. Całe zdarzenie rozegrało się w takim tempie, że Marysia nie zdążyła nawet wstać z leżaka. Szkoda, bo może wtedy udałoby się jej złapać, jeśli już nie któregoś ze stworków, to może chociaż spadającą z koła przyjaciółkę. Co to właściwie było? zastanawiała się jakiś czas później oczyszczona z gliny Jamajka, przykładając lód do obtłuczonego biodra. Nie wiem odpowiedziała zgodnie z prawdą Marysia. Tylko wobec Yabolmana nie przyznawała się nigdy do swojej niewiedzy. Nie wiem powtórzyła. Spojrzała dziwnie na Jamajkę i dodała niepewnie: Ale przypuszczam, że to były wciórności. Jamajka rozmawiała z duchami. Jak co wieczór. Oczywiście, że to były wciórności Kulawy Zbych potwierdził przypuszczenia Beerwoman. Zbych był kłusownikiem. To znaczy, za życia był. Ale na nieszczęście Dla siebie, zwierzęta mogły mieć inne zdanie na ten temat. Na nieszczęście był również pijakiem. I pewnego dnia złapał się we własne sidła. A ponieważ nie zakładał ich w przesadnie uczęszczanych przez innych ludzi miejscach, jego doczesne szczątki, wciąż spoczywały w lesie, gdzieś pośród mchu i paproci. Przez co inne duchy, złośliwie może, ale dość trafnie, nazywały go czasem Muchomorkiem. Przyznać jednakże trzeba, że na zwierzętach i innych formach leśnego życia, znał się Kulawy Zbych jak mało kto. I teraz, kiedy już nie musiał obawiać się kłusowniczej konkurencji, chętnie się tą wiedzą dzielił. A co to właściwie są te wciórności? spytała Jamajka ściszając głos. Ot tak, na wszelki wypadek. Żeby nie wywoływać wilka z lasu. Taki rodzaj skrzatów. Dobrych? W zasadzie tak. Chyba, że ktoś im się narazi. Wtedy potrafią być złośliwe. Ba, wręcz groźne. I niebezpieczne. 127

128 Kulawy Zbych nie wiedział, jak bardzo prawdziwe były jego słowa. Przecież nawet nie zauważył, że kiedy jeszcze żył, w pijackim widzie rozdeptał jednego wciórnościa. Nigdy też nie dowiedział się, jak właściwie doszło tego, że wpadł we własnoręcznie przygotowaną pułapkę. Był pijany to fakt. Jeden. Pozostałe zaś fakty pozostaną tajemnicą mściwych wciórności. No to świetnie! Złośliwe! Niebezpieczne! Super! powiedziała Jamajka. Chyba nieszczerze, bo wcale nie wyglądała na zachwyconą. Tylko dlaczego zabrały mój dzbanuszek uczciwie trzeba przyznać, że słowo dzbanuszek z trudem przeszło jej przez gardło. Dlaczego w ogóle się pojawiły? Jak to dlaczego? zdziwił się Kulawy. Przecież sama je wezwałaś. A one zawsze przybywają na wezwanie miejscowej wiedźmy. Miejscowej wiedźmy? zdziwiła się Jamajka. Ale tutaj nie było żadnej wiedźmy. Mówisz, że to ja je wezwałam, a ja przecież nie jestem Urwała nagle i spojrzała podejrzliwie na Kulawego Zbycha. Ups! powiedział Zbych i zniknął. Jestem wiedźmą! Wyznanie Jamajki nie było może najdziwniejszym wyznaniem jakie Marysia w życiu słyszała, ale z łatwością mieściło się w pierwszej trójce. No, może piątce. Jak to jesteś wiedźmą? Nie wiem jak, ale jestem. Podobno. Tak mówią. Kto tak mówi? Duchy. No tak. Duchy. To właściwie powinno wszystko wyjaśnić. Ale nie wyjaśniało. Marysia postanowiła drążyć temat. Prawdopodobieństwo, że będzie tego potem żałować było spore, ale i tak nie mogła się powstrzymać. A tak konkretniej? Zaczęło się od Kulawego Zbycha, tego kłusownika, wiesz Beerwoman nie wiedziała. Z faktem, że Jamajka rozmawia z duchami pogodziła się już dawno. Z trudem, ale jednak. W końcu od tego, niejako, rozpoczęła się ich znajomość. Ale sama, osobiście nie znała żadnego ducha. I szczerze mówiąc, nie miałaby nic przeciwko temu, żeby tak już pozostało. on pierwszy wspomniał coś o miejscowych wiedźmach Jamajka otworzyła pudełko śniadaniowe z Hannah Montaną (w Mrągowie nie sposób było ostatnio kupić inne) i zaczęła kruszyć przyniesione przez Marysię kanapki. Na podłogę. A kiedy już się wygadał, zaczęłam szukać. Pytałam tu i ówdzie. Głównie po tamtej stronie Marysi zaczynało być przykro. Naprawdę napracowała się przy robieniu tych kanapek. Niby tylko ser, wędlina i pomidor, ale zawsze. No i sałatę musiała opłukać. Wśród duchów pytałam wyjaśniła na wszelki wypadek Jamajka. I okazało się, że one wszystkie te wiedźmy, znaczy wciąż tu są. W pewnym sensie. Porozmawiałam sobie z nimi i okazało się, że jestem nową miejscową, jak to one mówią, rezydentką. Nie bardzo wiem, co z tym zrobić. Na początek zainwestuj w miotłę. I weź jakiegoś kota ze schroniska. No wiesz! Jamajka spojrzała na Marysię urażona. 128

129 Ale Marysia nawet tego nie zauważyła. Całą uwagę skupiała na zasłanej zmasakrowanymi kanapkami podłodze. Ojej! nowa rezydentka natychmiast zorientowała się w sytuacji. Przepraszam za te kanapki. Ale muszę dbać o te maleństwa. Kiedy są głodne, trudno z nimi wytrzymać. Wciórności! Na podłodze zrobiło się nagle tłoczno i gwarno. Kanapki zniknęły w mgnieniu oka. Marysia sapnęła. Jamajka spojrzała na nią z odrobiną triumfu. Chociaż tak naprawdę wcale nie czuła się triumfatorką. Czas mijał. Jak to czas. Jamajka powoli przyzwyczajała się do swojej nowej roli. Duchy poprzednich miejscowych wiedźm pomagały jej jak mogły. A mogły niejedno. Jak twierdziły, wiedźmia solidarność jest najważniejsza. I fakt, że niektóre wiedźmy tymczasowo przebywają poza świtem żywych nie jest w stanie nią zachwiać. Jamajkę bardzo zainteresowało to tymczasowo, ale mimo kilkakrotnego nagabywania, nie udało jej się uzyskać dokładniejszych informacji. Bo jesteś jeszcze za młoda i na wszystko przyjdzie czas. Tymczasem nabierała wprawy w rzucaniu prostych czarów, uczyła się uroków, z których jednakże postanowiła nigdy nie korzystać, bo wydawały jej się wyjątkowo ohydne. Chociaż przyznać musiała cholernie skuteczne. I dużo czasu spędzała w ogródku. Tadeusz zdecydowanie odmówił postawienia chatki Jamajki na kurzej nóżce. Jak stwierdził, takie przedsięwzięcie wymagałoby zaangażowania sił i środków tak dużych, że nie jest w stanie tego wynieść z żadnej budowy. To znaczy pożyczyć. Duchy wiedźm trochę sarkały, ale Jamajka była nawet zadowolona. Ta cała kurza nóżka nie bardzo ją przekonywała. Niby tradycja tradycją, ale przecież wszystko ma jednak swoje granice, proszę was. Udało się za to Tadeuszowi, z pomocą piły, siekiery i kilku celnych splunięć, wykarczować spory kawałek lasu za domkiem. Tam właśnie Jamajka założyła ogródek. Uprawiała głównie zioła. Z ziół tych warzyła wywary. Oraz naparzała napary. I przyprawiała codzienne posiłki. Wiadomość o nowej czarownicy szybko rozniosła się po okolicy. I okazało się, ze jest bardzo duże zapotrzebowanie na jej usługi. Niby dwudziesty pierwszy wiek, niby nowoczesność, niby NFZ i ZUS, ale porządny wywar lub napar zawsze może się przydać. Tak przynajmniej uważali mieszkańcy Mrągowa i okolic. Jamajka bardzo szybko stała się niezależna ekonomicznie. Nie żeby tam od razu zamożna, ale jak to mówią, miała co do garnka włożyć i co do kufla wlać. I było jej z tym dobrze. Chociaż okazało się, że bycie wiedźmą ma też gorsze strony. To był festyn z okazji Dni Mrągowa. Jamajka stała w cieniu drzewa, popijała piwo i słuchała produkującej się na niewielkiej plenerowej scenie kapeli. Jednym uchem słuchała, bo dużo bardziej interesował ją to co działo się za jej plecami. 129

130 Dwóch młodzieńców, całkiem przystojnych, jak stwierdziła zerkając kątem oka, komentowało jej ubiór i urodę. Nie bardzo podobało jej się słownictwo, którego używali, ale ukryty w gąszczu niewybrednych określeń sens ich wypowiedzi sprawiał jej dużą przyjemność. To idę rzucił nagle jeden z komentatorów. Zagaję. Ty! Czekaj, czekaj zaoponował jego towarzysz. A to nie jest przypadkiem ta nowa wiedźma? Chyba tak, ale co z tego, dla mnie taka laseczka może być nawet wiedźmą. No, laseczka, żebyś się nie zdziwił. Ale że co? No wiedźma przecież! Ona ma pewnie ze sto lat. Albo i lepiej. Żartujesz? ten pierwszy jednak się zdziwił. A nie wygląda. To ten No Kamuflaż! Mówię ci, to stara raszpla. Brzydka i pomarszczona. Daj se lepiej spokój. I obaj młodzieńcy ruszyli na poszukiwanie innych, godnych zagajenia obiektów. W końcu festyn ma swoje prawa. A Jamajce zrobiło się przykro. I pomyślała, że może nadejść taka chwila, kiedy poczuje się bardzo, ale to naprawdę bardzo samotna. Bo wiecie, to nie zawsze prawda, że pozory mylą. Niektóre rzeczy są dokładnie takie na jakie wyglądają. A prawdziwa wiedźma potrafi, nawet bez kamuflażu, być piękną kobietą. Każdy rozwiedziony facet to przyzna. [Rozstajemy się z Jamajką. Nie na zawsze, z pewnością jeszcze nie raz pojawi się w tej opowieści. Ale póki co, czas wrócić do Yabolmana. Który ostatnio nie czuje się najlepiej.] 130

131 Epizod XXXI Yabolman i inwazja takich małych, puchatych, trochę podobnych do lemingów, tylko z większymi uszami. Tadeusz miał widzenie. Nie pierwszy już raz. Dawno temu, zanim jeszcze został superbohaterem, unikał odbycia zasadniczej służby wojskowej, popełnił kilka fatalnych błędów i wylądował w psychiatryku na trzymiesięcznej obserwacji. Wtedy widzenia miał regularnie. W każdy wtorek i piątek od szesnastej do osiemnastej trzydzieści. Ale tym razem było inaczej. Mistycznie. Prawdopodobnie. Dopijał właśnie czwarte winko, gdy nagle Jego ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Wszystkie członki zesztywniały. No, prawie wszystkie. Przerzedzony przez czas irokez stanął na sztorc i zaczął iskrzyć. Oczy zaś No cóż, właściwie to powinny błyszczeć białkami, ale lata spożywania hurtowych ilości tanich win zrobiły swoje i białka oczu Yabolmana były radośnie czerwone. Co w tej konkretnej sytuacji potęgowało jeszcze nastrój niesamowitości. A do tego wszystkiego zaczął lewitować. Niezbyt wysoko, ale zawsze. Nadchodzą wychrypiał złowieszczo. Marysia dopiero teraz zauważyła, że z jej towarzyszem dzieje się coś dziwnego. Z Yabolmanem bardzo często działo się coś dziwnego. Zdążyła przywyknąć i rzadko zwracała na to uwagę. Ale tym razem naprawdę się przestraszyła. Nadchoooodzą powtórzył Tadeusz. Jeszcze bardziej złowieszczo. Kto nadchodzi? zapytała Marysia. Bo obawa o ukochanego mężczyznę, choć jest bez wątpienia uczuciem silnym, nie ma szans w starciu ze zwykłą kobiecą ciekawością. Takie małe, puchate, trochę podobne do lemingów, tylko z większymi uszami. Skradają się bezszelestnie. Zeżrą wszystko na korku. Będą tutaj w środę, w południe. Dar wieszczenia nie jest w zasadzie niczym złym. Ludzie lubią wiedzieć, co ich czeka. Ale jeżeli proroctwo nie jest obietnicą tylko ostrzeżeniem, na dodatek ostrzeżeniem przed czymś groźnym i nieznanym, może spowodować wybuch paniki. Zwłaszcza gdy, tak jak w przypadku Tadeusza, wygłaszane jest w słoneczny lipcowy dzień na zatłoczonej plaży miejskiej. Wiesz Jabolku zagaiła Marysia, kiedy już gromady półnagich plażowiczów rozbiegły się z wrzaskiem we wszystkich kierunkach. W tym również w kierunku jeziora. tak się zastanawiam Jak właściwie wyglądają lemingi? Nie wiem. Nigdy żadnego nie widziałem. 131

