NA KOŃCU ŚWIATA. Impresje z podróży do Peru. Grażyna Krystyna Aleksandra Adamczyk Lidtke. ( Dawny tytuł Peru Kraina Zagadek

Wielkość: px
Rozpocząć pokaz od strony:

Download "NA KOŃCU ŚWIATA. Impresje z podróży do Peru. Grażyna Krystyna Aleksandra Adamczyk Lidtke. ( Dawny tytuł Peru Kraina Zagadek"

Transkrypt

1 Grażyna Krystyna Aleksandra Adamczyk Lidtke NA KOŃCU ŚWIATA Impresje z podróży do Peru ( Dawny tytuł Peru Kraina Zagadek Część Materiałów złożone było w latach 80-tych w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej ) 0

2 PRZEKRACZAM RÓWNIK Przekraczam równoleżnik zero nowa nieznana zieleń nowi smagli ludzie Nowy Świat Poszukuję oparcia w znajomych punktach na niebie lecz w miejsce sunącej sennie Wielkiej Niedźwiedzicy puszcza do mnie oko nieznany Krzyż Południa, który zgubił gdzieś dobrze znajomy dyszel 1

3 Królestwo gór Przelot nad Andami 2

4 WSZECHWŁADNE KRÓLESTWO GÓR Pokonuję bezmiar wodnego pustkowia Oceanu, którego szarobrunatna skóra rozścieła się od skraju do skraju świata. Kiedy zaczyna się ląd uderza mnie niemal namacalnie, jakby pukał w dno pokładu ostrymi naparstkami gór. Południowa Kordyliera dopadła mnie z nagła i otwarła swe otchłanne gardło. Z najdalszego fioletu, bez dna wyłaniają się bure stożki, niezliczone, ogromne, głębokie jak stare rany cykatryzacji na ciele nieznanego lądu. Od krańca widoczności, aż po drugi jej kraniec bezdenne leje ukazują okrutne piękno Andów, nierealnych, niemal księżycowych, budzących respekt i zachwyt, nad nieograniczoną inwencją natury. Wyobraźnia budzi pierwotne lęki, skojarzenia z piekłem, które nie daje możności przeżycia drobnej ludzkiej istoty w morzu piachu, żwiru i kamieni, na niebotycznej wysokości. Samolot niemal muska brzuchem kilkutysięczne garby. Na niektórych skrzą się jaskrawe korony lodu. Chłód biegnie mi po plecach. Odruchowo rozglądam się za spadochronem, którego tu nawet nie ma, bo i po co? Gdyby tu coś stało się, żaden ochraniacz nie pomoże. Już lepiej się rozbić i przejść w inny stan skupienia, 3

5 sturlać się kamieniem, w kilkukilometrową przepaść i zachować zasuszony ślad życia dla archeologów. bezdroża Altiplano 4

6 PORADY Granatowa zasłona z rąbkiem czerwonej zorzy Do Limy frunę, do Limy!- brzmi w myślach refren zadowolenia - Kto ty jesteś? - zapytał życzliwy profesor z andyjskiego Puno - I po co fruniesz do Peru? - Zobaczyć koniec Ziemi gdzie króluje przyroda a góry wspinają swe garby wysoko na dach Świata ogromne, i niebezpieczne - A więc chcesz poznać Peru? To ja ci poradzę seniora: Nie jedź do Ayacucho Tam nie kochają obcych To niebezpieczne góry nikt ci nie daje gwarancji i za nic nie odpowiada A jeśli koniecznie chcesz jechać to najpierw się upij seniora! Pij dużo, dużo pisco! Jeśli pojedziesz do Puno 5

7 to zobacz Titicaca Koniecznie odwiedź Urosów na ich słomianych wyspach a pić trzeba mate de coca, byś mogła zachwycić się miastem wielkim i dziwnym- jak moje Tam wielki uniwersytet, a ja tam uczę seniora. Tu uczył także Guzman o którym jeszcze usłyszysz To on obcina palce wybija oczy i zęby takim jak ty i ja Jeśli się boisz, to co dzień pij dużo pisco seniora! A gdy wyjedziesz do Cusco i dalej do Machu Picchu i Sksayhuaman i Pisac, patrz pilnie, by zapamiętać jak dzielny naród tu mieszkał gdy władał nami INTI Bóg Słońce - we własnej osobie Zobaczysz wielkie dziwy i trudno ci będzie uwierzyć dlatego pij pisco sauer albo spróbuj żuć coca to daje dużo siły Gdy trafisz na Galapagos 6

8 Albo wyspy Ballestas - zapomnij o cywilizacji Staniesz naprzeciw potęgi natury i wody żywiołu Napij się potem chicha dobrej chicha morada a zwłaszcza teraz zimą Czy chcesz zobaczyć Nazca osnuty legendą płaskowyż? Koniecznie wykup samolot Z góry zobaczysz potęgę myśli i inżynierii Inkówmych przodków seniora A gdy poczujesz małość pokłoń się górom i morzu i duchom Altiplano i pij mate de coca! by się nie zagubić w przestrzeni A kiedy trafisz na penię w Iquitos czy Trujillo ciesz się i tańcz marinerę Zapomnij o wszystkich strapieniach i baw się i słuchaj muzyki A kiedy zagra ci w duszy zampońa i dźwięk charango pij cervesa - pij piwo i baw się do upadłego! 7

9 A w Andach koniecznie musisz zobaczyć Arequipę co była odrębną krainą z własną walutą i władzą Wszyscy Arequipenios mają kompleks wyższości Są najpiękniejsi, najlepsi inaczej się ubierają i żyją w pięknym mieście z wulkanicznego tufu Tu śliczne hiszpańskie budowle i wielki Misti nad miastem, który je chroni szczęśliwie od prawie 700 lat Jak długo jeszcze spokojnie zniesie megalomanię buńczucznych Arequipenios? Napij się w Arequipie smacznej chicha morada za zdrowie starego wulkanu! Tak brzmiały dobre rady miłego profesora który rozwinął przede mną miraże pięknej krainy Peru Jeszcze wychodząc z lotniska pomachał ręką i krzyknął: - Szczęśliwej drogi seniora i dużo dobrej chicha i mucho, mucho pisco! Adios! 8

10 coca roślina której liście się żuje, by nie czuć głodu i wysiłku, z niej robi się narkotyk kokainę mate de coca herbata z liści coca pomocna przy chorobie wysokogórskiej pisco nazwa gronowej mocnej wódki o smaku podobnym do bimbru pisco Sauer wykwintny koktajl z pisco z sokiem cytrynowym i białkiem chicha napój z kaczanów fioletowej kukurydzy- rodzaj kompotu o smaku naszych borówek czerwonych chicha morada napój lekko sfermentowany z kolb kukurydzy rodzaj indiańskiego piwa cerveza piwo po hiszpańsku zamponia i charango instrumenty andyjskie fletnia pana i rodzaj mandoliny ze skorupy pancernika inne nazwy, to miasta i zabytkowe obiekty w Peru pietra Altiplano 9

11 NA PRZEKÓR PUSTYNI Sterylne powietrze. Rdzawofioletowe szczyty ukazują zaledwie maleńkie wierzchołki swych stożków, przebijające się przez pianę chmur, co gęsto pokrywa kotlinę pośród wianuszka gór, teraz jakby skurczonych do rozmiarów babek z piasku. Oto w ten sposób właśnie pod brzuch samolotu podpłynęła Lima spowita zimową porą w pierzynę chmur. Nad Pacyfikiem zbiera się ogromna ilość wilgoci, której piętrowy grzebień Kordylierów nie pozwala się przemieścić. Kiśnie więc zawieszona nad miastem garua chmura, tak gęsta, jak śmietana. Za dnia, w promieniach słońca, unosi się nieco, rozprasza, ale prawie nie przepuszcza słonecznego światła. Jest chłodno i dżdżysto, a wieczór zapada niezwykle szybko, jeszcze przed zachodem słońca. Patrzę w bulaj, zza którego nie widać miasta, tylko przepastne pole gęstej pary, oświetlone jaskrawo omdlewającym słońcem na horyzoncie Wpadam w mleczny budyń, skośnie w dół i nagle pode mną wykwita kompletnie czarna noc ukwiecona kolorowymi światłami miasta. W mieście nie padał deszcz co najmniej 400 lat, a jednak ulice połyskują mokrym blaskiem. Czuję 10

12 wilgoć na koszuli, na włosach i chłód wieczorny. Zanim dotrę do miejsca postoju, mam już mokry plecak, koc i prawie wszystko w środku. Deszcz nie pada, a raczej mam wrażenie, że pada, gdzieś z boku, albo od spodu. Żaden parasol nie osłoni od nadmiaru wilgoci, nawet kurtka, ani płaszcz, jakby ktoś dmuchał w wielki rozpylacz. - Jak to wszystko wysuszyć?- zadaję sobie pytanie, kiedy w przytulisku, do którego dotarliśmy, nie ma ogrzewania. Żadnego pieca nie spotkałam na swej drodze w ciągu całej podróży po Andach. Ten wynalazek cywilizacji, podobnie, jak ciepła woda w kranie, nie była tu w użyciu. Nie ma mowy o praniu i suszeniu, chyba, że na odsłoniętym dachu, w środku dnia, kiedy odrobina ciepła sączy się z nieba i dmucha morski wiatr. W tym klimacie, nawet zimną porą najlepiej czują się rośliny. Niska temperatura lipca, w samym środku zimy, wcale im nie szkodzi. Tak wiele tu wilgoci, że wystarczy włożyć w ziemię gałąź, a wkrótce zakwitnie. Zachwycam się więc kwitnącymi żywopłotami i krzewami, które płoną pąsowo wśród zielonych liści, a oliwkowe drzewa chylą swe gałęzie pod nadmiarem owoców. Podnoszę głowę - dookoła, ponad dachami domów wypiętrzają się garby suchych, pustynnych gór, na których rozsiadły się dzielnice nędzy bariady, a nagie, osypujące się żwirem szczyty wysuwają nawisy 11

13 nad ulice, nad szosy, nad plaże Dzielnica Victoria La Victoria niebogata dzielnica w centrum Limy Cholo- mieszaniec indiańsko europejski Marihuaneros- handlarze marihuany Sendero Luminoso Świetlisty Szlak- straszliwa organizacja terrorystyczna gnębiąca Peru do końca lat 90. Niestety odradza się ponownie w XXI wieku 12

14 LIMA Na Victorii brudni smarkacze uprawiają slalom z piłką wśród samochodów Na Victorii rozwarte na oścież bary straszą przeciągami Ciekawski cholo podaje wielki kubek pełen straszliwej lury Na Victorii uczysz się snu wilka w ostrzelanym domu bez zamków Na Victorię nie zapuszczają się ludzie ze sfer gdy marihuaneros i handlarze koki rozpoczynają swój taniec wśród nocnych żywopłotów Na Victorii lepiej zostać w ukryciu kiedy nocne igraszki rozpoczyna Sendero Luminoso i tylko stary Chińczyk z azjatyckim spokojem sprzedaje nocą masło i żarówki 13

15 centrum Limy DZICY LOKATORZY Ciemno, chłodno. Na lotnisku witają nas dwie młode Polki. Jeszcze nie wiem, że jedna z nich prowadzi wycieczki po kraju i szykuje się do założenia własnego biura podróży, po uzyskaniu wszelkich należnych pozwoleń. Druga, to dosyć sprytna dziewczyna, która za wszelką cenę chciała się wyrwać z Polski - wszystko jedno, jakim sposobem. Powoli przekonywałam się, jak bezwzględnie i instrumentalnie traktuje, zarówno Peruwiańczyków, jak i swoich rodaków. A było to tak : 14

16 - Jedziecie z Krystyną, powiedziała María, a my spotkamy się jutro i ustalimy, co dalej robicie.. Komuś w drodze zginął plecak, ale to nie był największy kłopot podczas tej wyprawy. Wsiedliśmy w słabo widoczny autobus, o nierozpoznawalnym numerze. Przez nocne miasto trasa wiodła wzdłuż wysokich murów okrutne zabazgranych hasłami wyborczymi. Wrażenie było raczej smutne i mało zachęcające. Czyżby to była właśnie wymarzona Lima? Wreszcie, po niemal godzinie, zaczęły się jakieś niewysokie zabudowania Avenida Mexico, a zaraz potem na tasiemcowej szarawej ulicy przeczytałam słabo widoczną nazwę : Atahualpa Yupanqui. Znaleźliśmy się w dzielnicy La Victoria. Krystyna otworzyła jakieś drzwi z powybijanymi szybami i nagle się cofnęła oznajmiając: - Słuchajcie chłopaki. Tu jest ciemno. Nie ma żarówki. Ktoś sięgnął po latarkę, ale bez rozeznania w terenie trudno było cokolwiek dostrzec, nie potykając się o sprzęty i przeszkody. Ustalono, że trzeba kupić żarówkę, ale gdzie? Krystyna, mało zmartwiona naszym dyskomfortem oświadczyła, że już jej się spieszy. - Muszę wracać do domu oznajmiła - bo jest późno, 15

17 poradzicie sobie. Tu obok jest mały sklep. Pewnie jeszcze otwarty (?). I rzeczywiście w małym kantorku siedział stary Chińczyk i usłużnie podał żarówkę, pięknie się przy tym uśmiechając, z zadowolenia, że jeszcze o tej porze ma klientów. - Ludzie, mamy światło! no to idziemy- zawołał Zbyszek. Gęsiego z plecakami na barkach źle się przechodziło przez wąski korytarz, na maleńkie atrium, zakończone wyjściem na nieduże patio. Z niego kolejne schody zewnętrzne prowadziły do sąsiednich pomieszczeń na piętrze, które były dla nas niedostępne. Po prawej stronie atrium wymurowano ogromny cokół przepastnej wanny, z jednym kranem po środku, na wysokości talii. Oczywiście woda była w nim tylko zimna. To była nasza łazienka, do której później wszyscy cisnęli się co rano. Obok wiodły kręcone schodki na piętro do maleńkiego holu - przedpokoju, z którego dwoje drzwi prowadziło do dwóch pokoi, z powybijanymi oknami. Te okna bardzo mnie zaniepokoiły. Nocą wiało z nich zimnem, więc staraliśmy się ułożyć bardzo gęsto, człowiek przy człowieku i ponakrywać się wszystkim, co było w plecaku. Od razu na wejściu wynikł paradoksalny problem. W uskoku atrium była jedyna toaleta, nie używana 16

18 od dawna i kompletnie zapchana.. Dość liczna wycieczka, świeżo przybyła zza oceanu nie mogła czekać do rana, aż kłopot się sam rozwiąże. Właścicielka lokalu poszła do domu, zostaliśmy więc sami, bez narzędzi, bez orientacji, niemal po ciemku. Dzielni chłopcy z wyprawy rzucili propozycję, że jeśli ktoś się podejmie przepchać ubikację, dostanie dziesięć dolarów. Nikt z nas nie cierpiał na nadmiar grosza, więc znalazł się ochotnik, który to zrobił gołymi rekami. Wszyscy dziwili się Ludwikowi, ale jednocześnie byli głęboko wdzięczni. Ustaliliśmy,że nieduży hol na piętrze będzie terenem wspólnym salonem, jadalnią, pokojem narad, a cała niemal dwudziestka ludzi rozlokuje się pokotem, w śpiworach lub na matach. Niestety podłoga od co najmniej pół roku nie widziała szczotki ani odkurzacza. Basia i jakaś dziewczyna od grotołazów podjęły się roli sprzątaczek i od razu chomikowane w plecakach szmaty podłogowe kupione do rozmaitych nieprzewidzianych celów znalazły zastosowanie. Biały tuman kurzu został wymyty zimną jak lód wodą, ale można było wreszcie rozłożyć koczowisko. Na szczęście były w ścianach czynne kontakty i gniazdka żeby podłączyć grzałki do herbaty, a w narożu holu stało ogromne, kolonialne biurko w kolorze orzechowym i kilka krzeseł. W odległym kącie, w cieniu ukryła się jeszcze piękna, ażurowa, dziecięca kołyska. Poza tymi kilkoma sprzętami, nie 17

19 było tutaj nic więcej. Rano okazało się, że nasz dom praktycznie się nie zamyka, bo przez ostrzelane szklane drzwi można włożyć rękę i przekręcić zamek od środka, a trzy zdezelowane okienka na bocznej ścianie naszego pokoju, usytuowane nad wejściowym korytarzem dzieliła od płaskiego dachu sąsiedniego domu zaledwie ponad metrowa odległość. Dla sprytnego złodzieja nasza twierdza nie byłaby żadną przeszkodą, więc od samego rana trzeba było ustalić kilkuosobowe warty, aby część wyprawy mogła zrobić zaopatrzenie, a reszta wyruszyć na rekonesans po mieście, zdobyć mapy i informacje. Trzeciego dnia przyszła kolej na minie i Basię oraz szefa całej wyprawy. I dobrze się stało, bo oprócz mnie jedna osoba rozumiała tylko trochę język hiszpański. Pogoda akurat była dosyć słoneczna i z żalem spoglądałam na ulicę, czując się jak uwięziona panienka z okienka, którą ciekawiło, co dzieje się tam, na zewnątrz. Szeroki trakt ulicy, Atahualpy Yupanqui, z jej jednopiętrową zabudową, widać było doskonale. W przedpołudniowej porze prawie nikt nie chodził, nie jeździł, dlatego zwrócił moją uwagę mały człowieczek z urzędowa aktówką pod pachą, a w perspektywie ulicy zobaczyłam szybko idącą kobietę 18

20 Jegomość jakoś nie pasował do otoczenia. Szedł w pewnej odległości od kobiety, która bardzo się spieszyła i co chwilę podbiegała. Widać było, że zmierza w naszym kierunku. Za chwile trzasnęły szklone drzwi na dole i drobne kroki zastukały na schodach. Stanęła przed nami Danusia nieco zdyszana i zanim przedstawiła, się kim jest, wyrzuciła z siebie informację : - Słuchajcie! Pakujcie się i uciekajcie stąd! Idzie tu urzędnik, który, gdyby go nie wpuszczono, to ma się włamać i zająć majątek. - Jaki majatek? okazałam nieme zdumienie. Ledwie Danuta zdążyła powiedzieć parę słów, doskoczyłam do okna, żeby sprawdzić jej słowa. Mały człowieczek szedł dosyć szybko i pewnie, pokonując po skosie na skróty jezdnię, wyraźnie w naszą stronę. - Zdaje się, że już mamy gościa zawołałam - Coś ty, to chyba nie on- zażartował Kazio. - Może to nie ten? zgadywała Baśka, zaciągając się dymem papierosa. - Nie! Autentycznie! - krzyknęłam żebyście się nie zdziwili, jak zaraz wtargnie do środka. - A nie mówiłam - odezwała się Danusia. - Dobra, to ja spadam, lepiej, żeby mnie tu nie było i śpiesznie zbiegła na podwórko, na tyłach domu, żeby się wymknąć po cichu nieco później. - Słuchajcie, może to jakiś tajniak- zasępił się Kazio. Tu jest niebezpiecznie, a my właściwie nie jesteśmy 19

21 meldowani od trzech dni, taka liczna banda cudzoziemców. Z tego może jeszcze być afera. Schowajcie wszystkie plecaki za drzwi, zamknijcie pokoje, dawajcie tu szklanki, herbatę i tak sobie będziemy na luzie niby biesiadować zdążył jeszcze wydać rozkaz naszej trójce. I rzeczywiście coś zachrobotało na dole, za chwilę rozległ się łomot w pobitą szybę drzwi. Kolega przezornie wybiegł gościowi na spotkanie, po czym usłyszeliśmy drobne kroki i pan z teczką wynurzył się z biegu schodków. Kazio, który nie mówił po hiszpańsku, rozpromienił się na twarzy i zawołał po polsku, wyciągając rękę kordialnie na powitanie i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu : - Oh! Senior, jakże nam miło, że mamy gościa! - Tłumacz Grażyna, w razie czego! - wydał mi polecenie, sadzając jednocześnie przybysza za owym szerokim biurkiem na jedynym krześle z poręczami. - Tu będzie Panu wygodnie. Może herbatki, albo kawy?. Gość dał się namówić na kawę i zaczął otwierać teczkę pełną papierów, po czym zaczął rozkładać z namaszczeniem kartki na kilka kupek, wyszukał długopis i zaczął czytać. - Chwila, moment, czego on od nas chce? spytał spłoszony weź go podpytaj zwrócił się do mnie. 20 Pan był miły i grzeczny, nie spieszył się i dokładnie

22 tłumaczył o co chodzi. Pokazywał jakieś tabelki., daty, kwoty i wreszcie spojrzał pytająco na nas i zadał pytanie kluczowe : - A kto wy jesteście? Zrobiło nam się gorąco. Kazik gorączkowo zaczął podpowiadać mi : - Powiedz mu, że przyjechaliśmy do kuzynki Krysi. Ja jestem jej brat z Polski, a wy jesteście moje córki. Chciało mi się śmiać, bo nijak nie byliśmy do siebie podobni, rudawy Kazio, niemal albinoska Basia i ja ciemna szatynka. W dodatku już nie byłyśmy takie młode, ale Kazio miał wyraźnie siwiejącą czuprynę. - Dobra ujdzie pomyślałam. Na szczęście przybysz nie poprosił nas jeszcze o paszporty. Przybrał za to dosyć urzędowy ton i oświadczył, że trzeba zapłacić ( modliłam się w duchu, żeby reszta wyprawy nie wróciła w tym momencie do domu ). - Za co płacić Senior? zadziwił się Kazio. Później dowiedziałam się od Marii, że ten lokal należał do teściowej Krystyny, ale dawno nie był zamieszkały, tylko służył od czasu do czasu, jako miejsce zebrań i szkoleń dla jakiejś małej rodzinnej wytwórni marmolady. Na razie nie orientowaliśmy się czyj to był biznes. Wystarczyło nam, że to właśnie na Krystynę wystawiane były rachunki za światło, którego nie opłacała od kilku miesięcy. I nagle nas olśniło. Staliśmy się ofiarami jej nieodpowiedzialności, a może ukartowanej akcji, 21

23 że użycza nam pozornie darmowego noclegu, a my naiwni, zapłacimy jej długi z naszej kieszeni. Przecież dla każdego z nas, taka sprawa mogła się skończyć na policji, w kraju owładniętym wojną partyzancką. Włos mi się zjeżył na głowie, gdy wyobraziłam sobie inny obrót sprawy. Gdyby urzędnik zastał kogoś z nas samego w obcym domu, bez znajomości języka, bez zapasu gotówki, mógłby wziąć go za złodzieja, za szmuglera, za nielegalnego imigranta Mogły wyniknąć z tego niewyobrażalne kłopoty. Na szczęście urzędnik dał się podejść naszą grzecznością i usłużnością. Wybuliliśmy chyba ze trzysta dolarów - ze wspólnej kasy, więc na każdego wyprawowicza wypadło po kilkanaście. Następnego dnia opowiedzieliśmy Krystynie o wizycie urzędnika, mając płonną nadzieję na zwrot wydanej gotówki. Nawet się nie zainteresowała, ile zapłaciliśmy i jak byliśmy w stanie się dogadać. Niewiele ją to obeszło, że już na początku podróży straciliśmy pieniądze, których mieliśmy bardzo niewiele. Mogłoby nam ich potem zabraknąć, tak daleko od kraju. Całkowity przydział przewidziany na jednego uczestnika wyprawy wynosił zaledwie trzysta dolarów. 22

24 nasze pierwsze miejsce noclegu i pierwsze wrażenia pisane nocą 23

25 Cały bagaż podręczny ukrywamy bagaż pod kurtką 24

26 GROSZOWI MILIONERZY Mamy pełne kieszenie rozmaitych pieniędzy. Szyte w Polsce specjalne gaciowniki, dla ochrony przed złodziejami nie są zbyt wygodne, ale zdają egzamin. Kilka kieszonek z płótna, zapinanych na napy, przyszytych do gumowego paska, świetnie nadaje się do noszenia pod majtkami, wtedy łatwo sięgnąć za pasek spodni, wyjąć banknot i schować resztę. Można w nim nawet spać i nie bać się, że ktoś wyciągnie pieniądze z plecaka lub torby, rozpruwając ją nożem na wylot. Nawet jeśli sprytny Metys w tłoku próbuje spenetrować twoje kieszenie, nic nie znajdzie. Idąc na targowisko nauczyliśmy się trzymać bagaż przed sobą na rękach, a nie w torbie zarzuconej na plecy lub powieszonej na ramieniu. Miejscowi mieszkańcy noszą plecaki na piersiach. Wtedy wszystko mają pod kontrolą. Tak samo chodzą ulicą i jeżdżą w autobusach dzieciaki do szkoły z plecakami na piersiach. Nawet kobiety w środkach komunikacji nie noszą toreb na ramieniu, tylko przytrzymują je silnie przedramieniem z przodu. Najbardziej narażone są aparaty fotograficzne i kamery, ze względu na swe rozmiary, które trudno ukryć. Gdy niesie się coś cennego, łatwo dać się okraść w prymitywny sposób. Ktoś podbiega i wyrywa z ręki lub zrzuca z ramienia ciężki bagaż, ktoś inny go łapie i znika w tłumie. Jeszcze sprytniejsze są sytuacje, gdy ktoś obleje przechodnia sokiem, czy lodami i gorączkowo przeprasza, ba nawet pomaga wytrzeć plamę. 25

27 Wtedy skupieni na wypadku zupełnie nie jesteśmy w stanie kontrolować co się dzieje w innej strefie naszego ciała, a w tym momencie ktoś wyciąga nam wszystko z torby, albo ją zrywa i ucieka Zabawne zdarzenie spotkało w pierwszych dniach pobytu naszą grupę rozpoznawczą, która udała się na rekonesans po mercado- miejscowy targ. Wszyscy przezornie założyli na siebie kurtki ortalionowe, pod nimi umieścili nie tylko gotówkę, ale także aparaty fotograficzne i zasunęli zamki błyskawiczne. Wyglądali jak kilka kobiet w ciąży i paru brzuchatych panów buszujących po straganach. W pewnym momencie zrobiło się tłoczno, trudno było się przecisnąć między straganami. Zajęci wypatrywaniem potrzebnych drobiazgów nie zwrócili w ogóle uwagi, że czterem osobom zdjęto z rąk zegarki, z jedynych nieosłoniętych miejsc na przegubach rąk. Jeżeli byłeś wyjątkowo ostrożny, to i tak miałeś kłopoty, bo właśnie niedawno dokonano dewaluacji. Szalejące do poziomu milionów sole zamieniono na Inti. Funkcjonowały one jednak równolegle. Ceny towarów podawane były w sklepach w Inti, a na targowiskach w solach. Czasem człowiek nie nadążał z przeliczaniem zer. Nowa waluta była porządna, świeża, a stare banknoty tysiąc solowe darły się w palcach ze zużycia. Dzieliły się na pionowe strzępki naddarte to od góry i od dołu. 26

28 Nie znosiłam tych pieniędzy. Nie mieściły się w żadnym portfelu, ani portmonetce., nie mówiąc już o gaciowniku, do którego groszowe kwoty w ogóle nie wchodziły, bo ulegały całkowitemu rozdarciu. Bałam się, że sprzedawcy nie zechcą przyjmować tych podarciuchów, tak jak u nas w Polsce, ale tutaj nie robiono problemów z wyglądu banknotów. Zdarzyło nam się raz, że trzeba było wyruszyć na pocztę aby nadać parę listów do rodziny. Dotarliśmy na wskazane miejsce, ale dziwiło mnie, że jedynie na poczcie można wysyłać listy, bo nie ma t7 skrzynek pocztowych.. Trochę dziwne było także, że nie ma tu znaczków pocztowych do kupienia w kiosku, czy sklepie, jedynie pocztowa pieczątka pozwala legalnie wysłać standardową przesyłkę. Zapytałam później Marii - dlaczego? odpowiedziała mi, że za dużo było fałszywych podróbek znaczków, więc utrudniono życie, nie tylko złodziejom, ale wszystkim obywatelom. Gmach poczty wydawał się nowoczesny. Był wyposażony w długie balustrady rur dla poczty pneumatycznej ( nawet nie wiem jak to działało ). W środku panował gwar i ścisk. Chciałam porozumieć się z Marią, bo umówione byłyśmy na telefon, więc ustawiłam się w kolejce do kabin telefonicznych, po czym zbaraniałam, gdy musiałam się cofnąć po zakup żetonu i jeszcze raz odstać swoje w kolejce. 27

29 Wyglądałam pewnie na kompletnie zagubioną, bo w pewnym momencie podeszła do mnie młoda Brazylijka Pilar i zapytała z czym mam kłopot. Z wielka życzliwością zajęła się mną i Basią.Okazała się bardzo komunikatywna. Zainteresowało ją skąd przyjechałyśmy i pochwaliła się, że właściwie przybyła tu w podobnym celu. Jedzie właśnie tą samą trasą z grupą kolegów z campusu uniwersyteckiego w Sao Paolo. Pomachała nam na odchodnym i rzuciła: - Pewnie się gdzieś spotkamy! Adiós! sole, inti ( peruwiańskie pieniądze ). 28

30 ZROZUMIEĆ KRAJ Przyglądam się wszystkiemu ciekawskimi oczyma cudzoziemki. Wiele czytałam o Peru, Inkach, o Polakach zaplątanych w historię tego kraju i zasłużonych dla jego świetności, jak Wojtkiewicznajwspanialszy polski entomolog, którego olbrzymie zbiory fauny i flory amazońskiej wypełniają największe amerykańskie muzea przyrodnicze. Był też Malinowski, budowniczy najwyższej na świecie kolei andyjskiej, czy Jaxa Małachowski, król całego rodu wyśmienitych architektów peruwiańskich, twórców pałaców i katedr oraz słynnych balcones ( ażurowych drewnianych balustrad na fasadach tych reprezentacyjnych budowli ). Kraj jest niezwykły i bardzo ciekawy, ale zrozumieć tę ziemię nie jest łatwo. Podobno wszystko zaczęło się od tego, że kiedy Pan Bóg wyznaczał narodom miejsca do zamieszkania, zupełnie zapomniał o Peruwiańczykach. Kiedy przyszli się poskarżyć, popatrzył na swe dzieło i stwierdził, że został mu już tylko ten najgorszy kawałek świata, same wysokie góry i sama dżungla. Indianie odeszli, jak niepyszni, ale musieli się zgodzić na ten niedogodny kawał ziemi, gdzie prawie nic nie rośnie, albo rośnie nazbyt wiele, gdzie trudno oddychać z braku powietrza, albo z nadmiaru wilgoci, gdzie wszystko wysycha, albo gnije, a jednak Indianie 29

31 właśnie tutaj postanowili osiedlić się, zbudować swoje państwo i udowodnić, że choć Bóg o nich zapomniał, to oni sami sobie poradzą. O tym wszystkim opowiedział mi kiedyś Manuel, bardzo sympatyczny mąż Krystyny, o którego śmierci dowiedziałam się niedługo po powrocie do Polski. To był bardzo chory człowiek straszliwie zaniedbywany przez wyjątkowo lekkomyślną żonę, pozbawiona serca. Ogromnie wiele skomplikowanych przyczyn powoduje, że życie w Peru nie jest łatwe, że trudno jest rządzić narodem tak strasznie podzielonym, nie tylko rasowo, etnicznie, ale i terytorialnie. Na przestrzeni parokrotnie większej od Polski żyje kilkanaście milionów mieszkańców, z czego pięćdziesiąt procent stanowią Indianie Keczua i Aymara, trzydzieści parę procent Metysi, piętnaście procent biali Kreole - potomkowie Hiszpanów, kilka procent czarni Mulaci i Murzyni - potomkowie niewolników afrykańskich oraz niewielu Azjatów, zwłaszcza potomków chińskich kulisów, którzy także emigrowali tutaj w poszukiwaniu zajęcia. Kulturowo i cywilizacyjnie różni ich wszystko, nawet języki urzędowe. Duża ich część żyje w enklawach oddzielonych od siebie tysiącami kilometrów pustyni lub dżungli, poza zasięgiem wszelkiej komunikacji. Gospodarka kraju bazuje na rolnictwie, choć uprawnej ziemi jest tu zaledwie poniżej trzech procent. I tylko dwadzieścia parę procent łąk i 30

32 pastwisk, resztę stanowią nieużytki położone w ekstremalnych warunkach geograficznych i geologicznych. Na wybrzeżu Pacyfiku ciągnie się sucha Costa, wzdłuż dużej części pustyni Atacama. Na obszarze wysokich Andów w Kordylierze, zwanej Sierra porasta step, kolczaste zarośla i odrobina lasów. Na terenie Montaña - gór i równin podgórskich, zwanych Altiplano pojawia się step i sawanna nazywana tutaj Puna i Seja de Selva czyli Brwi dżungli. Terytorium Amazonii zwanej Selva pokrywa już tylko sama dżungla, czyli las liściasty. Pospolita indiańska ludność, od zawsze popadała w uzależnienie, najpierw od bitnego i niezwykle operatywnego ludu Inków, protoplastów dzisiejszych Keczua, później od okrutnych najeźdźców hiszpańskich. Dzisiaj także Indianie, mimo większości, jaką stanowią są uzależnieni ekonomicznie od swych młodszych braci Metysów, którzy okazali się bardziej sprytni i zajęli istotną niszę gospodarczą handel, usługi oraz nielegalne interesy narkotykowe. Biedocie, która podąża do miast, aby polepszyć sobie warunki egzystencji pozostaje wynajmować się do dorywczych prac, często nielegalnie, bez wynagrodzenia, albo za garnek strawy. Zatrważający jest także proceder handlu dziećmi. Właściwie istnieje tu ukryte niewolnictwo, a prawa 31

33 dzieci praktycznie nie są respektowane. Szokujące dla nas są w całej Ameryce Południowej dziecięce gangi. Nawet pięcioletnie dzieci potrafią uciec z domu i żyć na ulicy. Szybko uczą się rozboju i złodziejstwa, pod skrzydłami starszych kolegów. Nocą tułają się po klubach i dyskotekach ze skrzynką papierosów, gumy do żucia i zapałek, na szyi i handlują z turystami. Jeszcze częściej zgarniają przy okazji ze stołów nierozważnie pozostawione cudze papierosy i zapalniczki i portfele. Cudzoziemcy, którzy założyli w tym kraju swoje biznesy, coraz częściej zwijają interes i wyprowadzają się z zarobioną gotówką. Przez to kraj popada w nędzę, ludzie tracą pracę, spada miejscowa produkcja towarów, a zaczyna panoszyć się na straganach kontrabanda z ościennych krajów i Ameryki Północnej. Jeszcze jedna dotkliwa klęska nawiedza Peru, co parę lat, nie chciany prąd morski. Na długo staje wtedy cały przemysł rybacki i przetwórczy oraz połowy morskie na Pacyfiku. Statki pozostają w portach, marynarze nie mają pracy, niszczeją urządzenia portowe i cała flota. Rozkradają ją ludzie na złom i surowce wtórne. A wszystkiemu winien El Nińo, który nie tylko przynosi tajfuny i sztormy w obu Amerykach, ale zabiera ryby z krajowych łowisk w obrębie szelfu kontynentalnego. Wtedy przestają obowiązywać wszelkie umowy międzynarodowe i wszystko staje 32

34 na głowie. Właśnie teraz, w czasie mojej wizyty, od pięciu lat stoją na redzie, nikomu nie potrzebne statki pod wieloma banderami, między innymi siedem naszych polskich. Marynarze, którzy przyjechali tu do pracy, nie mają zatrudnienia. Niektórzy czekają na odszkodowania od rządu peruwiańskiego, inni na własny koszt wracają do kraju, bo armator porzucił swoje jednostki, dopuścił do ich dewastacji i umywa ręce. Właściwie nikt nie jest temu winien, choć znajdują się ochotnicy wśród niewielkiej tutejszej Polonii, którzy próbują nie dopuścić do zniszczenia tego majątku. Chronią go przed złodziejami, wynajmują ludzi do sprzątania pokładów i konserwacji. Prowadzą własną działalność przetwórczą na małą skalę w kooperacji z sąsiednimi krajami, a państwo polskie nic z tego nie ma. Wszystko to dzieje się, jakby poza prawem i nikt nie ma o to pretensji. W dodatku sprytni Peruanos pozbyli się z zarządu spółek międzynarodowych - cudzoziemskich pracowników i w ten sposób nie ma kto chronić interesów innych krajów na terenie Peru. Taka sytuacja dotknęła pracowników i majątek polsko - peruwiańskiej spółki Polcargo, w której pracuje Anibal, mąż Maríi. 33