132 Nadeszła środa. Marysia i Tadeusz siedzieli w pokoju i czekali na zbliżające się nieubłaganie południe. Ona paliła skręty i czytała jakąś powieść fantasy. On popijał wino i Właściwie to tylko popijał. Tadeusz był spokojny. Treść swojego proroctwa znał co prawda tylko z opowieści Marysi, ale wierzył w nie bez zastrzeżeń. Sobie miał nie wierzyć? Ale nie przejmował się wcale. Producenci jego ulubionych trunków do zabezpieczenia swoich produktów używali nie korka, tylko solidnych, aluminiowych kapsli. Yabolman nie miał więc powodów do zmartwień. Marysia natomiast nie wierzyła w żadne przepowiednie. Od czasu kiedy nie sprawdził się jej horoskop wydrukowany w Brawo Girl. Miała wtedy dwanaście lat i przeżyła głębokie rozczarowanie. A uraz pozostał jej już na zawsze. W swoim sceptycyzmie posunęła się do tego, że położyła na stole komplet nowiutkich korkowych podkładek. Było ich mnóstwo. Różnych kolorów i kształtów. Klasyczny biedronkowy zakup. Uważaj Jabolku mruczała zrzędliwie rozkładając podkładki. Te twoje wina strasznie wżerają się w blat. Nie da się tego doczyścić. Tadeusz uważał. Siedzieli zatem i czekali. I doczekali się. Zegar w przedpokoju zaczął wybijać południe. Dwanaście uderzeń wlokło się w nieskończoność. Beerwoman zatrzymała w płucach aromatyczny dym. Yabolman zastygł z uniesioną butelką. Zegar umilkł. No i już Marysia odetchnęła z ulgą. Widzisz, nic się nie stało. Widzę potwierdził Tadeusz i odstawił butelkę na stół. Stuknęła głucho o pusty blat. Ciąg dalszy, prawdopodobnie, nastąpi 132

133 Ekstra dodatek Uroczy zakątek historia Jamajki Osiedle na peryferiach wielkiego miasta. Kilkanaście, poustawianych dość przypadkowo, jedenastopiętrowych bloków. Prawie cała powierzchnia między blokami zalana betonem. Tu i ówdzie jakieś rachityczne drzewko w betonowej (jakżeby inaczej) donicy. Całość otoczona półtorametrowym ogrodzeniem. Betonowym. W sumie nic oryginalnego. Z wyjątkiem nazwy. Obdarzony specyficznym poczuciem humoru urbanista nazwał to wszystko Uroczym Zakątkiem. Nieźle. Nikt od lat nie używał oficjalnej nazwy. Mówiło się krótko: Uroczysko. Może dlatego, że mało kto poza tubylcami odważał się zapuszczać tu po zmroku. A może z powodu wszechobecnej atmosfery tajemniczości. I grozy. Albo ze względu na dziwne, często wręcz niewytłumaczalne zdarzenia, które na osiedlu były na porządku dziennym. Oraz nocnym. Właściwie nie wiadomo czemu. Niemniej jednak nazwa przyjęła się. I to do tego stopnia, że umieszczano ją nawet na planach miasta. BELLA Rudy miał prawie trzy lata. Był mądrym i doświadczonym szczurem. Ostrożnie obwąchiwał uchylone drzwi zsypu. Niby wiedział, że miejsce jest sprawdzone, zawsze pełne smakowitych kąsków i całkowicie bezpieczne, ale ostrożności nigdy za wiele. Oględziny wypadły pomyślnie. Żadnego niebezpieczeństwa. Rudy, popiskując radośnie, wbiegł do środka, coś chrupnęło nieprzyjemnie i zapadła cisza. Po chwili zaś rozległo się ciche splunięcie i miękki, kobiecy głos oznajmił: Nie no, to jednak nie to! STANISŁAW Stanisław od kilku tygodni obserwował tę dziewczynę. I sprawiało mu to niekłamaną przyjemność. Może i był martwy od ponad trzydziestu lat, ale wciąż potrafił docenić piękną kobietę. Wszystko mu się w niej podobało. Miała nie więcej niż dziewiętnaście lat. Długie, zawsze rozpuszczone włosy kruczoczarną kaskadą spływały jej na ramiona. Śliczna, cudownie piegowata buzia. Ogromne, piwne oczy. Mały, zgrabny nosek. Karminowe usta, pełne i zawsze lekko rozchylone, jakby zapraszające do pocałunku. Wspaniale wymodelowana przez naturę sylwetka. Naprawdę było co podziwiać. Ale najbardziej fascynowała go przedziwna, otaczająca dziewczynę aura. Nigdy jeszcze takiej nie widział. Mieniła się wszystkimi kolorami tęczy i pulsowała łagodnie. Od lat czekał na kogoś posiadającego taką aurę. Pewnie była wiedźmą. Albo medium. I to bardzo silnym medium. Chociaż najwyraźniej nie zdawała sobie z tego sprawy. Postanowił się ujawnić. Oboje na tym skorzystają. Ona dowie się czegoś o sobie. On, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nareszcie, po tylu latach... Tfu, na psa urok, żeby tylko nie zapeszyć. W piątek, trzynastego sierpnia, kiedy jak co dzień wsiadła do jego windy i wcisnęła guzik jedenastego piętra, wychynął ze ściany i najdelikatniej jak tylko potrafił, wyszeptał do kształtnego uszka: Dzień dobry. A kiedy już przestała wrzeszczeć i bezsensownie walić pięściami w drzwi kabiny, równie delikatnie zapytał: 133

134 Jak masz na imię, moje dziecko? Ja? Majka wyszeptała przerażona. Stanisław, bardzo mi przyjemnie. No, Jamajka, to pierwsze lody mamy przełamane. Przestań się trząść, dziewczyno. Oddychaj spokojnie. Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha. Słabym uśmiechem skwitowała jego niezbyt wysokiego lotu żart. Ale jednak uśmiechem. Pierwsze lody faktycznie zostały przełamane. Stanisław zatrzymał windę między piętrami. Porozmawiajmy... Przerwały mu dobiegające z parteru głośne złorzeczenia: Ten cholerny rupieć znowu się zepsuł. Znów utknął między piętrami. Szlag by trafił to pieprzone pudło... Okrzykom towarzyszyło kopanie w drzwi windy. To Nowaczek, ten spod sto jedenaście wyjaśniła Jamajka. Wiem. Stanisław rzeczywiście wiedział. Znał doskonale wszystkich lokatorów. Przynajmniej z widzenia. Może przejdziemy do mnie zaproponowała dziewczyna. Usiądziemy. Herbaty zaparzę. Spojrzała na swojego rozmówcę i dodała niepewnie Albo coś? Niestety, nie mogę opuścić szybu windy. Ale skoro już mowa o napojach... Dlaczego? zapytała Jamajka. Co: dlaczego? nie zrozumiał Stanisław. Dlaczego nie możesz opuścić szybu windy? To długa historia. Chętnie posłucham. I nieciekawa. Mimo wszystko Dziewczyna była uparta. Stanisław wyraźnie się speszył. Gdyby nie pewne oczywiste ograniczenia, pewnie by się zarumienił. Przez chwilę oglądał swoje widmowe paznokcie. Potem popatrzył na równie widmowe lakierki. Pomiętosił połę marynarki. Widmowej, oczywiście. Jamajka czekała. Wyglądało na to, że nie ustąpi. Nie miał wyjścia. Co prawda, jego plan tego nie przewidywał, ale jeśli chciał osiągnąć cel, musiał opowiedzieć swoją idiotyczną historię. Wiesz zaczął. Ja zginąłem w szybie tej windy. Dlatego muszę nawiedzać to miejsce. Dopóki ten cholerny wieżowiec nie obróci się w perzynę. Jak to się stało? spytała ze współczuciem. Niby wiedziała, że facet nie żyje. W końcu był duchem. Ale teraz, kiedy powiedział o tym głośno, zrobiło się jej przykro. I smutno. Co wcale nie zmniejszyło jej ciekawości. Byłem jednym z budowniczych tego bloku. Fachowcem od wind. Kończyliśmy właśnie robotę. Stałem na ósmym piętrze. Przykręciłem ostatnią tabliczkę, wiesz, taką z napisem: Przed wejściem do windy upewnij się, że za drzwiami znajduje się kabina dźwigu. A potem otworzyłem drzwi i wszedłem. Tylko, że winda była piętro wyżej. Spadłeś, biedaku? Nie. Udało mi się przytrzymać krawędzi podłogi. Samymi czubkami palców. Myślę sobie: Długo nie wytrzymam. Zacząłem krzyczeć. Ratunku i takie tam. Trochę kląłem, trochę płakałem. Wreszcie słyszę z parteru: Już lecę, panie majster. To Waluś, mój pomocnik. Nie zdążył? Może by i zdążył... Początkowo miałem mu to za złe. Ale przez te wszystkie lata przemyślałem to i owo. I wybaczyłem mu. Ba, doszedłem do wniosku, że na jego miejscu zrobiłbym to samo. Ale co? Co zrobił ten cały Waluś? Ściągnął windę. O rany! jęknęła Jamajka. 134

135 No, żebyś chciała wiedzieć. Wszędzie było mnie pełno. I tak już zostałem. Tkwię w tym szybie od siedemdziesiątego trzeciego. Biedaku. No wiesz, w sumie nie jest tak źle. Uwierz mi, są gorsze miejsca. Tyle, że... Zamilkł wyraźnie zakłopotany. Mówić, czy nie? W końcu po to się przecież pokazał. Odkąd umarłem, strasznie mi się chce pić. Gdybyś mogła? Oczywiście dziewczyna sięgnęła do plecaka mam wodę mineralną. Mineralną! Stanisław prychnął. Nie wyszło mu to najlepiej. Pewnie dlatego, że praktycznie, jak by to powiedzieć, nie miał warg. To znacznie osłabiło moc prychnięcia. Ale i tak zabrzmiało ono nad wyraz pogardliwie. No co? obruszyła się Jamajka. Niegazowaną. Nie wytrzymał. Wódki jęknął. Jęczenie wychodziło mu dużo lepiej niż prychanie. Od trzydziestu sześciu lat kropli wódki w ustach nie miałem. Co nie powinno dziwić, skoro, jako się rzekło, nie miał w zasadzie ust. Ale czy można wymagać logiki od zrozpaczonego i na dodatek spragnionego ducha? Litości... jęczał dalej. Jak potępieniec. Proszę... Chociaż sto gram... rozkleił się zupełnie. Aż przykro było patrzeć. I słuchać. No dobrze już, dobrze Jamajka chciała poklepać go krzepiąco po plecach, ale w sumie tak sobie tylko machnęła ręką. Trzeba było tak od razu. Zaraz przyniosę. Powinnam mieć jeszcze trochę w lodówce. Od sylwestra zostało. Stanisław zmartwiał. Jeszcze bardziej. Od sylwestra? Sierpień przecież jest. Goście zostawili. A potem jakoś nie było okazji bąknęła dziewczyna. Zresztą, ja wódki nie piję! Nie pijesz? zmartwił się duch. Oj, to niedobrze. No właśnie. Powącham tylko i zaraz mi niedobrze. Nie o to chodzi... Bo widzisz, ja przecież sam nie wypiję. Kieliszka nawet nie dam rady podnieść. Myślałem, że może ty... Podniosę? Nie. Wypijesz. A potem wejdziesz do windy i nachuchasz. Wtedy mógłbym to wchłonąć. Tak jakbym sam wypił. Popatrzył na nią błagalnie. Oczy miał jak kot ze Shreka. Tylko troszkę przezroczyste. Jamajka czuła, że mięknie. W końcu co jej szkodzi. Najwyżej ją zemdli. Ludziom trzeba pomagać. A Stanisław był przecież człowiekiem. Przynajmniej kiedyś był. No dobrze. Spróbuję. Winda ruszyła ze zgrzytem i przeraźliwie trzeszcząc dojechała na jedenaste piętro. Jamajka odetchnęła głęboko. To ja idę. To ja czekam. Głos Stanisława ociekał wprost nadzieją. Z małą domieszką zniecierpliwienia. Weszła do mieszkania. Nie wąchaj! doleciało ją jeszcze od windy. Zatkaj nos. I na wszelki wypadek zamknij oczy! No cóż, to mogło się udać. Najpierw zajrzała do łazienki. Wzięła klamerkę do bielizny i poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę i wyjęła butelkę. Duża. Ledwie napoczęta. Przeczytała etykietę. Finlandia Vodka, Redberry, 0,75 l, 40%. Kieliszek jakiś? Nie, po cholerę. Lepiej ciach! i po bólu. Sięgnęła po szklankę i napełniła ją prawie po sam brzeg. Założyła na nos klamerkę i upiła pierwszy łyk. To nawet nie było takie złe. Troszeczkę szczypało w gardło, ale za to przyjemnie rozgrzewało żołądek. Pociągnęła jeszcze łyczek. I jeszcze. Czuła rozkoszne ciepełko i delikatne mrowienie w całym ciele. Zdjęła klamerkę i ostrożnie 135