35 dom po trzęsieni ziemi 34

36 ZIEMIA DRŻY OD WYBUCHÓW Od początku prześladuje nas psychoza strachu. Już mieszkanie w Limie wiele mówiło o sytuacji, która czyhała za progiem. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się więcej o szczegółach stanu wyjątkowego. Okazało się, że partyzantka działa zarówno na prowincji, jak i w kluczowych miastach Peru. Na każdym kroku przypominają nam tutejsi mieszkańcy o przestrzeganiu zasad bezpieczeństwa, o czujności na ulicy, o pilnowaniu bagażu, o chowaniu pieniędzy i sprzętu przed złodziejami, o godzinie policyjnej, o chodzeniu grupami - nie w pojedynkę. Szalejący w Peru terroryzm ma wielorakie przyczyny. Duża ilość zwalczających się partii politycznych najróżniejszych koncepcjach światopoglądowych prowadzi otwartą wojnę z aktualną władzą, zarzucając jej nieudolność i zbytnie uzależnienie od obcego kapitału, a głównie amerykańskiego. Każdy odłam partyjny z istniejących obecnie trzydziestu dziewięciu ma własną koncepcję zbawienia kraju, a ponieważ nie może zdobyć zdecydowanej przewagi, ima się argumentów i metod ostatecznych partyzanckich i mafijnych. Nienawiść i zawiść bije w miejscowa finansjerę, pogrążoną całkowicie w obcej kieszeni, w miejscowych notabli i zamożnych obywateli, którym zbyt dobrze się powodzi, a wreszcie w zasobnych turystów zagranicznych, kojarzonych z rozrzutnością, 35

37 nie z potrzeby istnienia - tylko dla kaprysu. Niespodziewany pasztet ugotowali niedawno Rosjanie, którzy niedawno przed naszym przybyciem wyekspediowali broń dla partyzantki limańskiej przy pomocy duńskiego statku. Na szczęście nowy prezydent Alan Garcia miał dobry wywiad i nie dał się zwieść. Tajona informacja przeciekła do rządu w Limie i statek przejęto, zanim dotarł do więzienia na wyspie, gdzie odsiadywało wyroki prawie czterystu terrorystów. Broni było tak dużo, że przy jej pomocy mogła wyniknąć niezła zawierucha. Władze przestraszyły się i postanowiły skutecznie zwalczyć groźbę partyzanckiej rewolucji. Prezydent Alan miał świeżo w pamięci, jak nieudolnie działał jego poprzednik i dopuścił do samowoli części armii w odległych prowincjach i do powstawania bojówek narkotykowych. Miał przykład w niedawnych wypadkach na terenie Boliwii, jak skutecznie i bezwzględnie tamtejszy rząd skutecznie odciął ramiona tamtejszej partyzantce. Alan Garcia postanowił zadziałać tak samo, dlatego w momencie wykrycia spisku dał rozkaz całkowitej likwidacji więzienia w Limie. Około 4 czerwca 1986 roku wysadzono całą wyspę na oceanie, na której znajdował się najsroższy zakład karny na terenie Peru, podobny do osławionego amerykańskiego Alcatrazu. W jednym momencie przejęto statek, odebrano broń, uwięziono marynarzy i zrównano z ziemią zarzewie buntu. Na razie wydawało się, że ta akcja była dość 36

38 skuteczna. Jednakże w zakamarkach miast partyzantka szalała nadal i utrzymywał się stan wyjątkowy. Jak niepewny był chwilowy spokój po tej operacji wojskowej, mieliśmy się przekonać niebawem, kiedy zbliżało się Święto Narodowe 29 lipca. Bezkresne Altiplano w głębi widok na siedmiotysięczniki Cordillera Blanca 37

39 ANDY Od oceanu lekki wiatr tarmosi połami kurtki zdmuchuje ronda wełnianych kapeluszy Kilku Indian w kucki na tle bezkresu czeka na autobus od wczoraj do nie wiadomo Pustynna dal a za nią połyskuje szmaragdem garb Altiplano: tysiąc dwa trzy tysiące a nad nim lodowa czapa Cordillera Blanca przyprawia o zawrót głowy : cztery sześć siedem tysięcy Najwyższa matematyka zrozumiała dla Najwyższego Za mną w drgawkach skraj brzegu oddychający piaskiem i pomruk Oceanu dziś dosyć Spokojnego i łopocząca wstęgą roju flamingów na brzegu 38

40 z milionem ruchliwych nóżek jak czerwone zapałki przebierających w wodzie floresem białych szyj Zdumione oczy w zachwycie to tu, to tam przemykają I cisza i nic nie słychać Nie ogarniona przestrzeń nie ogarniony ogrom nie ogarniony spokój Połóż palec na ustach zatrzymaj, ten dzień, ten obraz ten nastrój trwania i piękno które za chwilę opuszczę choć zapamiętam na zawsze i pozostanę w pokłonie 39

41 BUDZI SIĘ INSTYNKT Od rana ruch. Grotołazi postanowili sprzedać trochę NRD- owskich filmów ORWO tańszych od zachodnich tutejszemu Towarzystwu Fotograficznemu. żeby zdobyć gotówkę przed podróżą w głąb kraju. W jednym ze swoich pokojów ekipa zorganizowała sklep i sprzedawała co się dało; kurtki, ocieplacze, plecaki i inne gadżety turystyczne. W pewnym momencie zapytałyśmy czy można się dołączyć do grupy i coś dołożyć z naszych akcesoriów. Nie dostałyśmy zgody. Nie było o czym dyskutować. Rodził się konflikt interesów. Miałam za złe kolegom, że wtedy, gdy nikt nie rozumiał po hiszpańsku peruwiańskiego inkasenta okazałam się przydatna, żeby ratować sytuację całej grupy, a teraz, gdy chciałam spieniężyć jakiś drobiazg we wspólnym stoisku, dostałam prztyczka w nos. Nie przejęłam się tym jeszcze, ale zaczęłam baczniej obserwować otoczenie i zachowania kolegów. Dopiero teraz ujawniło się, że chociaż alpiniści przyjechali tutaj pod auspicjami naszego stowarzyszenia, nie czuli żadnej wspólnoty, nie chcieli czuć się absolutnie odpowiedzialni za losy obu grup. Nic ich nie obchodziliśmy. Nie zdawałam sobie sprawy, że między przewodniczką naszej podgrupy i szefem alpnistów nie ma porozumienia, że wiąże ich jakaś niejasna umowa finansowa i puste gesty, maskujące wzajemne animozje, w których tryby 40

42 daliśmy się wkręcić. W drugiej grupie też ciągle wrzało, tylko tyle, że dyscyplina była nieubłagana. Pojechało z nami sporo osób, które stanowiły wyraźny ciężar, albo finansowy, albo kondycyjny. Były to czyjeś żony i dziewczyny, które nie chodziły nigdy po górach. Były marudne, nieprzystosowane i wygodnickie. Z ich powodu wynikały kłótnie i spięcia. To one także odcinały się wyraźnie od naszej podgrupy. Powoli zaczęłyśmy dostrzegać, że obie z Basią wpadłyśmy miedzy młot i kowadło. Nasi liderzy mieli dużo gotówki i dużą praktykę podróżniczą. Nie chcieli obciążać się kłopotami pozostałych uczestników. Asekuracyjnie odcinali się od ewentualnych kłopotów. Stale przypominali o wzajemnej odpowiedzialności - narzeczeni za siebie, małżonkowie za siebie i koleżanka za koleżankę. Nie mogłyśmy przewidzieć do czego to może doprowadzić w dalszej drodze, ale wyczuwałyśmy jakieś fałszywe tony we wzajemnych relacjach obu grup ze sobą i wewnętrzne niepokoje w ich obrębie. Dopiero w połowie wyprawy zdałam sobie sprawę, że tak budziły się naturalne instynkty przetrwania. Powodowały one nieufność, zawiść- o cokolwiek, o to ze komuś coś się udało, a drugiemu nie, o nieoczekiwaną przyjaźń lub sympatię okazaną komuś innemu przez kogokolwiek, o korzystniejszy zakup, o bardziej udany interes, o lepszy posiłek, o większą wygodę, o zasobniejszą kieszeń i większy spryt 41

43 Nie wiem do czego mogłoby dojść, gdyby wyprawa potrwała więcej niż miesiąc. Nikt mnie nie przekona, że podróżowanie w grupie jest bezpieczne. Najgorzej człowiek wychodzi na tym, kiedy powierzy swoje życie cudzym rękom i kalkulacjom. W ten sposób dobrowolnie odbiera sobie samodzielność i może stać się bardzo łatwą ofiarą okoliczności. Nie znaczy to, że nie warto mieć kogoś bliskiego do towarzystwa, kogoś z kim dzieli się trudy i sukcesy podróży, ale w drodze instynkt dbałości o własną skórę zaczyna dominować. Zostają wystawione na próbę najlepsze przyjaźnie, a nawet głębsze uczucia. Nigdy w życiu nie pożałuję, że odkryłam tę trudną prawdę o ludziach. Dawno już nauczyłam się radzić sobie z trudnymi sytuacjami i trudną psychiką ludzką dzięki doświadczeniu, jakie dało mi harcerstwo i wspólne wakacje, biwaki, obozy i plenery artystyczne i niewygody rozmaitych podróży od dzieciństwa. Kiedy zaczynałam instynktownie wyczuwać narastający nastrój niepokoju, stawałam się czujna, ale starałam się to pozornie bagatelizować, nie okazywać dąsów, nie obrażać się na nikogo. Już pierwszego dnia przed zorganizowaniem noclegu przyszła do nas i zaprosiła mnie z Basią do siebie na kolację. Nie wiem jak to się stało, że z powierzchownych spotkań, zadzierzgnęła się nitka przyjaźni między nami. Może spowodowałam to tym, że byłam ciekawa i spragniona informacji o kraju, w 42

44 którym się znalazłam, że wymieniałam poglądy o tym, co widziałam dookoła. Polubiłyśmy się z Maríą chociaż nie miała łatwego charakteru, była bardzo bezpośrednia i bezpardonowa, ale miała serce. Mieszkała niedaleko, na Matute (nazwa kojarzy się ze zbrodnią, zabójstwem, a co najmniej złodziejstwem). Rzeczywiście było to szemrane osiedle kolorowych i bardzo średniej klasy Limeńos, do których należała rodzina Marii. Na podwórzu między blokami grała muzyka, a kilkuosobowe grupki Negrów obstawiały okoliczne żywopłoty. Maria z pogardą określiła ich jako marihuaneros sprzedawcy marihuany. Wieczorami uprawiali swój proceder, niemal pod okiem stanu wyjątkowego, panującego w kraju i obowiązującej godziny policyjnej. Poznałyśmy rodzinę Marii trzech synów i męża. Dostałyśmy pierwsze wskazówki, dokąd się udać w pierwszym rzędzie na zwiedzanie Peru. Kiedy wróciłyśmy na kwaterę, niektórzy już spali, ale zdążyłyśmy opowiedzieć szefom, co proponowała Maria i zapowiedziałyśmy jej wizytę u nas przed południem następnego dnia. Ta nasza nieoczekiwana komitywa z Marysią, chyba całkowicie zmieniła nastawienie grupy do nas. Ze zdumieniem zauważyłam, że w grupie alpinistów powstał rodzaj rywalizacji o względy miejscowych Polek, które mogły być bardzo pomocne w wielu kłopotach. Ale tylko jedna osoba była przez Marię 43

45 zaakceptowana, tak, jak my i zaprzyjaźniła się z nią na dłużej. W ogrodzie Don Albrizio 44

46 U DON ALBRIZIO Rankiem podzieliłyśmy się rolami. Basia z Olą poszły do Ambasady. Należało pokazać się na oczy konsulowi, zasięgnąć języka które trasy są w miarę bezpieczne i zostawić oryginały naszych paszportów, żeby ich nie ukradziono. W zamian dostaliśmy kserokopie podbite przez ambasadora, pana Polaka. Chyba tylko temu, że mówiłam po hiszpańsku zawdzięczam nieoczekiwaną propozycję Kazia, aby pojechać z nim do domu Don Albrizia. Zrobiłam to bardzo chętnie, bo byłam ciekawa jak mieszkają rdzenni Peruwiańczycy. W międzyczasie Krystyna przyprowadziła jakiegoś radiowca, który podarował nam płyty z muzyką rockową i zaprosił do wysłuchania w radio dedykacji jego zespołu dla naszej grupy z Polski. Cecylia Albrizio.restauratorka mieszkała na Tupac Amaru, nie daleko od Salazar, gdzie stoi polska Ambasada. Studiowała niegdyś w Polsce i mówiła jeszcze po polsku. Aleja Salazar jest piękna, wysadzana starymi drzewami oliwnymi o wijących się gałęziach, które owocują dwa razy do roku. Teraz także stały obsypane drobnymi zielonymi kuleczkami. Po obu stronach alei, za metalowymi parkanami rozsiadły się niewysokie rezydencje czyste i wygodne. Kiedy weszliśmy w przecznicę Tupac Amaru, znowu uderzył nas widok znajomego niechlujstwa i 45

47 przypadkowości, jak na Victorii. Przez byle jakie drzwi weszłam w mroczny lokal ze stolikami. Za nim było pomieszczenie kuchenne, a następnie pokoje, no i oczywiście patio z niedużym przytulnym ogrodem, bardzo zaniedbanym, choć kolorowym. Koło nóg pojawiły się nagle trzy psy i dorodny kot. Gospodyni bardzo mila, nie była jednak naszym celem. To jej mąż stary zbieracz numizmatów kupował od Polaków kolejne edycje banknotów polskich i monet o różnych nominałach. Miał rzeczywiście imponujący zbiór polskiej waluty od lat pięćdziesiątych, aż po bieżące lata osiemdziesiąte. W jego klaserach były nawet srebrne monety okolicznościowe. Don Albrizio miał całą galerię królów polskich i solidarnościową monetę z Nagrodą Nobla dla Wałęsy. Okazało się, że każda wyprawa, jadąca do Peru przywozi panu Albrizio świeże numizmaty i w ten sposób dorabia sobie do dalszej podróży. Właśnie przebywali u nich na noclegach chłopcy z wyprawy na Huascaran. Wracamy autobusem numer 9 na Manco Capac. Ścisk jest niemiłosierny. Bilet kosztuje 1,6 Inti, ale wszyscy płacą solami po pięć i dziesięć tysięcy, które konduktor ściska miedzy palcami i wydaje resztę z niebywałą zręcznością, a jeszcze szybciej wypycha: pasażerów z autobusu na przystankach wrzeszcząc - Baja, baja! Wysiadka! Obiad w znajomej knajpce : bistec, papas fitas, ensalada i napój surtido z bananem.podaje kelner, 46

48 który przypomniał mi dobrego znajomego - Hernanda z Kolumbii. Centrum Limy 47

49 BISTRO KENTUCKY Już trzeciego dnia w Limie Maria zaprosiła mnie i Basię do dzielnicy Lince na amerykańskie kurczaki, do samego centrum. Kiedy zajadałyśmy ze smakiem drobne kosteczki ptaszków, coś nagle walnęło za oknem. Potem nastąpiła jeszcze poprawka! Cała restauracja ludzi rzuciła się nagle do okien. mało co było widać, bo stało się to nieco z boku od naszej knajpki. Maria wyszła nawet na zewnątrz i wróciła upewniona do reszty, że to była coche bomba samochód pułapka, który wyleciał w powietrze tuż - tuż obok. Zaskakiwał mnie zawsze filozoficzny spokój Marii, ale ona po prostu przywykła. Tak tu się żyje i właściwie nie ma się wpływu na to, co się dzieje. Można tylko próbować uniknąć niebezpieczeństw, mieć uszy i oczy dookoła głowy. Nie wyróżniać się z tłumu, nie dawać się oszukiwać, pilnować bagaży, zamykać samochody i nie bać się kolorowych. Żeby się nie bać, najlepszą metodą jest atak i pewność siebie. Maria nauczyła się więc pokrzykiwać na Indian i Metysów, domagać się swego, nie słuchać zaczepek i wyśmiewania. Kiedyś ze śmiechem opowiadała, jak na skrzyżowaniu ulic objechała jakąś Latynoskę za nieprawidłową jazdę. O mały włos, a stuknęły by się. Tamta nie wiedząc jak ubliżyć Marii znalazła aluzję do jej blond włosów i wyzwała ją od wyblakłej małpy. 48

50 Maria tak samo ostro traktuje swoich rodaków, których tu niewielu przebywa na stałe. Zawsze chętnie pomaga, poświęca swój czas, użyczy gościny, ale widzi każdą niewdzięczność, każdy fałsz i interesowność. Nie ma najlepszego zdania zarówno o Polakach jak i Peruwiańczykach. Pozostało jeszcze parę spraw w mieście do załatwienia, więc Maria zabrała nas do Jurka, który prowadzi na Miraflores Hostal Polonia- z ogromnym orłem na fasadzie. U Jerzego- uciekiniera z polskiej armii, walczącej w Korei, w latach pięćdziesiątych zagościli ci sami chłopcy, którzy mieszkali u Cecylii Albrizzio. Czekali właśnie na swoich kolegów z Haras, których Peruwiańczycy przymknęli, bo mieli zamiast paszportów z wizami, tylko kserokopie dokumentów podobnie tak jak my. To nas skonfudowało, bo okazuje się, że czegokolwiek nie zrobić, zawsze może być niebezpiecznie. Masz paszport- to narażasz się na napaść i kradzież, a nie masz, to narażasz się policji. Jurek poczęstował nas pisco sauer, pysznym drinkiem z gronowej wódki i białka z cytryną. Dzień zakończyła kolacja u Marii złożona z ananasa z chlebem toquilla i avocado (zwane tutaj palta - masło dla ubogich ) 49

51 Pisco łatane domy 50

52 W DRODZE DO AREQUIPY Maria poleciła nam autobusową linię Ormeño, jako jedną z tych uczciwszych, która nie kombinuje na biletach, dojeżdża o czasie i dowozi na miejsce przeznaczenia. Wsiadamy do autobusu i zaczyna się jazda w nieznane. Nie mamy już przewodnika. Dostaliśmy tylko ogólne zalecenia, mapy i życzenia szczęśliwej drogi. Niebawem kończy się miasto i oto ujawnia się ogrom otaczających Limę szczytów, z których opadają ku miastu dzielnice biedoty, złożone z małych szarych pudełek, przytulonych ciasno do siebie jak jaskółcze gniazda. Wygląda to bardzo niezwykle i malowniczo, ale tu właśnie tworzą się największe społeczne problemy wielkiej metropolii. Bariades na wzgórzach nad Limą 51

53 Podróż jest długa i monotonna. Pejzaż robi się płaski i suchy. Droga pyli, zza okien po horyzont morze żwiru i kamieni, posypanych pomarańczowym piaskiem. Po trzech godzinach zatrzymujemy się w małej oazie zieleni. Gęsty cień rzucają eukaliptusy wyginające swe długie łodygi pni, jak nasze leszczyny. W czasie drogi rozglądam się za toaletą, ale na szczęście w Ormeńi jest bańo de damas. Kierowca udaje się na posiłek, więc pasażerowie także muszą wysiąść. Autobus zostaje zamknięty na cztery spusty. Nie ma co robić, bo poza knajpką i kilkoma ławkami pod baldachimem drzew nie ma tu nic do oglądania. Indianie jadący z nami mają nieprzeniknione twarze. Nikt z nich nie korzysta z możliwości kupienia czegoś do jedzenia i ze stoickim spokojem przysiadają swoim zwyczajem w kucki, za to my nie znając dnia, ani godziny następnych postojów, dajemy się namówić zapachom kuchni. Jakaś bułka i lurowata kawa zaspokaja pierwszy głód. Jeszcze mandaryna i banan na drogę i już gotowi jesteśmy do dalszej podróży. Maria miała rację, że Indianie są cisi i karni. Nic im nie przeszkadza, mają czas, nie denerwują się z byle powodu. Działają jakby na zwolnionych obrotach. Może to efekt żucia koki? Są interesowni i dosyć bezwzględni, podobnie jak nasi Górale. Oszwabią każdego kto nie jest zbyt ostrożny, za to oni są nadzwyczaj czujni. Z Białymi wolą się nie zadawać, nie wchodzić w relacje. Pokornie schodzą im z drogi, ale w ich oczach widać niechęć. Jedzie więc milczący 52

54 autobus. Nikt z nikim nie rozmawia, nie gra radio. Wcale nie planujemy jechać od razu do Arequipy. Kierujemy się wzdłuż wybrzeża do doliny Paracas, a stąd już tylko skok na Płaskowyż Nazca. Wysiadamy na dworcu w małym i przytulnym miasteczku Pisco. Szukamy jakiegoś noclegu, a tu Kwitnące drzewa w miasteczku Pisco 53

55 Miasteczko Pisco w środku zimy 54

56 dość szybko się nadarzył mały hotelik Progreso i można było zostawić bagaże. Są nawet łazienki bańo colectivo, tylko wiszą tam na ścianach tak małe umywalki, że trudno się w nich umyć. Ruszamy na obiad do knajpki na dole, ale gospodarz łapie się za głowę. Nie ma obiadu na dwadzieścia osób. W popłochu zaczyna coś szykować. Zaczęliśmy od pysznego soku ze świeżych pomarańczy. Potem trzeba zrobic dalsze zaopatrzenie. Miasteczko Paracas jest niezwykle schludne, ruchliwe, czuję się w nim normalnie, jak w Europie, tyle, że twarze i odcień skóry mieszkańców są nieco inne, smagłe, ale nie tak surowe, jak dalej w Andach. Warto było zatrzymać się tutaj, żeby odwiedzić muzeum prekolumbijskich tkanin grobowych, a potem zrobić wypad na Wyspy Ballestas, do rezerwatu położonego znacznie bliżej niż legendarne Galapagos. 55

57 Zmierzch w Paracas 56

58 ulica w mieście Paracas 57

59 RAJ NAD OCEANEM - Kochani, pakujemy się do drogi- zarządził Kazik. Cała grupa wsiadła do dwóch wynajętych mikrobusów i ruszyła na wybrzeże. Spokojny równinny pejzaż zakłóciły nagle kopce usypanych wzdłuż drogi muszel, dużych, karbowanych, pewnie po jadalnych małżach. Było ich tak dużo, że można było przebierać, jak w sklepie, zatrzymaliśmy się więc i zagarnęliśmy trochę skarbów dla siebie na pamiątkę. Godzina była jeszcze wczesna i nagle zobaczyłam na brzegu oceanu miliony ruchliwych punktów, w kolorze czerwonym. Im bliżej droga podchodziła do linii plaży, tym bardziej rosły w oczach roje flamingów na patykowatych czerwonych nogach. Ich długie ruchliwe szyje sondowały przybrzeżne płycizny, unosiły się wysoko i wdzięcznie schylały ku wodzie, a smukłe ciała tworzyły biało-różowy deseń odcinający koronkowym haftem wodę od lądu. Majestatycznemu pląsowi czerwonaków towarzyszyła donośna muzyka ptasich rozmów, zbliżona trochę do gęgania gęsi, a trochę do skrzeczenia sroki. Żeby nie płoszyć ptaków cichutko wsiedliśmy do samochodu i podążyliśmy prostą jak strzała szutrową drogą przed siebie. Nieoczekiwanie z płaskiego terenu wyłonił się prostokątny kształt zabudowań, niewielkich, ledwie parterowych, obłożonych mozaiką z dużych kamiennych otoczaków. 58

60 Muzeum w Paracas 59

61 Na pól kilometra przed muzeum stała budka strażnika, który spał smacznie w środku i nie usłyszał naszych samochodów. Pewnie rzadko przemieszczali się tą drogą turyści i trwanie w oczekiwaniu nużyło do tego stopnia, że nie mógł się obronić przed snem. Muzeum było otwarte, sprzedano nam bilety i weszliśmy do bardzo słabo oświetlonych pomieszczeń gdzie w gablotach siedziały w kucki mumie wydobyte ze starych chulpas komór grobowych. Ich wyschnięte ciała obleczone były w kolorowe samodziały pięknych niegdyś tkanin zdobionych motywami postaci ludzi i zwierząt, na różnobarwnych pasach. Najstarsza z tych tkanin miała ponoć cztery tysiące lat, a więc pochodziła z okresu, kiedy nie istniało jeszcze nawet w zamyśle potężne państwo Inków. Zadziwiło mnie, że tkaniny wyglądały lepiej, niż szaty zasuszonych mumii oglądanych niegdyś w kryptach kościoła Świętego Krzyża na Kielecczyźnie, mających pewnie kilkaset lat zaledwie. 60

62 jedna z tkanin nagrobnych Paracas Kiedy wracaliśmy i żegnaliśmy rezerwat flamingów nagle obudził się strażnik w budce przy drodze. Zdążył zatrzymać drugi samochód i nie chciał go wypuścić, dopóki nie zapłacimy haraczu za wjazd na teren ptasiego rezerwatu. To był nieprzewidziany kłopot, bo nie wiedzieliśmy, że za rezerwat płaci się osobno, a za muzeum swoją drogą. Coś mi to przypomniało. Chyba Francuskie zamki nad Loarą, w których płaciliśmy za wszystko podwójnie, raz oficjalnie przy kasie, a drugo raz przewodnikowi do ręki. Teraz także przeliczaliśmy nasze skąpe grosze, żal ich było wydawać, ale i tak na każdym 61

63 kroku padaliśmy ofiarą przepisów, których nie znaliśmy albo oszustwa. kultowy nóż ofiarny Tumi 62

64 PARACAS Na wybrzeżu Paracas Wielki Kandelabr zgasił ostatnią świecę wyprawiając w przeszłość cienie chińskich kulisów zawisłe na wietrze w skrzypiących wagonikach kopalni. Uwiecznił kruchym śladem na dwubarwnym piasku tysiące istnień których drobne ślady owijają się wokół gigantycznej ikony świecznika Zdmuchnął płomień uniósł do nieba woń guana zmieszaną z zapachem oliwnych płomyków i zamknął ostatni rozdział tajemnej księgi Płaskowyżu Nazca 63

65 opuszczamy ląd Pelikany nad Pacyfikiem 64

66 W CIENIU KANDELABRU Niewielka łódeczka odbija od pomostu w Paracas. Wczesny poranek jest lekko mglisty, niewiele widać dookoła. Dzień jeszcze nie nadał kolorów i kształtów przedmiotom i krajobrazowi. Lekko zawarczał silnik i motorówka, bez pospiechu ruszyła ku przygodzie. Chłód. Podmuch oceanu doskwiera i moja kurtka szyta specjalnie po nocach z nieprzepuszczalnego ortalionu, trochę nowszej generacji, niż ten z lat sześćdzesiątych, izoluje od wiatru, ale poraża dotykiem zimna. Kilka pluśnięć wiosła i już spokojny naskórek 65

67 Pacyfiku rozcinamy niewielkim dziobem na dwie części. Jedna odkłada się bruzdą i roluje ku piaszczystemu brzegowi, druga zawija się ku odległej linii horyzontu. A po środku zostajemy my i nasza wielka niewiadoma. Za zakolem plaży rysuje się cienki zarys wybrzeża z ostatnimi łodygami palm pierzasto szarawych. Od długiego mola wzbijają się w niebo pojedyncze ptaki i przysiadają na sterczącym szkielecie starego wraku, który dumnie wznosi dziób ponad wodę. Przyglądam się im z zaciekawieniem, jak pięknie i szeroko rozkładają olbrzymie skrzydła. Nagle coś znajomego przykuwa moją uwagę. Przecież ja znam te ptaki z Polski! To ( albatrosy ) kormorany! ich lot zachwycił mnie tak, jak niegdyś nad naszymi jeziorami. Smukła sylwetka, jak szydło, które z wdziękiem szyje powietrzny ścieg na niebie. Ale, czy wzrok mnie myli? Ten drugi ptak nie ma nic wspólnego z tamtym. Szybuje przepięknie, a skrzydła rozkłada majestatycznie, powoli i ledwie nimi porusza, jakby od niechcenia. Jego sylwetka smukła, jak strzała, płynie cicho w powietrzu Wtem zniżył lot i niezgrabnie hamuje na dwóch kaczych łapach, rozwiera smukły dziób, co nagle obwisa ciężkim workiem, w którym uwięzła ryba. To pelikan! Nigdy nie myślałam, że te ciężkie ptaszyska fruwają tak niezwykle, są po prostu mistrzami elegancji. 66

68 Kandelabr z Paracas 67

69 Wyspa z kopalnią guano 68

70 Ten dzień miał być pełen zaskoczeń, bo żerujące pelikany stanowiły zaledwie uwerturę. Ranek budził się bardzo ostrożnie, niespiesznie. Szara tafla wody syczy, jak rozpruwana tkanina i zdałam sobie sprawę, że dosyć niepewnie czuję się na tej małej łajbie, na której gęsto upchano prawie dwadzieścia osób, bez kapoków, a pode mną kołysała się przepastna głębia, z której niełatwo byłoby się wydostać, jakby co. Czas nieco się dłużył, ale wreszcie z morza wyłonił się żółtawy garb wysp. Im podchodził bliżej ku nam, tym bardziej słońce podnosiło mgły i zaczynało oświetlać ukośny stok wysokich skalnych tworów, od których dolatywały dziwne dźwięki, metalicznego poskrzypywania. Na górnej krawędzi grzebienia wysp przycupnęły tysiące niewielkich ptaków, wydawało się, że stoją nieruchomo, jak zaklęte w kamień. Uderzył mnie kolor zerodowanych skał jest rdzawo żółty, a po jego zboczu spływają długie jęzory białego nalotu. Wioślarz przewodnik wyjaśnił, że to olbrzymie pokłady guana ptasiego, które stąd, z rajskich wysp Ballestas, biedni wyrobnicy kulisi chińscy ekspediowali na statki. Stąd, z odkrywkowych kopalń, w dawnych czasach, guano rozprowadzano po całej Ameryce, jako najwyższej jakości nawóz naturalny - guano peruwiańskie, kiedy nie znano jeszcze nawozów sztucznych. W ten sposób użyźniano 69

71 Po drodze mijamy wrak okrętu 70

72 nieużytki pustynnych rejonów wybrzeża Boliwii, Chile, Kolumbii, wzdłuż linii Andów i pustyni Atacama. Zbliżyliśmy się do największej wyspy, której korona nosiła jeszcze ślady konstrukcji platform załadowczych i torowisk. Niemiłosiernie skrzypiące wagoniki kolejki napowietrznej wisiały na resztkach szyny przecinającej łukiem niebieskie niebo. Trudno sobie wyobrazić tłumy niewolników uwijających się na tym skrawku lądu, a raczej na jego wąskiej krawędzi, która gwałtownie osuwa się dosyć spadzistym zboczem, wprost do oceanu. Owo zbocze jest najciekawszym i najcenniejszym skarbem tej wyspy. Na jego pochyłości pradawni mieszkańcy tej okolicy uwiecznili wizerunek olbrzymiego trójramiennego kandelabru, który uzupełnia niezrozumiałe dla współczesnych, ikony małpy, papugi, czy pająka pozostawione dla potomnych na pobliskim płaskowyżu Nazca. Ciekawa jest technika tworzenia tych wizerunków, które są niezwykle precyzyjnie wykreślone, choć ich rozmiary przekraczają ludzką wyobraźnię. Trudno uwierzyć w to, że tworzenie ogromnych rysunków jest możliwe w prymitywnych warunkach, bez specjalistycznych narzędzi, a są one rzeczywiście duże, widoczne z wielu kilometrów. Przekonanie że jest to możliwe nasunęły mi dopiero niezliczone ślady kampanii politycznej prezydenta Alana Garcii, prowadzonej tutaj niedawno na wierzchołkach gór kilkutysięczników przy pomocy 71

73 napisów żłobionych w ziemi, albo nasadzanych kaktusami na ogromnej przestrzeni i niebotycznych wysokościach. Gdziekolwiek jechałam witały mnie olbrzymie napisy : Alan trabaja! ( Alan pracuje ). Tutejszy grunt jest dwukolorowy, skała ma odcień jaśniejszy, a osypujący się wierzchem piasek i żwir, jest ciemniejszy. Wystarczy rozgarnąć ziemię na niewielką głębokość patykiem, butem, a ślad pozostaje widoczny, niemal na zawsze. Świadczą o tym liczne odciski stóp ludzi pracujących przy kopalni guano i ślady kół ich pojazdów. Każdy z nich zachował się dla historii. W dwa lata po mojej podróży, kiedy odwiedziła mnie w Polsce Maria z oburzeniem opowiedziała mi że w 1987 roku, nasi bezmyślni rodacy, postanowili pozostawić ślad swojej głupoty i braku szacunku dla dokonań starożytnej kultury Inków. W poczuciu prymitywnej pychy, w bezceremonialny sposób umieścili pod kandelabrem wielki napis Poland 87. Podobno prasa peruwiańska grzmiała z oburzenia, ale chłopcy z wyprawy mieli po prostu frajdę! Jak dotąd nawet Indianie nie bazgrali po swoich zabytkach, tylko na wielu czystych, bezpańskich górach, których w końcu jest tu dostatek. 72

74 Łódka wycieczkowa na Pacyfiku 73

75 PACYFIK Drobna skorupka łodzi rozpruwa naskórek oceanu. W otwartej ranie zakwitają kwiaty morza. Sznury korali nawlekają na ręce meduzy. Rozkładają i zaplatają przeźroczyste macki. Wirując i tańcząc otwierają parasole falban białe, niebieskie, różowe i zapraszają do śmiertelnej kąpieli 74

76 na oceanicznej łajbiei bez kapoków 75

77 Lew morski wita w królestwie Ballestas 76

78 IGRASZKI PRZYRODY Szarobrunatna skóra, nadal jeszcze spokojnego oceanu zaczyna nużyć. Zbliża się południe. Nagle na wodzie pojawia się wyraźna kropka, potem nieco rośnie, przybliża się do łodzi. Nie budzi w nas obawy, tylko zaciekawienie, nie znamy przecież tutejszych zagrożeń, nie starcza nam wyobraźni. Zaciekawienie jest obupólne. To olbrzymi lew morski wita nas w swoim królestwie, ale nie widać jeszcze, ani rozmiarów jego opasłego ciała, ani rozmiarów jego terytorium. Stożek nosa i oczu zwierzęcia wypływa to tu, to tam, coraz śmielej, po czym znika. Nagle na burym tle wody wykwita pomarańczowy parasol, obrębiony grubymi wyrostkami frędzli. Duży, wypukły, falujący do góry i na dół, obok wyrasta następny, a za nim niebieski, biały, różowy i znów pomarańczowy. Przewodnik Metys przestrzega, żeby nie wystawiać rąk poza łódź. Każdy wie, że meduza podobno parzy, ale kto to mógł sprawdzić kiedykolwiek wcześniej w naszym Polskim morzu? Ze zdumieniem i współczuciem obserwuję jak błękitna panna wielkości damskiej parasolki rozpuszcza długie na półtora metra warkocze macek, wzdłóż naszej łodzi. Jeszcze trochę, a delikatne uwodnione ciało rozszarpie się w trybach śruby. 77

79 Rodzina samca Alberto bawi się w ślizgawkę Meduzy pojawiają się coraz gęściej i zaściełają kolorowym dywanem połać kilkudziesięciu metrów wokół łodzi. Wspaniały widok, nieporównywalny z 78