136 powąchała zawartość szklanki. Pachniało też w sumie nie najgorzej. No, może nie tak ładnie jak konwalie, ale dało się wytrzymać. Jednym haustem opróżniła szklankę. Powtórzyła. Powtórzyła jeszcze raz. Wyrzuciła pustą butelkę do kubła i dziarskim krokiem pomaszerowała do windy. Stanisław był wniebowzięty. Nie dosłownie, ma się rozumieć. Spełniłam dobry uczynek myślała Jamajka, pełznąc na czworakach do mieszkania. Kiedy zasypiała na podłodze w przedpokoju, słyszała jeszcze dobiegające z korytarza, gromkie:...do zielooooonego!. Jakże miło jest uszczęśliwiać innych. ZNOWU BELLA Panter skradał się ostrożnie. Zawsze był ostrożny. Masz może siedem żyć, lecz tylko jedną rzyć mawiała jego matka, kiedy był jeszcze małym kociakiem. Wziął sobie te słowa głęboko do serca i nigdy nie ryzykował bez potrzeby. Ale dzisiaj był głodny. Bardzo głodny. A w głębokim cieniu między garażami coś się przed chwilą poruszyło. Coś, co wyglądało jak wyjątkowo duży nietoperz. Panter nie przepadał za nietoperzami, ale w końcu posiłek to posiłek. Nie zawsze można grymasić. Na chwilę przywarł do ziemi. A potem jeden długi skok i zniknął w mroku. Najpierw dało się słyszeć głuche uderzenie, później dźwięk dartego futerka i zapadła cisza. A jeszcze później wyraźnie zniesmaczony, ale nadzwyczaj atrakcyjny damski głos oświadczył: Fuj! Łe! Koty to dranie. EROTOMAN ROMAN Jamajka zakręciła wodę i odwiesiła słuchawkę prysznica. Wciąż jednak słyszała kapanie. Niezbyt głośne i takie jakie jakby mlaszczące. Odwróciła się powoli. Na środku łazienki stał nie znany jej duch (to znaczy, nie Stanisław), wytrzeszczał gały i ektoplazmił prosto na jej ukochany dywanik w niezapominajki. Gdyby był żywy, pewnie by się ślinił. I pewnie robiłby to równie obleśnie. Nawet się nie przestraszyła. Z duchami jest tak, jak z filmami ze Stevenem Seagalem. Jeśli widziałeś jeden, to jakbyś widział wszystkie. Sięgnęła po ręcznik, żeby zasłonić co bardziej newralgiczne części swojego bajecznego ciała. Nie zdążyła. Duch zawył upiornie, rozczapierzył ręce i rzucił się w jej kierunku. A potem przeniknął przez nią i zniknął w ścianie. O rajutku pomyślała zszokowana. Przeleciał mnie! Jamajka była nieco staroświecka i pomimo swoich dziewiętnastu (prawie) lat, wciąż pozostawała dziewicą. Owszem, zastanawiała się czasem, jak będzie wyglądał ten pierwszy raz. Myślała o romantycznej kolacji. Koniecznie przy świecach. O nastrojowej muzyce, w miarę możliwości rockowej. Nie miała sprecyzowanego wyobrażenia przyszłego partnera. Ale aż do tej pory zakładała, że będzie żywy. Do głowy jej nawet nie przyszło, że może być inaczej. No i była przekonana, że całość potrwa jednak nieco dłużej niż ułamek sekundy. Cudownie miało być! A tu co? Nieprzyjemny, metaliczny posmak w ustach i delikatne swędzenie między łopatkami. Jak po ukłuciu komara. Czuła się zbrukana. I mocno rozczarowana. W fatalnym nastroju pomaszerowała spać. Obudziła się krótko przed świtem. Z niejasnym uczuciem, że coś nie gra. Otworzyła oczy i zobaczyła unoszącego się pod sufitem wyłupiastookiego gwałciciela. Zanim zdążyła zareagować, krzyknął coś bełkotliwie i runął w dół. Błyskawicznie przemknął przez nią, przez łóżko i wsiąknął w podłogę. Kolejne dni były dla Jamajki prawdziwą mordęgą. Duch atakował bezustannie. Wyłaniał się nagle z szafy, spod stołu, wyskakiwał ze ścian, z sufitu, a bywało, że i z podłogi. Nawet 136

137 otwierając lodówkę, nie mogła czuć się bezpiecznie. Pytała o niego Stanisława, ale ten pokiwał tylko współczująco głową i stwierdził: Nie znam człowieka. Wreszcie miała dosyć. Mam dość wrzasnęła widząc wyłaniającą się z muszli klozetowej głowę. Wystarczy. Stop. O dziwo, posłuchał. Zatrzymał się i patrzył na nią. Kim ty właściwie jesteś? zapytała podciągając majteczki i poprawiając spódniczkę. Jestem wesoły Romek. To dlaczego plączesz się po moim mieszkaniu, zamiast siedzieć w domku na przedmieściu? Nie zrozumiał. Widocznie nie oglądał Misia. Może byśmy porozmawiali chwilę zaproponowała Jamajka. Po co? No cóż, ostatnio wiele nas łączy zarumieniła się dziewczyna. Chyba powinniśmy się poznać trochę... Po co? Wkurzyła się. Posłuchaj, łapserdaku! Pojawiasz się, kiedy chcesz, skąd chcesz, robisz, co chcesz, i znikasz. Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia. I jakieś przeprosiny. No, może jeszcze kwiaty przyniosę... Przesadził. Przesadziłeś. Wystarczy tego dobrego. Dzwonię po egzorcystę. Nie, tylko nie egzorcysta! Przepraszam! Już nie będę! I rozbeczał się. Jamajka, jak to już było wspomniane, miała miękkie serce. Popatrzyła na wciąż wystającą z kibelka głowę Romana. Wyglądał żałośnie. Dobra westchnęła. Wyłaź. Pogadamy. Pogadali. Okazało się, że Roman, za życia, wcale nie był złym człowiekiem. Wprost przeciwnie. Był delikatnym i bardzo wrażliwym chłopcem. Nieco nawet, jak to się w jego czasach mówiło, zahukanym. Dopiero po śmierci się rozzuchwalił. Jego ulotność zapewniała mu bezkarność. A że wcześniej nie miał śmiałości do kobiet, po śmierci używał sobie w najlepsze. Chociaż, po prawdzie, niewiele się zmieniło. Kobiety dalej go nie zauważały. Czasem tylko wzdrygały się, gdy przez nie przenikał. Aż trafił na Jamajkę. Ty, a powiedz, kochasiu, jak tyś właściwie zginął? Mieszkałem tutaj w latach siedemdziesiątych. Co wieczór podglądałem sąsiadkę z dziesiątego. I któregoś dnia za bardzo wychyliłem się z balkonu. Zrobiło się jej żal tego niewyżytego ofermy. Ale nie na tyle, żeby pozwolić, by wyżywał się właśnie na niej. Musiał być jakiś inny sposób. I rzeczywiście był. Wspólnie znaleźli rozwiązanie. Jamajka zostawiała na noc włączony telewizor i puszczała jakiegoś niemieckiego pornusa na DVD, a Roman dał jej spokój. Pojawiał się tylko, gdy go zawołała. Czytała mu na głos Pratchetta, a on opowiadał jej stare dowcipy. I oboje byli zadowoleni. To miłe, kiedy ludzie są zadowoleni. Nawet jeśli, przypadkiem, nie żyją od wielu lat. DANIEL To był jeden z tych dni, kiedy nic się nie układa. Rano zaspał. Do pracy się wprawdzie nie spóźnił, ale nie zdążył zjeść śniadania i pół dnia chodził głodny. I jeszcze szef go ochrzanił bez powodu. A w autobusie jakiś {tu było: cierpiący na chorobę lokomocyjną, ale to chyba nie jest konieczne} dzieciak zwymiotował mu na nowiutkie adidasy. Bo ustąpił miejsca staruszce. Gdyby był chamem, gówniarz obrzygałby starszą panią. Potem też było fatalnie. Szkoda nawet gadać. I jeszcze na koniec pies go pogryzł. Olbrzymie bydlę. Wilczur chyba. Pod samym domem. Lewisy do wyrzucenia. 137

138 Przemył ranę wodą utlenioną i zakleił plastrem. Zagoiło się po dwóch dniach. Nawet się zdziwił, że tak szybko. A potem zapomniał. Aż do pierwszej pełni. CIEŃ WIELKIEJ GÓRY Młody Indianin modlił się żarliwie. Przyzywał swojego ducha opiekuńczego. Już od trzech dni. A ten nie przybywał. Dlaczego? Przecież tak dokładnie się przygotował. Wielka Góra był Indianinem już prawie pół roku. Wszystkie procedury znał na pamięć. Wszystkie modlitwy również. Całymi tygodniami grzebał w Internecie, aż wreszcie skompletował pełen zestaw potrzebnych gadżetów. Zdobył strój indiański. Oryginalny, sądząc po metkach. Specjalne kościane nożyki do nakłuwania ciała. Przerażała go konieczność okaleczania się, ale wyczytał u Szklarskiego, że to ważny element obrzędu inicjacji. Na zamówione zioła czekał prawie trzy tygodnie. Palone w oryginalnej fajce, którą nabył przypadkiem na pchlim targu, wydzielały cudowny aromat i wprowadzały w stan radosnego uniesienia. Wszystko było więc jak trzeba, tylko duch opiekuńczy nie chciał się pojawić. Może to dlatego myślał Wielka Góra że jestem biały? Ale przecież serce mam czerwone! Chociaż momentami ogarniało go silne zwątpienie, postanowił nie poddawać się i próbować do skutku. I wreszcie, nad ranem czwartego dnia, jego wysiłki zostały nagrodzone. Kłęby wydmuchiwanego z fajki dymu przestały się rozwiewać. Zgromadziły się na środku pokoju i powoli przybrały kształt... No właśnie. Coś jakby wielki chomik nie chomik, zając nie zając, siedziało na środku pokoju i śmiesznie poruszając noskiem, patrzyło na Wielką Górę. Wyzywająco. Przepraszam, ale co ty właściwie jesteś? zapytał zaskoczony biały Indianin. Tylko nie co! Tylko nie co! wrzasnęło zwierzątko. Duchem jestem. Opiekuńczym. Twoim. Wzywałeś mnie przecież. Ale ty wyglądasz jak zając. Tylko nie masz takich uszu! Zając? Ty widziałeś kiedyś zająca? Jestem świstakiem. Świstakiem? Wielka Góra nie krył rozczarowania. Świstak ci się nie podoba? A czegoś się spodziewał? Niedźwiedzia? No, szczerze mówiąc... Gdyby pojawił się niedźwiedź, mógłby mnie obdarować swoją siłą. Orzeł dałby mi odwagę. Sowa mądrość. Ale świstak? Co mi może ofiarować świstak? Duch opiekuńczy milczał. Patrzył na młodego Indianina i coraz szybciej poruszał noskiem. Właściwie odezwał się po chwili powinienem się obrazić i odejść. Nie zrobię tego, bo znam swoje obowiązki. Może nie jestem zbyt silny. Ani odważny. Ale głupi też nie jestem. Mogę cię nauczyć wielu pożytecznych rzeczy. Na przykład? spytał Wielka Góra uśmiechając się drwiąco. Jednakże w jego głosie zaczynała pobrzmiewać nadzieja. No nie wiem Świstak się zastanawiał. Latać na przykład! Chciałbyś? Lewitować? Unosić się nad ziemią? Jakie tam lewitować. Normalnie latać. Jak jakiś cholerny jastrząb. Czy inna sikorka. Naprawdę? Wielka Góra aż podskoczył z podekscytowania. Naprawdę mógłbyś? A coś ty myślał? W końcu jestem duchem opiekuńczym, nie? Może wyglądam niepozornie, ale mam swoje dojścia. Nie takie rzeczy się załatwiało. Następną godzinę spędzili w kuchni. Przygotowując magiczną maść. Składała się głównie z masła i różnych przypraw, których Wielka Góra jako wytrawny smakosz (choć niektórzy nazywali go po prostu żarłokiem) posiadał przemysłowe wręcz ilości. Po godzinie młodzieniec rozebrał się do naga, natarł całe ciało pachnącą apetycznie mazią i powtórzywszy za świstakiem słowa zaklęcia, wyskoczył przez okno. Przyznać trzeba, że leciał. I to nawet dość długo. W końcu, z jedenastego piętra do ziemi jest jednak kawał drogi. 138

139 Duch opiekuńczy poruszył jeszcze kilka razy noskiem, rozejrzał się po mieszkaniu i stwierdziwszy, że nic tu po nim, zaczął się rozwiewać. Z tracących powoli kształt kłębów dymu dobiegło jeszcze pogardliwe: Świstak mu się, kurwa, nie podoba. Idiota. I tak właśnie, w tym oknie Wielka Góra wskazał palcem a właściwie tuż za nim, kończy się moja smutna historia. Jamajka ukryła twarz w dłoniach. Jej kształtne ramiona drżały przez chwilę. Ale udało jej się opanować. Naprawdę... Smutne... wydusiła z trudem. Ale nadal nie wiem, czego oczekujesz ode mnie... Eee... Możesz mi mówić Przemek. Teraz to już i tak nie ma znaczenia. Tak więc, Przemku, co właściwie mogę dla ciebie zrobić? Jamajka bowiem, jak to już było wspomniane, czuła się w obowiązku pomagać wszystkim pokrzywdzonym przez los istotom. A biedny Przemek ewidentnie mieścił się w tej kategorii. Wiesz, tak sobie pomyślałem... Gdyby ten świstak kiedyś tu wrócił... Gdybyś go przypadkiem spotkała... Czy mogłabyś przekazać mu ode mnie kilka słów? Oczywiście! Co tylko zechcesz. Wielka Góra pochylił się do ucha Jamajki i szeptał przez chwilę. O rajutku! szepnęła dziewczyna. I spłonęła uroczym rumieńcem. Aż tak? Ale przecież to jest chyba fizycznie niemożliwe? Podobno dla ducha opiekuńczego nie ma rzeczy niemożliwych krzyknął cień Indianina i zniknął. A Jamajka odczekała jeszcze chwilę i wybuchnęła długo tłumionym, szczerym śmiechem. Bo można mieć złote serce, ale każda wytrzymałość ma swoje granice. SĄSIADKI I popatrz no pani, pani Madalińska kochana, ta mała z jedenastego... Jak się wprowadzała, niepozorna taka, skromniutka, do trzech nie zliczy, wydawało się. A teraz... Co teraz, pani Gadalińska złociutka, no co? A co to, pani Madalińska kochana, oczów pani nie posiadasz? Uszy pani gnojem zarośli? Nic pani nie widzisz... Nic nie słyszysz... Tylko nie gnojem, pani Gadalińska złociutka. Tylko nie gnojem. U ralyngologa dopierutko co byłam i słuch mam niezgorszy. A do okulisty wiesz pani, jakie kolejki tera, to i dziwić się nie ma co, że człowiek nie wszystko dojrzy. A pewnie, pewnie, pani Madalińska kochana, jakbym w pani wieku była, też bym ino po lekarzach biegała, o bożym świecie nie wiedząc. Pani mi tu, pani Gadalińska złociutka, z kalendarzem nie wyjeżdżaj, tylko opowiadaj względem tej małej. A no właśnie, pani Madalińska kochana, a no właśnie. Mówiła mi Kazia... Ta co w monopolowym robi? Ta właśnie. Mówiła mi, że to niebożątko co piątek krówkę gorzały u niej kupuje. Krówkę? A po co jej to? Ja tam, pani Madalińska kochana, nie wiem, po co samotna panienka tyle gorzałki co tydzień nabywa, ale do zlewu pewnikiem tego nie wylewa. No grzech by to był, pani Gadalińska złociutka. Grzech. Ano właśnie. A moja Baśka, która w tem całem beweryhilsie filmy ludziom pożycza, przysięgała, że to niewiniątko nic, jeno pornuszy bierze. Pornuszy? Co też pani mówisz, pani Gadalińska złociutka? Skarz mnie Bóg, jeśli choć słowo zełgałam, pani Madalińska kochana. Skarz mnie Bóg. No popatrz pani, pani Gadalińska złociutka, jaki nam się chwast pod samemi oknami zaplenił. Zdzira! 139

140 I pijaczka, pani Madalińska kochana. I pijaczka. A pewnie, pani Gadalińska złociutka. A pewnie. Bo każda zdzira to pijaczka. Dzień dobry paniom ukłoniła się grzecznie przechodząca obok szepcących sąsiadek Jamajka. A dzień dobry, kochanie, dzień dobry. Co to, po szkole już? Popatrz no pani, pani Madalińska kochana, jaką porządną młodzież dzisiej mamy. Nic jeno tylko cięgiem nauka i nauka... Jamajka uśmiechnęła się zakłopotana i skinąwszy lekko głową, zniknęła w czeluściach klatki schodowej. A sąsiadki wróciły do przerwanej, jakże zajmującej rozmowy. I mówiła mi jeszcze ta Goździkowa z dziesiątego... Ta, co ją stale i wciąż głowa boli? Ta sama. Mówiła mi, że u tej małej nocami dziwne głosy słychać. A to stukania jakieś, a to chroboty, a to jęki straszne. Jęki powiadasz pani, pani Gadalińka złociutka. Zdzira! Kurew! I pijaczka, pani Madalińska kochana. I pijaczka. Bo każda kurew to... JESZCZE RAZ BELLA Łysy, nawalony jak stodoła po żniwach, wracał do domu. Noc była ciemna, żadna latarnia nie rozświetlała osiedlowych mroków. To akurat Łysego nie dziwiło. W końcu sam systematycznie tłukł wszystkie żarówki. Nie bał się wędrować po ciemku przez osiedle. To jego się bali. Szedł sobie malowniczym zygzakiem i wrzeszczał słowa ulubionej piosenki: Ja jestem tygrysem w betonowej dżungli... Jeszcze tylko kilka kroków i będzie na miejscu. A tam w lodóweczce czeka na niego dobrze schłodzony browarek na dobranoc. Oraz jego ukochana perkusja. Kwadrans ćwiczeń i spać. Był bowiem nadzwyczaj sumienny i ćwiczył codziennie po powrocie do domu. Bez względu na to, w jakim stanie i o której godzinie wracał. Sąsiadom to nie przeszkadzało. A przynajmniej nigdy się nie skarżyli. Łysy skręcił za róg wieżowca i zatrzymał się jak wryty. Potrząsnął ogoloną głową i przetarł oczy. Przed nim, oparta plecami o osiedlowy trzepak, stała dziewczyna. Golutka. I niezwykle atrakcyjna. Fakt, była przeraźliwie chuda. I blada jakaś taka. I cycuszki miała maleńkie. Ale była goła. I to właściwie wystarczało, aby sklasyfikować ją jako niebywale pociągającą. Dobry wieczór, Tygrysku zamruczała i przeciągnęła się. Lubieżnie. A potem wyciągnęła rękę i pokiwała na niego chudziutkim paluszkiem. Chodź do Belluni, Bella chce się bawić. Mrau! Łysy poczuł, jak cała krew odpływa mu z mózgu i radośnie bulgocząc przemieszcza się w niżej położone rejony ciała. Błyskawicznie zerwał z siebie dres i ruszył w stronę Belli. Przez przesłaniającą szybko oczy czerwoną mgłę dostrzegł błysk pazurów. O żeż kurwa, ale tipsy zdążył jeszcze pomyśleć. I była to jego ostatnia myśl. A potem zapadła cisza. Przerywana jedynie niezbyt głośnym chłeptaniem i pełnymi zachwytu okrzykami: Pycha! Nareszcie! O, jest nawet słomka! W MIARĘ SZCZĘŚLIWE ZAKOŃCZENIE Z czasem Jamajce udało się osiągnąć własną, małą stabilizację. Nie piła już wódki ze Stanisławem. Raz w miesiącu kupowała pół litra spirytusu i w każdy piątek wylewała setkę na podłogę windy. Spirytus parował szybko, a Stanisław chłonął opary pełną piersią. Metaforycznie, ma się rozumieć. Erotoman Roman, jak się okazało, też wcale nie potrzebował pornoli. Na dłuższą metę wystarczyło mu zdjęcie Pameli Anderson z rozkładówki Playboya. Przyklejone na tylnej ścianie szafy. Świstak się nie pokazywał. Wielka Góra zaglądał czasami, ale nigdy nie zabawiał długo. 140

141 Owszem, od czasu do czasu pojawiały się jakieś duchy, prosząc o drobne przysługi, ale Jamajce to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, była zadowolona, że może pomóc. Lubiła czuć się potrzebna. A przy okazji udało się jej porozmawiać z nieżyjącym od lat stryjem Euzebiuszem. A na Uroczysku życie toczyło się swoim torem. Pojawiły się co prawda jakieś plotki o grasujących na osiedlu bestiach, ale mieszkańcy zbywali je wzruszeniem ramion. W końcu spotkanie z wampirem czy nawet wilkołakiem nie było najgorszym, co mogło się człowiekowi przydarzyć w Uroczym Zakątku. 141

142 ZAGAJENIE 3 EPIZOD I 4 EPIZOD II 7 EPIZOD III 10 EPIZOD IV 13 EPIZOD V 14 EPIZOD VI 18 EPIZOD VII 22 EPIZOD VIII 25 EPIZOD IX 28 EPIZOD X 34 EPIZOD XI 40 EPIZOD XII 44 EPIZOD XIII 48 EPIZOD XIV 51 EPIZOD XV 55 EPIZOD XVI 58 EPIZOD XVII 63 EPIZOD XVIII 65 EPIZOD XIX 69 EPIZOD XX 72 EPIZOD XXI 77 EPIZOD XXII 85 EPIZOD XXIII 88 EPIZOD XXIV 92 EPIZOD XXV 96 EPIZOD XXVI 103 EPIZOD XXVII 110 EPIZOD XXVIII 115 B O N U S 119 EPIZOD XXIX 120 EPIZOD XXX 125 EPIZOD XXXI 131 EKSTRA DODATEK

I Komunia Święta. Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku

I Komunia Święta. Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku I Komunia Święta Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku Ktoś cię dzisiaj woła, Ktoś cię dzisiaj szuka, Ktoś wyciąga dzisiaj swoją dłoń. Wyjdź Mu na spotkanie Z miłym powitaniem, Nie lekceważ znajomości