80 dziecięcym wspomnieniem sierpniowych meduz oblepiających powierzchnię wody wokół sopockiego mola, albo maleńkich galaretek, łapanych do butelki, w czasie kolonii, gdzieś na plażach Wolina. Podnoszę do oczu aparat, ale kołysanie łodzi przeszkadza mi stanąć na nogi i ustawić się do ekspozycji. Wreszcie zza horyzontu wyłania się nieśmiało kilka drobnych kształtów. To skupisko maleńkich kamiennych wysp, królestwo lwów morskich i żyjących, aż tutaj, w pobliżu równika pingwinów Humboldta. Te miniaturowe ptaki uzupełniają wybryki fauny, która na terytorium od Galapagos po Ziemię Ognistą pomieszała gatunki zwierząt ciepło - i zimnolubnych ze sobą, dzięki prądowi El Nińo. Miliony mew i pingwinów obsiadają tu każdy skrawek skały, a dołem tuż przy wodzie króluje słynny Alberto - jak go nazywają metyscy przewodnicy wielki Samiec Alfa. Naczelny przywódca lwów morskich zna dobrze swoje imię i reaguje na zawołania przewodnika. Zbiera wtedy gromadkę swych dam haremu na niedużej skale i pochrząkując, zarządza igrzyska. Damy morsy i dzieci rozpoczynają zabawę na wyścigi. Gramolą się wprost z wody na skałę, ciężko i niezgrabnie, by zaraz po stromym jej zboczu urządzić ślizgawkę, wprost do wody. Potem wspinają się znowu na górkę i tak w kółko 79

81 Wyspa lwów morskich Wyspy morsów 80

82 Najciekawsze zjawisko czeka nas jednak jeszcze dalej, gdy opłyniemy grupę wysp. Od strony otwartego oceanu niesie się przedziwny dźwięk pobliskiej plaży. Słychać nawoływania, poświstywania, krzyk dzieci, płacz i marudzenie oraz pomruki gniewnych męskich barytonów. Przez skałę, której środek fale wyżarły i otworzyły monstrualne okno, przepływamy, jak przez tunel i nagle przed nami otwiera się jak małża prześliczna podłużna plaża, wyściełana jasnym, miałkim piaskiem. Otula ją pieszczotliwie olbrzymi nawis skalny, który ciągnie się na przestrzeni paruset metrów. Na tej cudownej plaży wylegują się tysiące masywnych grubych wrzecionowatych cielsk, dużych i małych. Rozkoszują się słońcem i pomrukują z zadowolenia. Dzieci piszczą, a matki karcą je głośnym wołaniem, szczekaniem i pomrukami. Nawis skalny odbija pogłos i potęguje siłę dźwięku. Zamykam oczy. To, co słyszę, zupełnie nie pasuje do rajskiego widoku morsów. Mam wrażenie, że tuż obok znajduje się ludzka plaża, pełna wczasowiczów. Jakże żal mi, że nie mam ze sobą magnetofonu! 81

83 Alberto Mieszkańcy Wysp Ballestas 82

84 JAK STĄD SIĘ URWAĆ? Nagle okazało się, że nie ma autobusu z Paracas do Arequipy, co wydawało się niedorzeczne. Na sporym dworcu, na który zajeżdżało dużo autobusów różnych przewoźników panował ruch. Pomni przestrogi, by nie dać się oszwabić udaliśmy się do okienka firmy Ormeńo. Czekała nas jednak niespodzianka. Bilety wydrukowane były na trasę Lima - Arequipa i kosztowały kilkadziesiąt Inti. Byliśmy w połowie drogi do celu i nagle musieliśmy nabyć bilety od nowa na całą trasę. Gdybyśmy nie kupili ich w kasie, to kierowca mógłby zabrać tylko kilka osób z naszej wyprawy, a reszcie mógł odmówić, tłumacząc się brakiem wolnych miejsc w pojeździe. Ciągle płaciliśmy gapowe, ze zwykłej niewiedzy na jakich zasadach ten kraj funkcjonuje. Pogodziliśmy się jednak z koniecznością kolejnej straty pieniędzy, bo tylko w ten sposób mogliśmy opuścić miłe skądinąd miasteczko. I znów droga wiedzie przez pustynne krajobrazy, piaszczysto żwirowe drogi. Otwiera się przed nami ogromne Altiplano wyżyna na wysokości trzech i pół kilometra. Wydaje się, że nic tu nie rośnie. Gdzieś u podnóża jeszcze wyżej wznoszących się stożków majaczą niewielkie kępy drzew i kaktusów. Wspinamy się jeszcze wyżej. Po drodze mijamy osuwiska dróg i mostów, które pod nami zapadły się wskutek trzęsień ziemi i powoli rozsypują się w pył 83

85 bezdroża andyjskie 84

86 Andy, to geologicznie bardzo młode góry i wciąż pracują intensywnie na styku płyt kontynentalnych. Przed wyjazdem Kazio posiał trochę niepokoju. Tutaj w Andach są trasy o tak zwanej dużej spawalności. Są to rozmyte lub oberwane drogi, na których nie mieszczą się dwa pojazdy. Wyznaczono więc zasadę, że jednego dnia ciężarówki i auta mają prawo jechać w jednym kierunku, a następnego dnia w odwrotnym. Jeśli kierowca dostrzeże niebezpiecznie wąski odcinek drogi, wysadza pasażerów i próbuje sam przeprawić się swoim pojazdem. Ludzie dochodzą pieszo. Najdziwniejsze jest jednak to, że obojętni na cały świat Indianie w takiej sytuacji, nawet nie ruszają się ze swych miejsc. Zostają w autobusie i ze stoickim spokojem zdają się na opaczność. Na co liczą? Nie wiadomo. Płaszcz wulkanu Misti 85

87 RUSZAM W ALTIPLANO Do Arequipy jedzie się już bardzo wygodnie. Znaleźliśmy bardzo przyzwoity hotel w centrum miasta, skąd jest blisko wszędzie. Dzięki temu można zapuścić się w zaułki prześlicznej kolonialnej perełki architektury, zbudowanej z białego wulkanicznego tufu. Od siedmiuset lat miasto spokojnie rozwijało się i stanowiło ważny węzeł komunikacyjny między wybrzeżem, andyjskim Altiplano i doliną Amazonki po drugiej stronie niebotycznych gór. Już w czasach po konkwiście Arequipa bogaciła się na handlu i ustanowiła swoją autonomię. Biła własną monetę i stanowiła własne prawa. Okoliczni mieszkańcy żyli dostatniej niż reszta kraju, ubierali się lepiej, bardziej strojnie, co widać do dziś w długich kwiecistych sukniach Indianek i tradycyjnych nakryciach głowy wysokich białych kapeluszach o dużych rondach. Wulkanicznej Arequipy strzeże ogromna sylwetka wulkanu widoczna tuż zza katedry, widać go gdy stoi się na centralnym placu miasta. Wielki Misti ma ponad pięć tysięcy metrów wysokości i budzi respekt swoją szarą, pokrytą żużlem sylwetką. A u jego stóp tętni życiem piękne miasto, chwieją pióropuszami olbrzymie donicowe palmy które robią wrażenie postawionych na bruku dzbanów, bez korzeni. Wśród nich uwijają się szaro błękitne gołębie, prawie takie jak na Wrocławskim rynku. 86

88 Osiedle w Arequipie Wózek chirimoyas 87

89 Arequipa, mimo iż położona wysoko na trzech tysiącach metrów wita nas bardzo słoneczna pogodą. Jest naprawdę relaksowo, ciepło i miło. Nasza grupa dostała parę dni urlopu na włóczenie się po okolicy, ponieważ część wyspecjalizowanej we wspinaczce grupy chciała zaliczyć wejście na wulkan. Planowała je na jakieś trzy dni. Ekipa trochę się przeliczyła w rachubie, bo startowała po partyzancku, bez aklimatyzacji. Fachowo chłopcy z ekipy nazywali to wejściem w stylu alpejskim. To brzmiało dumnie i dodawało im animuszu. Sporo czasu zajęło wyszukanie jakiegoś klubu andyjskiego, żeby pożyczyć sprzęt i wynająć samochód łazik do wwiezienia bagażu i potem do szybkiego opuszczenia zbocza. Okazało się, że wyprawy wysokogórskie a Andach są w powijakach. Nie ma tu wyznaczonych szlaków i tras. W Arequipie ukonstytuowało się niedawno jakieś stowarzyszenie, ale kompletnie nie ma tradycji i wypracowanych metod eksploracji. Ktoś polecony przez kogoś wynajął wreszcie gazik, zakupiono maty do spania, trochę lin i drobnego osprzętu, no i wyprawa ruszyła. Dowiedzieliśmy się potem, że szef wyprawy nie dotarł do końca, a z czternastu pozostałych osób, weszła na szczyt tylko jedna dziewczyna i trzech kolegów. Kaziu śmiał się, że zgubiły go brak zaprawy i papierosy. Nie umiał przestać palić. 88 Dla nas największą atrakcją okolicy był najgłębszy

90 kanion świata Colca, konkurujący z Kanionem rzeki Colorado. Tamten w USA jest rozleglejszy, ale ma zaledwie trzy kilometry głębokości. Natomiast Kanion rzeki Colca ( Colka, Qolqa - tak piszą biura turystyczne jego nazwę na plakatach w języku hiszpańskim, keczua i Aymara ) ma otchłań pięciokilometrową. To tak, jakby potężny Misti wywrócił się do góry nogami. Gołębie na Plaza de Armas w Arequipie 89

91 PLAZA DE ARMAS Wysokie palmy zamknął w cokoły wazonów Boski Ceramik i ustawił z pietyzmem na wielkiej szachownicy Plaza de Armas. Nad nimi szpiczasty Misti rozłożył poły swego wulkanicznego płaszcza i osłania z pietyzmem kolonialną katedrę. Spoza kutych balustrad piękne, czarne cholity przyglądają się rojom szarych swojskich gołębi, które drepczą jak wszędzie żebrząc o poczęstunek. Białe kamienne tufy milcząco odmierzają bieg wieków sto lat dwieście siedemset. 90

92 Jak wiele jeszcze zostało tego piękna dla mnie dla ciebie prześliczna Arequipo nim stary Misti westchnie? Misti nad Arequipą Misti ogromny wulkan wys m za miastem Arequipa w Andach cholita dziewczyna rasy mieszanej indiańsko- hiszpańskiej Tuf -biały kamień wulkaniczny używany w budownictwie 91

93 Plaza de Armas w Arequipie 92

94 GANG TAKSIARZY Byłoby spokojnie. Grotołazi robią zakupy sprzętu i wyszukują transport, a ja mam czas nareszcie się rozejrzeć. Pogoda zrobiła się cieplejsza niż w Limie. Nie ma chmur, nie ma deszczu i nareszcie świeci słońce. Codzienne spacery po mieście i okolicy upewniają mnie, że trafiłam w niezwykłe miejsce. Po kontrastach Limy Arequipa wydaje się niezwykle schludna. Czyni to nie tylko biel murów. Ogólnie panuje większy porządek, ład budowlany, a sami mieszkańcy wydają się bardziej barwni. Ich poczucie, że są lepsi i przystojniejsi zaczyna mi się wydawać słuszne. Wieczorem na Plaza de Armas, tradycyjnie jak wszędzie, wykwitają stragany artesanias z pamiątkami, tkaninami, instrumentami indiańskimi, biżuterią ceramiczną i wykonaną z mosiądzu lub alpaki. Można się potargować, a nawet dokonać handlu wymiennego, za jakiś polski gadżet. Raz było mi wstyd, gdy nasza koleżanka, kupując malowaną tykwę, bez żenady wtryniła pewnej Indiance swoją niesprawną parasolkę automatyczną, a zrobiła to tak sprytnie, że kobieta nie zorientowała się, że ją oszukano. Mogłoby się wydawać, że to jest taka gra w przepychankę czy umiesz sobie poradzić w trudnej sytuacji, gdy na czymś ci zależy, a nie ma na to ani 93

95 środków, ani możliwości. Ta gra może się nawet wydawać zabawna i niegroźna, ale bardzo wiele mówi nam o nas samych, jak niepostrzeżenie zaczynamy przekraczać przyjęte normy. Wielokrotnie okazywało się, że możliwość przetrwania daleko od domu czasem zależy od tego ile w nas pozostało czysto zwierzęcych instynktów. W trudnych sytuacjach, gdy zaczyna brakować pieniędzy - wszystkim nagle rosną pazury i ludzie stają się drapieżnikami. Sztuka polega tylko na tym kto w kim wyczuje słabszego i bezwzględnie to wykorzysta. Że zasada ta działa w obie strony przekonaliśmy się rychło. Indianki z okolic Colca 94

96 Dzień przed wyprawą na wulkanicznego Misti chłopcy rozpuścili wieść, że w hotelu można coś kupić tanio od Polaków. Nie można było tego oficjalnie ogłaszać, więc podali wiadomości przez miejscowych taksówkarzy. Trzeba było jakoś zarobić sporo pieniędzy na kierowcę z gazikiem, który pojedzie założyć bazę na wulkanie.. Już po obiedzie na korytarzu pojawiali się jacyś ludzie, którzy kursowali w jedną stronę z pustymi rękami, po czym spiesznie pojedynczo opuszczali pokoje grotołazów, obładowani plecakami, ocieplaczami, kurtkami i tp. Alpiniści cały czas kierowali ruchem tych pielgrzymek, kilku prezentowało towary, kilkoro pilnowało płatności, kilkoro porządku, żeby nie powstał tłok. Szmer kroków na korytarzach nie ustawał aż do północy. Bardzo przeszkadzało to pewnie innym gościom hotelu, ale także i nam samym, bo akcja wymknęła się spod kontroli. Kiedy pod osłoną ciemności ostatni gość opuszczał pokoje, zobaczyłam tylko przez okno mały pospieszny cień przemykający pod budynkiem. Już myślałam, że wreszcie położymy się spokojnie spać, kiedy nagły tumult na korytarzu poderwał nas wszystkich na równe nogi. Zdenerwowany Kazio i chłopcy pospiesznie zbierając swój sklepik i pakując bagaże na rano, odkryli 95

97 nagle, że brakuje pieniędzy. Ktoś nie zapłacił za dwa plecaki i kurtki i kombinezon narciarski. Zrozpaczeni alpiniści obwiniali się nawzajem o lenistwo, brak czujności i koleżeństwa, a koszty bezwzględnie rosły. Trzeba było jeszcze zapłacić hotelowi za depozyt bagażu za kilka kolejnych dni, kiedy pójdą w góry Codzienny ruch na placu w Arequipie 96

98 . klasztor Jezusa w Arequipie 97

99 KAPLICA W AREQUIPIE Złotą ścianę ołtarza rozpiera hiszpańska pycha. Odwracam wzrok onieśmielona. Z kaplicy patrzy na mnie wielka blada postać ze wzrokiem gorącym od bólu i dłonią w błagalnym geście. Gdzie byłeś Jezu kiedy Czerwonoskórzy odcinali w Ayacucho palce swym braciom z miasta? Teraz ronisz woskowe łzy i kierujesz pytanie do mnie? obcej poganki? Ja cudzoziemka nie umiem załatwiać trudnych spraw, które przyniosłeś ze sobą do tej przeklętej ziemi Per`u razem z białymi Gringos. Ayacucho stolica terrorystycznych działań w Andach słynnego Świetlistego Szlaku Sendero Luminoso 98

100 krużganki klasztoru w Arequipie 99

101 Plaza de Armas Arequipa 100

102 Z GÓRKI NA PAZURKI Trzy dni minęły szybko na zwiedzaniu katedry, starego klasztoru i zabytkowego kościoła pod wezwaniem Jezusa i innych zakamarków pięknego miasta, pełnego pamiątek. Nasi koledzy wrócili z wyprawy w stanie skrajnego wyczerpania. Najedli się niemało strachu przy schodzeniu z Misti. Zjedli całe zapasy żywności, byli osłabieni podejściem, bez tlenu, a kiedy zwijali obóz zaczęła się dopiero przygoda! Kilka osób wsiadło do gazika, wraz z bagażem, żeby go zwieźć z góry. Niestety w Andach brak ścieżek dla wspinaczy i tak, jak samochód wjeżdżał pod górę prosto po pochyłości zbocza, tak samo zjeżdżał na dół. Tyle tylko, że zapadał już zmrok i po wulkanicznym żużlu zaczęli lecieć w prawie trzykilometrową przepaść na ślepo, bo w samochodzie wysiadły światła. Kiedy kierowca próbował zapalić lampy, gasł silnik, kiedy uruchamiał silnik, gasły lampy. Wreszcie ktoś z jadących wyjął ostatnią czynną latarkę i świecąc przez okno niewielkim strumieniem w ziemię, próbował oswoić jazdę po omacku. Nie na wiele się to zdało. Pędzili przed siebie nie widząc terenu biorąc kierunek na odległe światła miasta. Niektórzy odmawiali już ostatnią modlitwę, nie licząc na żaden ratunek. Na szczęście udało się wylądować u podnóża góry i z bijącym sercem poczekać na kolegów jadących za nimi. 101

103 Budowle z białego tufu wulkanicznego w Arequipie 102

104 Po tej przygodzie potrzeba było jeszcze jednego dnia zwłoki na regenerację sił. Podziwiałam naszych grotołazów alpinistów, że ważyli się na takie ryzyko. Mieli wprawdzie inne plany. Chcieli się udać w teren Ayacucho, penetrować tamtejsze głębokie jaskinie. Jednakże sytuacja polityczna w Peru była zbyt napięta i nasz ambasador absolutnie nie zgodził się na ryzyko takiej wyprawy. Tak naprawdę nie bardzo wiedzieliśmy co naprawdę mogło grozić naszym kolegom ze strony ludzi, a nie przyrody. Każdy grotołaz jest oczywiście przygotowany psychicznie na zawał skalny, na gwałtowny nurt podziemnej rzeki, w której można się utopić, na uwięźnięcie w szczelinie. Nikt z nas nie wiedział jeszcze o niedawnej masakrze obcych w tych posępnych górach. Konsul namawiał nas by pozostawić w ambasadzie oryginały naszych paszportów, ale nikt nie wziął sobie tego do serca. Właśnie przez tę niesubordynację niebawem Kazio wpakował się w tarapaty. Alpiniści byli zobowiązani wobec własnego klubu, który uczestniczył oficjalnie w organizacji ich wyprawy. Musieli osiągnąć jakiś wynik sportowy, a skoro nie wolno nam było jechać do Ayacucho, konieczne było stworzenie programu zastępczego. Stąd pomysł wchodzenia na Misti, a późniejszej wyprawy na Machu Picchu pieszo z okolic Cuzco. 103

105 poranek w Arequipie 104

106 GDZIE SĄ DOLARY? Od rana ruch w hotelu. Opuszczamy pokoje, sprawdzamy wszystkie zakamarki, czy nie zostało w kącie coś z rzeczy niezbędnych w dalszej podróży. Nauczeni wczorajszą kradzieżą kilku przedmiotów Kazio rozstawia posterunki. Na dole przy wyjściu z budynku, w recepcji, na korytarzu pierwszego piętra. Dodatkowych dwóch ludzi systematycznie zamyka pokoje na klucz, ostatni raz przepatrując kąty. Pozostali znoszą po kolei bagaże przed hotel i zostają na posterunku przypilnować dobytku. Kazio odbiera furę kluczy od pokojów. Zostawia sobie tylko czarną dyplomatkę, w której trzyma trzy paszporty- swój, syna i dziewczyny, której zagubiono bagaż na początku podróży. W tej samej dyplomatce znajduje się cała rodzinna kasa Kazia. Pozostałe pieniądze alpinistów spoczywają pod opieką Zbyszka, schowane głęboko pod kurtką. Zbyszek nigdzie nie porusza się sam. Zawsze ma obstawę dwóch kolegów. Każdy odpowiada za każdego i wszyscy podejmują decyzję jednomyślnie. Organizacja świetna! Nasza grupka indywidualistów tradycyjnie dba sama o swoje interesy. Odstawiamy bagaże na wspólną kupkę i sami oddajemy własne klucze. Jestem na dole, przy recepcji. Kazio właśnie stanął przy blacie i kładzie klucze przed uprzejmą Kreolką. Dyplomatkę, które mu przeszkadza stawia pomiędzy własnymi piętami tuż przy kontuarze. Upewnia się 105

107 czy wszyscy już zeszli odwracając głowę do kogoś z grupy. Otwierają się drzwi i nieduży człowieczek, wyglądający na kuriera wchodzi do hotelu. Podchodzi do recepcji, zamienia kilka słów i oddala się w głąb korytarza. Nie mija kwadrans, gdy znowu pospiesznie przechodzi obok recepcji, z daleka pozdrawia urzędniczkę i opuszcza hotel. Chwila rozproszenia przerywa na moment liczenie kluczy i odbieranie rachunku. Kaziu sięga po bagaż, żeby zapłacić za hotel i nagle zbladł i zaklął siarczyście. - Dziewczyny! woła do nas. Nie widziałyście tu nikogo? Stoję bardzo blisko u wylotu schodów i wydawałoby się, że dokładnie widzę wszystko, co dzieje się w wejściowym holiku. Poniżej stoi Basia z papierosem i także wszystko ma w polu widzenia, a jednak. - No, chyba sam widziałeś odpowiadam - Tylko ten mały Cholo wchodził tutaj, ale już wyszedł. To jest niemożliwe, żeby nikt z nas nic nie zauważył. - Gdzie są chłopaki? Dlaczego u Diabła nikogo tu nie ma? Gdzie jest Zbyszek? dopytywał się nerwowo szef wyprawy. - No to mamy pasztet! Tam było tysiąc dolarów i trzy paszporty. Cholera! Trzeba dzwonić do Limy, do konsula.! zdenerwowanie Kazia osiąga zenit. - Zbyszek dawaj pieniądze, trzeba zapłacić za hotel! rzucił wściekle. Ludzie z wyprawy tracą rezon, zaczynają się 106

108 pokątne szepty i pytania : - Jak to możliwe, że ten sam Kazio, który przestrzegał wszystkich przed niefrasobliwością, od nich wymagał czujności sam okazał się naiwnie nieodpowiedzialny? Jak teraz wylegitymuje się przed guardią, jeśli zajdzie taka potrzeba i jak wróci do Polski bez dokumentów (? ), a do konsulatu jest kilka tysięcy kilometrów. Zadzwonić do Limy można tylko z poczty, a plan jest zupełnie inny, spieszymy się na pociąg. Robi się koszmar. 107

109 POCIĄGIEM PRZEZ ANDY W poczuciu kompletnej klęski odjeżdżamy z Arequipy. Czeka nas bardzo długa droga przez pustynię. Wybieramy tańszy wagon drugiej klasy. Na razie rozsiadamy się wygodnie w wagonie podobnym do naszych dalekobieżnych, bezprzedziałowych. Jesteśmy otoczeni swoimi bagażami, które stoją poupychane między siedzeniami i podwiązane do drabinek nad głową mocnym sznurkiem. Nie chcemy niczego chować pod ławki w obawie, że na trasie bagaż potajemnie wyparuje. Jest lekko ciasno, ale jeszcze mamy dostęp do pobliskiej toalety. Niestety nie na długo. Chcę rozprostować nogi i zrobić niepostrzeżenie zdjęcie współpasażerom pociągu. Ledwo mogę się obrócić, bo nogi więzną miedzy plecakami. Robię zdjęcie jakiemuś dziecku i nagle spostrzegam, ze dwa sektory za nami siedzi, a właściwie podsypia ze zmęczenia znajoma z Limy Pilar. Po drodze wsiadają Indianki z dziećmi i ogromną ilością koszyków obwiązanych szmatą i tobołków zawiązanych w wielkie chusty - manty. Sadowią się między ławkami, na ziemi. Kosze wpychają pod ławki i we wszelkie możliwe wolne luki. Powoli zablokowuje się dostęp do ubikacji, którą szczelnie przytrzaskuje fura bagaży. Co jakieś sto kilometrów wchodzą pociągowi handlarze z dzbankiem chichy, albo soku z 108

110 pomarańczy, czasem niosą jakieś inne smakołyki własnej roboty, albo owoce, które oferują podróżnym. Podają nawet usłużnie swój własny kubek, ten sam każdemu. Brrr Pod żadnym pozorem nikt z nas nie napiłby się takiego napoju, ani nie zjadł niemytych owoców. Ale przypomniało mi to wodę gruźliczankę z saturatorów na naszych polskich ulicach w latach 70- tych. Na szczęście mamy jakieś swoje maleńkie przegryzki i odrobinę picia w bidonach, przygotowanych na drogę. W składzie pociągu jest wagon bufet. Kosztuje jednak dosyć drogo. Pracuje tam dwóch kelnerów i kucharz, który podaje na wykupione stoliki obiad z wielkich termosów. Wiedząc, że w pozostałych wagonach jadą biali turyści i Brazylijczycy szef bufetu wysyła kelnera na rekonesans, czy ktoś nie zechce zamówić jedzenia lub picia. Kelner przedziera się przez zatłoczone przez Indian przejścia między siedziskami i zbiera zamówienie. Jest na tyle późno, że przydałoby się coś konkretnego przegryźć. Zamawiamy więc normalny obiad dla paru osób w naszym sektorze i staramy się przygotować w miarę równy grunt na kolanach. Nie bardzo się to udaje, bo przy naciśnięciu nożem kawałka kotleta o mały włos nie wywaliłam całego talerza na nasze spodnie i bluzy. W końcu dało się jednak zjeść w tych partyzanckich warunkach, ale 109

111 smak posiłku zakłóciła mi świadomość, że podsypiający w kucki obok Indianie z nosem na wysokości moich kolan patrzą tępym wzrokiem w środek talerza, w którym powoli zostawały tylko kości i ochłapy. Ktoś z miejscowych mówił mi, że ich dzienne racje nie przekraczają trzystu kalorii. Dla nas to jest śmierć głodowa. Droga się dłuży. Przydałoby się rozprostować nogi. Niektórzy chcieliby skorzystać z ubikacji, ale nie można się do niej dostać. Wreszcie stajemy na niby stacji w szczerym polu. Dookoła piach i żwir. Gdzieś w oddali sterczy długa szyja lamy na tle trzech chat ledwie widocznych z tła. To oznacza, że w pobliżu żyją jacyś ludzie. Przez okno obserwuję nieoczekiwany widok. Kilku ludzi wysiadło z pociągu i stając plecami do nas puszczają fontanny moczu przed siebie. Nasi koledzy nieco skonsternowani postanowili zrobić to samo. Za to nasze kobiety zaczęły popatrywać na siebie, bo też miały ochotę na siusiu, ale jak to zrobić przy ludziach? A toaleta zastawiona. Indianki bardzo prosto przysiadały w swoich wielu krótkich spódnicach z bayety tuż obok ściany wagonu i nawet trudno było domyślić się co robią. Gorzej było z nami. Cały czas wędrujemy w spodniach i niełatwo je zdjąć niezauważenie. Wreszcie wpadłyśmy na pomysł, żeby zrobić to sprytnie, jak na plaży - tuż pod kołami pociągu, z którego przez otwarte okna wyglądają podróżni. 110

112 Osłaniając się nawzajem parawanem z kurtek, wespół po trzy - cztery osoby jakoś udało się zaradzić problemowi. Postój okazał się dosyć długi, choć nie było tu nawet stacji, tylko kilka długich metalowych słupów wbitych w ziemię. Czasu było na tyle dużo, żeby dostrzec kilka skulonych psów, niedużych, myszkujących pod pociągiem i szczerzących kły. Podbiegały do wagonu bufetu a stamtąd ktoś rzucał im kości i inne resztki. Nasrożona sierść, warczenie i szybka ucieczka na odległość kilkudziesięciu metrów od pociągu z łupem w zębach zdradzała wyraźnie, że były kompletnie dzikie, niczyje. Postanowiłam także zgarnąć resztki z obiadu i wyrzucić psom na zewnątrz, przez okno. Przykro było patrzeć na ich zachowanie. Były bardzo głodne, ale straszliwie nieufne. Każdy z nich zdobywał łupy na wyścigi ze swymi pobratymcami, czasem jeżyły się na siebie i pozwalały odebrać sobie łup przez najsilniejszego współplemieńca. Tutejsi ludzie w ogóle nie zwracali na nie uwagi, jedynie turyści litowali się nad podskubanymi bestiami. Wtedy przypomniała mi się historia, którą opowiadał Kazio. opowieść Kazia: Przy poprzedniej bytności w Andach zapuścili się grupą nad jakieś jeziorko polodowcowe. Trzeba je było obejść dookoła ścieżynką wśród szuwarów. 111

113 Wokół nie było żywej duszy. Kaziowi zaplątała się sznurówka i postanowił ja mocniej zawiązać. Dźwigał plecak na grzbiecie i nie było mu wygodnie, więc trwało to sporą chwilę, by dystans między nim i grupą zwiększył się na tyle, że zobaczył kolegów już po przeciwnej stronie wody. Nagle zza trzcin wynurzył się pies, a za nim cała wataha. Mimo niepozornego wzrostu kundle agresywnie warczały i wyraźnie rozpoczęły polowanie na ofiarę. Nie było dokąd uciekać. Za plecami została tylko cienka linia brzegu z niewiadomą głębią jeziora. Z plecakiem wpaść do lodowatej wody, to murowane utonięcie, a uciekać brzegiem się nie da, bo psy obstawiły go ze wszystkich stron, jak wilki. Wtedy zrozumiał dlaczego Indianie stawiają w całych Andach, na pustkowiu niewielkie mury z polnych otoczaków zwane corrales. Są to obronne basteje dla ludzi, którzy muszą się bronić przed dzikimi psami. Kamienie leżą luźno, jeden na drugim, i stanowią nie tylko osłonę, ale i pociski, którymi należy trafić przewodnika stada. Jeśli się go skutecznie odstraszy, stado rezygnuje z polowania. Indianie noszą ze sobą sprytne urządzenie popularne także u hiszpańskich pasterzy owiec ondo ( hondo), utkany z wełny alpaki, który składa się na pół i w nieco poszerzone miejsce złożenia wkłada się kamień. Kręci się potem nad głową taką maczugą i puszcza jeden koniec. Kamień zostaje wyrzucony na znaczna odległość i dotkliwie rani, a nawet zabija intruza. Owce o długim runie zapędza się 112

114 w ten sposób do stada, ale trafiwszy w głowę zwierzęcia, czy człowieka odpowiednio dużym kamieniem, można go uśmiercić na miejscu. Niestety Kazio nie miał szansy. Nie było w pobliżu corralu, ani nie posiadał krótkiego sznura. Mógł tylko liczyć na drobne kamyki znalezione pod nogami i siłę wyrzutu własnych ramion. Jedyne, co mu pozostało, to głośno wzywać ratunku. Na szczęście koledzy usłyszeli wołanie, zostawili bagaże i rzucili się w drogę powrotną.na pomoc. Z wielkim wrzaskiem wypadli zza zakrętu na watahę psów, machając rekami i ciskając czym się dało, aż psy ze strachu wycofały się. 113 Wracajmy jednak do naszej podróży. Korzystając z postoju przebiegł się po wagonach kelner i pozabierał brudne naczynia po obiedzie. Nareszcie ruszamy w dalszą pustynną pustkę przed siebie, z dala od zagrożeń puny. W wagonie nastąpiło jakieś małe przetasowanie pasażerów i zrobiło się nieco luźniej. Jedziemy już ze dwie godziny, gdy nagły zgrzyt i łomot podrywa mnie z miejsca. Nasz wagon nadal toczy się za lokomotywą, ale w głębi korytarza ujrzałam nagle w szybie drzwi czyste niebo. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam na tył wagonu. Zobaczyłam znikający z oczu wagon bufetu, który zwalniając hamował w środku puny i robił się coraz mniejszy.