Bardziej szczegółowo

KATARZYNA POPICIU WYDAWNICTWO WAM

KATARZYNA POPICIU WYDAWNICTWO WAM KATARZYNA ŻYCIEBOSOWSKA POPICIU WYDAWNICTWO WAM Zamiast wstępu Za każdym razem, kiedy zaczynasz pić, czuję się oszukana i porzucona. Na początku Twoich ciągów alkoholowych jestem na Ciebie wściekła o to,

Bardziej szczegółowo

Przedstawienie. Kochany Tato, za tydzień Dzień Ojca. W szkole wystawiamy przedstawienie. Pani dała mi główną rolę. Będą występowa-

Przedstawienie. Kochany Tato, za tydzień Dzień Ojca. W szkole wystawiamy przedstawienie. Pani dała mi główną rolę. Będą występowa- Przedstawienie Agata od kilku dni była rozdrażniona. Nie mogła jeść ani spać, a na pytania mamy, co się stało, odpowiadała upartym milczeniem. Nie chcesz powiedzieć? mama spojrzała na nią z troską. Agata

Bardziej szczegółowo

Izabella Mastalerz siostra, III kl. S.P. Nr. 156 BAJKA O WARTOŚCIACH. Dawno, dawno temu, w dalekim kraju istniały następujące osady,

Izabella Mastalerz siostra, III kl. S.P. Nr. 156 BAJKA O WARTOŚCIACH. Dawno, dawno temu, w dalekim kraju istniały następujące osady, Laura Mastalerz, gr. IV Izabella Mastalerz siostra, III kl. S.P. Nr. 156 BAJKA O WARTOŚCIACH Dawno, dawno temu, w dalekim kraju istniały następujące osady, w których mieszkały wraz ze swoimi rodzinami:

Bardziej szczegółowo

Bangsi mieszkał na Grenlandii. Ogromnej, lodowatej

Bangsi mieszkał na Grenlandii. Ogromnej, lodowatej Bangsi mieszkał na Grenlandii. Ogromnej, lodowatej wyspie, białej jak jego futerko. Pewnego wieczoru miś usiadł na górce i patrzył przed siebie. To, co podziwiał, było niebieskie i pełne gwiazd. Miś nie

Bardziej szczegółowo

Kocham Cię 70 sekund na minutę, 100 minut na godzinę, 40 godzin na dobę, 500 dni w roku...

Kocham Cię 70 sekund na minutę, 100 minut na godzinę, 40 godzin na dobę, 500 dni w roku... Wyznania Wyznania Kocham Cię 70 sekund na minutę, 100 minut na godzinę, 40 godzin na dobę, 500 dni w roku... Wolę być chwilą w Twoim życiu niż wiecznością w życiu innej!!! Nie wiem, czy chcesz ze mną chodzić,

Bardziej szczegółowo

Copyright 2015 Monika Górska

Copyright 2015 Monika Górska 1 Wiesz jaka jest różnica między produktem a marką? Produkt się kupuje a w markę się wierzy. Kiedy używasz opowieści, budujesz Twoją markę. A kiedy kupujesz cos markowego, nie zastanawiasz się specjalnie

Bardziej szczegółowo

BEZPIECZNY MALUCH NA DRODZE Grażyna Małkowska

BEZPIECZNY MALUCH NA DRODZE Grażyna Małkowska BEZPIECZNY MALUCH NA DRODZE Grażyna Małkowska spektakl edukacyjno-profilaktyczny dla najmłodszych. (Scenografia i liczba aktorów - zależne od wyobraźni i możliwości technicznych reżysera.) Uczeń A - Popatrz

Bardziej szczegółowo

Taniec pogrzebowy. Autor: Mariusz Palarczyk. Cmentarz. Nadjeżdża karawan. Wysiadają 2 osoby: WOJTEK(19 lat) i ANDRZEJ,(55 lat) który pali papierosa

Taniec pogrzebowy. Autor: Mariusz Palarczyk. Cmentarz. Nadjeżdża karawan. Wysiadają 2 osoby: WOJTEK(19 lat) i ANDRZEJ,(55 lat) który pali papierosa Taniec pogrzebowy Autor: Mariusz Palarczyk Cmentarz. Nadjeżdża karawan. Wysiadają 2 osoby: (19 lat) i,(55 lat) który pali papierosa Spogląda na puste miejsce na trumnę Szefie, tutaj? Ta, tutaj. Rzuca papierosa

Bardziej szczegółowo

to jest właśnie to, co nazywamy procesem życia, doświadczenie, mądrość, wyciąganie konsekwencji, wyciąganie wniosków.

to jest właśnie to, co nazywamy procesem życia, doświadczenie, mądrość, wyciąganie konsekwencji, wyciąganie wniosków. Cześć, Jak to jest, że rzeczywistość mamy tylko jedną i czy aby na pewno tak jest? I na ile to może przydać się Tobie, na ile to może zmienić Twoją perspektywę i pomóc Tobie w osiąganiu tego do czego dążysz?

Bardziej szczegółowo

s. Adriana Miś CSS Mały Ogrodnik Opowiadania o owocach Ducha Świętego Wydawnictwo WAM

s. Adriana Miś CSS Mały Ogrodnik Opowiadania o owocach Ducha Świętego Wydawnictwo WAM s. Adriana Miś CSS Mały Ogrodnik Opowiadania o owocach Ducha Świętego Wydawnictwo WAM s. Adriana Miś CSS Mały Ogrodnik Opowiadania o owocach Ducha Świętego Wydawnictwo WAM Nierówna walka Tego dnia Ogrodnik

Bardziej szczegółowo

Kto chce niech wierzy

Kto chce niech wierzy Kto chce niech wierzy W pewnym miejscu, gdzie mieszka Bóg pojawił się mały wędrowiec. Przysiadł na skale i zapytał: Zechcesz Panie ze mną porozmawiać? Bóg popatrzył i tak odpowiedział: mam wiele czasu,

Bardziej szczegółowo

Szczęść Boże, wujku! odpowiedział weselszy już Marcin, a wujek serdecznie uściskał chłopca.

Szczęść Boże, wujku! odpowiedział weselszy już Marcin, a wujek serdecznie uściskał chłopca. Sposób na wszystkie kłopoty Marcin wracał ze szkoły w bardzo złym humorze. Wprawdzie wyjątkowo skończył dziś lekcje trochę wcześniej niż zwykle, ale klasówka z matematyki nie poszła mu najlepiej, a rano

Bardziej szczegółowo

Hektor i tajemnice zycia

Hektor i tajemnice zycia François Lelord Hektor i tajemnice zycia Przelozyla Agnieszka Trabka WYDAWNICTWO WAM Był sobie kiedyś chłopiec o imieniu Hektor. Hektor miał tatę, także Hektora, więc dla odróżnienia rodzina często nazywała

Bardziej szczegółowo

Ziemia. Modlitwa Żeglarza

Ziemia. Modlitwa Żeglarza Ziemia Ziemia, którą mi dajesz, nie jest fikcją ani bajką, Wolność którą mam w Sobie Jest Prawdziwa. Wszystkie góry na drodze muszą, muszą ustąpić, Bo wiara góry przenosi, a ja wierzę Tobie. Ref: Będę

Bardziej szczegółowo

Spacer? uśmiechnął się zając. Mógłbyś używać nóg do bardziej pożytecznych rzeczy.

Spacer? uśmiechnął się zając. Mógłbyś używać nóg do bardziej pożytecznych rzeczy. Zając wychodził z siebie ze złości i krzyczał: Biegniemy jeszcze raz, jeszcze raz wkoło! Nie ma sprawy, odparł jeż, Ile razy masz ochotę. Biegał więc zając siedemdziesiąt trzy razy, a jeż ciągle dotrzymywał

Bardziej szczegółowo

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Cuda Pana Jezusa

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Cuda Pana Jezusa Biblia dla Dzieci przedstawia Cuda Pana Jezusa Autor: Edward Hughes Ilustracje: Byron Unger; Lazarus Redakcja: E. Frischbutter; Sarah S. Tłumaczenie: Katarzyna Gablewska Druk i oprawa: Bible for Children

Bardziej szczegółowo

HISTORIA WIĘZIENNEGO STRAŻNIKA

HISTORIA WIĘZIENNEGO STRAŻNIKA HISTORIA WIĘZIENNEGO STRAŻNIKA Tekst biblijny: Dz. Ap. 16,19 36 Tekst pamięciowy: Dz. Ap. 16,31 ( ) Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony, ty i twój dom. Bóg chce, abyś uwierzył w Jego Syna, Jezusa

Bardziej szczegółowo

Bóg Ojciec kocha każdego człowieka

Bóg Ojciec kocha każdego człowieka 1 Bóg Ojciec kocha każdego człowieka Bóg kocha mnie, takiego jakim jestem. Raduje się każdym moim gestem. Alleluja Boża radość mnie rozpiera, uuuu (słowa piosenki religijnej) SŁOWA KLUCZE Bóg Ojciec Bóg

Bardziej szczegółowo

Liczą się proste rozwiązania wizyta w warsztacie

Liczą się proste rozwiązania wizyta w warsztacie Liczą się proste rozwiązania wizyta w warsztacie Szybciej poznaję ceny. To wszystko upraszcza. Mistrz konstrukcji metalowych, Martin Elsässer, w rozmowie o czasie. Liczą się proste rozwiązania wizyta w

Bardziej szczegółowo

ĆWICZENIA W ZAPOBIEGANIU OSTEOPOROZY

ĆWICZENIA W ZAPOBIEGANIU OSTEOPOROZY ĆWICZENIA W ZAPOBIEGANIU OSTEOPOROZY Ćwiczenie 1. - Stajemy w rozkroku na szerokości bioder. Stopy skierowane lekko na zewnątrz, mocno przywierają do podłoża. - Unosimy prawą rękę ciągnąc ją jak najdalej

Bardziej szczegółowo

Kurs online JAK ZOSTAĆ MAMĄ MOCY

Kurs online JAK ZOSTAĆ MAMĄ MOCY Często będę Ci mówić, że to ważna lekcja, ale ta jest naprawdę ważna! Bez niej i kolejnych trzech, czyli całego pierwszego tygodnia nie dasz rady zacząć drugiego. Jeżeli czytałaś wczorajszą lekcję o 4

Bardziej szczegółowo

"PRZYGODA Z POTĘGĄ KOSMICZNA POTĘGA"

PRZYGODA Z POTĘGĄ KOSMICZNA POTĘGA "PRZYGODA Z POTĘGĄ KOSMICZNA POTĘGA" Maciej Rak kl.4a 1 PEWNEGO DNIA W SZKOLE NA LEKCJI MATEMATYKI: PANI: Dzieci, proszę o ciszę!!! STAŚ: Słuchajcie pani, bo jak nie, to zgłoszę wychowawczyni żeby wpisała

Bardziej szczegółowo

ALLELUJA. Ref. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja.

ALLELUJA. Ref. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja. ALLELUJA 1. Niech zabrzmi Panu chwała w niebiosach, na wysokościach niech cześć oddadzą. Wielbijcie Pana Jego Zastępy, Wielbijcie Pana Duchy niebieskie. Ref. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja. Alleluja,

Bardziej szczegółowo

INSCENIZACJA OPARTA NA PODSTAWIE BAJKI CZERWONY KAPTUREK

INSCENIZACJA OPARTA NA PODSTAWIE BAJKI CZERWONY KAPTUREK Pobrano ze strony http://www.przedszkole15.com.pl/ INSCENIZACJA OPARTA NA PODSTAWIE BAJKI CZERWONY KAPTUREK Jest to bajka, która pomoże dzieciom zrozumieć, jak należy dbać o przyrodę i zachować się w lesie.

Bardziej szczegółowo

Uwaga, niebezpieczeństwo w sieci!

Uwaga, niebezpieczeństwo w sieci! W samo południe 14 Uwaga, niebezpieczeństwo w sieci! przed czytaniem 1. W internecie można znaleźć wiele rzeczy. W internecie, czyli właściwie gdzie? Opracujcie hasło INTERNET na podstawie własnych skojarzeń

Bardziej szczegółowo

J. J. : Spotykam rodziców czternasto- i siedemnastolatków,

J. J. : Spotykam rodziców czternasto- i siedemnastolatków, J. J. : Spotykam rodziców czternasto- i siedemnastolatków, którzy twierdzą, że właściwie w ogóle nie rozmawiają ze swoimi dziećmi, odkąd skończyły osiem czy dziewięć lat. To może wyjaśniać, dlaczego przesiadują

Bardziej szczegółowo

...Dumny sztandar pręży pierś W słońcu błyszczą karabiny, Dziś rozlega się już pieśń... rytm jej -wolność przypomina...

...Dumny sztandar pręży pierś W słońcu błyszczą karabiny, Dziś rozlega się już pieśń... rytm jej -wolność przypomina... 1 Budzik dzwonił coraz głośniej i głośniej, a słońce jakby za wszelką cenę chciało się wedrzeć do mojego pokoju. Niedali mi spać już dłużej;wstałam. Wtedy właśnie uswiadomiłam sobie, że jest dzień 11 listopada

Bardziej szczegółowo

Copyright by Andrzej Graca & e-bookowo Grafika i projekt okładki: Andrzej Graca ISBN 978-83-7859-138-2. Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

Copyright by Andrzej Graca & e-bookowo Grafika i projekt okładki: Andrzej Graca ISBN 978-83-7859-138-2. Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo Andrzej Graca BEZ SPINY CZYLI NIE MA CZEGO SIĘ BAĆ Andrzej Graca: Bez spiny czyli nie ma czego się bać 3 Copyright by Andrzej Graca & e-bookowo Grafika i projekt okładki: Andrzej Graca ISBN 978-83-7859-138-2

Bardziej szczegółowo

Uprzejmie prosimy o podanie źródła i autorów w razie cytowania.

Uprzejmie prosimy o podanie źródła i autorów w razie cytowania. Tytuł: Marzenie Franka Kupki Tekst: Anna Cwojdzińska Ilustracje: Aleksandra Bugajewska Wydanie I, lipiec 2012 Text copyright Anna Cwojdzińska Illustration copyright Aleksandra Bugajewska Uprzejmie prosimy

Bardziej szczegółowo

5 kroko w do poprawy szybkos ci uderzeń i wytrzymałos ci rąk

5 kroko w do poprawy szybkos ci uderzeń i wytrzymałos ci rąk 5 kroko w do poprawy szybkos ci uderzeń i wytrzymałos ci rąk 5 kroków do poprawy szybkości uderzeń i wytrzymałości rąk 1 krok - Kołowrotek Zauważyłem jak niektóre osoby ćwicząc sztuki walki mają problem

Bardziej szczegółowo

"Chciałem cię chronić, będąc twoim cieniem..." Pearlic. Reda 2015.

Chciałem cię chronić, będąc twoim cieniem... Pearlic. Reda 2015. CIEŃ Paulina Klecz "Chciałem cię chronić, będąc twoim cieniem..." Pearlic. Reda 2015. Projekt okładki: Łukasz Orzechowski Copyright Paulina Copyright Pearlic Klecz Wszelkie prawa do publikacji zastrzeżone.

Bardziej szczegółowo

Droga Krzyżowa STACJA

Droga Krzyżowa STACJA Kogo wybierasz? Jezusa, czy Barabasza? Kogo w życiu wybierasz? Oto nadszedł ten moment, który może kiedyś w życiu pominąłeś Łatwiej jest przecież nie opowiadać się za żadnym życiem. Łatwiej jest egzystować,

Bardziej szczegółowo

Najlepsza Pozycja Seksualna. oswieconykochanek.pl pozycjeseksualne.pl autor: Brunet

Najlepsza Pozycja Seksualna. oswieconykochanek.pl pozycjeseksualne.pl autor: Brunet Najlepsza Pozycja Seksualna oswieconykochanek.pl pozycjeseksualne.pl autor: Brunet Najlepsza pozycja seksualna. Daje zarówno tobie jak i partnerce maksymalne przeżycia. - do stosowania jeśli chcesz mieć

Bardziej szczegółowo

Nazwijmy go Siedem B (prezentujemy bowiem siedem punktów, jakim BYĆ ) :)

Nazwijmy go Siedem B (prezentujemy bowiem siedem punktów, jakim BYĆ ) :) Czy potrafimy rozmawiać z dziećmi o niepełnosprawności? Czy sprawia nam to trudność? Czujemy się zakłopotani tematem? Sami nie wiemy, jak go ugryźć? A może unikamy go całkiem, skoro nas bezpośrednio nie

Bardziej szczegółowo

W POSZUKIWANIU KOPCIUSZKA

W POSZUKIWANIU KOPCIUSZKA ANETA ANTOSIAK W POSZUKIWANIU KOPCIUSZKA SCENARIUSZ PRZEDSTAWIENIA Copyright by CeTVbja\T8Wh^TVl]ab 4eglfglVmaTF^XaX Żory 2013 ISBN 978-83-63-171-32-2 www.skene.com.pl e-mail: pracownia@skene.com.pl Wydawca

Bardziej szczegółowo

Jak mówić, żeby dzieci się uczyły w domu i w szkole A D E L E F A B E R E L A I N E M A Z L I S H

Jak mówić, żeby dzieci się uczyły w domu i w szkole A D E L E F A B E R E L A I N E M A Z L I S H Jak mówić, żeby dzieci się uczyły w domu i w szkole A D E L E F A B E R E L A I N E M A Z L I S H ZAMIAST ZAPRZECZAĆ UCZUCIOM NAZWIJ JE ZAMIAST -Tu jest za dużo słów. -Bzdura. Wszystkie słowa są łatwe.

Bardziej szczegółowo

Październik. TYDZIEŃ 3.: oto bardzo ważna sprawa strona lewa, strona prawa

Październik. TYDZIEŃ 3.: oto bardzo ważna sprawa strona lewa, strona prawa Październik TYDZIEŃ 3.: oto bardzo ważna sprawa strona lewa, strona prawa Projekt sytuacji edukacyjnych (oprac. mgr Sylwia Kustosz, Edukator Froebel.pl) Przebieg spotkania w Porannym kole: PONIEDZIAŁEK:

Bardziej szczegółowo

Widziały gały co brały

Widziały gały co brały Widziały gały co brały KATARZYNA JEZIERSKA-TRATKIEWICZ Widziały gały co brały Uwagi autorki i wydawnictwa Wszystkie informacje zawarte w tej książce zostały przez autorkę starannie zebrane i przygotowane

Bardziej szczegółowo

Krystyna Wajda Horodko. Opowieści spod złocistej. Kraina Wodospadów. Moim dorosłym już dzieciom: Natalii, Filipkowi i Jakubowi

Krystyna Wajda Horodko. Opowieści spod złocistej. Kraina Wodospadów. Moim dorosłym już dzieciom: Natalii, Filipkowi i Jakubowi 2 Krystyna Wajda Horodko Opowieści spod złocistej tęczy Kraina Wodospadów Moim dorosłym już dzieciom: Natalii, Filipkowi i Jakubowi 4 K o s z a l i n 2013 by Krystyna Wajda, Koszalin 2013 ISBN 978-83-64234-09-5

Bardziej szczegółowo

Zdrojek, literki i przyjaciele

Zdrojek, literki i przyjaciele Zdrojek, literki i przyjaciele Daleko, daleko stąd wśród gór, w głębi prastarych lasów można znaleźć... zdrój. Czy wiecie, co to jest zdrój? Zdrój to takie miejsce, gdzie z głębi ziemi, spośród skał, tryska...

Bardziej szczegółowo

Bajkę zilustrowały dzieci z Przedszkola Samorządowego POD DĘBEM w Karolewie. z grupy Leśne Ludki. wychowawca: mgr Katarzyna Leopold

Bajkę zilustrowały dzieci z Przedszkola Samorządowego POD DĘBEM w Karolewie. z grupy Leśne Ludki. wychowawca: mgr Katarzyna Leopold KOSMITA W PRZEDSZKOLU B.B Jadach Bajkę zilustrowały dzieci z Przedszkola Samorządowego POD DĘBEM w Karolewie z grupy Leśne Ludki wychowawca: mgr Katarzyna Leopold Pawełek wpadł zdyszany do sali prosto

Bardziej szczegółowo

AKADEMIA PIŁKARSKA WISŁA KRAKÓW ROCZNIK 2002

AKADEMIA PIŁKARSKA WISŁA KRAKÓW ROCZNIK 2002 AKADEMIA PIŁKARSKA WISŁA KRAKÓW ROCZNIK 2002 Okres przejściowy podzielony na 2 fazy: 18.12-28.12 Odpoczynek 29.12.14-6.01.15 Trening do indywidualnego wykonania zgodny z planem podanym poniżej (możliwe

Bardziej szczegółowo

20 Kiedy bowiem byliście. niewolnikami grzechu, byliście wolni od służby sprawiedliwości.

20 Kiedy bowiem byliście. niewolnikami grzechu, byliście wolni od służby sprawiedliwości. Lectio Divina Rz 6,15-23 1. Czytanie Prowadzący: wezwijmy Ducha św.: Przybądź Duchu Święty... - weźmy do ręki Pismo św.. - Słuchając jak w Kościele śledźmy tekst, aby usłyszeć, co chce nam dzisiaj Jezus

Bardziej szczegółowo

- ETAP I - TEMAT POJAWIŁ SIĘ PO WYSŁUCHANIU TEJ BAJKI:

- ETAP I - TEMAT POJAWIŁ SIĘ PO WYSŁUCHANIU TEJ BAJKI: PROJEKT: TEMAT POJAWIŁ SIĘ PO WYSŁUCHANIU TEJ BAJKI: Malutkiemu śni się potwór. Nie może przed nim uciec, bo jego nogi są bardzo ciężkie. - Już wiem zawołała i pobiegła na stryszek. - ETAP I - Po chwili

Bardziej szczegółowo

Minęły dwa lata od pierwszego wydania książki o energetycznym

Minęły dwa lata od pierwszego wydania książki o energetycznym Przedmowa Minęły dwa lata od pierwszego wydania książki o energetycznym oczyszczaniu domu. Od tej pory tysiące ludzi korzysta z rytuałów w niej opisanych, by uwolnić swój dom i świadomość od dawnych obciążeń

Bardziej szczegółowo

MAŁA JADWINIA nr 11. o mała Jadwinia p. dodatek do Jadwiżanki 2 (47) Opracowała Daniela Abramczuk

MAŁA JADWINIA nr 11. o mała Jadwinia p. dodatek do Jadwiżanki 2 (47) Opracowała Daniela Abramczuk o mała Jadwinia p MAŁA JADWINIA nr 11 Opracowała Daniela Abramczuk Zdjęcie na okładce Julia na huśtawce pochodzą z książeczki Julia święta Urszula Ledóchowska za zgodą Wydawnictwa FIDES. o Mała Jadwinia

Bardziej szczegółowo

MODLITWY. Autorka: Anna Młodawska (Leonette)

MODLITWY. Autorka: Anna Młodawska (Leonette) MODLITWY BLOG MOTYWACYJNY www.leonette.pl Panie, Ty wiesz o najsłodszych mych wspomnieniach, Panie, Ty wiesz o największych mych marzeniach, Panie, Ty wiesz czego dzisiaj tak żałuję, Panie, Ty wiesz czego

Bardziej szczegółowo

Filip idzie do dentysty. 1 Proszę aapisać pytania do tekstu Samir jest przeziębiony.

Filip idzie do dentysty. 1 Proszę aapisać pytania do tekstu Samir jest przeziębiony. 114 Lekcja 12 Tak ubrany wychodzi na ulicę. Rezultat jest taki, że Samir jest przeziębiony. Ma katar, kaszel i temperaturę. Musi teraz szybko iść do lekarza. Lekarz bada Samira, daje receptę i to, co Samir

Bardziej szczegółowo

Marcin Pałasz. ilustracje Olga Reszelska

Marcin Pałasz. ilustracje Olga Reszelska Marcin Pałasz ilustracje Olga Reszelska Copyright by Marcin Pałasz Edycja Copyright by Skrzat, Kraków 2012 Redakcja: Sylwia Marszał Korekta: Agnieszka Sabak Skład: Łukasz Libiszewski Ilustracje: Olga Reszelska

Bardziej szczegółowo

FILM - W INFORMACJI TURYSTYCZNEJ (A2 / B1)

FILM - W INFORMACJI TURYSTYCZNEJ (A2 / B1) FILM - W INFORMACJI TURYSTYCZNEJ (A2 / B1) Turysta: Dzień dobry! Kobieta: Dzień dobry panu. Słucham? Turysta: Jestem pierwszy raz w Krakowie i nie mam noclegu. Czy mogłaby mi Pani polecić jakiś hotel?