115 Zaczęłam gorączkowo myśleć, że przecież już do nocy nie napijemy się niczego, ani nie zjemy, bo tutejszy Wars odjechał, ale zaraz przyszła myśl, że trzeba poszukać konduktora, albo jakoś zawiadomić maszynistę, że ludzie zostali na pastwę losu w szczerym polu,. Tymczasem konduktora nie było. Pewnie także został w którymś z tamtych dwóch wagonów z naszego nielicznego składu. Zrobiliśmy raban, nasi koledzy sforsowali przednie drzwi i próbowali dostać się do lokomotywy. Niestety nie był to plan filmowy westernu, tylko realna jazda, w trakcie której nikt nie potrafił zdobywać pociągu w biegu. Wreszcie ktoś zadecydował, że trzeba użyć hamulca bezpieczeństwa. Za chwilę pociąg zgrzytnął i stanął. Zjawił się kierowca pociągu z niepokojem w oczach. I zapytaniem : - Co jest? Kto to zrobił? Na wyścigi przekrzykiwaliśmy się, że zgubiliśmy resztę pociągu, aż wreszcie zaskoczył o co chodzi. Kazał spokojnie zostać w wagonie, pozamykać drzwi i wrócił do lokomotywy. Za chwilę zaczęliśmy się cofać powoli. Ujechaliśmy spory kawał drogi, kiedy zza horyzontu zaczął wynurzać się maleńki punkcik, który rósł w oczach. Usłyszeliśmy mocne stuknięcie zderzaka. Dobiliśmy do składu i wtedy wysypali się z wagonów pozostali kolejarze i kelnerzy gestykulując i przekrzykując się nawzajem. Wspólnym wysiłkiem podłączyli wszystkie elementy mocowania i za chwilę ponownie ruszyliśmy w siną dal. 114

116 Już jakiś czas jedziemy spokojnie przed siebie. Droga się dłuży, ale dzień jeszcze się nie skończył. Siedzimy stłoczeni dosyć niewygodnie wśród wielkich plecaków. Drętwieją już nogi, nie kleją się rozmowy, dopada nas ogólny stan znużenia Nagle znów głośny zgrzyt, uderzenie łańcucha w wagon i sytuacja się powtarza. Mkniemy sami z lokomotywą do przodu i ponownie żegnamy resztę pociągu pozostającego w polu. Cała sytuacja powtarza się dokładnie tak samo, jak poprzednio. Znowu wracamy, żeby przyłączyć resztę składu. Dziwne tylko, że zamiast kolejnej próby podłączenia haków nadal posuwamy się z powrotem. Trwa to dłuższy czas, aż zatrzymujemy się na stacyjce o niewielkich zabudowaniach. Tutaj dochodzi do wymiany upartego wagonu, którego zaczep już się wyrobił i wymaga naprawy. Dzięki tym wielu zdarzeniom nasza droga do Puno robi się nieskończenie długa. Pewnie zajedziemy na miejsce dopiero późną nocą. 115

117 W PUNO Puno rozbiegło się wśród gór, poukładane z klocków niskie, rozległe, ni to miasto, ni to wieś, liczące prawie milion mieszkańców. Wzdłuż wyboistej bitej drogi rozłożyło się po lewej stronie jeziora, a po prawej zawisły na stokach gór, jak gniazda jaskółek rozległe dzielnice biedy bariades. Strome schody wiodą do góry w zakamarki ludzkiego nieszczęścia. Ich środkiem płynie samoczynnie wyżłobiona rynna nieczystości odprowadzająca ścieki, wprost do jeziora. Nadbrzeżne ulice pocięte rynnami rynsztoków 116

118 samoczynnie żłobiących teren wymagają niemałych umiejętności i sprawności., aby je pokonać. Domy stojące tutaj po obu stronach ulicy odbiegają mocno od naszych wyobrażeń o mieszkalnych willach europejskich. Zbudowane z adobonu - cegieł mułowych mieszanych z trzciną i suszonych na słońcu, nie malowane nie posiadają ogrodów ani piwnic. Budowane są często na raty najpierw parter, potem na sterczących pionowo ze ścian prętach stalowych za kilka lat można będzie dobudować piętro i zadaszyć papą, a na ukończonym dachu zbiera się zapasy i klamoty domowe miski, wiadra, ciuchy. Na sznurkach suszy się tam bieliznę. Dach pełni rolę zarówno piwnicy jak i podwórka. Patrząc zaś na miasto mam wrażenie nieustającego rozbabranego placu budowy! Bliżej centrum domy są bardziej wykończone, choć mało urodziwe. Wokół nich pojawiają się ciągi ulic z wydzieloną bitą jezdnią i chodnikami z dużych cementowych płyt. Na szerokich placach i wzdłuż głównych arterii, na kocach lub derkach, rozkładają swe kramy i stosy towarów miejscowi Indianie. Zaradni Metysi rozstawiają pod chmurką przenośne punkty usługowe, do których przez pyliste ulice ryksze rowerowe dowożą klientów. Odwiedzają tu fryzjera za parawanami prześcieradeł, ostrzą noże u machera ze szlifierką, piją sok pomarańczowy przy stoliku z prostym domowym mikserem lub kupują u Indianki 117

119 siedzącej w kucki, górę mandaryn, których skórka puchnie od nasycenia słońcem. Na obrzeżu placu mercado- targowiska, czy handlowej ulicy rozkłada się contrabanda bazar towarów z przemytu z całej Ameryki. Królują tu proste sprzęty elektroniczne, sprzęt kuchenny, chińskie podkoszulki, narzędzia itp. oraz artesanias - odzież etniczna i wyroby sztuki ludowej, taka tutejsza Cepelia. Okazały niski dworzec rozsiadł się w samym sercu miasta. Za dnia zamknięty na głucho. Teren w jego cieniu służy jako plac posiedzeń, drobnego handelku, ale przede wszystkim miejsce ustawicznego oczekiwania na pociąg, który przyjeżdża tu tylko raz dziennie. Indianie siedzą na tobołkach, albo w kucki i zabijają czas. Wraz z pociągiem przybywają nowi klienci, których trzeba zaskoczyć i koniecznie coś im sprzedać, albo niektórym coś ukraść. Na derkach i kocykach piętrzą się stosy limonek, pomarańcz, mandarynek, granatów, kokosów, grapefruitów, mango i ananasów. Bogactwo ziemniaków i bananów o nieprawopodobnych kolorach i smakach. Biedne Indianki Uros i Aymara handlują rybami z jeziora i serem owczym, a wszystko urąga higienie - ryby zarażone tasiemcem, ser z domieszkami brudu z chaty pełnej tarantul. 118

120 Gdy gwizd lokomotywy zapowiada przybycie pociągu otwierają się bramy dworca do miasta i na perony. Wtedy Indianie podrywają się z miejsca, i obsiadają tory wzdłuż peronów, a gdy nadjeżdża pociąg łapią swoje towary i biegną wzdłuż wagonów. Wołaniem zachwalają wyroby, wykrzykują ceny, wrzucają artykuły przez okna i biegnąc za zwalniającym pociągiem, targują się z turystami. Towary wędrują wzdłuż wagonów z rąk do rąk, aż ktoś się zdecyduje i kupi pamiątkę, wyrzucając drobne monety przez okno, albo zwróci niechcianą rzecz właścicielce. Zaskoczeni turyści niechętnie nastawieni do takiego procederu, dają sobie czasem coś wcisnąć dla świętego spokoju. Na ogół tego nie żałują, bo czasu na targowanie się jest niewiele, gdy mała sylwetka Indianki biegnie wzdłuż wagonu. Prawie zawsze uda się nabyć coś naprawdę okazyjnie. Raczej się nie zdarza, żeby biały turysta nie zapłacił, ale jeśliby tak się stało na pewno go znajdą i pociągną za kieszeń. Dobrze potrafią zapamiętać obcy tutaj typ urody. Któregoś dnia Opowiadał mi kolega z grupy, jak dopadł go Indianin, któremu sprzedał swój pozłacany rosyjski zegarek. 119

121 Bariades w Puno 120

122 Kolejna opowieść Kazia Minął rok od jego pobytu w Puno, ale ledwie zjawił się na mercado, ktoś pobiegł za nim krzycząc z daleka: : - Seńor, Seńor!!! - Czego chcesz ode mnie - zapytał. - Oj nie gadaj Seńor, że mnie nie pamiętasz. Kupiłem od ciebie zegarek, taki złoty, o ten! Tu wygmerał z kieszeni rzeczywiście rosyjski zegarek. Kolega zgłupiał i zagadnął - a co nie podoba ci się już? Taki ładny zegarek! Przecież sam go chciałeś, tak ci się podobał, że o mało go ze mnie nie zdarłeś! - Dobra, dobra Seńor, chciałem, ale on się zepsuł. - Oddawaj moje pieniądze, bo jak nie, to zawołam guardię civil. - Dobrze, już dobrze kolego, ale ja nawet nie pamiętam ile mi zapłaciłeś! - Jak to! Całe pięćdziesiąt inti! Oddawaj Seńor, bo cię stąd nie puszczę! Co było robić kolega z niechęcią wyskrobał z gaciownika ukrytego na brzuchu pięćdziesiąt inti i oddał, dostając w zamian swój stary i już zepsuty zegarek. Jedno go tylko gnębiło, jak ten mały cholo poznał go w mieście? Pewnie go zobaczył gdzieś na ulicy, zasadził się, wypatrzył dokąd się udaje zazwyczaj, gdzie najpewniej można go spotkać i dopaść osobiście, bez obstawy kolegów, a następnego dnia triumfalnie rozegrał swoją partię, czekając w pobliżu mercado. 121

123 - To nie do wiary - mówił kolega, żeby prawie po roku mnie poznał, przecież tylu tutaj turystów! - Ale zapomniałeś bracie odezwałam się, że biała brodata gęba dla Metysa czy Indianina jest tak inna, że musi ją zauważyć w tłumie swoich, a poza tym jest przekonany żeś go oszukał. * * * Na razie jednak dopiero zmierzamy do Puno. Łódka uwiązana do toru kolejowego 122

124 TITICACA Przybywamy nocą po długiej podróży z Arequipy. Nieco ryzykowna wyprawa, bo nikt nie gwarantuje nam, że dojedziemy na pewno na miejsce koleją. Wiosenne roztopy i powódź przepełniły jezioro i zalały ogromne połacie milionowego miasteczka Puno. Zalały tory, które prowadziły brzegiem jeziora do jedynego dworca kolejowego w tej głuszy. Dobrze, że nasyp bitej drogi między górami umożliwia dalszy transport samochodowy aż z Limy do Cusco i dalej do Amazonii. Na paręsetkilometrowym pustkowiu pociąg chodzi tylko jeden raz dziennie. Z niedalekiej Juliaca można się tu nie dostać, ale jeśli tory nie wytrzymają podtopienia od wielu miesięcy? Wtedy zostaje autobus, albo droga piesza. Port miejski, skąd pływają statki i motorówki do Boliwii na drugą stronę Titicaca musiał się przenieść na drugi brzeg miasta. Wszystkiemu winien znowu El Ninio, prąd morski Pacyfiku, który robi spustoszenia i zmienia klimat tej części kontynentu. Gdy w drodze do Puno pociąg zbliżył się do małej pustynnej stacji Pension zaczęły się przygody. Nagle zgasło światło w wagonie i zapadła kompletna ciemność. Po kilkunastu minutach zapaliło się znów, a wtedy obok mojej grupy spostrzegłam zupełnie nowe twarze, których tu nie było wcześniej. 123

125 Nad Titikaką Nadbrzeżne Puno 124

126 Przywykłam już od kilkunastu godzin jazdy do obecności indiańskich matek z dziećmi i znudzonych śpiących niemal na stojąco Indios, dlatego łatwo było się zorientować, że coś się zmieniło pod osłoną zmroku. Nowi przybysze wydali się tak nieoczekiwani i liczyć własne bagaże. Przerwało nam kolejne zagaśnięcie światła w pociągu. Nie zapaliło się już do końca podróży. O spaniu nie było mowy. Powyjmowaliśmy wszystkie latarki z plecaków i regularnie oświetlaliśmy nasze miejsca i bagaże. W drzwiach pomostu stał mały gruby jefe w sombrero na głowie i był wyraźnie niezadowolony. Nocny nalot na pociąg - bez łupów to było nie do wybaczenia! Przygoda się zaczęła dość nagle i trudno było zgadnąć co nas jeszcze czeka. Wtem przybiegł konduktor z wiadomością,że zbliżamy się do Juliaca i że to koniec trasy (? )... Po długim postoju, w czasie którego próbowaliśmy się dowiedzieć co dalej, skoro zapada noc dostaliśmy odpowiedź, że pociąg spróbuje przedrzeć się do Puno. Wciąż nie wiedzieliśmy dlaczego właściwie nie możemy tam dojechać, może terroryści zaatakowali miasto (? ) Konduktor kazał pozamykać drzwi i pociąg widmo ruszył w noc przed siebie. Dość dziwnie było w tej ciszy pełnej niepewności. Po jakimś czasie z dalekiej otchłani nocy zaczął 125

127 trafiać do uszu dziwny szum towarzyszący stukotowi kół. W pewnej chwili nastąpił huk, który poderwał wszystkich do okien. Zaledwie jedno okno poddało się nerwowym usiłowaniom. Wtedy widok na zewnątrz wprawił mnie w osłupienie. Pociąg pruł wody jeziora rozbryzgując kaskady wody, a przed nami majaczyła w mroku biała sylwetka sporej motorowej łodzi, która jak gdyby nigdy nic, odpływała od toru na długiej cumie przywiązanej do szyny. Wrażenie było tak niezwykłe, że już następnego dnia po śniadaniu namówiłam Barbarę na spacer do starego portu, bo z tamtego kierunku przybyliśmy wczoraj. Idąc wzdłuż brzegu po ubitej kołowej drodze, którą gęsto sunęły ogromne ciężarówki z całego kraju, ujrzałam niesamowity obrazek. Do toru, którego dwie lśniące linie błyszczały tuż pod skórą tafli jeziora przycumowano zgrabną małą łódź, która nawet nie nosiła śladów nocnej kolizji z lokomotywą. Po prostu była sobie i miała się dobrze. Robiąc jej zdjęcie omal nie wpadłam w objęcia miejscowej dużej futerkowej świni, która kolorem nie odróżniała się od żółtawo-szarego podłoża. Leżała sobie spokojnie w grajdole i spała., wielka, szorstkowłosa o długiej szczecinie jak u naszych dzików - tylko w tym, jakże nieprawdopodobnym kolorze! Była nie wiadomo czyja, bo obok stało parę podtopionych i dawno opuszczonych chałup z kamienia, przykrytych resztkami strzechy przytrzymanej płytami łupku. 126

128 Jezioro Titicaca wyglądało jak bezkresne lazurowe morze ciągnące się koło stu kilometrów z rzadka porastając długą na kilka metrów trzciną totora, która kryje się na dużych głębokościach, nieledwie około metra wystając ponad wodę. Nawet z brzegu było widać jak na niewielkich łódkach uwijają się zbieracze trzciny i układają wyłowione źdźbła równiutko wzdłuż łodzi czerpiąc je długim drewnianym dwuzębnym narzędziem jak monstrualnym widelcem. Pracowici Indios z plemienia Uros wygnani niegdyś przez Aymara z terenu wokół jeziora nie mieli dokąd uciekać, zamieszkali więc na wodzie. Parę kilometrów od brzegu rozrzucili kilka niezwykłych wysp ze słomy. Totora wysuszona na słońcu, napowietrzona i twarda utrzymuje się długo na wodzie. Gruba warstwa trzciny nie tonie, tylko tworzy duży powietrzny materac i zanim zbutwieje, długo służy za grunt pod nogami. Chodzi się po niej suchą stopą, na niej się śpi, buduje słomiane szałasy i ogrodzenia ze snopków powiązanych razem. Istnym kuriozum była dla mnie chata służąca za kościół z girlandami papierowych ilustracji świętych i Chrystusa.. Najdziwniejsze jest to, że dno jeziora jest naprawdę odległe, bo osiąga nawet sto metrów głębokości. 127

129 Najwspanialszym dziełem Urosów są jednak łodzie totora kunsztownie plecione ze słomy przez mężczyzn. Wyglądają jak nadmuchane pontony. Kształt mają nawet podobny : gruby wał burty na brzegu i płytki materac pośrodku. Na łodzi może się zmieścić nawet pięć osób z wioślarzem, który długim kijem odpycha się od wody. Siadamy wszyscy okrakiem jak na krokodylu, moczymy w wodzie buty i ręce. Jest fantastycznie! Wyspy są spore do kilkuset metrów. Na każdej z nich stoją słomiane domy, zagrody i łodzie po kilka. Jest plac do zabaw i pracy. Na innych wysepkach mieszkają świnki żując tę samą trzcinę, na której się wylegują. Nic im tu nie zagraża, nie mają dokąd uciec, nikt ich stąd nie wykradnie, chyba, że się potopią.. Kiedy poducha wyspy zaczyna się zapadać powoli w wodę, pora na prace naprawcze, wtedy znów łowi się trzcinę, suszy na słońcu i buduje nowy pokład do życia. Jak w tych warunkach można przetrwać? A jednak żyje tu kilkadziesiąt osób. Kobiety siedzą, szyją kilimy z futra, malują garnki i drobne ozdoby z gliny, handlują z turystami, gotują ryby z jeziora na paleniskach z kamieni. Muszą niezmiernie uważać, by nie zapalić podłoża. Dziwne wody jeziora stały się dla nich domem. Doprawdy zaradność ludzka i wyobraźnia nie ma granic! 128

130 Ale na Uros trzeba być ostrożnym. Jeden z naszych kolegów zapędził się z ciekawości za ogrodzenie jednej ze słomianych chałup i nagle - Chlup! noga wpadła mu na pół metra w dół. Przeraził się nie na żarty, tym bardziej, że nie było się czego złapać, podłoga wraz z płotem i ścianą chałupy zagłębiła się sprężyście wraz z ciałem kolegi. Że nie wciągnął całej wyspy do wody, zawdzięczał tylko jej dużej powierzchni. W końcu osiemdziesiąt parę kilo Europejczyka mogło się omsknąć jak nic w odmęty jeziora. Uratowało go to, że się przewrócił i leżąc podczołgał się w głąb wyspy. W sztuce i stroju Urosi powtarzają wzory z Puno wzięte od znienawidzonych Amara i Keczua. Robią to od wieków i próbują sprostać otaczającej ich cywilizacji, a tej najnowszej dopiero się uczą, ale z dobrym skutkiem. Potrafią z niej czerpać małe korzyści, by życie stało się prostsze. Na zakupy do Puno jeżdżą już motorówką z turystami wracającymi do miasta. Może niedługo przestaną wyplatać łodzie totora, skoro co pół godziny kursują do portu stateczki? Jezioro, które jednym stało się domem, dla innych jest monstrualnym ściekiem. Ludzie z miasta nie jedzą ryb z Titicaca zarażonych tasiemcem. Całe milionowe, ale biedne Puno otulają jeszcze biedniejsze slumsy bariades, z których wszelkie nieczystości spływają prosto do zbiornika. 129

131 Przybrzeżne ulice trudno jest przejść suchą nogą, pełne są kałuż i smrodliwych strumyków podążających ku jezioru. A przecież nie jest to jedyna metropolia nad tą wodą. Po drugiej boliwijskiej stronie leży jeszcze większe La Paz wielomilionowa stolicą sąsiedniego kraju - Boliwii, z odwiedzanym tłumnie przez turystów starożytnym kompleksem Teotihuacan. Nagle pomyślałam sobie - Piękne niebieskie jezioro jak długo potrafisz sprostać potrzebom nie wykształconych mieszkańców, którzy każdego dnia dokonują na tobie zamachu, nieświadomi jak wiele zawdzięczają twojej obecności w tych strasznych kilkutysięcznych górach? Zimne pierogi w Puno 130

132 PIEROGI w PUNO Ziąb i zgrzytanie zębów. Nocą temperatura spadła pewnie poniżej zera, a w dzień jest niewiele cieplej 7 do 13 stopni. Wszystko zależy od tego czy Inti - Słońce będzie łaskawie przyświecać. Zdarza mi się to po raz drugi w życiu. Kiedyś marzłam tak i mokłam na Łysej Górze, w potwornej burzy ryczącej i trzaskającej piorunami, jak w kocioł czarownic, aż ze strachu zgrzytały mi zęby. Podobnie tutaj trzęsło mnie i nie mogłam zapanować nad własną szczęką z niedostatku ciepła. Wyciągam z plecaka wszystkie możliwe tkaniny: koce, śpiwór, prześcieradła, sukienki. Okrywam się tą górą ciuchów. W hotelu brak ogrzewania, brak ciepłej wody w kranach, a same krany są nazbyt małe i archaiczne nad niewielką umywalką, by można się było umyć. Nie ma się czym zagrzać. Jedyne ciepło na jedną małą chwilę, to herbata zaparzana własną grzałką podróżną, przywiezioną z Polski. Dobrze, że jeszcze działa i że wtyczka pasuje do gniazdka. Niestety ciepły napój wystarcza tylko na chwilę, bo nawet ciepłe jedzenie wymarza tutaj po drodze do stołu. Wczoraj Edek miejscowy kowboj z Polski zarządził pierogi ruskie. Było to ryzykowne przedsięwzięcie, zważywszy, że mąka nie pszenna, ser nie krowi, lecz owczy. W dodatku higiena stoisk na targowisku także odbiega od normy. Żeby nie nabyć jakiejś febry Veronica - żona 131

133 Edka podjęła się kupić własnoręcznie paczkę sera. Gotował mąż koleżanki jedyny prawdziwy kucharz, wśród naszych leniwych dam o dłoniach nieskorych do kucharzenia. Pierogi zgrabne dorodne udały się znakomicie. Polane nawet prawdziwymi skwarkami z jakiejś podobnej do bekonu padliny ścięły się z zimna w drodze z kuchni do sali - czyli living roomu. Smaczny, ale zimny obiad, spożywaliśmy w kurtkach, potem wiedliśmy długie rozmowy na kanapie zacierając z zimna palce. Veronica opowiadała o swoich studiach w Polsce i o tym jak poznała Edka. Widać było, że wyraźnie przesiąkła lewicującymi poglądami Polski lat 70-tych i emancypacją polską. Tomik wierszy, który podarowała mi ujawnił jej rewolucyjne spojrzenie na świat. Zimno jak diabli! Okazuje się,że codzienne oglądanie telewizji w kurtce nie jest tu niczym niezwykłym. - Jak Oni to robią, że nie chorują na gardło, nie łapią anginy, czy grypy?- zachodziłam w głowę. Wszędzie straszą otwarte drzwi na zewnątrz, na patio lub taras, na balkon, albo prosto na ulicę. Pootwierane drzwi, to zmora tutejszych kafejek, do których usiłujemy udać się rano na śniadanie w nadziei, że łyk ciepłej kawy lub mate de coca postawi nas na nogi. Otwarte przez cały dzień podwoje zapraszają do środka, ale równie prędko wypędzają chętnych, bo wiatr hula po plecach. 132

134 Puno zupełnie nie służy życiu towarzyskiemu, biesiadom przy stole i pogwarkom. Tu trzeba się przemieszczać, od rana dużo chodzić i czekać na południowe słońce. Wtedy okolica się nieco ociepla. Można się także wybrać nocą na tańce i napić się prawdziwej gronowej pisco, podobnej do bimbru zalecanej przez profesora spotkanego w samolocie, ale z taką rozrywką mogą się wiązać inne nieoczekiwane przygody, nawet w gronie tutejszych przyjaciół. Veronica prezentuje swój zbiorek poezji 133

135 PRZEKRĘT Zasiedzieliśmy się już nieco w Puno i pora ruszyć na zwiedzanie dalszych okolic. Pod bokiem codziennie łypie na nas modrym okiem Titicaca z niezwykłą kulturą Uros mieszkańców pływających słomianych. Po jego drugiej stronie kusi boliwijskie La Paz ze sztandarowym zabytkiem Inków piramidą w Teotihuacan. Zbiegłam ze schodów, aby poszukać dyżurnego recepcjonisty, który rozprowadzał bilety na wycieczki po jeziorze. Był już na miejscu przy szklonym blacie biurka, pod którym leżały niewielkie karteczki z różnymi propozycjami wycieczek. Niestety ceny widoczne na nich nie zgadzały się z tymi sprzed paru dni. Zapytałam niesympatycznego cholo dlaczego do wczoraj ceny były inne? Zrobił zdziwione oczy i udawał, ze wszystko jest tak jak było. Niestety cena była podwojona i za takie pieniądze nie mieliśmy zamiaru płynąć na wycieczkę. Wietrzyłam tu niezły przekręt. Wyskoczyłam na ulicę i zaraz dostrzegłam mundur miejscowego strażnika: - Seńor, Seńor zaczepiam barczystego sierżanta policji odzianego w piękny ciemnozielony mundur, połyskujący złotymi guzikami. - Mamy tu sprawę dla Pana -Słucham -Przyjechaliśmy parę dni temu do Puno. Rozglądamy się jakie propozycje turystyczne czekają tu na nas. Na korytarzu, w recepcji, na miniaturowym biurku, 134

136 widniał wykaz wycieczek po okolicach Puno oraz przepraw statkiem na drugą stronę Titicaca do Boliwii i na wyspy Uros. Zainteresowały nas wyspy. Stwierdziliśmy, że nie będzie drogo, bo po 17 Iinti, ale mieliśmy sporo czasu. Postanowiliśmy rozejrzeć się nieco po mieście, a dopiero potem, za parę dni kupić bilety na statek. Na portierni obsługiwał nas często ten sam Cholo- Metys- co dzisiaj, ale właśnie dziś wracając z miasta, chcemy kupić bilety, a tu stara kartka znikła spod szklanego blatu i pojawiła się nowa, a na niej wszystkie ceny skoczyły o sto procent. Domyślamy się dlaczego, bo właśnie dzisiejszego dnia przybyli do hoteliku nowi goście, majętni Gringos - Anglicy i Francuzi. Koszt wyprawy dla kilkumnastu osób z niewielkiej wycieczki zrobił się nagle problematyczny. Czy wolno komuś robić taki przekręt w ciągu kilku godzin i wygląda na to, że pewnie bez wiedzy właściciela hotelu? Barczysty guardia dał się zaprosić za próg i ustawił się w wymownej władczej pozie, jak znany sierżant Garcia z filmu o Zorro : - A kto był poprzednio na portierni? - zapytał - Ten sam Cholo co dzisiaj, odpowiedziałam. - Tak? No kochany pozwól tu do mnie! - Czy to ten? zwraca się do nas - Oczywiście, że ten- potwierdzam - Kto tu jest właścicielem hotelu, Ty?- zwrócił się do Metysa - Nnno nie Seńor! To nie ja. 135

137 - A czy właściciel wie, że zmieniłeś ceny? indaguje dalej guardia - Nie, nie przyznaje cicho cholo spuszczając głowę - No to jak to jest, Koleś dlaczego chcesz Państwa oszukać? Metys wije się, bąka byle co, chce się jakoś wywinąć, ale potężny Garcia jest twardy. Cholo robi się purpurowy i dużo macha rękami usiłując coś zmyślić. Wtedy zdenerwowany strażnik stwierdza: - Zabieram Cię na posterunek! W oczach Cholo widać strach, chce wszystko odwołać, ale nawet nie próbuje zwrócić się do nas, ucieka oczyma gdzieś na boki. Miłosiernie patrzy na policjanta, ale ten jest nieugięty. Woli go zabrać do aresztu. - Chwileczkę - zawołałam, to nie tak! My chcemy kupić bilety na jutro, a nie czekać aż sąd zajmie się oszustem! - Nie, nie, on pójdzie ze mną decyduje guardia. Dobrze, że był z nami Edek, który w tym momencie wkroczył do akcji. Najpierw trzeba było uzgodnić na czym nam naprawdę zależy, czy na wsadzeniu faceta, czy na biletach. Cholo patrzył błagalnie to na Edka, to na nas. - No to co robimy - zapytał Garcia patrząc na nas. - Kupujemy bilety odpowiadam, ale po wczorajszej cenie! 136

138 Stateczki wycieczkowe na Titikace Na mercado 137

139 Myślę, że wreszcie ten biedak najadł się trochę strachu i już nie będzie kombinował, chociaż pewnie nie wszyscy turyści są tacy zasadniczy, jak my, biedni wędrowcy z Polski. - Jak Boga kocham! Cholo bije się w piersi. Słowo honoru, już nigdy tak nie zrobię! Patrzę na niego z politowaniem i myślę : - tak, tak, do następnego razu, jak przyjadą następni naiwni Gringos. Kiedy następnego dnia, z biletami w ręku pomykaliśmy na wyspy motorówką, natknęłam się na Pilar - Hola! zawołała. A nie mówiłam, że się spotkamy? To fascynujące. Chcę zobaczyć jak się żyje na tych wyspach. - To pewnie będziemy razem wracać - skonstatowałam. - Pewnie tak, no to jeszcze sobie pogadamy. Hasta luego!- dorzuciła i odpłynęła drugą łódką. Spotkałam ją na mercado następnego dnia. - Co słychać? zapytałam - jak ci się podobało? - Cudownie! Que rico! Me gusta mucho, mucho, mucho! Wiesz, że zepsuła nam się łódź? A to był już ostatni rejs! - Ojej, to fatalnie! okazałam współczucie - Co ty! wyśmienicie! Wiesz, że musieliśmy nocować na tej wyspie? - Gdzie? Tam, na tej słomie? - Tak. I było świetnie. 138

140 - Ale tam są podobno pchły!? - Podobno, ale jakoś nam się nic nie stało. Za to wiesz, jakie to wspaniałe uczucie tak unosić się na wodzie, na miękkim materacu, kiedy woda chlupie pod tobą? - Wiesz chyba ci zazdroszczę. Przeżyłaś coś niezwykłego. - Taak, sama nie myślałam, że mi się to przydarzy. A jak pojedziemy w dolinę Inków, to musze się wykąpać w inkaskich baniach. Tam są takie miejsca, gdzie doznaje się przejścia w inny wymiar. Mówię ci, to Peru jest niesamowite! U nas w Brazylii nie ma gór, tam nie ma nic ciekawego. Dlatego tylu nas tu przyjeżdża. Tylko popatrz jak ta kobieta przysłuchuje się nam. O ta i tamta też! Jak słyszą język portugalski, to nas przedrzeźniają i pokazują, że jesteśmy niespełna rozumu. Doskonale nas rozumieją, ale twierdzą, że my tak śmiesznie zdziecinniamy słowa. - Skąd ja to znam? pomyślałam - przecież my to samo mówimy o Czechach, a oni o nas. 139

141 Kontrabanda w Puno KTO HANDLUJE TEN ŻYJE Kiedy przybyliśmy do Puno, trzeba było pomyśleć o mądrym ulokowaniu pieniędzy w pewne towary i pamiątki, ponieważ tutaj w samym środku Andów było podobno najtaniej. Kiedy uświadomiłam sobie z jakim trudem pożyczałam pieniądze na podróż i jak trudno było dociułać resztę, już widziałam oczyma wyobraźni jak to będzie, kiedy trzeba będzie oddawać to, co się przehulało na super wakacje. Musiałam zawierzyć naszej przewodniczce, znacznie lepiej zaprawionej w podróżach i lepiej zorientowanej, że tylko teraz należy skorzystać z okazji i zainwestować w parę rzeczy, bo potem będzie 140

142 zbyt drogo. Postanowiłam zaryzykować. Żeby coś nabyć najlepiej było czegoś się pozbyć. Pewne rzeczy profilaktycznie zakupione w kraju na ewentualną wymianę trzeba było umiejętnie sprzedać. Nie była to łatwa sztuka. Indianki zaczepiały nas już pod hotelem i próbowały nam wciskać jakiś swój towar, a my nie miałyśmy odwagi zaproponować czegoś od siebie na ewentualną wymianę. - Co, nie wiecie jak to się robi dziewczyny? no to popatrzcie! zakrzyknęła ze zgrozą Ola. Wzięła dwa kremy do twarzy i jakąś wodę kwiatową i kazała pójść za sobą. Już za progiem hotelu zaczepiła dwie Indianki i zaczęła wymachiwać im przed nosem kolorowymi pudełeczkami. Sugestywnie pocierała policzki zachęcając po polsku do wygładzenia twarzy. Przechodzące Cholity najpierw patrzyły podejrzanie, ale wreszcie zainteresowały się, co to takiego. Zaczęły dopytywać się skąd to przywiozłyśmy, choć nazwa Polski niewiele im mówiła. Wreszcie po ustaleniu ceny zapłaciły i poszły. - Widzicie? sugestywnie spojrzała Ola tak się to robi. Bierzcie, co tam macie i do roboty! Nie było zmiłowania. Z wielką nieśmiałością wygrzebałyśmy z plecaków nasze kosmetyki i jakieś finki harcerskie i ruszyłyśmy przed siebie. Obeszłyśmy całe mercado i kontrabandę, oglądałyśmy miejscowe towary i próbowałyśmy zainteresować 141

143 sprzedawców naszymi drobiazgami. Coś niecoś się udało, ale słabo nam szło. Po powrocie do hotelu, postanowiliśmy, że zwrócimy się do Edka po pomoc. On najlepiej zna miejscowych ludzi, może komuś szepnąć, że przyjechaliśmy i mamy co nieco do sprzedania. Dobry kolega, jakim się okazał, zgodzil się i umówił się z nami na późne popołudnie. Rzeczywiście po kilku godzinach zapukał do naszego pokoju i wprowadził kilkoro ludzi, przedstawiając ich, jako dalsza rodzinę Veroniki. Podskoczyłyśmy do plecaków, na jedyny stół w pokoju wysypałyśmy nasze skarby i stanęłyśmy w oczekiwaniu. Tymczasem towarzystwo, które przyszło po krótkiej prezentacji i powitaniach zaczęło biesiadę słowną nad naszym stołem, zaimprowizowanym jako lada z towarem. Wyglądało to tak, jakby nie widzieli się od co najmniej ubiegłego roku. Opowiadali sobie bieżące plotki i sensacje, a nasz pokoik i nasza obecność wcale im w tym nie przeszkadzały. Szybko zaczął zapadać zmrok, światło w pokoju zrobiło się mżyste. Nie pomogło nawet zapalenie jedynej żarówki w sufitowej lampie. Byłyśmy załamane. Pewnie nic nie kupią, bo już prawie nic nie było widać w szarzejącym mroku. Edek próbował od czasu do czasu przypomnieć im po co przyszli, ale oni w ferworze paplaniny, nawet na niego nie zwracali uwagi. Kiedy zbliżyła się już dziewiąta godzina i 142

144 towarzystwo zaczęło się żegnać i nic Na wychodnym tylko Edek szepnął, że jest dobrze, coś tam wypatrzyli ( jak i kiedy to zrobili? to było zastanawiające ) i pełni uśmiechów zamknęli za sobą drzwi. Rzeczywiście zjawili się następnego dnia, nie tylko oni, ale jeszcze jacyś Metysi. Nagle miałyśmy problem, jak uważać na tylu ludzi, którzy zaroili się w pokoju. Pomne doświadczeń arekipańskich wolałyśmy nie płacić frycowego. Było trudno, ale poradziłyśmy sobie. Najbardziej rozśmieszyła mnie jedna Indianka, która niezwykle świadomie wybrała się na zakupy i miała pełniutką torbę pieniędzy poukładanych równo, jak w sejfie. Bardzo sprawnie je liczyła i co chwila kalkulowała co jeszcze opłaci się wziąć i za ile, żeby zrobić dobry interes. Gotowa była zerwać mi z ręki zegarek, który jej się spodobał, ale ja nie dałam się namówić, bo był mi potrzebny. Miałam jeszcze jeden bardzo oryginalny pozłacany, którego nie chciałam tutaj trzymać na wierzchu, a który w Polsce nosiłam na szyi na złotym łańcuszku. Miał ciekawy kształt rosyjskiej tiary. Na widok tego zegarka Indiance zalśniły oczy. Popróbowała go nawet zębem, no i uparła się, że go kupi. Nie miałam pomysłu na cenę, bo kupiłam go kiedyś za niewielkie pieniądze od koleżanki powracającej z Rosji. To były czasy, kiedy złoto w Rosji było bardzo tanie. No i okazało się, że jak mus, to Polak potrafi! Nawet udało mi się sprzedać i zapasową kurtkę, 143

145 drugi awaryjny miękki plecak i używane nieco adidasy. - Dobra nasza! Na razie będzie za co kupić jakieś miejscowe towary. Indianie Uros hodują zwierzęta na słomianej wyspie 144

146 Łodzie totora 145

147 Słomiane wyspy Uros 146

148 TĘSKNOTA ZA MUZYKĄ Od dłuższego czasu doskwierał mi brak instrumentu. Miałam też nadzieje, że właśnie tutaj, w jednej z ojczyzn muzyki strunowej znajdę niedrogą gitarę. Jeszcze bardziej pociągało mnie chatango drewniane lub ze skorupy pancernika, tyle tylko, że pewnie nie przydałoby się do grania na co dzień, bo do muzyki, jaką uprawiałam ze swoim zespołem flamenco ten instrument nie pasował. Marzyła mi się też prawdziwa flauta andyjski flet, albo zamponia fletnia pana. Któregoś dnia jedna z naszych koleżanek Wiewióra przyniosła półtorametrową deszczownię kupioną od Indianina, który codziennie wystawał ze swoimi towarami na placu. Tego dnia akurat przyszedł z okazałym instrumentem, który stał oparty o słup arkady i nie rzucał się w oczy. Przez następne dni już nie można było kupić od niego nic, poza zdobionymi tykwami. Tę jedyną deszczownię Wiewióra kupiła za śmiesznie niską cenę. Od chwili, gdy usłyszałam jak gra serce zabiło mi mocniej i rozpaczliwie zapragnęłam zdobyć podobny instrument. Musiałam jednak wybrać na czym naprawdę mi zależy. Wybrałam gitarę. Aby ją kupić wypytałam Edka gdzie szukać sklepu z instrumentami i pewnego dnia pomaszerowałam z Edkiem na zwiedzanie Puno. Trafilismy wreszcie do maleńkiego kantorka, w którym aż roiło się od gitar i charangos. Były różnych 147

149 rozmiarów i pozornie niezwykle tanie, ale kiedy zaczęłam je oglądać i przymierzać do ręki okazało się, że są to straszliwe prostackie wyroby ludowe, toporne i często krzywe, z ciężkimi, grubymi gryfami, że dźwięk mają głuchy i burczący, a pudła słabo rezonujące. Kiedy już straciłam nadzieję, że znajdę wśród nich prawdziwy instrument, zapytałam nieśmiało czy nie ma w sklepie czegoś lepszego. Było, ale dwa i pół raza droższe!. Obracałam w reku leciutki instrument z delikatnego drewna, o dość miękkich, ale ciepło brzmiących strunach. Trochę większy wydał mi się od standardowej gitary i rzeczywiście miał wysokie pudło, co dawało potężne wzmocnienie dźwięku. Od razu zakochałam się w tej gitarze o wdzięcznej nazwie Demanuel. Miała też miękki, porządny futerał nadający się do transportu. i to zadecydowało, że już nie wypuściłam jej z rąk. Zapłaciłam całe siedemset Inti i miałam ochotę dołożyć jeszcze kilkadziesiąt, żeby kupić piękne charango, ale jakaś siła powstrzymała mnie przed utracjuszostwem. Bardzo mi potem brakowało tych niemałych pieniędzy wydanych w odruchu żądzy i zachodziła obawa, że nie wystarczy na przetrwanie do końca podróży. Tego dnia ktoś wpadł na pomysł, żeby trochę pobiesiadować przy muzyce, Edek przyniósł nawet tutejszą anyżówkę w kolorze chemicznego 148

150 pomarańczu i tak nareszcie poczułam się bardziej swojsko, w atmosferze wspólnego śpiewu, choć napój wyskokowy wcale nam nie smakował. Mój nowo nabyty instrument sprawił mi wiele radości po drodze, choć jednocześnie mocno zawadzał w podróży. Po powrocie do domu grałam na nim przez jakiś czas, a że Polsce panowała wtedy moda na muzykę andyjską Demanuel znów stał się obiektem pożądania, tym razem innych gitarzystów. W Warszawie działała najstarsza grupa Varsovia Manta, której liderem był Witek Vargas, polski Peruwiańczyk grający na zamponiach i gitarze. Stykałam się z zespołem wielokrotnie na trasach koncertowych i później, w czasie mojej pracy w Warszawskiej Szkole Flamenco. Duszą zespołu był pasjonat instrumentów Jacek Tratkiewicz, który z upodobaniem przerabiał i naprawiał zdobyczne gitary, jak prawdziwy maestro lutnictwa. Kiedy usłyszał brzmienie mojej andyjskiej zdobyczy, zakochał się w niej i przez dwa lata próbował ją ode mnie kupić. W końcu zrobiliśmy zamianę na hiszpańska Admirę, która lepiej nadawała się dla mnie, do gry flamenco. I tak mój Demanuel rozpoczął własną wędrówkę po Polsce. 149

151 BAZAROWE ŻYCIE Kupowanie swetrów i poncho na mercado było niemal codziennym rytuałem. Wyszukiwaliśmy najpiękniejszych i najtańszych wyrobów wśród stosów swetrów, tkanych byle jak z niedokładnie zgremplowanej wełny alpaki. Okazywały się one niezwykle długie i chude, niedopasowane do europejskich sylwetek. Zapuszczałyśmy się z Basią w kilkukilometrowe wędrówki wzdłuż targowisk i bazarów kontrabandy, podziwiałyśmy wyroby sztuki ludowej, ale przy okazji analizowałyśmy jak intensywnie wdziera się nowoczesna plastikowa kultura w życie surowych tradycjonalistów andyjskich. Można było kupić na bazarze wszystko, czego potrzebował typowy mieszczuch w każdym zakątku świata. Ciekawa była oprawa bazarów, gdzie pod lekkimi zadaszeniami namiotów, za parawanami z prześcieradeł rozkładali swe usługi przydrożni fryzjerzy, krawcy, szewcy, szlifierze noży i inni rzemieślnicy, a po żwirowej drodze uwijały się ryksze rowerowe wożące towary i klientów. Na środku dwujezdniowej drogi rozsiadały się grupy kobiet ze stosami mandarynek i grapefruitów, kokosów i pomarańczy ułożonymi na kolorowych chustach, wprost na ziemi. Przyciągały wzrok drobnymi sylwetkami w kilku kolorowych rozkloszowanych bombiasto spódnicach. Kiedy zwijały swoje kramy, wrzucały towar i 150

152 dzieci w przepastne chusty manty na plecy i w ogromne koszyki z pałąkiem. Dzieliły się potem bagażem z innymi kobietami, albo starszymi dziećmi. W mantach sadowiły się małe dzieci, a wolne ręce kobiet wyciągały zza pazuchy wrzeciona i z podręcznej kieszeni lub kosza, snuły kilometry wełny, i zwijały w kłębki do drugiej sakwy. Zawsze robiły to w biegu, niemal bez przerwy, wykorzystując każdą wolną chwilę w drodze. Zabawny to był widok podskakujące wrzeciono, a tuż za nim Indianka wykonująca jakieś ruchy automatyczne, których prawie nie przerywała, gdy rozglądała się dookoła, kupując coś na straganie, czy przystając na chwilę rozmowy z kimś znajomym, a palce wciąż przebierały nici. Płaczu ich dzieci nigdy nie słyszałam, nawet w najtrudniejszych warunkach, gdy działa im się ewidentna krzywda, reakcją rodziców na ich nieporadność był jedynie śmiech i rozbawienie. Veronica wyjaśniła mi, że dzieci nie są żadną chronioną społecznością. Co trzecie w kraju umiera przed piątym rokiem życia. Generalnie dzieci są niezbędne do pracy, do pomocy, a nie do kochania. O ich potrzeby nikt nie dba, a jak się zapodzieją, to raczej bywa na rękę rodzicom, którym odpada jedna gęba do żywienia. Wiele z nich kończy w niewolniczej pracy dla bandy złodziei i żyje na ulicy. 151

153 Puno z góry 152

154 DO JULIACA Ruszamy w drogę przez miasto - na zakupy. Przed nami nieznane skalne bezkresy gór pozbawionych zieleni. Na rogatkach Puno guardia civil znienacka wchodzi do autobusu i sprawdza imienne listy pasażerów. Dziwne, że nas ludzi z paszportami to nie dotyczy. Kaziu zrobił wprawdzie naszą listę obecności, tylko nikt z miejscowych nie umie jej przeczytać? Baczne oczy żandarmów lustrują siedzących i na wyrywki każą pokazać swoje bagaże. Miejscowi wysuwają spod siedzisk kosze przykryte brudnawym białym strzępem płótna i pracowicie odwijają pakunki, by pokazać zawartość. Gwardzista maca bagnetem po dnie koszyka, pyta o resztę bagażu i przechodzi dalej. Nastrój wyczekiwania. Może zdarzy się coś nieprzewidzianego? Cudzoziemcy jakoś nie wyglądają podejrzanie, prawie nie mają podręcznych bagaży, więc od połowy autobusu guardia zawraca do wejścia. Jedziemy. Puno prześlicznie rozścieła się między górami. Oglądam je z coraz wyższej perspektywy, wspinając się pojazdem na ponad cztery tysiące metrów od poziomu oceanu. Niezwykle malownicze jak chaber niebieściutkie jezioro ukazuje swój bezmiar stukilometrowego morza, a dachy przytulonych do siebie domów migają pomieszaniem 153

155 czerwieni z brązem. Za górą, coraz niżej opadamy w stronę Juliaca, aż po niedługim czasie stajemy na niedużym skrzyżowaniu w miasteczku. Prosta jak strzała ulica wiedzie do centralnego bazaru - mercado w mieście. Rozsiadły się na nim sklepy artesanias i stragany z pamiątkami. Pomiędzy nimi pojedynczy handlarze sprzedają z marszu indiańskie wyroby, kryjąc się przed policją i gwardzistami. Zapuszczam palce w stos dorodnych chirimoyas pysznych zielonych owoców o cieniutkiej i miękkiej jak aksamit skórce z kolczastymi wyrostkami. Owoce pyszne, aromatyczne, ale skórka piekielnie gorzka. Zachwycają mnie swetry z wełny lamy alpaki. cudowne, miękkie jak jedwab, choć ich włókna słabo skręcone i nierówno zgremplowane łatwo porozrywać. Niezwykle ekonomiczne Indianki nie tracą ani minuty czasu i w biegu kręcą wrzeciona przed sobą, jak małe bączki, produkując kilometry nici, pomiędzy sklepem, bazarem i domem. Przekonałam się już kilkakrotnie, że w uczciwy dotąd świat Indian wkradł się oszukańczy proceder, dodawania do wełny alpaki szorstkiego owczego runa., które zbiega się niemiłosiernie w praniu i gryzie nieznośnie w skórę. Podobne oszczędzanie surowca nieobce bywało nawet naszym rodzimym Góralom, którzy do słynnych zakopiańskich swetrów owczych 154

156 dodawali niezwykle higroskopijną i filcującą się watę. Moment nieuwagi i w praniu sweter zamieniał się w kubraczek na lalkę lub kota. Sierść lamy alpaki, a jeszcze bardziej dzikiej guanaco jest jak ptasi puch. Robi się z niej lekkie papachy o włosach długich jak peruka, jakby zrobione ją ze strusiego pierza. Oglądam drogie futra, czapki, kobierce i niezliczone towary ze sztucznego srebra także zwanego alpaką, a obok masę biżuterii z mosiądzu zdobionego błękitem turkusów, wplecionych w typowy geometryczny wzór oraz motywy masek grobowych i ofiarnych noży tumi. Oczyma wyobraźni widzę już indiański futrzak szyty w desenie ze skrawków skóry na ścianie własnego pokoju lub z wdziękiem przerzucony przez naroże tapczanu. Niestety cena przywraca mnie do rzeczywistości, nie stać mnie już na takie zakupy. Przyglądam się Indiankom Aymara ubranym w komplet sześciu spódnic z bayety założonych jak cebula jedna na drugą - każda w innym kolorze o trzy centymetry krótsza od poprzedniej. Ich gołe nogi zanurzają w mokasynowych łapciach, na białe bluzki zakładają samodziałowe, barwne, obcisłe serdaki, a na głowę dwa meloniki z fontasiami dyndającymi na wysokości oczu. Włosy mają upięte w trzy warkoczyki, powiązane luźno ze sobą sznurkami, zakończonymi małymi frędzelkami. 155

157 To bardzo wygodne, bo przy ruchu głową włosy nie rozsypują się, nie przeszkadzają przy pracy. Zastanawiała mnie tylko zawsze funkcja tych wiecznie dyndających przed oczyma frędzelków na kapeluszu, wiem jednak z historii Latynoameryki, że ideałem urody indiańskiej były niegdyś zezowate oczy. Najłatwiej było je spreparować przywiązując dziecku do czapeczki mały koralik na sznurku, na wysokości nosa. Dzisiaj ten obyczaj zanikł, ale jego archeologiczny ślad pozostał w damskim ubiorze. Drobne kolorowe istoty stoją obładowane stosem kilimów wrzuconych do pasiastej manty. Często zza rąbka manty wygląda mała czarna główka dziecka noszonego na plecach przez cały dzień. Nie widziałam tu w ogóle dzieci w wózkach. Na prawej i lewej ręce Indianek zwisają obszerne futrzane kilimy. - Kup seńora! Patrz jakie piękne! Wystarczy, że się zatrzymasz, spojrzysz ciekawym okiem, a już się nie wywiniesz. Indianka łapie cię za ręce, przyzywa, pokazuje, błaga. - Muszę wyżywić rodzinę seńora. Tanio sprzedam. Tylko 100 inti. Zobacz! A może ten? Patrz jaki piękny. Cały miesiąc szyłam. Naprawdę! i bije się w piersi. Już widzę w wyobraźni jak małe ręce z wysiłkiem przekłuwają skrawki skóry, ręcznie, rzadkim ściegiem, bo tak bolą palce Gdyby to robiła maszyna szew byłby mocny, 156

158 odporny na zerwanie, a ręczne wyroby są czasem zachwycające, ale pachną tandetą, bo nici są zbyt słabe, a ścieg nazbyt rzadki. Indianki nie popuszczają. Pobiegną za nami prawie stadem - nawet kilometr i więcej do autobusu. Każda próbuje dobić targu. Uda się to tylko jednej, jeśli zejdzie poniżej połowy ceny, a ja po prostu nie mam pieniędzy i nic tu nie ma do rzeczy moje współczucie. A futrzak mógłby się przydać jeszcze dziś, kiedy nocą w Puno temperatura spadnie prawie do zera, a do okrycia mam tylko jeden koc, pałatkę i cienkie prześcieradło w nie ogrzewanym hotelu. Kilka razy zaglądał mi strach w oczy. Czy starczy pieniędzy do końca? Nie starczy oczywiście, ale co kupię, to mam i nie żałuję, i przyda się na pewno na długie lata. - Raz się żyje - myślę wtedy. i jakoś to będzie. Wciąż ta zasada sprawdza się w moim życiu. Może jestem nieobliczalna, może taki ze mnie ryzykant (?). A ja jakoś po cichu wierzę w swoją dobrą passę. Wiem, że potrzeba jest matką wynalazku, że jak trzeba sobie poradzić, to się musi podołać, że spod ziemi się wytrzaśnie to, co jest niezbędne, albo to, co się tak naprawdę, głęboko zamarzy. A jak się nie uda czegoś załatwić, czy kupić, to można spróbować zrobić to, własnymi rękami, samej uszyć, samej uzbierać, wyhaftować, czy ulepić. 157

159 Nauczyło mnie tego harcerstwo, że w każdych warunkach, w każdej sytuacji trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie i wyjść z kłopotu. Kupię wiec kilim, choćbym miała do Polski wrócić boso. I doczekałam! W ostatnim tygodniu pobytu już w Limie, z zafrasowaniem liczyłam dni do powrotu i resztki tutejszych soli w kieszeni. Wykalkulowałam, że albo się zatrudnię w porcie do czyszczenia śledzi lub sprzątania statku, albo spróbuję przeżyć o jednej bułce z bananem dziennie do odjazdu. Żadna z tych perspektyw nie była porywająca. Przypuszczam, że pewien zakres ryzyka wiąże się z młodością i sprawnością organizmu. Jeśli sprawność zawiedzie nie ma zmiłuj się! No i trzeba mieć piekielne szczęście oraz niezwykłą determinację, żeby pakować się w tarapaty, a mimo to zawsze jakoś się wykaraskać. Kupuję więc w Juliaca najtańszy kilim i w amoku szczęścia nie myślę, jak udźwignę swe łupy w powrotnej podróży do domu, mam przecież tylko dwie ręce! Za miesiąc sama poczuję jak to jest nieść z lotniska do pociągu, i z dworca do domu - na plecach trzydzieści kilo bagażu, piętnaście kilo w rękach i jeszcze futerał z gitarą kupioną hen! w Andach. 158

160 SULISTANNI Między żółte pagóry zagłębia się autobus. Wiosną była powódź i ze wszystkich gór zeszła taka masa wody, aż rozdzieliła okolicę łańcuchem głębokich jezior. Sterczą z nich pozieleniałe stożki, a dołem snują się połacie podtopionych pastwisk, poprzerywane sznurami kamiennych corrali zagród dla bydła, chroniących przed drapieżnikami. Z wysoka widać na nich rzadkie miniaturowe plamki krów, a raczej samych byków, które trzyma się tu na mięso ( nie spotkałam tu mlecznej krowy ). Dookoła szpiczasta cisza. Okolica niezwykła jak archipelag wysokich stromych wysp. Doskonałe 159

161 Nekropolia w Sulistanni Cienie chulpas 160

162 miejsce spoczynku dla pradawnych przodków Indian. Kiedy wspinam się krętą ścieżką pod górę, na drodze wyrasta mi nagle znikąd dwoje dzieci i jedna dorodna lama. Sięgam po aparat, żeby zrobić zdjęcie umorusanej małej Indianki, ale starsze dziecko protestuje i wyciąga rękę po pieniądze. W drugiej garści ściska kilka sznurków glinianych koralików malowanych po wypaleniu w tradycyjne paski. Potem z głębokiej kieszeni w jednej ze spódnic wybiera jeszcze kilka kolczyków z gliny. Nie są mi potrzebne, choć ładne, ale i piekielnie nietrwałe. Zależy mi jednak na dobrych stosunkach z duchami tych gór, więc ulegam namowie. Wśród porostów i traw potykam się o kępy głazów poukładanych w niewielkie kupki. Kryją one dawne jamy grobowe. Wśród nich górują nieliczne kolosy odwróconych niedorzecznie chulpas kominów stożkowych, wysokich na pięć metrów. Przypominają mi stare piece hutnicze rozsiane u nas w Sudetach. Ułożone są z potężnych elementów kamiennych, wycinków pierścieni drążonych w piaskowcu, równo, szczelnie i gładko. To zasłużone ślady niegdysiejszych władców okolicy, którzy odnaleźli tu spokój w zwartych kamiennych puszkach. I trwaliby tak w spokoju do dziś, lecz wiek dwudziesty obrócił w pył historię starego Peru. Zbyt wiele niepokojów, biedy i ponurej żądzy posiadania przyniosła nasza epoka. 161

163 zrujnowane chulpas Bezcenne mumie znikają niepostrzeżenie z grobowców ograbione z turkusowo- złotych darów i ozdób. Niszczeją resztki starych tkanin, które od wieków znakomicie zachowują się w suchym klimacie Andów. Tylko stare kominy grobowców stoją, jak porzucone puste wiadra na płaskowyżu dając świadectwo powagi i znaczenia pochowanych tutaj przodków ludu Aymara. 162

164 Chulpa w Sulistanni 163

165 WESOŁY KRAMIK Niedługo będziemy wyjeżdżać z Puno dalej na północ, ku Amazonii. Trzeba się zaopatrzyć w odrobinę grosza na dalszą trasę. Alpiniści znowu, podobnie jak w Arequipie postanowili rozłożyć sklepik w hotelu. Nie zwrócili tylko uwagi, że w międzyczasie przybyli tutaj nowi lokatorzy, turyści z Anglii i Francji. Od kilku dni chłopcy nawiązywali znajomości wśród miejscowych Cholos, żeby zachęcić ich do kupna kilku drobiazgów od grupy. Zostało jeszcze trochę kurtek, adidasów, plecaków i aparatów fotograficznych do pozbycia się. Indianom najbardziej podobały się kolorowe latarki ze zmiennym filtrem, przydatne może posiadaczom samochodów, ale nie turystom. Okazało się, że Indianie mieli ciągoty do pewnych zabawek i łatwo dawali się namówić na kolorowy chłam, jak niegdyś na paciorki, za czasów konkwisty. W ciągu dnia na schodach hoteliku zaczęły się przeciskać miejscowe postacie i wszystkie zmierzały do jednych drzwi. A tam w głębi kłębili się ludzie oglądający rozwieszone na oknach i łóżkach towary. Nowo przybyli Europejczycy w odruchu protestu przeciwko zakłócaniu porządku i ciszy w hotelu wezwali guardię. Traf chciał, że policjant okazał się naszym dobrym znajomym od oszustwa biletowego. W majestacie swego urzędu wkroczył do hotelu, udał 164

166 się wprost do zaimprowizowanego sklepiku i zadał parę sakramentalnych pytań: - Dzień dobry, a co tu się dzieje? Szef wyprawy podskoczył ku niemu uprzejmie i spytał : - A czy coś się stało Seńor? - No tak- odrzekł tamten - tutaj skarżą się Francuzi, że ktoś prowadzi nielegalny handel - i groźnie spojrzał dookoła. - No nieeee, to nie tak Seńor. My tu tylko zaprosiliśmy znajomych. - A to, co to jest? To nie na sprzedaż?- tu pokazał palcem na obwieszone ciuchami ściany. - Oj, senior! To dziewczyny suszą ubrania, bo już niedługo wyjeżdżamy. - Taak? A te rzeczy o!... na przykład te latarki - A tooo! odpowiedział któryś z chłopców. To my robimy pewne prezenty swoim przyjaciołom. - Prezeeenty, mówicie.. mhm, no to może i ja mogę się zaliczyć do waszych przyjaciół i wziąć sobie jakiś prezent(?) spojrzał pytająco w oczy szefa. - Nno, taaak, oczywiście, że może pan sobie coś wybrać, jak najbardziej! No i wybrał sobie : plecak, ocieplacz dla syna, latarkę i kurtkę. Zadowolony ułożył ładny pakunek, poprosił jeszcze o jakąś torbę ortalionową i oddalił się ku drzwiom Tutaj jeszcze na moment się obrócił i konspiracyjnym szeptem dopowiedział: - A jak chcecie handlować, to przynajmniej zamknijcie drzwi, żeby wszyscy nie widzieli. 165

167 Zasalutował i odszedł w głąb korytarza. W szefa jakby piorun strzelił. Tylko tego jeszcze brakowało, żeby stracić tyle grosza i w taki głupi sposób! To kolejne potknięcie odbiło się na dalszej podróży. Trzeba było coraz bardziej zaciskać pasa, a to dopiero połowa trasy. Główna arteria Puno 166

168 PEŃA w PUNO Opowieści mrożące krew w żyłach o niedawnych wybuchach przyniósł ze sobą Edek. Pewnie trochę chciał nam zaimponować, ale może i nieco ostrzec, że nie ma żartów. Ciekawa była jego własna historia Polaka, który osierocony przez rodziców wychowywał się tylko pod opieką babci. Kiedy babcia umarła, nie miał już nikogo, poza poznaną na studiach dziewczyną z Puno socjalizującą młodą poetką Veroniką. Gdy po dyplomie chciała wrócić do kraju, Edek zdecydował się jej towarzyszyć i założyć dom w odległym kraju. Pierwsze trzy miesiące dokuczało mu soroche - górska choroba ciśnieniowa, bo Puno położone na wysokości trzy tysiące osiemset metrów nad poziomem morza okazało się trudne do życia. Po pewnym czasie, gdy przywykł, założył wysoko w Andach zagon cebuli. Był to świetny pomysł, bo to mało wymagające warzywo świetnie się sprawdziło w górskich warunkach. Nie mniej trzeba było pilnować uprawy i owiec, które tu się powoli przyjęły, z dala od miasta. W tym celu zaczął zatrudniać Indian i Metysów do pracy, w charakterze kowbojów, którzy konno, z bronią w ręku chronili dobytku. Zawiódł się podobno w końcowym rozrachunku na miejscowych ludziach, którzy cudzoziemca zawsze próbują wyrolować i wtedy pomyślał o często przybywających tu rodakach. Zaczął proponować 167

169 sezonową pracę różnym chłopakom przybywającym tu z wyprawami wysokogórskimi. Okazali się chętni i bardziej lojalni, wdzięczni za możliwość godziwego zarobku za granicą. Pamiętajmy,że był to czas ubogiego PRL-u, z którego nie tylko trudno było wyjechać, ale w którym sowite wynagrodzenia należały do rzadkości. Cebula Edka okazała się pożądanym towarem na miejscowym rynku, podobnie owce. Kiedy stał się już prawdziwym gospodarzem, dostał nawet propozycję zostania burmistrzem milionowego miasta Puno. Nie przyjął tej posady, rozumiejąc, że on, pokojowo nastawiony cudzoziemiec, nie jest w mocy przeciwdziałać stanowi wiecznego zagrożenia ze strony Świetlistego Szlaku Sendero Luminoso. Tego dnia Edek zaproponował wyjście wieczorem na miejscową peńę- miejscową dyskotekę w tradycyjnych rytmach peruwiańskich. Poszliśmy w czwórkę on z żoną i ja z koleżanką. Małe bistro z niewielką salką i parkietem do tańca świeciło raczej pustkami. W głębi przy stoliku siedziało paru chłopaków, pijąc czyste pisco. Była jeszcze jakaś para, która niebawem wyszła. Zamówiliśmy także pisco, które miało smak straszliwej chary, jak nasz niezbyt udany bimber. Muzyka zachęcała do tańca, więc wszyscy ruszyliśmy na parkiet. Zawsze lubiłam muzykę andyjską i melodie wybrzeża - marinerę, tondero, 168

170 Główna arteria Puno 169

171 czy walca criollo. Tańczyłam je jeszcze na pokazach w Polsce, z Latynosami, których znałam z Towarzystwa Polska Ameryka Łacińska. Rychło więc zostałam poproszona do tańca przez miejscowego macho, potem przez drugiego I byłoby wszystko normalnie, gdyby nie fakt, że jeden z młodzieńców pochwalił się spluwą pod pachą. Był lekko na rauszu i zaczął deklarować się jako antyterrorysta.. Nie było to sympatyczne, wiedzieć, że ktoś z kim tańczę ostentacyjnie nosi broń, chwali się nią, a może przyjdzie mu fantazja pod wpływem alkoholu udowodnić, że z tego się strzela (?) Coraz mniej wygodnie tańczyło mi się z zadufanym młodziakiem. Zauważyłam także, że Edek daje mi wyraźne znaki. W pierwszej chwili nie wiedziałam o co chodzi. Stanął przede mną tak, żeby zasłonić plecami Peruwiańczyków i scenicznym szeptem poinformował mnie bardzo krótkimi poleceniami.: - Zabierz stąd koleżankę, nie pozwól jej więcej pić, idźcie do toalety i szybko wychodzimy. Poczekajcie na nas na zewnątrz! Chciałam wiedzieć co się dzieje, więc kiedy podeszłam do Basi, usłyszałam jej podniesiony głos, zaczepnie wykrzykujący coś po polsku do Metysa. Zrozumiałam, że próbowała mu okazać pogardę i zaczepnie wyzywała go od gówniarzy z pistolecikiem. On nie rozumiał wprawdzie tekstu, ale mowa ciała dziewczyny wyraźnie zdradzała jej intencje, kiedy wyniośle zaciągała się papierosem, dmuchając mu 170

172 niemal w twarz dymem, wymachiwała przy tym ręką trzymającą kieliszek. W mig pojęłam, że sytuacja stała się niebezpieczna. Krzyknęłam na nią, żeby się uciszyła i natychmiast wyszła. Próbowała jeszcze protestować, ale kiedy niemal krzyknęłam jej prosto w ucho, że Edek każe natychmiast wiać, jakiś instynkt obudził się w niej na moment i dała się wyprowadzić, pozorując spokojną rozmowę o niczym. Gdy byłyśmy już na ulicy próbowałam krótko wyjaśnić, że jesteśmy w kraju, gdzie szleje terroryzm i trzeba nie mieć rozumu, żeby się tak narażać. Zdaje się, że mimo wszystko nie zrozumiała, w przypływie typowo polskiej lekko zawianej buty. Peńa - zabawa przy tradycyjnej peruwiańskiej muzyce popularnej, opartej na rodzimych rytmach, granej na żywo, albo z magnetofonu ) 171

173 poranny kufel pełen liści mate de coca 172

174 TRUD ISTNIENIA Codziennie rano marzył nam się łyk gorącej kawy, albo mate de coca i skromnym chlebem pan, czyli bułeczką na śniadanie, gdy temperatura powietrza miała około pięć stopni. Kiedy już udało się rozetrzeć zmarznięte ręce, zasiadając na zimnych stołkach, tuż przy rozwartych na oścież drzwiach kafejki, zjawiała się nagle kobieta w łachmanach, bosa, z głową owiniętą burą szmatą. Spod strzępków niby spódnicy wyglądały kościste bose stopy. Trzęsącą się ręką prosiła o parę groszy na chleb. Wyglądała, jakby miała sto lat. Zwierzyłam się Edkowi, że żebraczka zjawia się codziennie, zawsze nas wypatrzy, kiedy jemy nazbyt skromne śniadanie za kilka groszy i budzi w nas dwoiste uczucie, z jednej strony ogromnego współczucia dla prawdziwej nędzy, w środku zimy, z drugiej strony złości, bo skubała naszą mało zasobną kieszeń każdego dnia. Było mi jej żal, że jest biedna, bosa i bardzo stara. Wtedy Edek się roześmiał: - Coś ty! Tutejsi ludzie nie żyją dłużej niż trzydzieści, do czterdziestu lat. Wytłumaczył mi, że w tych warunkach rzeczywiście, wszystko działa na ich niekorzyść. Oni nie używają wody do mycia, bo jej tutaj brak. Od nadmiernego nasłonecznienia wysokogórskiego pali się ciemna jak popiół skóra, która pęka poprzecinana czerwonymi żyłkami i raz przesycha, a raz przemarza na zmianę. 173

175 Nawet dzieci mają tu odmrożone policzki i skórę szorstką, jak dachówka. Są niedożywione, bo tu prawie nic nie rośnie. Jedzą zarażone fekaliami ryby, chorują na tarczycę i tasiemca, szpikują się koką i tylko dzięki niej stoją na nogach. Dawka kalorii u Indian jest poniżej biologicznego unicestwienia. Nie jedzą więcej niż trzysta kalorii dziennie, to gorzej niż więźniowie obozów koncentracyjnych. - Trudno jest dorosłym, a dzieciom? - Dzieci, to dopust Boży. Jak są, to dobrze, bo można je sprzedać za parę groszy do roboty. I tak większość z nich nie dożywa dorosłości. Sama widziałam jak matki noszą je w mantach na plecach cały dzień trzęsą nimi i obijają o ławki, stragany, ściany. Nikt na to nie zwraca uwagi. Kobieta zajęta jest przędzeniem wełny, wyrobem rzeczy na sprzedaż, gonitwą za tanim pożywieniem. Dzieci starsze o parę lat pomagają dźwigać te młodsze, noszą przy tym razem z matkami bagaże, kosze pełne owoców na sprzedaż, uginając się pod ich ciężarem. Taszczą je z dżungli pociągami, potem od rana szwędają się po targowiskach, albo śpią pod straganami, żeby znowu pod wieczór nosić dobytek na własnych garbach. W dodatku tutejsze dzieci nie płaczą, patrzą tylko rozwartymi oczyma wilka i wietrzą zagrożenie. Tutejsza natura okrutnie obchodzi się z urodą ludzi i ich kondycją. Nie jest więc dziwne, że patrząc na mieszkańców gór widzi się wyraz przygnębienia, zamknięcia w sobie i nieufnej czujności w oczach. 174

176 Andyjska Puna Przed dworcem w Puno 175

177 ODKRYWANIE DRUGIEGO DNA Czeka nas dalsza droga do Cusco i dalej na Machu Picchu. Nasi alpiniści znowu szykują sprzęt na wyprawę pieszą. Żeby nie zabrakło pieniędzy w trasie, trzeba było przehandlować parę rzeczy. Chłopcy zabrali ze sobą z Polski zapasowe kochery, menażki i bidony, zapasowe plecaki na stelażach, każdy miał także zapasowy aparat fotograficzny. Dziewczyny przywiozły wody toaletowe i perfumy, zapasowe kremy do twarzy i parę podobnych drobiazgów - jak chłopcy, np. finki i noże myśliwskie, parasolki, a nawet adidasy. W trudnych chwilach, kiedy zaczynało brakować gotówki uczyliśmy się handlować z Indianami na targowiskach. Często zupełnie nam to nie wychodziło, ale konieczność budziła w ludziach nieoczekiwaną pazerność i bezwzględność. W takich chwilach zaczynały chwiać się w posadach nasze przyjaźnie. Byliśmy podzieleni na dwie grupy alpinistów i cywili. Nasze plany podróżne rozmijały się często i spotykaliśmy się dopiero w umówionych punktach na trasie. Większa grupa realizowała zadania taternicze, musieli więc absolutnie współdziałać i wzajemnie odpowiadać za siebie. Zbyszek trzymał całą kasę i dokumenty wszystkich, z wyjątkiem szefa. Poruszał się zawsze w obstawie dwóch ludzi. Zawsze razem załatwiali zakupy, sprawdzali rozkłady jazdy, 176

178 decydowali o w wszystkim. Tak samo równo dzielili się biedą. Już na początku wyprawy dwie osoby nie znalazły na lotnisku swojego bagażu. Zostały w tym, co miały na sobie. Nie miały bielizny na zmianę, mydła, szczoteczki do zębów, ani nic. Jedna osoba pojechała w ogóle na koszt całej grupy i nawet nie miała pieniędzy potrzebnych na wymianę. Cała grupa złożyła się na te osoby. Zostały obdarowane torbami, plecakami, zapasem odzieży, aparatem fotograficznym, latarką, pieniędzmi na drobne wydatki itp. W naszej mniejszej grupie przewodniczka zarządziła już na początku absolutną współodpowiedzialność za siebie parami - mąż za żonę, kolega za kolegę, koleżanka za koleżankę. Ulica nadbrzeżna w Puno 177

179 Nie pociągało to jednak za sobą wspólnoty majątkowej. Pewne rzeczy robiliśmy wspólnie, ale każde z nas pilnowało swoich pieniędzy samo. W gruncie rzeczy byliśmy głównie uzależnieni od decyzji przewodniczki, która za nas wybierała środki komunikacji i trasy zwiedzania, co nie wyszło nam na dobre w konsekwencji. Kiedyś padła propozycja, że bierzemy samolot do Cusco. Okazało się jednak, że ta zabawa kosztuje po 70 dolarów i może nam nie wystarczyć pieniędzy na pobyt. Trzeba więc dyscyplinować kieszenie. Zdecydowanie wyraziłam sprzeciw. Właśnie w Puno była jedyna szansa kupienia pamiątek i swetrów najtaniej w całym kraju, do czego Ola zachęcała nas ochoczo. Wszystko jednak sprzysięgło się przeciwko nam. Ceny rosły nieoczekiwanie, nie można było kupić biletów tam gdzie się chciało, ani takich, na jakich nam zależało. W pewnym momencie odmówił mi posłuszeństwa aparat fotograficzny. Miałam swoją ulubioną Praktikę, która przeżyła ze mną już niejedne wyprawy. Była nieco sfatygowana, bo fotografując raka w jeziorze wpuściłam ją niechcący do wody. Po naprawie sprawowała się dobrze, ale właśnie teraz w podróży po Andach nagle zacięła się na Wyspach Uros. Nie było czym kontynuować zdjęć z wyprawy, bo zapasowy Zenith został już przeze mnie sprzedany na targu, w zamian za swetry. 178

180 Andyjskie piekło chałupy Indian z Puno domy i mury kamiennych corrali 179

181 OMIJAJ AYACUCHO Edek przyszedł poinformować nas o tutejszych zagrożeniach. Przyniósł wiadomość, że wuj jego żony, właśnie wczoraj stracił sklep i garaż. Jego mercedes wyleciał w powietrze na piętnaście metrów w górę. Wuj prowadził spokojny handel artykułami metalowymi, sprzedawał noże i inne drobne artykuły przydatne w gospodarstwie domowym. Było nam wiadome, że Puno jest jednym z centrów terroryzmu, ale co my Polacy mogliśmy naprawdę o nim wiedzieć? To była zupełnie abstrakcyjna wiadomość, dopóki nie zaczęło wokół nas narastać napięcie. Człowiekowi zawsze się wydaje, że jego nic nie dopadnie, bo nie ma powodu. Jesteśmy na wakacjach, nie prowadzimy tu żadnych interesów. Nikt z nas nie znał zresztą podłoża miejscowych konfliktów. Ze skojarzeń ze stanem wojennym w Polsce także niewiele wynikało, bo u nas oprócz dziennych zamieszek ulicznych z samą milicją, nie działy się żadne akty wandalizmu i rozboju, na większą skalę. Raczej wzmożone oko władzy czujnie pragnęło zapewnić atmosferę spokoju i porządku. U nas po godzinie policyjnej, nikt nie chodził, nie jeździł po mieście i gdyby nie patrole funkcjonariuszy, można byłoby uznać, że jest bardzo spokojnie i komfortowo. Tutejszy stan wyjątkowy był inny. W pewnych 180

182 rejonach miasta można było poruszać się spokojnie, bez zaczepki policji, za to właśnie nocą po godzinie policyjnej szykowano pułapki i fajerwerki. Wysadzano banki, hotele, stacje transformatorowe, tory kolejowe, a gniew ludności skierowany był przeciw tym, którzy coś posiadali, a więc bogaci cudzoziemcy, właściciele nieruchomości, ważni urzędnicy, kojarzeni z władzą, która miała więcej, niż miejscowa biedota. Właśnie na Uniwersytecie w Puno, naukowiec filozof, niejaki Guzman rozpoczął proces całkowitego rozkładu struktur państwa. Teoria rewolucyjnego ruchu, jaki wywołał była pewnie podobna, jak wszędzie i miała podłoże społeczno- ekonomiczne, tyle tylko, że wśród analfabetycznej ludności indiańskiej rozsiewano najróżniejszą propagandę, żywcem wyniesioną z dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych koncepcji europejskich. Społeczeństwo wyrosłe na kolonialnych strukturach, zapożyczonych od najeźdźców, nie przerobiło na własnym organizmie kolejnych przekształceń mentalnych, jak w Europie. Wielu mieszkańców Altiplano przeskoczyło wprost z epoki neolitu w epokę elektroniki a ich samoświadomość miała tylko jeden aspekt - jedni mają dużo, inni mało, a przecież wszyscy powinni posiadać dobra po równo. W dodatku za dużo - mają głównie obcy, nietutejsi, cudzoziemcy - Amerykanie i ci, co ich popierają, czyli władza, artyści, idole, prasa 181