Bardziej szczegółowo

Pokochaj i przytul dziecko z ADHD. ADHD to zespół zaburzeń polegający na występowaniu wzmożonej pobudliwości i problemów z koncentracją uwagi.

Pokochaj i przytul dziecko z ADHD. ADHD to zespół zaburzeń polegający na występowaniu wzmożonej pobudliwości i problemów z koncentracją uwagi. Pokochaj i przytul dziecko z ADHD ADHD to zespół zaburzeń polegający na występowaniu wzmożonej pobudliwości i problemów z koncentracją uwagi. TYPOWE ZACHOWANIA DZIECI Z ADHD: stale wierci się na krześle,

Bardziej szczegółowo

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Noe i Potop

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Noe i Potop Biblia dla Dzieci przedstawia Noe i Potop Autor: Edward Hughes Ilustracje: Byron Unger; Lazarus Redakcja: M. Maillot; Tammy S. Tłumaczenie: Katarzyna Gablewska Druk i oprawa: Bible for Children www.m1914.org

Bardziej szczegółowo

TRENER MARIUSZ MRÓZ - JEDZ TO, CO LUBISZ I WYGLĄDAJ JAK CHCESZ!

TRENER MARIUSZ MRÓZ - JEDZ TO, CO LUBISZ I WYGLĄDAJ JAK CHCESZ! TRENER MARIUSZ MRÓZ - JEDZ TO, CO LUBISZ I WYGLĄDAJ JAK CHCESZ! Witaj! W tym krótkim PDFie chcę Ci wytłumaczyć dlaczego według mnie jeżeli chcesz wyglądać świetnie i utrzymać świetną sylwetkę powinieneś

Bardziej szczegółowo

Podziękowania naszych podopiecznych:

Podziękowania naszych podopiecznych: Podziękowania naszych podopiecznych: W imieniu swoim jak i moich rodziców składam ogromne podziękowanie Stowarzyszeniu za pomoc finansową. Dzięki działaniu właśnie tego Stowarzyszenia osoby niepełnosprawne

Bardziej szczegółowo

Wolontariat. Igor Jaszczuk kl. IV

Wolontariat. Igor Jaszczuk kl. IV Wolontariat Wolontariat ważna sprawa, nawet super to zabawa. Nabierz w koszyk groszy parę, będziesz miał ich całą chmarę. Z serca swego daj znienacka, będzie wnet Szlachetna Paczka. Komuś w trudzie dopomoże,

Bardziej szczegółowo

Mowa nienawiści. Mowa nienawiści to wszelkie

Mowa nienawiści. Mowa nienawiści to wszelkie Mowa nienawiści Mowa nienawiści to wszelkie wypowiedzi ustne i pisemne oraz komunikaty wizualne, które ranią, poniżają i znieważają osoby lub grupy osób, do których są skierowane. Wypowiedzi te mogą dotyczyć

Bardziej szczegółowo

JAK RADZIĆ SOBIE Z NASTOLATKIEM W SYTUACJACH KONFLIKTOWYCH?

JAK RADZIĆ SOBIE Z NASTOLATKIEM W SYTUACJACH KONFLIKTOWYCH? JAK RADZIĆ SOBIE Z NASTOLATKIEM W SYTUACJACH KONFLIKTOWYCH? Podstawowa zasada radzenia sobie w sytuacjach konfliktowych:,,nie reaguj, tylko działaj Rodzice rzadko starają się dojść do tego, dlaczego ich

Bardziej szczegółowo

Miłosne Wierszyki. Noc nauczyła mnie marzyć. Gwiazdy miłością darzyć. Deszcz nauczył mnie szlochać A ty nauczyłeś mnie kochać!

Miłosne Wierszyki. Noc nauczyła mnie marzyć. Gwiazdy miłością darzyć. Deszcz nauczył mnie szlochać A ty nauczyłeś mnie kochać! Miłosne Wierszyki Noc nauczyła mnie marzyć. Gwiazdy miłością darzyć. Deszcz nauczył mnie szlochać A ty nauczyłeś mnie kochać! Miłość jedyna jest Miłość nie zna końca Miłość cierpliwa jest zawsze ufająca

Bardziej szczegółowo

Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły.

Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły. SZKOŁA dla RODZICÓW Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły. (...) Dzieci potrzebują tego, aby ich uczucia były akceptowane i doceniane. Kto pyta nie błądzi. Jak pomóc

Bardziej szczegółowo

Moje pierwsze wrażenia z Wielkiej Brytanii

Moje pierwsze wrażenia z Wielkiej Brytanii Moje pierwsze wrażenia z Wielkiej Brytanii Polska Szkoła Sobotnia im. Jana Pawla II w Worcester Opracował: Maciej Liegmann 30/03hj8988765 03/03/2012r. Wspólna decyzja? Anglia i co dalej? Ja i Anglia. Wielka

Bardziej szczegółowo

WYWIAD Z VIDASEM BLEKAITISEM

WYWIAD Z VIDASEM BLEKAITISEM WYWIAD Z VIDASEM BLEKAITISEM Jednym z najlepszych litewskich i światowych siłaczy. Wielokrotnym Wicemistrzem i Drugim Wicemistrzem Litwy Strongman, drużynowym Mistrzem Świata Par Strongman 2007, drużynowym

Bardziej szczegółowo

LP JA - autoprezentacja JA - autoidentyfikacja MY ONI 1. SZKOŁA: nie było jakiejś fajnej paczki, było ze Ŝeśmy się spotykali w bramie rano i palili

LP JA - autoprezentacja JA - autoidentyfikacja MY ONI 1. SZKOŁA: nie było jakiejś fajnej paczki, było ze Ŝeśmy się spotykali w bramie rano i palili LP JA - autoprezentacja JA - autoidentyfikacja MY ONI 1. SZKOŁA: nie było jakiejś fajnej paczki, było ze Ŝeśmy się spotykali w bramie rano i palili papierosy a później wieczorem po szkole tez Ŝeśmy się

Bardziej szczegółowo

W rodzinie wszystko się mieści Miłość i przyjaźń zawiera Rodzina wszystko oddaje Jak przyjaźń drzwi otwiera.

W rodzinie wszystko się mieści Miłość i przyjaźń zawiera Rodzina wszystko oddaje Jak przyjaźń drzwi otwiera. W rodzinie wszystko się mieści Miłość i przyjaźń zawiera Rodzina wszystko oddaje Jak przyjaźń drzwi otwiera. 1 2 ZBIÓR WIERSZY TOM III Rok - 2011 Anna Polachowska 3 Aspiration sp. z o.o. ul. Żwirki i Wigury

Bardziej szczegółowo

RYSZARD SADAJ KRAKÓW 2010

RYSZARD SADAJ KRAKÓW 2010 RYSZARD SADAJ KRAKÓW 2010 MARKOWI MIDURZE NIGDY BY DO GŁOWY NIE PRZYSZŁO, ŻE UŻYJE SUPER GLUE PRZECIWKO CZŁOWIEKOWI aatakowałem w tramwaju. Była wtedy jedenasta w nocy. Miałem w kieszeni tubkę super glue,

Bardziej szczegółowo

Sytuacja zawodowa pracujących osób niepełnosprawnych

Sytuacja zawodowa pracujących osób niepełnosprawnych Sytuacja zawodowa pracujących osób niepełnosprawnych dr Renata Maciejewska Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie Struktura próby według miasta i płci Lublin Puławy Włodawa Ogółem

Bardziej szczegółowo

REKLAMA. TRYB ROZKAZUJĄCY AUDIO A2 / B1. (wersja dla studentów)

REKLAMA. TRYB ROZKAZUJĄCY AUDIO A2 / B1. (wersja dla studentów) REKLAMA. TRYB ROZKAZUJĄCY AUDIO A2 / B1 (wersja dla studentów) Reklama jest obecna wszędzie w mediach, na ulicy, w miejscach, w których uczymy się, pracujemy i odpoczywamy. Czasem pomaga nam w codziennych

Bardziej szczegółowo

Marcin Ufnalski. Wiersz o Janie Pawle II. Laura Romanowska

Marcin Ufnalski. Wiersz o Janie Pawle II. Laura Romanowska Ojcze Janie Pawle, kiedy byłeś wśród nas, my, dzieci, i dorośli - bardzo kochaliśmy Cię. A kiedy Cię zabrakło, nie smucimy się, bo wiemy, że gdzieś z nieba patrzysz na nas i uśmiechasz się. Wielka radość

Bardziej szczegółowo

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego Sens życia Gdy na początku dnia czynię z wiarą znak krzyża, wymawiając słowa "W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego", Bóg uświęca cały czas i przestrzeń, która otworzy

Bardziej szczegółowo

Przygotowanie do przyjęcia Sakramentu Pojednania

Przygotowanie do przyjęcia Sakramentu Pojednania Przygotowanie do przyjęcia Sakramentu Pojednania Czasem źle postępujemy Przez moje złe czyny (grzechy) inni ludzie się smucą, a czasami nawet płaczą. Moje złe czyny brudzą serce. Serce staje się brudne

Bardziej szczegółowo

Motto. Wszystko ma swoje przyczyny i sens. Wojciech Zinka

Motto. Wszystko ma swoje przyczyny i sens. Wojciech Zinka Dzień dobry! O mnie Nazywam się Wojciech Zinka i jestem wariatem Na schizofrenię zachorowałem w roku 2004, w wieku 22 lat Opowiem jak szaleństwo zmieniło moje życie Motto Wszystko ma swoje przyczyny i

Bardziej szczegółowo

Scenariusz do filmu Efekt biedronki

Scenariusz do filmu Efekt biedronki (pseudo) Scenariusz do filmu Efekt biedronki wersja wstępna GRAJĄ: Stypend -??? Mariusz Mariusz Jaremko Łukasz Łukasz Jaremko Karolina Karolina Kotecka pani Dyrektor Maria Mach Współlokator -??? oraz uczestnicy

Bardziej szczegółowo

to myśli o tym co teraz robisz i co ja z Tobą

to myśli o tym co teraz robisz i co ja z Tobą DZIEŃ BEZ CIEBIE Dzień bez Ciebie Dzień bez Ciebie jakoś tak szary to brak mej części i mało widzę co istnieje najpiękniej gdy nie błyszczą Twe słowa tylko przy Tobie nie wiem czy się martwić to myśli

Bardziej szczegółowo

Kolejny udany, rodzinny przeszczep w Klinice przy ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu. Mama męża oddała nerkę swojej synowej.

Kolejny udany, rodzinny przeszczep w Klinice przy ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu. Mama męża oddała nerkę swojej synowej. Kolejny udany, rodzinny przeszczep w Klinice przy ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu. Mama męża oddała nerkę swojej synowej. 34-letnia Emilia Zielińska w dniu 11 kwietnia 2014 otrzymała nowe życie - nerkę

Bardziej szczegółowo

Nazywam się Maria i chciałabym ci opowiedzieć, jak moja historia i Święta Wielkanocne ze sobą się łączą

Nazywam się Maria i chciałabym ci opowiedzieć, jak moja historia i Święta Wielkanocne ze sobą się łączą Nazywam się Maria i chciałabym ci opowiedzieć, jak moja historia i Święta Wielkanocne ze sobą się łączą Jako mała dziewczynka miałam wiele marzeń. Chciałam pomagać innym ludziom. Szczególnie starzy, samotni

Bardziej szczegółowo

Modlitwa ciągła nieustająca dopomaga do działania we wszystkim w imieniu Pana Jezusa, a wtenczas wszystkie zwroty na siebie ustają.