183 i telewizja. Tworzące się struktury przestępcze, związane z rynkiem narkotykowym, dawały najbiedniejszej ludności jedyne źródło utrzymania z uprawy i sprzedaży koki. Kiedy państwo postanowiło rozprawić się z gangami, zachwiały się w jedyne podstawy utrzymania rozproszonych społeczności wiejskich i mieszkańców slumsów. Polityczna indoktrynacja przywódców ruchów, w obronie najbiedniejszych, przyniosła w jednym worku socjalizm, komunizm, maoizm, koncepcje Czerwonych Khmerów, Kadafiego i Sadata. Nie kształconym chłopom zaaplikowano kompletny mentlik, który sprowadzono do zasady, że kiedy zbliża się obcy, należy go wyeliminować. Najsmutniejsze, że tym pierwszym obcym, który stał się pierwszą ofiarą tutejszego terroryzmu był dobrze znany wszystkim w okolicy Ayacucho zwykły listonosz jedyny tamtejszy przedstawiciel, jakiegokolwiek urzędu państwowego. Guzman, w swej zbrodniczej indoktrynacji odwołał się do starych inkaskich tradycji, obcinania palca obcym i przynoszenia go wodzom, na dowód pokonania wroga. Za taki udokumentowany postępek, sprawca otrzymywał nagrodę. Być może zwyczaj ten powiązany był z zamierzchłym oporem wobec najazdu Hiszpanów. Teraz jednak rachmistrzem wypłacającym dywidendy była skorumpowana miejscowa policja, albo bojówka mafijna. 182

184 Gdy ruszaliśmy w drogę z Limy w głąb kraju, pracownicy Ambasady ostrzegali nas, żeby omijać rejon Ayacucho. Dokładnie nie wyjaśniano nam na czym polega zagrożenie. Dopiero po czasie, kiedy wróciliśmy do Limy Maria i Anibal opowiedzieli nam o horrorze, który dokonał się niedawno w tym rejonie, na oczach całej Ameryki. Wtedy cały naród oglądał egzekucję, na żywo siedemdziesięciu dziennikarzy, którzy pojechali z ekipami telewizyjnymi, uczestniczyć w rozmowach ze Świetlistym Szlakiem. Próbowano wyjaśnić przyczyny narastającego konfliktu narodu z państwem. W małej wysokogórskiej prowincji, zamiast rozmów zgotowano przyjezdnym piekło, a oni kręcili kamerami do samego końca materiał o własnym konaniu w torturach, na oczach wszystkich stacji telewizyjnych. W całym kraju rozdzwoniły się telefony do prezydenta i do telewizji, żeby natychmiast zaprzestać transmisji, żeby coś zrobić, bo oglądają to dzieci i młodzież. Wszyscy okazali się porażeni sytuacją i niezdolni do żadnej rozsądnej reakcji. Kiedy nastał nowy prezydent Alan Garcia, obiecał narodowi, że rozprawi się ze zbrodniarzami. Ślady jego kampanii wyborczej widać było na ścianach wszystkich miast i na szczytach gór, gdzie sadzono z kaktusów i układano z kamieni propagandowe hasło : Alan trabaja! - Alan pracuje! I rzeczywiście pracował. Intensywnie. 183

185 Kiedy przyjechaliśmy do Peru, w czerwcu 86 roku, właśnie dokonała się rewanżowa masakra. Wysadzono, zrównując z ziemią najgorsze więzienie porównywalne z Alcatrazem. Leżało ono na wyspie naprzeciw miasta Lima. W pierwszych dniach czerwca przejęto informację, że do wybrzeży Peru zbliża się duński statek, który wiezie radziecką broń dla więźniów. Podobno z tego miejsca miał wyjść pucz na cały kraj. Coś musiało w tym być, bo prezydent natychmiast zdecydował o przejęciu statku i rozniósł w pył więzienie. Zabito podobno koło 400 więźniów. Nie na długo zamknęło to usta terrorystom. Ale wracajmy w góry! 184

186 ZWIERCIADŁO DUSZY Oglądam na ulicy szary, smutny tłum przycupniętych postaci, próbujących coś sprzedać toczącej się lawinie przechodniów, nie zainteresowanych mało atrakcyjnym towarem, powtarzającym się wielokrotnie na tysiącach straganów. - Poco oni to robią? Poco tak siedzą godzinami, żeby sprzedać garść owoców, parę guzików, jedna płytę, czy bon na loterię? Jak to się dzieje, że w muzyce, która pobrzmiewa tu i tam ze straganów słychać tyle tanecznej beztroski w lekkich walczykach criollo, czy marinerach z wybrzeża. Czasem daje się słyszeć zgiełk orkiestr na ulicznych feriach. Wtedy drą się trąby i flety, a towarzyszy im głuchy pomruk bombo, ogromnego bębna obitego włochatą skórą małpy. Surowe andyjskie instrumenty- flauty i zamponia podbite brzęczącym akompaniamentem charango i gitary zakodowują prawdę o życiu Indios. Takiej muzyki można posłuchać na prawdziwych ludowych peńach, otwierających swe podwoje wieczorem dla słuchaczy miłośników muzyki tradycyjnej. Zupełnie inny nastrój panuje na dyskotekach z muzyką pop, disco i rockiem, ale są także miejsca, gdzie słychać coraz bardziej popularną salsę, ulubiony rytm całej Ameryki Łacińskiej. 185

187 Muzyka tradycyjna Andów różni się znacznie od muzyki wybrzeża. Jest surowa, prymitywna, głównie oparta na efektach rytmicznych. Ulubionym instrumentem melodycznym jest fletnia Pana, czyli zampońa, a rytm obok gitary podaje chatangomaleńka ni to gitara, ni mandolina o czterech podwójnych strunach, najczęściej zbudowana ze skorupy pancernika, czasem z drewna. Jękliwe flety proste ścigają się z ludzkim głosem poruszającym się na wysokich brzmieniach falsetem. Celują w tym kobiety, zwłaszcza z terenu Boliwii. Ich pisk rzeczywiście brzmi jak tony bezustnikowej flauty. Ulicznym fiestom w prowincjach niegdyś zamieszkałych przez ludność pochodzenia chińskiego często towarzyszą karnawałowe pokazy ogromnych 186

188 metalowych masek smoczych w oprawie wrzaskliwej kociej muzyki drących się puzonów i innych metalowych instrumentów. Muzyka dolin nadmorskich jest łagodna i śpiewna, polirytmiczna. Używa brzmienia gitar o różnej budowie, od głęboko brzmiących, basujących do klasycznych instrumentów akustycznych i ich ludowych odmian, jak quatro, tres itp. Towarzyszy im głos śpiewaków słodki, rzewny, łzawy, oddający świetnie uczucia zawarte w treściach pieśni odpowiednio interpretowane przez śpiewaków. Słyszy się w ich nuty rzewne podobne do hiszpańskiego biesiadnego pasodoble, albo starego tanga argentyńskiego. Fiesta na ulicach Puno 187

189 WYSADZONY HOTEL Kiedy udałam się z Basią na spacer po mieście zobaczyłyśmy zrujnowany budynek niedużego hotelu takiego, jak nasz. Cała ściana pierwszego piętra wyleciała w powietrze właśnie przedwczoraj. Brrr Łatwo sobie wyobrazić, żę w tych pomieszczeniach od ulicy mogliśmy mieszkać my (?) Od pewnego czasu powzięłyśmy postanowienie, że nie będziemy się starać wyglądać ładnie i po europejsku. Zakupiłyśmy kurtki tkane z wełny lam, indiańskie swetry i szpiczaste czapki oraz kapelusze z wełny, indiańskie wełniane sakwy, ciepłe rękawiczki bez palców ( noszą takie tutejsi handlarze dla sprawniejszego liczenia pieniędzy na świeżym bardzo chłodnym powietrzu ). Co prawda moja 188

190 koleżanka i tak wyglądała jak przebieraniec ze Szwecji, ale kiedy założyła czapkę wyglądała znacznie lepiej. Chodziło nam o to, żeby łatwiej wtapiać się w tłum, nie prowokować innością, nie zachęcać do zaczepek, kradzieży, czy napaści. Na wszelki wypadek nosiłam także w zanadrzu finkę harcerską. Handlowa Avenida w Puno 189

191 SPRZEDAM APARAT Od czasu, jak na Uros odmówiła posłuszeństwa moja stara lustrzanka miałam kłopot. Znaleźć się w połowie trasy i stracić możliwość dokumentacji wydało mi się nie do darowania. Tyle razy mnie to spotkało i w Europie i na Kubie, że jakieś fatum nie pozwoliło robić zdjęć, bo albo prześwietlono mi filmy już na lotnisku, albo zaciął się film w aparacie, a podarta perforacja nie pozwoliła na wyjęcie go z aparatu ładowanego pionowo, tak jak w Zorkim. Moja Practika także przeszła niejedno. Z trudem naprawiona na razie sprawowała się świetnie, ale nagle klops! Koniec. Lustro nie chciało się cofnąć. Po rozkręceniu i kolejnych próbach znów się zacinało. To już był definitywny koniec zabawy. Trzeba było poradzić sobie inaczej. Nasza miła przewodniczka zaoferowała kupienie od niej prymitywnej Smieny aparatu głupawki, który był przeznaczony na handel dla Indian. Nie miałam wyjścia musiałam go zdobyć, ale koleżanka zażyczyła sobie aż 100 inti. Nie było to mało, jak na coś, co kosztowało grosze w Polsce. Potrzebujący nie ma wyboru, więc postanowiłam kupić ten aparat. Ale żeby zdobyć pieniądze musiałam zrobić coś ze swoim. Siedziałam przez pół dnia i grzebałam, Aż udało mi się uruchomić na chwilę lustro, a następnego dnia wyruszyłam z Basią na poszukiwanie zakładów fotograficznych. Chciałam zorientować się, czy mogę 190

192 sprzedać niemiecki aparat komuś. w celu czysto kolekcjonerskim. Trafiłyśmy na sklep Kodaka. Prowadził go stary Chińczyk. W niedużym pomieszczeniu w gablotach stały lustrzanki radzieckie, których pewnie polscy turyści nawieźli tu mnóstwo. Niemieckich aparatów nie było. Zagadałam do Chińczyka, że chce sprzedać aparat. Nic nie odpowiedział, ale przyjął postawę oczekującą. Zapytał nagle Jaka firma? Powiedziałam, że Practika i dostrzegłam minimalny ślad zainteresowania. Otworzyłam futerał i pokazałam lustrzankę. Wyjął ją z futerału, dokładnie obejrzał pod światło sprawdził obiektyw, celownik, pokazałam mu zapasowe pierścienie i osłonę oraz filtr UV i czekałam co się wydarzy. Chińczyk, bez mrugnięcia okiem i bez zmiany maski na twarzy zapytał tylko zdawkowo: - Ile?- i podsunął kartkę z długopisem. Szybko zaczęłam w głowie przywoływać ceny, które widziałam na mercado, kłębiło mi się w głowie, ale wreszcie zaskoczyłam, że mogę żądać więcej niż za Zenitha. Napisałam szybko na kartce : - dwa tysiące inti. Popatrzył na mnie badawczo i tylko skinął głową. Zabrał aparat i niespiesznie sięgnął do kasety po pieniądze. Podał mi dwa duże banknoty z uprzejmym niemym ukłonem. Z równie uprzejmym skłonem odebrałam należność i powiedziałam : - Gracias Seńor 191

193 Jak bardzo potrzebna była mi ta gotówka mogłam wiedzieć tylko ja. Miałam ochotę podskoczyć, wykrzyczeć ogromną radość, że się udało, ale nie mogłam tego zrobić w tej hipnotycznej atmosferze. Nawet, kiedy wyszłam, spytałam cicho Basię: - A co będzie, jak odkryje, że aparat jest uszkodzony.? - Nic nie będzie, przecież on może go naprawićodparła. Na pewno to potrafi, widać że to prawdziwy pasjonat sprzętu.to nie jest komercyjny sklep, Widziałaś jakie stare trupy tam stały w gablotach? Rzeczywiście, były tam i aparaty mieszkowe, altanowe i inne. Dobrze trafiłyśmy!, a ja czułam się uratowana. Na razie. Obiad na kolanach w pociągu 192

194 OBIECANKI CACANKI Powoli zbieraliśmy się do wyjazdu z Puno w dalszą trasę na północ do Cuzco i dalej w kierunku dżungli. Coraz więcej było w nasze wyprawie improwizacji. Początkowo mieliśmy jechać aż do Iquitos, do Amazonii, ale już teraz było widać, że nie starczy nam środków na tak odległą trasę. Jedziemy więc tak daleko, jak się uda. Przybyło nam jednak rzeczy i zrobił się nowy problem, w co zabrać bagaż podręczny, bo plecaki trzeszczały już w szwach. Jak zwykle udałyśmy się na mercado sprawdzić ceny toreb podróżnych z ortalionu. Były rozmaite, ale zbyt drogie, żeby przepłacać towar mając ostatnie grosze w kieszeniach. Pomne koleżeńskiej obietnicy Oli, że jakby co to ona służy pomocą (tzn. pożyczką ) postanowiłyśmy rozpytać ją, czy nie ma jakiejś dodatkowej torby na zbyciu. Miała, tyle tylko, że z rozbrajającą szczerością oznajmiła, że przywiozła ją na handel i może sprzedać tylko za dolary lub Inti, ale z zyskiem, tak, jak Indianom. Nie było wyjścia. I tak było to taniej niż na targu. Tak więc już drugi wieziony z Polski produkt wracał w swojskie ręce. Jakimś podskórnym instynktem moje czujne ucho zaczęło także wychwytywać zdawkowo wyartykułowane, przypadkowe zapowiedzi, że być może losy naszej grupy potoczą się inaczej, niż zamierzaliśmy, bo szefowa naszej wyprawy była 193

195 niezadowolona. Nie podobał jej się kraj, z jego atmosferą wiszącego w powietrzu niebezpieczeństwa, z jego chłodnym niesympatycznym klimatem i brakiem wygody. Wszystko wydawało jej się mało ciekawe, nie interesowały jej zabytki, ani ludzie, tylko towary. Mogła całe dnie spędzać na mercado, a zwiedzanie zaliczała tylko z konieczności, bo się zobowiązała wobec nas. Wyglądało na to, że naszą wyprawę potraktowała jak prywatną wycieczkę, a nadmiar obowiązków i odpowiedzialności ją przerósł i stał się niewygodny. Może chodziło też o to, że grupa alpinistów nie zamierzała wyręczać jej o brać sobie na swoje barki odpowiedzialności za ludzi spoza ich kręgu, choć przypuszczam, że gdyby zrobić z nimi takie ustalenia wcześniej, stanowilibyśmy zwartą kompanię. Przewodnik jednak jechał na nasz koszt i winien był wziąć na siebie wszelkie zobowiązania. Dawało mi to dużo do myślenia i czułam, że lada moment życie napisze nam nowy czarny scenariusz podróży i że nie będzie na kogo liczyć. Nie omyliłam się 194

196 Dziecko indiańskie w pociągu tuż obok moich kolan 195

197 PUNEŃSKA PUŁAPKA I znowu sytuacja się powtarza jak mantra. Zbyszek idzie kupić bilety na pociąg do Cuzco, ale na dworcu biletów nie ma (!) - Jak to nie ma? pytają wszyscy - Nie ma i już. I cholera wie gdzie teraz się pytać. Zaczynamy spekulować, jak to możliwe, to jak się można stad wydostać? - Może zapytać naszego Cholo z recepcji? - Ale o tej porze go nie ma. Będzie pewnie po czwartej. - No to nic nie wymyślimy. Jakby przyszedł, to dajcie znać! Na razie. Kiedy Cholo się zjawił i tak nic nam nie powiedział, wzruszył tylko ramionami. Zrobiło nam się nieswojo. - No to zostaje tylko ten drogi samolot powiedziała Basia. Kazio zaprotestował - Nie, w żadnym wypadku nie będziemy wydawać niepotrzebnie forsy. Słuchajcie dziewczyny! co robicie dzisiaj? Miałyśmy się spotkać jeszcze raz u Edka i Veroniki. - To świetnie. Przepytajcie go, może on coś sensownego doradzi. Obiecałyśmy grupie, że postaramy się dobrze spełnić polecenie, bo w końcu trzeba jakoś stąd wyjechać! Po południu u Edka w domu sprawa się wyjaśniła. 196

198 Duże hotele w mieście rezerwują bilety dla swoich gości na najbliższy tydzień. Wykupują wszystko, co jest w kasie biletowej i za zawyżona cenę oferują podróżnym. Każdy orze jak może i każdy chce zarobić. Przecież to nie tacy turyści jak my nabijają im kasę, tylko Amerykanie i Europejczycy z Zachodu. Tak więc dopiero następnego dnia chłopcy przynieśli bilety dla całej ferajny. No to możemy się zbierać! Kiedy żegnałam się z Edkiem, ze zdumieniem usłyszałam konspiracyjnie szeptem wypowiedziane zdanie. - Szkoda, że już wyjeżdżacie. Bardzo się cieszę, że Cię poznałem. - Strasznie mi miło, no i musze Ci się zrewanżować, że także bardzo Cię lubię i dziękuję za wszystko, co robiłeś dla nas. Byłeś nam naprawdę niezwykle pomocny. - No wiesz czego się nie robi dla rodaków? - A często tu przyjeżdżają? - Tak, oczywiście. - No to masz z nimi sporo zamieszania. - No wiesz ja też na tym korzystam, że nie tracę kontaktu z krajem, z językiem. Ale muszę Ci przed odjazdem powiedzieć jeszcze jedną ważną rzecz - strasznie Cię polubiłem. Poczułam się zaskoczona, choć ta informacja mile 197

199 mnie połechtała po sercu. - Mnie? zapytałam głupio za co? - Nie wiem, tak po prostu, podobasz mi się bardzo. Nie było czasu na dalsze wynurzenia. Pożegnaliśmy się serdecznie po latynosku, całując się po policzkach i mocno uścisnęliśmy dłonie. Poczułam się dziwnie. Byłam naprawdę wdzięczna Edkowi za pomoc i nie przyszło mi do głowy, że jestem traktowana przez niego jakoś szczególnie, ale świadomość tego nieoczekiwanego odkrycia bardzo mnie wzmocniła i dodała otuchy przed dalszą, niełatwa podróżą, pełną często mało sympatycznych relacji miedzy poszczególnymi uczestnikami naszej wyprawy. 198

200 199 Pilar Brazylijka poznana w Limie

201 Tyle zostało z obiadu 200

202 W CUZCO QOZQO Przybywamy do Cusco późnym wieczorem. Uderza nas nieoczekiwany podmuch ciepłego powietrza. Nareszcie ciepło, pewnie jakieś 21 stopni. Chciałoby się pozdejmować wełniane kurtki, ale najpierw trzeba się zdyscyplinować i zwartą grupą ustawić pod ścianą peronu, z bagażami na plecach, gotowi do wymarszu. Kazio ostrzegawczo wydaje dyspozycje : - Nie odłączać się pod żadnym pozorem od grupy. Nie dać sobie wyrwać bagażu przez nadskakujących smarkaczy, którzy chcą zarobić, a jeszcze częściej polują na jeleni, żeby ich okraść. Udajemy się zwartym szeregiem wprost w otwarte wrota stacji i nagle jesteśmy otoczeni przez smarkatą bandę tragarzy. Czoło naszej kolumny przyspiesza kroku. Ktoś krzyczy : - Nie zatrzymywać się! Tędy idziemy! Bardzo spiesznym krokiem pokonujemy drogę pod górę. Czuję, że szelki plecaka źle założonego nagle tamują mi krew w rekach, że nie mogę oddychać i jeszcze to nagłe gorąco. Jak dobrze mieć dużych i silnych kolegów. Jeden z nich ogląda się i widząc, że zwalniam kroku, zdziera ze mnie plecak i jednym podrzutem sadowi sobie na szczycie swojego. Jakże byłam wdzięczna za ten gest.i tak została mi jeszcze w rękach torba z ortalionu i gitara. 201

203 moja ulica w Cuzco Cuzco Plaza de armas 202

204 Nie miałam pojęcia ile to wszystko waży, bo przecież w Puno jakoś doszłam z bagażem do pociągu. Może to z powodu zmęczenia podróżą, senności, głodu no i gwałtownej zmiany temperatury i ciśnienia, chociaż wciąż jesteśmy na wysokości około 3,5 tysiąca metrów nad poziomem morza. Po długiej podróży, bez posiłku głód daje o sobie znać. Niestety pora jest już na tyle późna, że sklepy są zamknięte. Dzisiaj nie będzie kolacji, tylko jakaś herbata i tyle. Wybrany ze względu na niską cenę hotel okazał się straszny, maleńkie cele położone na galeryjkach wokół niezbyt obszernego patio odcinały nas od świata. Pokoje miały prymitywne zamki i dosyć dziwaczne drzwi z desek, podobne jak do obórek gospodarczych na dawnej polskiej wsi, malowane na podobny brązowo - wiśniowy kolor. Gdyby ktoś do tych drzwi zapukał, to można by się bać otworzyć, ponieważ w pomieszczeniu nie było żadnych okien. Po krótkiej naradzie nie zdecydowaliśmy się skorzystać z tego noclegu. Z chwilę znaleźliśmy troszkę lepsze warunki, niewiele drożej. Przez wąski korytarz wejściowy dostaliśmy się na patio jasne i wygodne. Układ pokoi był podobny, ale przynajmniej obok poszczególnych drzwi były maleńkie okienka. W środku poza dwoma posłaniami nie było nic, ale wyglądało to znacznie lepiej niż poprzednio. Co prawda w przeciwległym skrzydle, na poziomie naszego piętra, upojny widok 203

205 stanowiły dwie toalety, z których jedna nie posiadała w ogóle drzwi. Na szczęście była to męska wygódka i najczęściej dało się oglądać w oprawie pustej futryny tylko plecy kolegów. Do tego widoku jednak zdążyłyśmy się już przyzwyczaić i nie wydawało się dziwne ani na wsi, ani nawet na stołecznej ulicy, że klient taksówki odlewał się w środku miasta między drzwi taksówki i jej próg, a cierpliwy taksiarz czekał w leniwej pozie aż jego klient zakończy małą przerwę w podróży. Słynny balkon gubernatora w Cuzco 204

206 Widok z mojego pokoju na ulicę i ścianę katedry w Cuzco 205

207 malownicze Podwórko w Cuzco 206

208 NA COŚ SIĘ ZANOSI Na drugi dzień chcemy rozejrzeć się po Cuzco Pierwszy spacer po mieście przypomniał mi naroże ulicy Pułaskiego we Wrocławiu ze słynnym barem Gwarny spod którego wytaczało się regularnie zawiane towarzycho, ledwie trzymające się na nogach, po czym rozpełzało się po okolicznych podwórkach, aby lec gdzieś pod murem, na trawniku lub w bramie.. Teraz idąc do pobliskiego głównego placu miasta, gdzie do dzisiaj sterczy z naroża budynku drewniany balkon, z którego Pizarro kazał konno rozszarpać ciało ostatniego króla Inków Atahualpy, potykamy się o zalanych w trupa Indian, leżących na chodnikach przy krawężnikach,. Może to alkohol, a może i koka wprawia ich dusze w stan nieważkości, a ciała zwala z nóg (?) Trzeba się zorientować jak ustawić dalsze trasy, czym się przemieszczać. Szukamy biura podróży, na szczęście mamy je prawie pod nosem na Plaza de Armas. Dowiadujemy się, że aby zwiedzić Dolinę Inków, trzeba wykupić bilet na mały bus, który odjeżdża placu i wiezie turystów wprost do Doliny Pisac, Ollantaytambo, Sacsayhauaman i wielu innych miejsc. Zamawiamy busy na jutro rano. Odjazd koło jedenastej. Będzie można się wyspać do woli. Pozostaje nam spory kawałek dnia, aby coś przekąsić, 207

209 Plaza de Armas i widok na katedre w Cuzco Katedra w Cuzco koronką dzwonnic 208

210 zaopatrzyć się w żywność na drogę, połazić po mieście, zajrzeć do katedry, wpaść na mercado popołudniu i pooglądać ciekawe rzeczy w sklepach artesanias. Dużo tu ładnej biżuterii, czasem tandetnie klepanej z mosiężnej blachy i skręcanej z drutu, ale w ciekawych kształtach. Wczesnym wieczorem chłopcy załatwiają przechowalnię bagażu w miejscowej zakrystii kościoła, bo jadąc w trasę na dłużej szkoda się ograniczać ciężarami i nie warto płacić hotelu. Na drugi dzień mamy odprowadzić swoje bagaże przed wyprawą i tylko z podręczną torbą wyruszyć na zwiedzanie Inkaskich miast. Piąta rano budzi mnie huk wystrzałów. Co kilka minut nowe serie wybuchów. Ścierpła mi skóra. - Czyżby do Cuzco wkroczyli terroryści? Nic nie widać z naszego hotelu. Okienka pokoików wychodzą tylko na niewielkie patio. Otwieram ostrożnie drzwi. Cały hotel śpi mocno. Nikt nie reaguje. Budzę Basię. Otwiera nieprzytomne oczy i pyta o co chodzi. - Słyszysz to co ja?- pytam - O cholera, to chyba strzały? Matko Boska! - Słuchaj, nie wiem jak to sprawdzić, ale kogoś trzeba zawiadomić, że coś się dzieje w mieście. - Dobrze, pójdę obudzić Olę i Kazia. Ola nie miała pomysłu, ale uznała, że trzeba się 209

211 Katedra 210

212 pakować i zdać się na chłopaków. Kazio był bardziej przytomny. Zarządził zbiórkę, wygłosił krótki spicz kazał spakować wszystko, po cichu zjeść śniadanie i ustawić się w szyku na patio. Potem wężykiem, pod murem udać się d na Plaza de Armas, pod biuro turystyczne. Jeśli tam nie będzie niebezpieczeństwa, to może uda nam się uciec stąd. Można poszukać jakiegoś szefa, żeby szybciej podstawił już zapłacone samochody i spylamy stąd! A jak nie to do klasztoru, skryć się. Jak postanowiono, tak zrobiliśmy. Szybkie śniadanie i po cichu, bez zbędnych rozmów wyszliśmy gęsiego pod mur. Jeszcze słychać strzały, ale niczego nie widać. Nagle, kiedy byliśmy już niemal u wylotu ulicy na plac, na niebie pojawił się kolorowy pióropusz rakiety, potem drugiej, trzeciej W pierwszej chwili zgłupieliśmy, a zaraz potem zaczęliśmy się śmiać jak opętani. - To nie terroryści, tylko jakaś fiesta!, ale jaka? Po zaspanym miasteczku jeszcze nie poruszał się żaden przechodzień, ale wkrótce zobaczyliśmy wielki transparent rozpięty nad placem, a na nim napisano : Narodowy Festiwal Kawy i tu data. - Doprawdy. Jak można było tak strasznie się pomylić? Ale to działała psychoza narastająca już od samej Limy. 211

213 Wejście z ulicy na patio naszego hotelu- typowy układ domu peruwianskiego 212

214 Nasz hotelik w Cuzco 213

215 ŚWIĄTYNIE i śmierdzący pasażer Czas do odjazdu mikrobusu wykorzystujemy na pozostawienie bagażu w gościnnym klasztorze. Kazio niemal w każdym miejscu odszukiwał kontaktów z braćmi Salezjanami. W tym odległym kraju kontakt z misjonarzami mógł się stać jedyną szansą na przetrwanie, gdyby zdarzyło się coś nieprzewidzianego, gdyby trzeba było szukać pomocy. Dlatego wszystkie grupy przybywające do Peru przywoziły pozdrowienia z kraju i drobne prezenty dla misji, żeby utrzymać jak najlepsze i najserdeczniejsze związki z enklawami polskości. W całym Peru Polonia prawie nie istnieje. Jest to zaledwie koło dwustu osób rozrzuconych po ogromnym terenie, które często przybyły tutaj kilkadziesiąt lat wcześniej za chlebem lub uciekły przed nowym systemem, który kształtował się po drugiej wojnie światowej w Polsce. Ich dzieci urodzone już tutaj, na obczyźnie zachowują bardzo luźne związki z krajem, często nie mówią już po polsku i nawet nie wyglądają na Polaków. Robiło się coraz cieplej. Słońce operowało wyraźnie i szykowała się bardzo dobra aura na wysokogórską wycieczkę. Wróciliśmy na Plaza de Armas, a tu przed zamkniętym jeszcze biurem 214

216 Podcienie Plaza de Armas w Cuzco 215

217 czekały dwa niewielkie busiki. Jakiś kierownik kręcił się jeszcze i załatwiał ostatnie formalności. Kiedy zapakowaliśmy się już dosyć ciasno i byliśmy pewni, ze za moment ruszamy, coś nieoczekiwanie zaczęło się komplikować. Okazało się, że czyjś wujek ma być odholowany przez nas do samego Pisac, tylko, że w busie nie było już na to miejsca. Zaczynaliśmy się przyzwyczajać do tego, że ktoś próbuje cos ugrać naszym kosztem. Mamy przecież wykupione bilety i jest nas dokładnie tyle, ile jest miejsc. Nie dało się dyskutować. Argument był nie do odparcia, bo wujek uśmiechał się rozbrajająco i godził się ponieść wszelkie niewygody. Za moimi plecami była twarda półka okrywająca bagażnik. Na niej spokojnie mógł ułożyć się dorosły człowiek niewielkiego wzrostu, tyle tylko, że nie miał szansy obrócić się z boku na bok.. Wujaszek robił mile wrażenie, był schludnie ubrany w jasne spodnie i białą koszulę i nie miał żadnego zbędnego bagażu. Kierowcy pewnie zasłonił horyzont z tyłu, ale jeśli ten się zgodził, to nic nam do tego. Już po pierwszych kilkuset metrach jazdy zaleciała mnie z tyłu nieprzyjemna woń. Okazało się, że nie stary jeszcze wujek miał kłopoty z trzymaniem moczu i straszliwie cuchnął. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie taką sytuację, że na wysokości mojego nosa, tuż za głową leży jakaś obsikana szmata, a ja muszę 216

218 Miasto Cuzco zostaje w dole 217

219 wdychać jej smród przez parę godzin? To było trudne do zniesienia, nie tylko dla mnie. Zaraz obok siedziała Basia, ale może miała powonienie przytępione przez fury papierosów, które wypalała?. Kiedy w połowie podróży niechciany pasażer wreszcie wysiadł poczułam się nagle wyzwolona i z euforią wdychałam świeże rozrzedzone powietrze andyjskie. Razem z tym poczuciem euforii przyplątało się nagle uczucie głodu i okazało się, że właściwie wszyscy chętnie byśmy coś zjedli, tylko tutaj nie było żadnego baru, ani kafejki. Zapytałam kogoś w tej mini mieścinie co tu można zjeść. Pokazano mi sklepik, w którym można było nabyć tylko kilka bułek. Gdzieś w pobliżu miało być mercado. Rzeczywiście było, tyle tylko, że składało się z dwóch straganów obsługiwanych przez Indianki, które nie rozumiały po hiszpańsku. Przysłuchiwałam się ich rozmowie i ich język wydał mi się niezwykle dziwaczny, gardłowy, jakby ślina gotowała się w krtani. Pewnie to był prawdziwy keczua. Na blacie straganu leżały tylko bardzo dorodne banany. Indianki mówiły o nich platanos Takich dużych jaszcze nie widziałyśmy z Basią, więc po ustaleniu ceny natychmiast rzuciłyśmy się do obrania owocu. Ledwo udało mi się zagłębić w nim zęby, ale się nie poddał, taki okazał się twardy i włóknisty. Wszystko działo się bardzo szybko, dlatego Indianki wybuchły salwą śmiechu i zaczęły sobie pokazywać, jakie jesteśmy głupie 218

220 Zaczyna się Dolina Inków 219

221 Cudzoziemki! Wiadomo! Ale kretynki! - One nie wiedzą, że tego się tak nie je, tylko gotuje!- ich chichot był deprymujący. Zapytane o inną możliwość zjedzenia czegoś, pokazały na miasteczko i machnęły ręką. Dobrze, że zgodziły się z powrotem oddać nam pieniądze za banany, których nie potrzebowałyśmy. Wracałyśmy ze zwarzonymi minami, a żołądek przysychał nam do kości kręgosłupa. Zanim wszyscy wsiedliśmy do busa, trzeba było poczekać na kolegów, którzy usiłowali zdobyć jakieś jadło oprócz bułek. Stałyśmy tak na krawężniku ulicy i nagle uświadomiłam sobie, że obok mnie jakaś mała Indianka siedzi w kucki i obraca na niedużej blasze kochera opalanego drobnymi patyczkami jakieś nieduże plasterki mięsa. Nie mogłam się z nią dogadać, co to takiego, ale sadząc po wielkości i kształcie, były to boczki świnki morskiej. Przysunął się do nas jeden z kolegów i zagadnął. - Słuchajcie, co to takiego? - Jakaś padlina odpowiedziała Basia - Pewnie świnka (?) dodałam - Eee, żarty! zawołał kolega Ludwik - Nie żadne żarty, przecież oni hodują świnki w domach, jak u nas drób na wsi. - A to jest jadalne? zainteresował się - To zapytaj tę małą podrzuciłam - A ile to kosztuje, kurde, bo głodny jestem. - Mówiła, że trzy Inti odrzekłam 220

222 Dolina Pisac Wrota Pisac 221

223 - Wiecie co, ja zaryzykuję, mam to gdzieś. Chyba mnie szlag nie trafi? - Dobra, ja też wezmę, a ty? stuknęłam Basie w bok. - No pewnie. Też mnie skręca. A są tu jakieś bułki.? - Niestety. Już wszystko wykupili. - Eee! Chłopaki- krzyknął Ludwik - a nie macie jakiejś jednej bułki odsprzedać?- tu zwrócił się do kolegów- dziewczyny też są głodne! - Macie tu jedną - Zbyszek wyjął z chlebaka słownie jedną małą bułeczkę, którą rozpołowiłyśmy z Basią. - No to co, kupujemy to mięso? zapytałam - Jasne- odparła Basia Chwilę trwało zanim dziewczynka obróciła długim patyczkiem plasterek na plecki i obsmażyła z drugiej strony. Ciągle przy tym dmuchała w maleńki ogienek. - Zjemy z tym razem chyba całą zarazę Peru bąknęła pod nosem Basia, a Zbyszek zawtórował jej zza pleców. - No, ja tam nie wiem dziewczyny czy wy dobrze robicie. Ja wolę nie ryzykować. - Ale to całkiem dobre! nasz Ludwik zajadał się już kąskiem mięsa, tylko trochę drogie. Dostałam wreszcie mój kawałek. Rzeczywiście miękkie, jak cielęcinka, tylko kompletnie nie słone, za to bułka posolona. -OK.! da się zjeść- pomyślałam, a wieczorem zaaplikujemy sobie kolejną pigułę antybiotyku, który brałam już od Puno, żeby się nie wyłożyć na jakąś 222

224 Inkaska precyzja zwykłej drogi Dolna część miasta Pisac 223

225 zaziębieniową infekcję, bo mam do tego skłonności. Może to była sugestia, a może rzeczywiście jakoś udało mi się uniknąć wszelkich powikłań. Najbardziej baliśmy się wszyscy ameby, bo to draństwo mogło mieć nawet śmiertelne następstwa. Tutaj w trudnych andyjskich warunkach nie dało się uniknąć ryzyka, trzeba to było tylko jeść z dużą dozą ostrożności i prewencją. Przed wyjazdem mieliśmy zapowiedziane, że trzeba wyleczyć wszystkie infekcje, a zwłaszcza zęby. Wszyscy tego dopilnowali, bo w rozrzedzonym powietrzu, przy ogromnej zmianie ciśnienia każda niedorobiona plomba mogła się stać przyczyną ropnia, czy zgorzeli. Okazało się to znamienne w wypadku Kazia, który przyjechał do Cuzco opuchnięty jak balon. Trzeba było szukać pomocy dentysty, albo leków w aptece, a to były znowu nieprzewidziane koszty ze wspólnej kasy. 224

226 Mury oporowe i droga do miasta 225

227 DOLINA PISAC Nareszcie czuję się jak u siebie. Wystarczy mi zobaczyć przed sobą zielonkawe i złote pagóry na tle czystego błękitu nieba i już budzą się wspomnienia dzieciństwa, ścieżki deptane małymi dziesięcioletnimi nóżkami na samo dno Śnieżnych Kotłów, na szczyty Śnieżki, Grzybowca, Szczelińca, Wielkiej Kopy i wielu innych ukochanych zboczy, które przemierzałam z rodzicami, z wycieczkami szkolnymi i obozami harcerskimi po rodzimych Sudetach. Za chwilę okaże się, że nie ma tu ścieżek i szlaków turystycznych. Trzeba wziąć głęboki wdech i iść prosto po zboczu, na skróty do góry dalej i dalej. Oddech z lekka się zacina, bo lata wdychania smoły papierosowej zaczynają wyłazić nagle uszami. Trzeba się zatrzymać, zrobić parę spokojnych wydechów i próbować iść dalej. Pocieszam się tylko, że przy szybkim marszu, który narzucili alpiniści nawet niektórzy z nich zaczynają zwalniać i przystawać. Teraz przestaję się dziwić, że tylko kilku osobom udało się wejść na Misti, ale przecież przed nami jest tylko około dwóch kilometrów pochyłości. Dzięki tym pauzom jest chwila czasu na to, żeby rozejrzeć się po okolicy. Jedne góry chowają się za drugimi i są coraz wyższe i coraz bardziej surowe. W dolinie zostawiliśmy zieleń pól i tarasów uprawnych, wspinających się bardzo wysoko do kilometra ponad dolinę, inne zaczynają się jeszcze wyżej i giną gdzieś 226

228 Spojrzenie w dolinę z połowy trasy 227

229 daleko. Nic nie zapowiada obecności miasta tam wysoko. Gdzieś w połowie zbocza dostrzegam na sąsiedniej górze dwie drobne sylwetki Indianek, które odbijają się na tle zgniłej zieleni czerwonymi mantami. Idą na skróty od dołu doliny, podobnie jak my po sąsiednim wzniesieniu sprawnie jak dwie mrówki. Kiedy obejrzałam się na kolejną pauzę w podejściu, znikały już za szczytem takiej samej góry jak nasza. -Takie małe, a takie szybkie, zobacz Basiu. Idą jak po równym, jakby to nie kosztowało żadnego wysiłku. O! ooo! już ich nie ma, a my dopiero jesteśmy w połowie góry. - Sama mówiłaś, że Indianie- maja dwa razy większe płuca. - Dlatego są tacy niezgrabni i mało przystojni odezwał się Zbyszek, który lekko posapując zatrzymywał się także, co jakiś czas idąc tuż za nami. - I patrz jak na tych krótkich nogach zasuwają do góry- z podziwem zauważyła Basia. - Oni za to nie palą fajek tak jak my dorzucił Zbyszek. - Co z tego, że nie palą, ale za to żują kokę i dlatego nie czują zmęczenia. Widzieliście ich twarze puste, przymulone, jakby nie umieli policzyć do pięciu. - Cholera! zaklął Zbyszek, ale chciałbym mieć ich kondycję! Za pierwszym garbem podejścia nagle zobaczyliśmy kilka niewysokich daszków z błękitnawej słomy, wspartych na drewnianych 228

230 Przedproże Pisac 229

231 słupach. Od nich zaczynała się stara inkaska droga, najpierw wiodąca systemem stromych kamiennych schodów otoczonych pionowym murem, zapowiadających jakiś określony kierunek ku czemuś. Po jakimś czasie dotarliśmy do podnóża wysokiej podmurówki muru oporowego na tyle wysokiego, że nie można się było na niego wdrapać. Szliśmy kawałek pod murem i dopiero w pewnym momencie zastaliśmy zdezelowaną drewniana drabinę przystawioną do muru, a niedaleko od niej na górze stało porzucone wiadro z resztkmi cementu i zwisający długi żółty wąż plastikowy który podawał wodę z kamiennych starożytnych wanien do góry. Widać było, że trwają tu roboty zabezpieczające przed osunięciem się w dolinę śladów inkaskiej przeszłości. Wodociągi kamienne, które właśnie przed chwilą mijaliśmy zbudowane, jak kreteńskie osadniki ze szczelnie dopasowanych kamieni, do których prowadzą wycięte w kamieniu rynny, mimo upływu wieków nadal zbierały wodę płynąca gdzieś pośród niemal suchych traw i kamieni. Drabina przystawiona była do miejsca, gdzie obok siebie wbudowano w grunt kilka kamiennych głębokich wanien. Powyżej zaczynała się łagodnie biegnąca dość szeroka droga szutrowa. Opasywała ona kolejne wzniesienie podparte bardzo wysokim murem oporowym z drobnych kamieni, na którego szczycie widać było zbudowane punkty obserwacyjne w postaci kamiennych strażnic i mury większych rozsypanych już budowli, stanowiących niegdyś 230

232 Inkaskie wodociągi 231

233 centrum skalnego miasta wiszącego nad doliną na wysokości około pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza. Łatwo było sobie wyobrazić, że Hiszpanie mieli duży problem, żeby odnaleźć w niebotycznych górach ślady mieszkańców, którzy ukrywali się tu przez stulecia. Wiele z tych miast zostało w końcu zlokalizowane, ale do wielu konkwistadorzy nigdy nie dotarli, jak np. do Machu Picchu, czy do Vilcabamby, którą dopiero odkrywał Tony Halik ze swa polską żoną - panią Dzikowską. Ponieważ droga pod górę była dosyć forsowna dostaliśmy czas wolny na powłóczenie się samodzielne po okolicy. Naprzeciwko inkaskiej twierdzy rozciągało się inne zbocze, wyglądające jak superkolonia ptasich gniazd. Była to nekropola Pisac, z wyrytymi w zboczu tysiącami nisz grobowych. Teraz były one puste, spenetrowane i rozkradzione, ale kiedyś ich funkcja była zupełnie inna. Przypomniało mi się, jak kiedyś rozmawiałam z Hernandem o wrażeniu, jakie wywarła na mnie książka Marqueza Sto lat samotności. W swojej naiwnej pysze wymądrzałam się wtedy, że urzekła mnie swoją nieco bajkową, nierealną atmosferą, w której legenda mieszała się z czasem rzeczywistym. I wtedy zaskoczył mnie Hernando gwałtowną reakcją - Jaka legenda? Przecież to sama prawda! - No dobrze, ale te postacie mieszające się - raz żywe, a raz martwe, wychodzące gdzieś z grobów i 232

234 funkcjonujące między żywymi. Do nich zwraca się rodzina, ich się radzi, z nimi spożywa posiłki. - Taaak! zakrzyknął Hernando. Takie są nasze zwyczaje! Po prostu nasi przodkowie wyprowadzali swoich zmarłych z grobów, sadzali we wsi, ugaszczali przy okazji wielkich świąt plemiennych i rodzinnych. Do zmarłych zwracano się z prośbami, pytano o radę, sadzano ich, rozmawiano z nimi i okazywano miłość i przywiązanie. Dla nas to jest takie oczywiste. Przecież Wy też rozmawiacie ze swoimi zmarłymi na grobach. - No tak, ale to nie jest tak dosłowne dpowiedziałam wtedy. To raczej tkwi w podświadomości, w naszej pamięci o zmarłych, ale zdajemy sobie sprawę, że ich tak naprawdę już nie ma. Oni żyją jeszcze w pamięci najbliższych. Wspominamy ich czasem, ale po paru latach ta pamięć gaśnie, zaciera się.. Nasze dzieci już nic o nich nie wiedzą, ani kim byli, ani jak myśleli, co przeżywali. Żeby nadmiernie nie męczyć się i oszczędzać siły na powrotne zejście pociągnęłam Basię drogą przed siebie dookoła góry. Reszta grupy została w ruinach i rozpełzła się po okolicznych dziurach i szczelinach. Szłyśmy jakiś czas, a kiedy znalazłyśmy się po drugiej stronie stożka naszym oczom ukazała się kolejna dolina między górami. 233

235 Ciągle pniemy się pod górę nawet po drabinie 234

236 Nie było na niej tarasów tak licznych jak w poprzedniej w Pisac, ale nagle wykwitło pod nami kilka niesamowitych budowli w kolorze piaskowego różu. Dwie cudowne prawie kompletne świątynie, tylko bez zadaszenia, zbudowane z ciasnych ciosów skalnych. Wyraźnie sterczały z gładkich trapezowatych ścian potężne trzpienie kamienne do zawieszania drewnianych belek niosących w przeszłości lekkie zadaszenie, może takie, jak przy samym wejściu w ruiny z tutejszych błękitnych traw. Brukowane kamieniem drogi i świątynie stały niemal na wyciągnięcie ręki. Nie było jednak czasu, by obejść je dokładnie. Nie zapomnę jednak wrażenia jakie na mnie wywarły. Potem już nigdy nie oglądałam tak dobrze zachowanych wolnostojących ruin w górach. Były co prawda ukryte świątynie w obrębie nadbudowanych później chrześcijańskich klasztorów Czasem stały na ich ruinach, czasem obudowały je masą nowych murów i podwórców, jak w Arequipie albo zachowywały w całości, jako integralną część kościoła służąca za kaplicę lub kryptę, jak w Cuzco. Kiedy później sięgnęłam do angielskiego przewodnika Pascala, który przezornie nabyłam przed wyjazdem, doczytałam się, że właśnie stanęłam oko w oko ze świątyniami Słońca i Księżyca. Rozpierało mnie cudowne uczucie odkrywcy, ponieważ to jakiś nieokreślony instynkt poniósł mnie w tamtym kierunku. Z nami pojawiły się jeszcze dwie 235

237 Świątynie Pisac cudowne odkrycie Świątynie Słońca i Księżyca w Pisac 236

238 osoby, ale miały jeszcze mniej czasu na podziwianie tego nieoczekiwanego odkrycia. W gruncie rzeczy brakowało nam prawdziwego przewodnika, który znałby te okolice i potrafił wskazać konkretne cele, a nawet opowiedział coś o nich. Jak to dobrze, ze przed wyjazdem przeczytałam parę wspomnień różnych dawnych podróżników, że rozpytywałam się w Instytucie Latynoamerykańskim w Krakowie, co nas czeka na trasie, jaka pogoda, jakie zagrożenia. Dopytywałam się jak należy się ubrać, w co wyposażyć, jak i czym się poruszać po kraju. O budowlach inkaskich i starych kulturach Mocnica, Chipu, czy Chan- Chan sama uczyłam młodzież w liceum na historii sztuki. Bardzo się to wszystko przydało teraz, cała ta wiedza teoretyczna, która znajdowała konfrontację w rzeczywistości. 237

239 Tęcze nad Ollantaytambo 238

240 Widok na dolne miasto 239

241 TĘCZOWE OLLANTAYTAMBO Przybywamy tutaj, by zobaczyć nieco lepiej zachowany kompleks miejski dawnych Inków. Co prawda nie uniknął on zniszczenia przez Hiszpanów, bo wspinał się wysoko w chmury wprost z doliny, a prowadziła doń szeroka brukowana kamiennymi schodami droga. Do dzisiaj w dolinie żyje niewielkie miasto wciśnięte nitkowato między potężne szczyty, nawet o tej porze roku zielonkawe porośnięte z rzadka trawą i porostami oraz kaktusami. Na jednym ze zboczy wysoko, jak jaskółcze gniazdo zawisły dwie budowle lepione z mułowej cegły o dziwnych dekoracyjnych fasadach. Tam mieści się podobno stare więzienie zbudowane przez konkwistadorów. Na przeciwległej górze kamienne schody i budowle grzeją swoje gładkie grzbiety w zimowym słońcu. U podnóża witają nas dwa potężne kamienne zbiorniki, do których z kamiennych rynien nieprzerwanie płynie woda. To wspaniała pozostałość po inkaskich baniach, w których kąpiel oczyszczała pielgrzymujących do gigantycznego kamiennego ołtarza zawieszonego niedaleko szczytu góry. Poniżej niewielki labirynt niewysokich budowli o trapezowatych oknach i niszach, pozbawionych zadaszenia pokazuje jak nawet w starożytnym imperium Inków niewiele miejsca było potrzeba miejsca do życia. Zaskakują ciasne pomieszczenia, które różnią się od współczesnych górskich chałup 240

242 Ślady tęczy na stokach gór 241

243 budynki mieszkalne w Ollantaytambo 242

244 Indian tylko tym, że ich ściany są gładko ociosane i spasowane tak precyzyjnie, że nie można włożyć między kamienie nawet ostrza cienkiego noża. Niegdyś kryte były jeszcze błękitną trawą trzcin. Kamienne trzpienie przygotowane pod belki drewnianego stropu są tak nisko, że gdyby położyć tu dach, to przeciętny Europejczyk musiałby mocno schylać głowę. Dzisiejsi Indianie są niewysocy, ale ich przodkowie musieli być jaszcze mniejsi. Tym bardziej zaskakujące jest, w jaki sposób ci niewielcy ludzie zbudowali ołtarz godny starożytnych gigantów. Jak udało im się wnieść te olbrzymie głazy niemal na szczyt góry i ustawić całą gładką około kilkudziesięciometrową ścianę z kilkunastu zaledwie elementów na wysokość paru metrów. Jasno szara skała otwarta w odchyleniu lekko pod kątem do zbocza patrzy prosto w dolinę nad którą ścielą się kolorowe łuki tęczy. Wykwitają niespodzianie w przedpołudniowym słońcu gdzieś nisko w dole niedorzecznie pod moimi stopami. Nigdy nie widziałam tęczy z góry, nigdy też nie spotkałam tylu tęcz. Jedna kładła się na przyległe zbocze oświetlone słońcem, a jej koniec zanurzał się gdzieś w środek miasteczka, Druga wykwitała nieco wyżej z tego samego zbocza i chowała się za załomem skały. Kiedy obeszłam ołtarz ujrzałam trzecią tęczę między zboczem, na którym stałam i sąsiednią górą. Widok był niesamowity. Klucząc wśród ruin jedne tęcze traciłam z oczu, a zaraz potem 243

245 U stóp ruin Ollantaytambo monstrualny Ołtarz w Ollantaytambo 244

246 odkrywałam nowe. Kiedy wiele dni później rozmawiałam z Marią i opowiedziałam jej o mojej fascynacji niecodziennym zjawiskiem powiedziała, że gdybym miała okazję lecieć małym samolotem nad dżunglą, to zobaczyłabym tęczę za tęczą jak wielkie bańki powietrza którymi oddycha las. Tęcze z Ollantaytambo właściwie nie wznosiły się tylko kładły się na zboczach gór. Ciekawa byłam czy to ulotne zjawisko da się uchwycić na zdjęciu. Na jednej fotografii w pełnym słońcu udało się zarejestrować nikły ślad tego zjawiska, ale warunki ekspozycji i jakość orwowskiego filmu nie pozwoliły osiągnąć pożądanego efektu. Za ołtarzem pnie się w górę wąska ścieżka, którą próbujemy obejść szczyt góry dookoła i szukać zejścia inną drogą. Po niewielkim odcinku blokuje nam drogę koślawa tabliczka z napisem DANGER ustawiona na odcinku gwałtownie zwężonym do zaledwie dwudziestu centymetrów Nie ma się tu czego złapać, nawet trawa prawie nie rośnie na zboczu, tylko osypuje się piach i kamienie, a pod nami przepaść pewnie koło dwóch kilometrów, a może i więcej do dna doliny. Nieco niżej znajdujemy łatwiejsze zajście do podnóża góry. Znów prowadza nas szerokie schody aż na dno doliny. Konkwistadorzy mieli tu bardzo wygodne podejście z dwóch stron do staroindiańskiej metropolii, dlatego jej nie oszczędzili. 245

247 samobójcza droga w Ollantaytambo 246

248 PAUZA W PODRÓŻY Po długiej rajzie Doliną Inków wróciliśmy na chwilę do Cusco. Ciągle jest tu co oglądać. W całym Peru miejscowe święta nakładają się na siebie. Wszędzie dokąd przybywamy ludzie żądni rozrywki organizują plenerowe pokazy, parady, fajerwerki. Pewnego dnia trafiamy z Basią na gromadzące się grupy gapiów na jakimś placu. Dobiega nas muzyka i widzę kolorowe stroje miejscowych Górali. Melodie grane bardziej chropawo niż te, które znałam z nagrań coś mi przypominają. Znam tę muzykę. Po chwili już wiem. Grają marinerę - jeden ze sztandarowych ludowych tańców peruwiańskich. Z zaciekawieniem przyglądam się tancerzom. Ich taniec zasadniczo różni 247

249 się od tego, który tańczą ludzie na wybrzeżu i których uczyli mnie krajowcy. Bardziej przypomina mi huayno. Zaczynam się cieszyć, że jeszcze w Limie kupiłam książkę o tańcach Altiplano. Będę miała co studiować i może rozszerzę repertuar tańców w moim zespole w Polsce. Nawet nie myślałam, że kiedyś przyjdzie mi ustawiać tańce dla autentycznych Indian na Festiwal Muzyki Latynoskiej w Warszawie, albo że będę uczyła innych Latynosów w Polsce super modnej lambady na dyskotekach latynoskich, które organizowałam z kolegami w naszym Towarzystwie Polska Ameryka Łacińska we Wrocławiu. Nie było to dziwne, bo przecież latynoscy studenci spędzali w naszym kraju po kilka lat, bez kontaktu z macierzystą kulturą. Oddech w Cuzco 248

250 AZYMUT - MACHU PICCHU Planujemy dalszą drogę. Znowu rozdzielimy się z grupą grotołazów, którzy niebawem ruszają na Machu Picchu. Spotkamy się po jakichś trzech dniach jak dobrze pójdzie. Na razie zaczyna się nowa przygoda. Nareszcie jest w miarę ciepło- około dwudziestu stopni, ale nieco wilgotno. Kiedy wsiadamy do pociągu, który zawiezie nas do podnóża słynnej góry jest jeszcze bardzo przyjemnie, świeci słońce. Na razie kolejka pnie się do góry ponad poziom czterech tysięcy metrów, aż, przekracza barierę doliny Cuzco, położonej i tak niezwykle wysoko nad Altiplano. Po jakimś czasie droga zaczyna spadać w dół. Oblepia nas po trochu ściana lasu. Pociąg wjeżdża w strefę przedpola dżungli. Za oknem rozpościerają się szerokie wachlarze drzew liściastych i bananowców. Kiedy otworzy się okno, czuje się zapach mokrego poszycia. Co jakiś czas wyłaniają się zilone garby coraz wyższych szczytów, które wyrastają w niebo wprost spod kół pociągu. Po jakiejś godzinie zaczynają się kłębić chmury pary, która zasłania widok wierzchołków. Powoli zanurzamy się w nieprzejrzyste mleko. Ledwie na wysokości oka przesuwają się jeszcze słabo rozpoznawalne kształty drzew, ale ich korony giną już gdzieś w nieskończonej mgle. Nagle pociąg staje na niewielkiej stacyjce w środku lasu. Nasi koledzy podrywają się z miejsc i żegnają 249

251 Przełom rzeki Urubamby pod Machu Picchu 250

252 machając dłońmi w pozdrowieniu. Za chwilę widzimy jak ustawieni w węża startują prosto po zboczu góry, na skróty, wprost do nieba. Doznaję ogromnego współczucia. Zmarzną i zmokną sakramencko w taka pogodę, nie mają przecież ze sobą porządnego sprzętu, żadnego namiotu, tylko karimaty i niewiele jedzenia na drogę. Nie mają także przewodnika i mogą liczyć tylko na własny instynkt. Trasa ma im zająć trzy dni, ale wiedzie przez nieznane góry w nieznane niebezpieczeństwa. Jedyną wskazówką jest tylko mapa kupiona w Limie. Na ile dokładna? Dopiero za zakrętem tej ścieżki zaczyna się miasto Machu Picchu 251

253 LEGENDARNE MIASTO Wysiadamy na maleńkim przystanku. Niczego tu nie ma, tylko kawałek chodnika wzdłuż toru. Tablica z nazwą miejscową i ścieżka prowadząca na spory placyk suchy i kamienisty. Stoją na nim małe busiki, a tuż za placem zaczyna się dziewięć serpentyn, zakręcających ostro po ścianie zbocza. Można je wszystkie dostrzec i policzyć, bo biegną równolegle jedna nad drugą aż do szczytu, na którym zbudowano nowoczesny hotel. Z dołu nie widać niczego, tylko ta droga, którą mkną właśnie na dół mikroskopijne robaczki samochodów. Jak niebezpieczna to droga przekonałam się następnego dnia, gdy w miejscowej gazecie w Cuzco przeczytałam artykuł, że właśnie dzisiaj po południu o mało nie doszło tu do strasznego wypadku. Na górze w hotelu odbywało się dzisiaj sympozjum naukowe, na które przybyli specjaliści od historii i archeologii z wielu krajów. Jedna grupa jechała właśnie na górę jednym busem, gdy drugi bus wracał po następną oczekującą na dole. Droga jest bardzo wąska. Nie mieszczą się na niej dwa samochody, dlatego na każdym zakręcie jest małe poszerzenie platforma, żeby jadący z góry, widząc kolegę poczekał, aż ten pokona kolejny odcinek i go wyminie na zakręcie. Na ogół wszystko jest zsynchronizowane tak, że busy bezpiecznie ustępują sobie drogi i nie ma kolizji. 252

254 253

255 Tego dnia jednak bus, który jechał do góry urwał koło. Katastrofa byłaby pewna, gdyby nie zbieg okoliczności, że zahaczył tym kołem o ścianę góry i w efekcie oparł się o nią, zanim wyhamował. Pęd zdążył go wyrzucić na zakręcie. Gdybym o tym przeczytała wcześniej, pewnie miałabym trochę stracha wspinając się autem do góry, a tak w absolutnej nieświadomości podziwiałam przepaścistą głębię, która zostawała za nami. W końcu placyk przy stacji stał się tak maleńki jak oglądany z samolotu. Na górnym podjeździe gdzieś w głębi stał słabo widoczny hotel niedużych rozmiarów, a tuż - tuż na prawo piętrzyła się skalna ściana, do której przytulona stała niewielka drewniana budka. Od przepaści dzieliła nas tylko umowna metalowa barierka. Wprawił mnie w zachwyt widok zbocza, które okazało się bardzo zielone, porośnięte krzewinkami i krzakami. Na tle bardzo intensywnej zieleni wypatrzyłam nagle żarzący się czerwienią storczyk niewielki, ledwie uczepiony stromizny zbocza, ale zachwycająco kontrastujący z zielonym piekłem niezliczonych gór - monstrualnych szpiczastych bab, które jakaś fantastyczna ręka nasadziła po całej okolicy, a miedzy nimi przeciskała się dosłownie niteczka srebrnej rzeki, stąd porównywalnej ze strumyczkiem, a w rzeczywistości solidnej rzeki, której zakola biegły równolegle do torów kolei. 254

256 Dużo trzeba się powspinać po samym mieście 255

257 Kiedy już zdobyłyśmy bilety i udało nam się pokonać wąskie przejście przez budkę przytuloną do skały, nagle otwarła się przed nami panorama szerokich schodów, tarasów i budowli porozrzucanych na różnych piętrach góry. Widok był szokujący i fantastyczny. Same budowle, podobnie jak w Pisac nie były wysokie, ale ich monumentalizm wynikał z samego założenia urbanistycznego i ogromu kamiennych tarasów i ciosów użytych do budowy niektórych obiektów. Któż z nas interesując się Ameryką Łacińską i kulturami prawdziwych Indian, tych dziko żyjących w dżungli i tych, którzy stworzyli w starożytności wielkie cywilizacje nie słyszał o Machu Picchu. Istniało wiele miast zbudowanych przez upadające kultury indiańskie próbujące się schronić przed naporem Hiszpanów w czasie konkwisty. Ludność, która osiągnęła mistrzostwo w budowie neolitycznych miast od wieków wypraktykowała techniki budowy z ciosów kamiennych. W niebotycznych Andach budowano tradycyjnie bite drogi, które służą nawet do naszych czasów, choć sami Indianie nie poruszali się po nich pojazdami, bo nie znali koła. Ich drogi służyły ekspresowej komunikacji pieszych kurierów i transportowi przy pomocy zwierząt lub prostych noszy wiązanych z gałęzi. Ciekawostką budowli inkaskich jest to, że ciosy kamienia nie były tej samej wielkości, ani kształtu, a sposób obróbki był tak niezwykle precyzyjny, że 256

258 rozmaite kształty kamieni przystają do siebie bezbłędnie wyszlifowanymi brzegami. Niemożliwe jest odnalezienie pomiędzy nimi szpary, nawet na grubość żyletki. Jedynie zewnętrzne lico kamienia jest wypukłe i lekko wyoblone. Tajemne miasta uciekinierów nie przetrwały wszystkie, jednak wiele z nich nie zostało nigdy odnalezionych przez najeźdźców, a ich mieszkańcy wymarli stopiowo w ciągu dwustu- trzystu lat. Dzisiaj wciąż odnajduje się zagubione miasta w objęciach porastającej je całkowicie dżungli. Niemały udział mają w tym i nasi polscy odkrywcy podróżnicy tacy jak Tony Halik. Chociaż Machu Picchu nie zostało zdewastowane przez konkwistadorów ulega podobnie jak Pisak stopniowej erozji naturalnej i trzęsieniom ziemi. Niemniej jego wielkość, wysokość zawieszenia na szczycie gór robi ogromne wrażenie. Przemaszerowałyśmy z Basią wszerz i wzdłuż całe dawne miasto i tereny solarnego kultu, potem zapuściłyśmy się w najwyższy samotny punkt obserwacyjny, który wznosił się jeszcze wyżej ponad miastem. Niewielka budowla z grubych ciosów kamiennych, osłonięta ścianami z trzech stron, przykryta stromym daszkiem trzcinowym mogła pomieścić kilku ludzi wypatrujących wszelki ruch na dnie doliny. Wspaniały punkt obserwacyjny pozwalał dostrzec wiele sąsiednich dolin, przez które przeciska 257

259 się serpentynami rzeka Urubamba. Ale też trzeba mieć sokoli wzrok, żeby z pierzyny szafirowej zieleni wypatrzyć cokolwiek na dole poza blaskiem wody. Najwyżej położona budowla i punkt obserwacyjny na Machu Picchu Na jednym z niższych pięter miasta pełnego kamiennych schodów i tarasów znalazłyśmy dziwny niewielki trójkątny kamień. Był bardzo daleko od wielkiego gnomonu solarnego szczytowej świątyni. Podejrzewam, że był to kamień ofiarny z rowkami odprowadzającymi zwierzęca krew. Jakoś w masie kamiennych stopni i murów oporowych mało kto zwracał na niego uwagę z przechodzących obok niego turystów.. 258

260 mały ołtarz ofiarny Kiedy spacerowałyśmy schodami i uliczkami Basia nieopatrznie wyciągnęła rękę do pięknego zwierzęcia ustrojonego w makowo - czerwone duże frędzle na uszach. Zwierzę czuło się tu jak u siebie. Służyło pewnie jako atrakcja do fotografowania, ale było harde jak to lama. Z pogardą odsunęło się od obcej istoty, ale widząc, że Basia nie odpuściła i dalej przywołuje ją do siebie, żeby zrobić fotkę, odwróciła się z wolna pyskiem do 259

261 niej i siarczyście plunęła prosto w oczy. Dobrze, że dziewczyna miała na nosie okulary! ale i tak przygoda była niemiła, a śliny lamy nie było czym zetrzeć. Żadnych drzew, żadnych liści, nawet trawa była sucha i brązowa. Pozostał tylko rękaw bluzy z bardzo szorstkiej owczej wełny, po którym cała twarz paliła. Świątynia Słońca na Machu Picchu 260

262 Lama, która nie lubi towarzystwa 261

263 MACHU PICCHU Zmęczony pociąg spowalnia i wżera się w dolinę w wezbrane zielenią góry z otchłanią Urubamby Ruchliwy język rzeki puszcza srebrzyste zajączki po kamiennym korycie i plecach andyjskich stożków Chybotliwie na wietrze parują czerwienią lica storczyków drobne paciorki Pytonowym zygzakiem Pnie się pokrętna droga wprost do świątyni Pana co ocalił lud Inków okrył słoneczną tarczą Zgrabny busik pomyka po krawędziach urwiska Czy przejdzie? Ryzyk fizyk! Tu składasz los w ręce Śłońca 262

264 A Machu uchyla ramiona i poły poncho z zieleni zaprasza tam gdzie nie puścił niegdyś białego Hiszpana Za ofiarnym ołtarzem Wielkiego Inti- Słońca chmurnie spogląda majestat starego Huayna Picchu Jeśli masz mężne serce wstąp do krainy legend górskich duchów i zaklęć wejrzyj w oblicze Słońca i nie okaż bojaźni podstępnej armii węży strażników sanktuarium Pana Słonecznej Tarczy 263

265 Górne miasto Machu Picchu 264

266 Widok świątyni i wielkiego gnomonu 265

267 Widok z Machu Picchu na starszy szczyt Huayna Picchu 266

268 KTO SZYBCIEJ Zygzakami zakoli pomyka mały autobus Dziewięć ostrych serpentyn : jedna, druga i trzecia Pożegnalni turyści do okien przylepiają oczy aparatów i chłoną pejzaż zachłannie jak obiadowe danie. Małe indiańskie urwisy zbiegają bezszelestnie tajną ścieżką na skróty w wyścigu z samochodem Kto szybciej? Autobus szparko odlicza kolejne zygzaki drogi: czwarty, piąty i szósty Kto szybciej? Czochrając liście poszycia środkiem pędzą jak potok na skróty mali biegacze czepiając się ostrych gałęzi Kto szybciej? Kierowca zna zasady sprytnego wyścigu z dziećmi czy da im dzisiaj fory? Wyciska prędkość z zakrętów: siódmy, ósmy, dziewiąty 267

269 Kto szybciej? Z pionowej góry spadając nie dotykając ziemi pędzą dwaj akrobaci jak młode guanako w biegu Dwa kilometry szaleństwa Kto szybciej? Już za późno Autobus dopada placu i na wydechu pożegnalnym gestem rozsypał worek turystów Za późno Spocony smarkacz w bezradnym geście artysty co źle zaplanował program wyciąga małą rączkę po kilka drobnych soli Za późno pośpieszni turyści patrzą w powrotną drogę do domu nie widzą że w desperacji do oczu cisną się łzy zawodu, że mały sportowiec znów nie dostanie kolacji 268

270 DZIECI NICZYJE i PENIA w CUZCO Często także żyją na ulicy od najmłodszych lat, bez rodziców, tylko w gronie rówieśniczej bandy. Wtedy musza być sprytne, dzielne, a bywają i groźne. Podobno z dzieci ulicy wyrastają potem zupełnie normalni obywatele, którzy dają sobie radę w życiu, nie koniecznie przy pomocy kłamstwa i kradzieży 269

271 katedra na Plaza de Armas 270

272 JEDNYM ZŁOTO DRUGIM ŚMIERĆ O Cusco i narkotykach w pociągu Wracamy z Machu Picchu. Na dole Indianie zwinęli już stragany. Zapada gwałtownie wieczór. Ostatni pociąg powrotny do Cuzco zjawi się lada moment Przyjechał, ale już mocno zapchany. Wsiadamy pospiesznie do wagonu i niestety gołym okiem widać, że nie ma miejsc siedzących. Jesteśmy mocno zmęczeni. Z daleka dostrzega nas konduktor i zmierzając ku nam po drodze rozsadza Indian na boki, każe im się zacieśnić. W ten sposób wygospodarowuje po dwa miejsca w każdym sektorze dla białych. Po raz pierwszy w życiu czuje się tak niesympatycznie wyróżniona. Nie chce uchodzić za 271

273 Plac Armii 272

274 Wieża kolonialnej katedry w Cuzco 273

275 Quillabamba na krańcu cywilizowanego świata i pejzaż z Arą 274

276 275

277 276

278 277

BEZPIECZNY PIERWSZAK

BEZPIECZNY PIERWSZAK BEZPIECZNY PIERWSZAK BEZPIECZEŃSTWO W DRODZE DO SZKOŁY Codziennie rano wyruszasz w drogę do szkoły i codziennie wracasz do domu. Niezależnie od tego, w jaki sposób pokonujesz tę trasę - ważne, byś poznał

Bardziej szczegółowo

Moje pierwsze wrażenia z Wielkiej Brytanii

Moje pierwsze wrażenia z Wielkiej Brytanii Moje pierwsze wrażenia z Wielkiej Brytanii Polska Szkoła Sobotnia im. Jana Pawla II w Worcester Opracował: Maciej Liegmann 30/03hj8988765 03/03/2012r. Wspólna decyzja? Anglia i co dalej? Ja i Anglia. Wielka

Bardziej szczegółowo

FILM - W INFORMACJI TURYSTYCZNEJ (A2 / B1)

FILM - W INFORMACJI TURYSTYCZNEJ (A2 / B1) FILM - W INFORMACJI TURYSTYCZNEJ (A2 / B1) Turysta: Dzień dobry! Kobieta: Dzień dobry panu. Słucham? Turysta: Jestem pierwszy raz w Krakowie i nie mam noclegu. Czy mogłaby mi Pani polecić jakiś hotel?

Bardziej szczegółowo

Jakieś 12 godzin później dotarliśmy do miasta Darwin w Australii. Zostaliśmy tam 2 dni, dlatego że byliśmy zmęczeni i potrzebowaliśmy odpoczynku.