Modlitwa ciągła nieustająca dopomaga do działania we wszystkim w imieniu Pana Jezusa, a wtenczas wszystkie zwroty na siebie ustają. Modlitwa ciągła nieustająca dopomaga do działania we wszystkim w imieniu Pana Jezusa, a wtenczas wszystkie zwroty na siebie ustają. /Matka Celina Zapiski -17.VI.1883r./...dziecko drogie, chcę ci objaśnić...ogólną

Bardziej szczegółowo

Copyright by Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2007 Text copyright by Grzegorz Kasdepke, 2007 Illustrations copyright by Piotr Rychel, 2007

Copyright by Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2007 Text copyright by Grzegorz Kasdepke, 2007 Illustrations copyright by Piotr Rychel, 2007 Copyright by Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2007 Text copyright by Grzegorz Kasdepke, 2007 Illustrations copyright by Piotr Rychel, 2007 Zagadka trzynasta, czyli kto popsuł latawiec?! Dla detektywa

Bardziej szczegółowo

SKALA ZDOLNOŚCI SPECJALNYCH W WERSJI DLA GIMNAZJUM (SZS-G) SZS-G Edyta Charzyńska, Ewa Wysocka, 2015

SKALA ZDOLNOŚCI SPECJALNYCH W WERSJI DLA GIMNAZJUM (SZS-G) SZS-G Edyta Charzyńska, Ewa Wysocka, 2015 SKALA ZDOLNOŚCI SPECJALNYCH W WERSJI DLA GIMNAZJUM (SZS-G) SZS-G Edyta Charzyńska, Ewa Wysocka, 2015 INSTRUKCJA Poniżej znajdują się twierdzenia dotyczące pewnych cech, zachowań, umiejętności i zdolności,

Bardziej szczegółowo

DOBRE MANIERY. DOBRE MANIERY: zachowanie społecznie właściwe. ETYKIETA: powszechnie przyjęte zasady właściwego zachowania.

DOBRE MANIERY. DOBRE MANIERY: zachowanie społecznie właściwe. ETYKIETA: powszechnie przyjęte zasady właściwego zachowania. DOBRE MANIERY DOBRE MANIERY: zachowanie społecznie właściwe. ETYKIETA: powszechnie przyjęte zasady właściwego zachowania. GRZECZNOŚĆ: dobre maniery i taktowne zachowanie. Dobre maniery świadczą o szacunku

Bardziej szczegółowo

TEST SPRAWDZAJĄCY UMIEJĘTNOŚĆ CZYTANIA ZE ZROZUMIENIEM DLA KLASY IV NA PODSTAWIE TEKSTU PT. DZIEŃ DZIECKA

TEST SPRAWDZAJĄCY UMIEJĘTNOŚĆ CZYTANIA ZE ZROZUMIENIEM DLA KLASY IV NA PODSTAWIE TEKSTU PT. DZIEŃ DZIECKA TEST SPRAWDZAJĄCY UMIEJĘTNOŚĆ CZYTANIA ZE ZROZUMIENIEM DLA KLASY IV NA PODSTAWIE TEKSTU PT. DZIEŃ DZIECKA Drogi uczniu! Instrukcja dla użytkownika testu Najpierw przeczytaj uważnie tekst. Następnie rozwiązuj

Bardziej szczegółowo

W obecnej chwili w schronisku znajdują same psy, ale można oddać pod opiekę również inne zwierzęta, które czekają na nowy dom.

W obecnej chwili w schronisku znajdują same psy, ale można oddać pod opiekę również inne zwierzęta, które czekają na nowy dom. W obecnej chwili w schronisku znajdują same psy, ale można oddać pod opiekę również inne zwierzęta, które czekają na nowy dom. Mogą to być koty: Gdyby również zaszła taka potrzeba zaopiekowalibyśmy się

Bardziej szczegółowo

KOCHAM CIĘ-NIEPRZYTOMNIE WIEM, ŻE TY- MNIE PODOBNIE NA CÓŻ WIĘC CZEKAĆ MAMY OBOJE? Z NASZYM SPOTKANIEM WSPÓLNYM? MNIE- SZKODA NA TO CZASU TOBIE-

KOCHAM CIĘ-NIEPRZYTOMNIE WIEM, ŻE TY- MNIE PODOBNIE NA CÓŻ WIĘC CZEKAĆ MAMY OBOJE? Z NASZYM SPOTKANIEM WSPÓLNYM? MNIE- SZKODA NA TO CZASU TOBIE- WCZEŚNIEJSZA GWIAZDKA KOCHAM CIĘ-NIEPRZYTOMNIE WIEM, ŻE TY- MNIE PODOBNIE NA CÓŻ WIĘC CZEKAĆ MAMY OBOJE? Z NASZYM SPOTKANIEM WSPÓLNYM? MNIE- SZKODA NA TO CZASU TOBIE- ZAPEWNE TAKŻE, WIĘC SPOTKAJMY SIĘ

Bardziej szczegółowo

Psychologia gracza giełdowego

Psychologia gracza giełdowego Psychologia gracza giełdowego Grzegorz Zalewski DM BOŚ S.A. Hipoteza rynku efektywnego 2 Ceny papierów wartościowych w pełni odzwierciedlają wszystkie dostępne informacje. Hipoteza rynku efektywnego (2)

Bardziej szczegółowo

NIE BLEDNIJ, KORALICZKU!

NIE BLEDNIJ, KORALICZKU! NIE BLEDNIJ, KORALICZKU! W ogrodzie pojawiła się mamusia Piotra i zabrała syna do domu. Chłopak szepnął Karolci, by nikomu nie mówiła o ich przygodzie. Dziewczynka też wracała do domu. Spotkała tatusia,

Bardziej szczegółowo

Scenariusz zajęć dla uczniów dotyczący przemocy ze strony dorosłych w drugim roku realizacji programu. Temat: Powiedz Nie nieznajomemu.

Scenariusz zajęć dla uczniów dotyczący przemocy ze strony dorosłych w drugim roku realizacji programu. Temat: Powiedz Nie nieznajomemu. Scenariusz zajęć dla uczniów dotyczący przemocy ze strony dorosłych w drugim roku realizacji programu Adresat: Uczniowie klas II-III Temat: Powiedz Nie nieznajomemu. Cele: 1) kształtowanie świadomości,

Bardziej szczegółowo

Konspekt szkółki niedzielnej propozycja Niedziela przedpostna Estomihi

Konspekt szkółki niedzielnej propozycja Niedziela przedpostna Estomihi Centrum Misji i Ewangelizacji / www.cme.org.pl Konspekt szkółki niedzielnej propozycja Niedziela przedpostna Estomihi Główna myśl: Bądź naśladowcą Jezusa Tekst: Mk 8,34 Jezus zapowiada swoją śmierć i zmartwychwstanie

Bardziej szczegółowo

Proszę bardzo! ...książka z przesłaniem!

Proszę bardzo! ...książka z przesłaniem! Proszę bardzo!...książka z przesłaniem! Przesłanie, które daje odpowiedź na pytanie co ja tu właściwie robię? Przesłanie, które odpowie na wszystkie twoje pytania i wątpliwości. Z tej książki dowiesz się,

Bardziej szczegółowo

1 Ojcostwo na co dzień. Czyli czego dziecko potrzebuje od ojca Krzysztof Pilch

1 Ojcostwo na co dzień. Czyli czego dziecko potrzebuje od ojca Krzysztof Pilch 1 2 Spis treści Wstęp......6 Rozdział I: Co wpływa na to, jakim jesteś ojcem?...... 8 Twoje korzenie......8 Stereotypy.... 10 1. Dziecku do prawidłowego rozwoju wystarczy matka.... 11 2. Wychowanie to

Bardziej szczegółowo

Ilustrował Marek Nawrocki. Nasza Księgarnia

Ilustrował Marek Nawrocki. Nasza Księgarnia Ilustrował Marek Nawrocki Nasza Księgarnia Maciuś nie może spać i spać! Minęło jutro. I wreszcie miało przyjść pojutrze. Od wyjazdu na wakacje do gęstego lasu dzieliła Okropnego Maciusia tylko jedna noc.

Bardziej szczegółowo

ĆWICZENIA BEZ PRZYBORÓW

ĆWICZENIA BEZ PRZYBORÓW ĆWICZENIA BEZ PRZYBORÓW 1 Zegar Dzieci siedzą naprzeciwko siebie w siadzie skrzyżnym i wykonują: skłony głowy w bok (w prawo i w lewo) mówiąc jednocześnie cyk cyk (zegar chodzi), skłony głowy w przód i

Bardziej szczegółowo

ŻYCIE BEZ PASJI JEST NIEWYBACZALNE

ŻYCIE BEZ PASJI JEST NIEWYBACZALNE 1 ŻYCIE BEZ PASJI JEST NIEWYBACZALNE 2 Padał deszcz. Mówią, że podczas deszczu dzieci się nudzą. Nie oni. Ukradkiem wzięli rowery i postanowili pojechać przed siebie: -myślisz, że babcia nas widziała?

Bardziej szczegółowo

Gra planszowa dla 2 5 graczy w wieku powyżej 4 lat

Gra planszowa dla 2 5 graczy w wieku powyżej 4 lat ZAWARTOŚĆ PUDEŁKA: 1 plansza 1 dwunastościenna kostka 36 kartoników ze zdjęciami potwora Nessie 1 woreczek 12 figurek fotografów (3 żółte, 3 czerwone, 2 niebieskie, 2 czarne i 2 zielone) 1 figurka potwora

Bardziej szczegółowo

Dorota Sosulska pedagog szkolny

Dorota Sosulska pedagog szkolny Czasem zapominamy o prostych potrzebach, które dzieci komunikują nam na co dzień. Zapraszam więc wszystkich dorosłych do zatrzymania się w biegu, pochylenia się nad swoimi pociechami i usłyszenia, co mają

Bardziej szczegółowo

Scenariusz widowiska scenicznego Zdrowo żyj Dzieci 5 6 letnie

Scenariusz widowiska scenicznego Zdrowo żyj Dzieci 5 6 letnie Scenariusz widowiska scenicznego Zdrowo żyj Dzieci 5 6 letnie Teksty narratora i słowa piosenek Ewy Knap Choreografia Małgorzata Piotrowicz W widowisku wykorzystano muzykę zespołu ABBA Samorządowe Przedszkole

Bardziej szczegółowo

Nieoficjalny opis przejścia GRY-OnLine do gry. Myst III: Exile. autor: Bolesław Void Wójtowicz

Nieoficjalny opis przejścia GRY-OnLine do gry. Myst III: Exile. autor: Bolesław Void Wójtowicz Nieoficjalny opis przejścia GRY-OnLine do gry Myst III: Exile autor: Bolesław Void Wójtowicz Copyright wydawnictwo GRY-OnLine S.A. Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa do użytych w tej publikacji tytułów,

Bardziej szczegółowo

Zmiana przekonań, czyli jak stać się panem swojego umysłu

Zmiana przekonań, czyli jak stać się panem swojego umysłu Zmiana przekonań, czyli jak stać się panem swojego umysłu - Arkusz ćwiczeń - Lista ograniczających przekonań: Żeby być bogatym trzeba ciężko pracować W Polsce trudno jest zrobić biznes Świat jest brutalnym

Bardziej szczegółowo

Pewien człowiek miał siedmiu synów, lecz ciągle nie miał córeczki, choć

Pewien człowiek miał siedmiu synów, lecz ciągle nie miał córeczki, choć troszeczkę, z każdego kubeczka wypiła łyczek, do ostatniego kubeczka rzuciła zaś obrączkę, którą zabrała ze sobą. Nagle usłyszała trzepot piór i poczuła podmuch powietrza. Karzełek powiedział: Panowie

Bardziej szczegółowo

TRYB ROZKAZUJĄCY A2 / B1 (wersja dla studenta)

TRYB ROZKAZUJĄCY A2 / B1 (wersja dla studenta) TRYB ROZKAZUJĄCY A2 / B1 (wersja dla studenta) Materiał prezentuje sposób tworzenia form trybu rozkazującego dla każdej koniugacji (I. m, -sz, II. ę, -isz / -ysz, III. ę, -esz) oraz część do ćwiczeń praktycznych.

Bardziej szczegółowo

Tekst: Barbara Wicher Ilustracje: Ewa Podleś

Tekst: Barbara Wicher Ilustracje: Ewa Podleś Tekst: Barbara Wicher Ilustracje: Ewa Podleś Wydawnictwo Skrzat Kraków p 3...czytam zdania pojedyncze i złożone pierwsze czytanki Książki z serii Detektyw Łodyga na tropie zagadek przyrodniczych zostały

Bardziej szczegółowo