Jakieś 12 godzin później dotarliśmy do miasta Darwin w Australii. Zostaliśmy tam 2 dni, dlatego że byliśmy zmęczeni i potrzebowaliśmy odpoczynku. Dnia 24 września 1984 roku postanowiłam wyruszyć w podróż. Ustaliłam z moją załogą, że przyjmiemy nowego majtka do sprzątania pokładu. Po 2 dniach zgłosił się do nas pewien chłopak. Miał 14 lat. Nie przedstawił

Bardziej szczegółowo

Nazywam się Maria i chciałabym ci opowiedzieć, jak moja historia i Święta Wielkanocne ze sobą się łączą

Nazywam się Maria i chciałabym ci opowiedzieć, jak moja historia i Święta Wielkanocne ze sobą się łączą Nazywam się Maria i chciałabym ci opowiedzieć, jak moja historia i Święta Wielkanocne ze sobą się łączą Jako mała dziewczynka miałam wiele marzeń. Chciałam pomagać innym ludziom. Szczególnie starzy, samotni

Bardziej szczegółowo

Życzliwość na co dzień

Życzliwość na co dzień Życzliwość na co dzień Codziennie na swojej drodze mijamy setki ludzi - w pracy, szkole, na ulicach, w sklepach i w komunikacji miejskiej. Czy nie byłoby nam wszystkim milej i łatwiej, gdybyśmy byli dla

Bardziej szczegółowo

Ziemia. Modlitwa Żeglarza

Ziemia. Modlitwa Żeglarza Ziemia Ziemia, którą mi dajesz, nie jest fikcją ani bajką, Wolność którą mam w Sobie Jest Prawdziwa. Wszystkie góry na drodze muszą, muszą ustąpić, Bo wiara góry przenosi, a ja wierzę Tobie. Ref: Będę

Bardziej szczegółowo

Izabella Mastalerz siostra, III kl. S.P. Nr. 156 BAJKA O WARTOŚCIACH. Dawno, dawno temu, w dalekim kraju istniały następujące osady,

Izabella Mastalerz siostra, III kl. S.P. Nr. 156 BAJKA O WARTOŚCIACH. Dawno, dawno temu, w dalekim kraju istniały następujące osady, Laura Mastalerz, gr. IV Izabella Mastalerz siostra, III kl. S.P. Nr. 156 BAJKA O WARTOŚCIACH Dawno, dawno temu, w dalekim kraju istniały następujące osady, w których mieszkały wraz ze swoimi rodzinami:

Bardziej szczegółowo

Bezpieczeństwo w drodze do szkoły ZASADY PRZECHODZENIA PRZEZ JEZDNIĘ

Bezpieczeństwo w drodze do szkoły ZASADY PRZECHODZENIA PRZEZ JEZDNIĘ Bezpieczeństwo w drodze do szkoły Codziennie rano wyruszasz w drogę do szkoły i codziennie wracasz do domu. Niezależnie od tego, w jaki sposób pokonujesz tę trasę - ważne, byś poznał zasady ruchu drogowego,

Bardziej szczegółowo

CHORWACJA HOTEL DUBRAVKA *** nasza propozycja na Lato 2016

CHORWACJA HOTEL DUBRAVKA *** nasza propozycja na Lato 2016 CHORWACJA HOTEL DUBRAVKA *** nasza propozycja na Lato 2016 Hotel Dubravka *** Hotel Dubravka *** Atuty oferty Atrakcyjna oferta cenowa hotelu. Położony tuż przy złocistej plaży z długim wybrzeżem oraz

Bardziej szczegółowo

BEZPIECZNY MALUCH NA DRODZE Grażyna Małkowska

BEZPIECZNY MALUCH NA DRODZE Grażyna Małkowska BEZPIECZNY MALUCH NA DRODZE Grażyna Małkowska spektakl edukacyjno-profilaktyczny dla najmłodszych. (Scenografia i liczba aktorów - zależne od wyobraźni i możliwości technicznych reżysera.) Uczeń A - Popatrz

Bardziej szczegółowo

MAŁA JADWINIA nr 11. o mała Jadwinia p. dodatek do Jadwiżanki 2 (47) Opracowała Daniela Abramczuk

MAŁA JADWINIA nr 11. o mała Jadwinia p. dodatek do Jadwiżanki 2 (47) Opracowała Daniela Abramczuk o mała Jadwinia p MAŁA JADWINIA nr 11 Opracowała Daniela Abramczuk Zdjęcie na okładce Julia na huśtawce pochodzą z książeczki Julia święta Urszula Ledóchowska za zgodą Wydawnictwa FIDES. o Mała Jadwinia

Bardziej szczegółowo

KATARZYNA POPICIU WYDAWNICTWO WAM

KATARZYNA POPICIU WYDAWNICTWO WAM KATARZYNA ŻYCIEBOSOWSKA POPICIU WYDAWNICTWO WAM Zamiast wstępu Za każdym razem, kiedy zaczynasz pić, czuję się oszukana i porzucona. Na początku Twoich ciągów alkoholowych jestem na Ciebie wściekła o to,

Bardziej szczegółowo

HISTORIA WIĘZIENNEGO STRAŻNIKA

HISTORIA WIĘZIENNEGO STRAŻNIKA HISTORIA WIĘZIENNEGO STRAŻNIKA Tekst biblijny: Dz. Ap. 16,19 36 Tekst pamięciowy: Dz. Ap. 16,31 ( ) Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony, ty i twój dom. Bóg chce, abyś uwierzył w Jego Syna, Jezusa

Bardziej szczegółowo

Szczęść Boże, wujku! odpowiedział weselszy już Marcin, a wujek serdecznie uściskał chłopca.

Szczęść Boże, wujku! odpowiedział weselszy już Marcin, a wujek serdecznie uściskał chłopca. Sposób na wszystkie kłopoty Marcin wracał ze szkoły w bardzo złym humorze. Wprawdzie wyjątkowo skończył dziś lekcje trochę wcześniej niż zwykle, ale klasówka z matematyki nie poszła mu najlepiej, a rano

Bardziej szczegółowo

W obecnej chwili w schronisku znajdują same psy, ale można oddać pod opiekę również inne zwierzęta, które czekają na nowy dom.

W obecnej chwili w schronisku znajdują same psy, ale można oddać pod opiekę również inne zwierzęta, które czekają na nowy dom. W obecnej chwili w schronisku znajdują same psy, ale można oddać pod opiekę również inne zwierzęta, które czekają na nowy dom. Mogą to być koty: Gdyby również zaszła taka potrzeba zaopiekowalibyśmy się

Bardziej szczegółowo

Pod hiszpańskim niebem

Pod hiszpańskim niebem Pod hiszpańskim niebem 7 dni z Erasmusem ciężko jest z całego pobytu na stypendium opisać tylko siedem dni moja erasmusowa przygoda trwała ich dokładnie sto dziewięćdziesiąt sześć i każdy z tych dni był

Bardziej szczegółowo

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Noe i Potop

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Noe i Potop Biblia dla Dzieci przedstawia Noe i Potop Autor: Edward Hughes Ilustracje: Byron Unger; Lazarus Redakcja: M. Maillot; Tammy S. Tłumaczenie: Katarzyna Gablewska Druk i oprawa: Bible for Children www.m1914.org

Bardziej szczegółowo

Kto chce niech wierzy

Kto chce niech wierzy Kto chce niech wierzy W pewnym miejscu, gdzie mieszka Bóg pojawił się mały wędrowiec. Przysiadł na skale i zapytał: Zechcesz Panie ze mną porozmawiać? Bóg popatrzył i tak odpowiedział: mam wiele czasu,

Bardziej szczegółowo

TRYB ROZKAZUJĄCY A2 / B1 (wersja dla studenta)

TRYB ROZKAZUJĄCY A2 / B1 (wersja dla studenta) TRYB ROZKAZUJĄCY A2 / B1 (wersja dla studenta) Materiał prezentuje sposób tworzenia form trybu rozkazującego dla każdej koniugacji (I. m, -sz, II. ę, -isz / -ysz, III. ę, -esz) oraz część do ćwiczeń praktycznych.

Bardziej szczegółowo

STARY TESTAMENT. ŻONA DLA IZAAKA 8. ŻONA DLA IZAAKA

STARY TESTAMENT. ŻONA DLA IZAAKA 8. ŻONA DLA IZAAKA ŻONA DLA IZAAKA 35 Pamiętamy, że Pan Bóg obiecał Abrahamowi i Sarze, że pomimo że są w starym wieku będą mieli syna. O oznaczonym czasie, przepowiedzianym przez Pana Boga narodził się Izaak. Abraham bardzo

Bardziej szczegółowo

Copyright 2015 Monika Górska

Copyright 2015 Monika Górska 1 Wiesz jaka jest różnica między produktem a marką? Produkt się kupuje a w markę się wierzy. Kiedy używasz opowieści, budujesz Twoją markę. A kiedy kupujesz cos markowego, nie zastanawiasz się specjalnie

Bardziej szczegółowo

Pokochaj i przytul dziecko z ADHD. ADHD to zespół zaburzeń polegający na występowaniu wzmożonej pobudliwości i problemów z koncentracją uwagi.

Pokochaj i przytul dziecko z ADHD. ADHD to zespół zaburzeń polegający na występowaniu wzmożonej pobudliwości i problemów z koncentracją uwagi. Pokochaj i przytul dziecko z ADHD ADHD to zespół zaburzeń polegający na występowaniu wzmożonej pobudliwości i problemów z koncentracją uwagi. TYPOWE ZACHOWANIA DZIECI Z ADHD: stale wierci się na krześle,

Bardziej szczegółowo

KOLOROWANKA ARKA NOEGO I ZWIERZĘTA

KOLOROWANKA ARKA NOEGO I ZWIERZĘTA KOLOROWANKA ARKA NOEGO I ZWIERZĘTA Opowiadania dla dzieci na podstawie Koranu Pokoloruj Opowiadanie. polska wersja: naukapoprzezzabawe.wordpress.com 1 Dawno, dawno temu za czasów Proroka Noe ludzie czci

Bardziej szczegółowo

Październik. TYDZIEŃ 3.: oto bardzo ważna sprawa strona lewa, strona prawa

Październik. TYDZIEŃ 3.: oto bardzo ważna sprawa strona lewa, strona prawa Październik TYDZIEŃ 3.: oto bardzo ważna sprawa strona lewa, strona prawa Projekt sytuacji edukacyjnych (oprac. mgr Sylwia Kustosz, Edukator Froebel.pl) Przebieg spotkania w Porannym kole: PONIEDZIAŁEK:

Bardziej szczegółowo

www.pomaranczoweosiedle.pl mieszkania ze smakiem.

www.pomaranczoweosiedle.pl mieszkania ze smakiem. www.pomaranczoweosiedle.pl mieszkania ze smakiem. Refleksje singla W czasie studiów Gdańsk-Wrzeszcz zaczynał się dla mnie i kończył na olitechnice Gdańskiej. To był mój świat całe moje studenckie życie

Bardziej szczegółowo

"PRZYGODA Z POTĘGĄ KOSMICZNA POTĘGA"

PRZYGODA Z POTĘGĄ KOSMICZNA POTĘGA "PRZYGODA Z POTĘGĄ KOSMICZNA POTĘGA" Maciej Rak kl.4a 1 PEWNEGO DNIA W SZKOLE NA LEKCJI MATEMATYKI: PANI: Dzieci, proszę o ciszę!!! STAŚ: Słuchajcie pani, bo jak nie, to zgłoszę wychowawczyni żeby wpisała

Bardziej szczegółowo

STARY TESTAMENT. JÓZEF I JEGO BRACIA 11. JÓZEF I JEGO BRACIA

STARY TESTAMENT. JÓZEF I JEGO BRACIA 11. JÓZEF I JEGO BRACIA JÓZEF I JEGO BRACIA 53 Jakub miał wielu synów. Było ich dwunastu. Jakub kochał wszystkich, ale najbardziej kochał Józefa. Może to dlatego, że Józef urodził się, kiedy Jakub był już stary. Józef był mądrym

Bardziej szczegółowo

Ref: Zaraz po wakacjach. 3.Różne wydarzenia z życia przedszkolnego, wspomnienia zostaną w sercu u każdego. 4. Inscenizacja,,Wakacjusz c.d.

Ref: Zaraz po wakacjach. 3.Różne wydarzenia z życia przedszkolnego, wspomnienia zostaną w sercu u każdego. 4. Inscenizacja,,Wakacjusz c.d. SCENARIUSZ NA ZAKOŃCZNIE ROKU SZKOLNEGO DLA GRUPY DZIECI 6 LETNICH Pt.: Wakacje już blisko 1. Piosenka,,Pożegnanie (śpiewana z podziałem na role). 1.Wszystkie buzie dzisiaj czyste miny także uroczyste,

Bardziej szczegółowo

Zasady bezpieczeństwa podczas upałów

Zasady bezpieczeństwa podczas upałów Zasady bezpieczeństwa podczas upałów Zasada nr 1 Noś jasne, luźne, swobodne oraz bawełniane ubrania. Zakładaj tak mało ubrań jak to jest możliwe gdy jesteś w domu. Zasada nr 2 Pij dużo płynów W czasie

Bardziej szczegółowo

Czy znacie kogoś kto potrafi opowiadać piękne historie? Ja znam jedną osobę, która opowiada nam bardzo piękne, czasem radosne, a czasem smutne

Czy znacie kogoś kto potrafi opowiadać piękne historie? Ja znam jedną osobę, która opowiada nam bardzo piękne, czasem radosne, a czasem smutne Czy znacie kogoś kto potrafi opowiadać piękne historie? Ja znam jedną osobę, która opowiada nam bardzo piękne, czasem radosne, a czasem smutne historie. Tą osobą jest Maryja, mama Pana Jezusa. Maryja opowiada

Bardziej szczegółowo

Uprzejmie prosimy o podanie źródła i autorów w razie cytowania.

Uprzejmie prosimy o podanie źródła i autorów w razie cytowania. Tytuł: Marzenie Franka Kupki Tekst: Anna Cwojdzińska Ilustracje: Aleksandra Bugajewska Wydanie I, lipiec 2012 Text copyright Anna Cwojdzińska Illustration copyright Aleksandra Bugajewska Uprzejmie prosimy

Bardziej szczegółowo

Taniec pogrzebowy. Autor: Mariusz Palarczyk. Cmentarz. Nadjeżdża karawan. Wysiadają 2 osoby: WOJTEK(19 lat) i ANDRZEJ,(55 lat) który pali papierosa

Taniec pogrzebowy. Autor: Mariusz Palarczyk. Cmentarz. Nadjeżdża karawan. Wysiadają 2 osoby: WOJTEK(19 lat) i ANDRZEJ,(55 lat) który pali papierosa Taniec pogrzebowy Autor: Mariusz Palarczyk Cmentarz. Nadjeżdża karawan. Wysiadają 2 osoby: (19 lat) i,(55 lat) który pali papierosa Spogląda na puste miejsce na trumnę Szefie, tutaj? Ta, tutaj. Rzuca papierosa

Bardziej szczegółowo

Spacer? uśmiechnął się zając. Mógłbyś używać nóg do bardziej pożytecznych rzeczy.

Spacer? uśmiechnął się zając. Mógłbyś używać nóg do bardziej pożytecznych rzeczy. Zając wychodził z siebie ze złości i krzyczał: Biegniemy jeszcze raz, jeszcze raz wkoło! Nie ma sprawy, odparł jeż, Ile razy masz ochotę. Biegał więc zając siedemdziesiąt trzy razy, a jeż ciągle dotrzymywał

Bardziej szczegółowo

Hektor i tajemnice zycia

Hektor i tajemnice zycia François Lelord Hektor i tajemnice zycia Przelozyla Agnieszka Trabka WYDAWNICTWO WAM Był sobie kiedyś chłopiec o imieniu Hektor. Hektor miał tatę, także Hektora, więc dla odróżnienia rodzina często nazywała

Bardziej szczegółowo

STARY TESTAMENT. NOE BUDUJE ARKĘ, POTOP 4. NOE BUDUJE ARKĘ

STARY TESTAMENT. NOE BUDUJE ARKĘ, POTOP 4. NOE BUDUJE ARKĘ NOE BUDUJE ARKĘ 16 Nastały czasy, kiedy aniołowie schodzili na ziemię i brali sobie za żony piękne dziewczyny. W wyniku tego na świecie rodzili się olbrzymi i mocarze. Nie podobało się to Panu Bogu. Widział,

Bardziej szczegółowo

s. Adriana Miś CSS Mały Ogrodnik Opowiadania o owocach Ducha Świętego Wydawnictwo WAM

s. Adriana Miś CSS Mały Ogrodnik Opowiadania o owocach Ducha Świętego Wydawnictwo WAM s. Adriana Miś CSS Mały Ogrodnik Opowiadania o owocach Ducha Świętego Wydawnictwo WAM s. Adriana Miś CSS Mały Ogrodnik Opowiadania o owocach Ducha Świętego Wydawnictwo WAM Nierówna walka Tego dnia Ogrodnik

Bardziej szczegółowo

Tekst I. H. C. Andersen Księżniczka na ziarnku grochu (fragment)

Tekst I. H. C. Andersen Księżniczka na ziarnku grochu (fragment) Tekst I H C Andersen Księżniczka na ziarnku grochu (fragment) Był sobie pewnego razu książę, który chciał się żenić z księżniczką Ale to musiała być prawdziwa księżniczka Jeździł więc po świecie, żeby

Bardziej szczegółowo

I Komunia Święta. Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku

I Komunia Święta. Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku I Komunia Święta Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku Ktoś cię dzisiaj woła, Ktoś cię dzisiaj szuka, Ktoś wyciąga dzisiaj swoją dłoń. Wyjdź Mu na spotkanie Z miłym powitaniem, Nie lekceważ znajomości

Bardziej szczegółowo

KONSPEKT ZAJĘĆ Z JĘZYKA POLSKIEGO ZŁOTA KACZKA

KONSPEKT ZAJĘĆ Z JĘZYKA POLSKIEGO ZŁOTA KACZKA GRUPA ŚREDNIA KONSPEKT ZAJĘĆ Z JĘZYKA POLSKIEGO ZŁOTA KACZKA Cel ogólny: tworzenie form 2 osoby l.poj. trybu rozkazującego. Cele operacyjne: uczeń będzie znał legendę o Złotej kaczce w wersji współczesnej,

Bardziej szczegółowo

marek porąbka mój adriatyk Patronat honorowy nad projektem: Konsul Honorowy Republiki Chorwacji w Krakowie Paweł Włodarczyk

marek porąbka mój adriatyk Patronat honorowy nad projektem: Konsul Honorowy Republiki Chorwacji w Krakowie Paweł Włodarczyk marek porąbka mój adriatyk Patronat honorowy nad projektem: Konsul Honorowy Republiki Chorwacji w Krakowie Paweł Włodarczyk Agnieszka Kamińska Zarząd Krajowy Towarzystwo Polsko-Chorwackie z siedzibą przy

Bardziej szczegółowo

KONSPEKT ZAJĘĆ RUCHOWYCH W GRUPIE 4 LATKÓW

KONSPEKT ZAJĘĆ RUCHOWYCH W GRUPIE 4 LATKÓW KONSPEKT ZAJĘĆ RUCHOWYCH W GRUPIE 4 LATKÓW Data: 13.02.2014r. Nauczyciel prowadzący: Klaudia Tatar TEMAT: Podróż do Lodowej Krainy. CELE: - wykonuje podskoki zachowując odpowiednią postawę ciała. - reaguje

Bardziej szczegółowo

MATEMATYKA (około 20 min)

MATEMATYKA (około 20 min) CZĘŚĆ II MATEMATYKA (około 20 min) 1. Milion sekund, to mniej więcej: A) 3 dni B) 2 tygodnie C) 3 miesiące D) 2 lata 2. W pewnym trójkącie średni kąt jest dwa razy większy od najmniejszego, a największy

Bardziej szczegółowo

Wolontariat. Igor Jaszczuk kl. IV

Wolontariat. Igor Jaszczuk kl. IV Wolontariat Wolontariat ważna sprawa, nawet super to zabawa. Nabierz w koszyk groszy parę, będziesz miał ich całą chmarę. Z serca swego daj znienacka, będzie wnet Szlachetna Paczka. Komuś w trudzie dopomoże,

Bardziej szczegółowo

Friedrichshafen 2014. Wjazd pełen miłych niespodzianek

Friedrichshafen 2014. Wjazd pełen miłych niespodzianek Friedrichshafen 2014 Wjazd pełen miłych niespodzianek Do piątku wieczora nie wiedziałem jeszcze czy pojadę, ale udało mi się wrócić na firmę, więc po powrocie do domu szybkie pakowanie i rano o 6.15 wyjazd.

Bardziej szczegółowo

Srebrny grosz Na motywach baśni Hansa Christiana. Andersena

Srebrny grosz Na motywach baśni Hansa Christiana. Andersena Dorota Dankowska Srebrny grosz Na motywach baśni Hansa Christiana. Andersena WYSTĘPUJĄ:, GROSZ 1 GROSZ 2 MONETA 1 MONETA 2 MONETA 3 MONETA 4 MONETA 5 MĘŻCZYZNA 1 MĘŻCZYZNA 2 KOBIETA 1 STARUSZKA PIEKARZ

Bardziej szczegółowo

W MOJEJ RODZINIE WYWIAD Z OPĄ!!!

W MOJEJ RODZINIE WYWIAD Z OPĄ!!! W MOJEJ RODZINIE WYWIAD Z OPĄ!!! W dniu 30-04-2010 roku przeprowadziłem wywiad z moim opą -tak nazywam swojego holenderskiego dziadka, na bardzo polski temat-solidarność. Ten dzień jest może najlepszy

Bardziej szczegółowo

WYZWANIA EDUKACYJNE EDUKACJA DLA KAŻDEGO PORADY MAŁEJ EWUNI DUŻEJ EWIE. Dziecko jest mądrzejsze niż myślisz. Ewa Danuta Białek

WYZWANIA EDUKACYJNE EDUKACJA DLA KAŻDEGO PORADY MAŁEJ EWUNI DUŻEJ EWIE. Dziecko jest mądrzejsze niż myślisz. Ewa Danuta Białek 1 WYZWANIA EDUKACYJNE EDUKACJA DLA KAŻDEGO SZTUKA ŻYCIA W ŚWIECIE PORADY MAŁEJ EWUNI DUŻEJ EWIE Dziecko jest mądrzejsze niż myślisz Ewa Danuta Białek 1 2 Ewa Danuta Białek PORADY MAŁEJ EWUNI DUŻEJ EWIE

Bardziej szczegółowo

Peru 15.09-7.10.2006 Odcinek 1. Pomysł jest więc podążam dalej.

Peru 15.09-7.10.2006 Odcinek 1. Pomysł jest więc podążam dalej. Peru 15.09-7.10.2006 Odcinek 1. Pomysł jest więc podążam dalej. Myśląc o Ameryce Południowej początkowo zamierzałam pojechać do Brazylii, aby zobaczyć tam zjawiskowy wodospad Iguazu. Jednakże potem zdecydowałam

Bardziej szczegółowo

Czy widziałeś kiedyś TĘCZĘ?

Czy widziałeś kiedyś TĘCZĘ? GRA W KOLORY ORY dla dzieci w wieku od 3 do 10 lat tęcza ęcz dla dzieci w wieku od 3 do 10 lat Czy widziałeś kiedyś TĘCZĘ? Piękna jest, prawda? A jak powstaje tęcza? Czasem świeci słońce i jednocześnie

Bardziej szczegółowo

Bajkę zilustrowały dzieci z Przedszkola Samorządowego POD DĘBEM w Karolewie. z grupy Leśne Ludki. wychowawca: mgr Katarzyna Leopold

Bajkę zilustrowały dzieci z Przedszkola Samorządowego POD DĘBEM w Karolewie. z grupy Leśne Ludki. wychowawca: mgr Katarzyna Leopold KOSMITA W PRZEDSZKOLU B.B Jadach Bajkę zilustrowały dzieci z Przedszkola Samorządowego POD DĘBEM w Karolewie z grupy Leśne Ludki wychowawca: mgr Katarzyna Leopold Pawełek wpadł zdyszany do sali prosto

Bardziej szczegółowo

1.2. Karta pracy. 1. Wklej nazwy emocji pod odpowiednimi obrazkami. złość zdziwienie smutek wściekłość. radość zaciekawienie strach spokój

1.2. Karta pracy. 1. Wklej nazwy emocji pod odpowiednimi obrazkami. złość zdziwienie smutek wściekłość. radość zaciekawienie strach spokój Radzenie sobie ze stresem Karty pracy A 1.2 Co tu widzę (patrz A1.1, s. 3) 1. Wklej nazwy emocji pod odpowiednimi obrazkami. złość zdziwienie smutek wściekłość radość zaciekawienie strach spokój znudzenie

Bardziej szczegółowo

Teksty Drugie 2005, 6, s. 210-215. Wiersze. Tadeusz Kantor. http://rcin.org.pl

Teksty Drugie 2005, 6, s. 210-215. Wiersze. Tadeusz Kantor. http://rcin.org.pl Teksty Drugie 2005, 6, s. 210-215 Tadeusz Kantor Tadeusz KANTOR Alaube żeby tylko ta chwila szczególna nie uleciała, jest przed świtem godzina 4 ta nad ranem - ta szczególna chwila, która jest w ą t i

Bardziej szczegółowo

Przyjazne dziecku prawodawstwo: Kluczowe pojęcia

Przyjazne dziecku prawodawstwo: Kluczowe pojęcia Przyjazne dziecku prawodawstwo: Kluczowe pojęcia Co to są prawa?....3 Co to jest dobro dziecka?....4 Co to jest ochrona przed dyskryminacją?....5 Co to jest ochrona?....6 Co to jest sąd?...7 Co to jest

Bardziej szczegółowo

ŻYCIE BEZ PASJI JEST NIEWYBACZALNE

ŻYCIE BEZ PASJI JEST NIEWYBACZALNE 1 ŻYCIE BEZ PASJI JEST NIEWYBACZALNE 2 Padał deszcz. Mówią, że podczas deszczu dzieci się nudzą. Nie oni. Ukradkiem wzięli rowery i postanowili pojechać przed siebie: -myślisz, że babcia nas widziała?

Bardziej szczegółowo

Bezludna wyspa. Sc. 4. Przygotowanie. Przebieg. Zatonięcie statku. Każdy jest megamocny Spotkanie 3

Bezludna wyspa. Sc. 4. Przygotowanie. Przebieg. Zatonięcie statku. Każdy jest megamocny Spotkanie 3 Bezludna wyspa klasy 0 6 Liczba uczestników 10 15 uczniów Cele rozwijanie wyobraźni ćwiczenie umiejętności komunikowania się na poziomie niewerbalnym uczenie się współpracy uczenie się udzielania i przyjmowania

Bardziej szczegółowo

Przedstawienie. Kochany Tato, za tydzień Dzień Ojca. W szkole wystawiamy przedstawienie. Pani dała mi główną rolę. Będą występowa-

Przedstawienie. Kochany Tato, za tydzień Dzień Ojca. W szkole wystawiamy przedstawienie. Pani dała mi główną rolę. Będą występowa- Przedstawienie Agata od kilku dni była rozdrażniona. Nie mogła jeść ani spać, a na pytania mamy, co się stało, odpowiadała upartym milczeniem. Nie chcesz powiedzieć? mama spojrzała na nią z troską. Agata

Bardziej szczegółowo

Copyright by Andrzej Graca & e-bookowo Grafika i projekt okładki: Andrzej Graca ISBN 978-83-7859-138-2. Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

Copyright by Andrzej Graca & e-bookowo Grafika i projekt okładki: Andrzej Graca ISBN 978-83-7859-138-2. Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo Andrzej Graca BEZ SPINY CZYLI NIE MA CZEGO SIĘ BAĆ Andrzej Graca: Bez spiny czyli nie ma czego się bać 3 Copyright by Andrzej Graca & e-bookowo Grafika i projekt okładki: Andrzej Graca ISBN 978-83-7859-138-2

Bardziej szczegółowo

Wywiady. Pani Halina Glińska. Tancerka, właścicielka sklepu Just Dance z akcesoriami tanecznymi

Wywiady. Pani Halina Glińska. Tancerka, właścicielka sklepu Just Dance z akcesoriami tanecznymi Wywiady Pani Aleksandra Machnikowska Przedsiębiorca od 2009 roku, najpierw w spółce cywilnej prowadziła sklep Just Dance. Od 2012 roku prowadzi restaurację EL KAKTUS. W styczniu 2014 restauracja EL KAKTUS

Bardziej szczegółowo

do trzech razy sztuka...

do trzech razy sztuka... T O, C O L U B I M Y do trzech razy sztuka... Tu musiało się wtrącić przeznaczenie. Ten sam dom wybrali trzy razy, myśląc, że to różne wille. Kiedy go zobaczyli w naturze, polubili się od razu. Pozostało

Bardziej szczegółowo

Tak wygląda 5 październik w jesiennym blasku słońca. Zostały wymienione wszystkie okna i odnowiona elewacja.

Tak wygląda 5 październik w jesiennym blasku słońca. Zostały wymienione wszystkie okna i odnowiona elewacja. Dokładnie od 29 czerwca 2015 mogliśmy zacząć prace związane z modernizacją nowej siedziby szkoły, ale tak rzeczywiście rozpoczęły się one pod koniec trwania obozu w Widowie czyli w okolicach 5 10 lipca.

Bardziej szczegółowo

Uzupełnij: Vorname:..

Uzupełnij: Vorname:.. Uzupełnij: Vorname:.. Name: Geburtsdatum:.. Land:. Adresse:. Telefonnummer: E-Mail:.. Schule:... Klasse:... Geschwister:.. Lieblingsfach: Lieblingslehrer:. Freunde: Haustiere:.. Hobbys:. Freizeit:. Tam,

Bardziej szczegółowo

Tak wygląda biuro Oriflame Polska od środka

Tak wygląda biuro Oriflame Polska od środka Tak wygląda biuro Oriflame Polska od środka Gdyby, to była mafia już bym nie żyła... Oto jak z koleżankami otrzymujemy kosmetyki, bawimy się wyśmienicie i jeszcze przy tym zarabiamy (oraz jak możesz do

Bardziej szczegółowo

Centrum Misji i Ewangelizacji / www.cme.org.pl. Konspekt szkółki niedzielnej propozycja Ostatnia niedziela po Epifanii

Centrum Misji i Ewangelizacji / www.cme.org.pl. Konspekt szkółki niedzielnej propozycja Ostatnia niedziela po Epifanii Centrum Misji i Ewangelizacji / www.cme.org.pl Konspekt szkółki niedzielnej propozycja Ostatnia niedziela po Epifanii Główna myśl: Pan Jezus nie chce żebyś się bał(-a) Tekst: Mt 17,1-9 Przemienienie Jezusa

Bardziej szczegółowo

Kolejny udany, rodzinny przeszczep w Klinice przy ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu. Mama męża oddała nerkę swojej synowej.

Kolejny udany, rodzinny przeszczep w Klinice przy ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu. Mama męża oddała nerkę swojej synowej. Kolejny udany, rodzinny przeszczep w Klinice przy ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu. Mama męża oddała nerkę swojej synowej. 34-letnia Emilia Zielińska w dniu 11 kwietnia 2014 otrzymała nowe życie - nerkę

Bardziej szczegółowo

Poszukiwanie skarbu. Liczba osób: 1 + 1. Opis

Poszukiwanie skarbu. Liczba osób: 1 + 1. Opis Poszukiwanie skarbu Liczba osób: 1 + 1. Opis Na dworze, w różnych miejscach (drzewa, krzaki, kamienie, kępki trawy), chowamy jakiś przedmiot. Zależnie od naszych intencji może to być rzecz znana dziecku,

Bardziej szczegółowo

16.zdaje się nadmiernie podatne na ból, nadmiernie przejęte drobnymi zranieniami

16.zdaje się nadmiernie podatne na ból, nadmiernie przejęte drobnymi zranieniami I. Dotyk Czy twoje dziecko:. 1.unika brudzenia sobie rąk 2.zlości się przy myciu twarzy 3. złości się przy czesaniu włosów lub obcinaniu paznokci 4. woli ubrania z długim rękawem nawet kiedy jest ciepło

Bardziej szczegółowo

Aeroklub Gdański. Kurs spadochronowy. Ogólne bezpieczeństwo skoków (1 h) Ul. Powstańców Warszawy 36, 83-000 Pruszcz Gdański

Aeroklub Gdański. Kurs spadochronowy. Ogólne bezpieczeństwo skoków (1 h) Ul. Powstańców Warszawy 36, 83-000 Pruszcz Gdański Kurs spadochronowy Ogólne bezpieczeństwo skoków (1 h) Aeroklub Gdański Ul. Powstańców Warszawy 36, 83-000 Pruszcz Gdański Ogólne bezpieczeństwo skoków Zakres szkolenia: poruszanie się po lotnisku zbliżanie

Bardziej szczegółowo

www.abcprzedszkola.pl

www.abcprzedszkola.pl 1 do artykułu z cyklu Bajkowe Abecadło autorstwa Chanthy E.C. zamieszczonego na www.abcprzedszkola.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Występują: Narrator (przedszkolanka lub rodzic) Brzydkie Kaczątko Mama

Bardziej szczegółowo

to jest właśnie to, co nazywamy procesem życia, doświadczenie, mądrość, wyciąganie konsekwencji, wyciąganie wniosków.

to jest właśnie to, co nazywamy procesem życia, doświadczenie, mądrość, wyciąganie konsekwencji, wyciąganie wniosków. Cześć, Jak to jest, że rzeczywistość mamy tylko jedną i czy aby na pewno tak jest? I na ile to może przydać się Tobie, na ile to może zmienić Twoją perspektywę i pomóc Tobie w osiąganiu tego do czego dążysz?

Bardziej szczegółowo

Gra planszowa dla 2 5 graczy w wieku powyżej 4 lat

Gra planszowa dla 2 5 graczy w wieku powyżej 4 lat ZAWARTOŚĆ PUDEŁKA: 1 plansza 1 dwunastościenna kostka 36 kartoników ze zdjęciami potwora Nessie 1 woreczek 12 figurek fotografów (3 żółte, 3 czerwone, 2 niebieskie, 2 czarne i 2 zielone) 1 figurka potwora

Bardziej szczegółowo

Wywiady z pracownikami Poczty Polskiej w Kleczewie

Wywiady z pracownikami Poczty Polskiej w Kleczewie Wywiady z pracownikami Poczty Polskiej w Kleczewie Dnia 22 października 2014 roku przeprowadziliśmy wywiad z naczelnik poczty w Kleczewie, panią Kulpińską, która pracuje na tym stanowisku ponad 30 lat.

Bardziej szczegółowo

Ten zbiór dedykujemy rodzinie i przyjaciołom.

Ten zbiór dedykujemy rodzinie i przyjaciołom. W rodzinie wszystko się mieści Miłość i przyjaźń zawiera Rodzina wszystko oddaje Jak przyjaźń drzwi otwiera. Ten zbiór dedykujemy rodzinie i przyjaciołom. 1 Opracowanie: Anna Polachowska Korekta: Anna

Bardziej szczegółowo

Miłosne Wierszyki. Noc nauczyła mnie marzyć. Gwiazdy miłością darzyć. Deszcz nauczył mnie szlochać A ty nauczyłeś mnie kochać!

Miłosne Wierszyki. Noc nauczyła mnie marzyć. Gwiazdy miłością darzyć. Deszcz nauczył mnie szlochać A ty nauczyłeś mnie kochać! Miłosne Wierszyki Noc nauczyła mnie marzyć. Gwiazdy miłością darzyć. Deszcz nauczył mnie szlochać A ty nauczyłeś mnie kochać! Miłość jedyna jest Miłość nie zna końca Miłość cierpliwa jest zawsze ufająca

Bardziej szczegółowo

oryginalny tekst i zdjęcia www.fao.org/food/photo_report

oryginalny tekst i zdjęcia www.fao.org/food/photo_report CHŁOPIEC MIESZKAJĄCY NA WZGÓRZACH MADAGASKARU OPISUJE SWOJE CODZIENNE OBOWIĄZKI, TROSKI I MARZENIA, ORAZ JAK TO SIĘ STAŁO, śe SZKOLNY OGRÓDEK TeleFood SPRAWIŁ, śe DZIECI CZĘŚCIEJ CHODZĄ DO SZKOŁY, LEPIEJ

Bardziej szczegółowo

PAŹDZIERNIK 2014 PISEMKO ŚWIETLICY SZKOLNEJ SP 109 IM. BATALIONÓW CHŁOPSKICH W WARSZAWIE

PAŹDZIERNIK 2014 PISEMKO ŚWIETLICY SZKOLNEJ SP 109 IM. BATALIONÓW CHŁOPSKICH W WARSZAWIE PAŹDZIERNIK 2014 PISEMKO ŚWIETLICY SZKOLNEJ SP 109 IM. BATALIONÓW CHŁOPSKICH W WARSZAWIE W lasach, na polach i w miejskich parkach możecie już zobaczyć mnóstwo oznak jesieni. Nic dziwnego, to już październik!

Bardziej szczegółowo

INSCENIZACJA OPARTA NA PODSTAWIE BAJKI CZERWONY KAPTUREK

INSCENIZACJA OPARTA NA PODSTAWIE BAJKI CZERWONY KAPTUREK Pobrano ze strony http://www.przedszkole15.com.pl/ INSCENIZACJA OPARTA NA PODSTAWIE BAJKI CZERWONY KAPTUREK Jest to bajka, która pomoże dzieciom zrozumieć, jak należy dbać o przyrodę i zachować się w lesie.

Bardziej szczegółowo

Autorski wiersz grupy IV MISIE

Autorski wiersz grupy IV MISIE Dobre rady na odpady Przedszkole Pod Stokrotką nigdy nie próżnuje, i nieustannie wszystkie odpady segreguje. Cały czas plastik, papier, makulaturę zbieramy, i nawet na chwilę się nie zastanawiamy. Potem

Bardziej szczegółowo

to myśli o tym co teraz robisz i co ja z Tobą

to myśli o tym co teraz robisz i co ja z Tobą DZIEŃ BEZ CIEBIE Dzień bez Ciebie Dzień bez Ciebie jakoś tak szary to brak mej części i mało widzę co istnieje najpiękniej gdy nie błyszczą Twe słowa tylko przy Tobie nie wiem czy się martwić to myśli

Bardziej szczegółowo

Konspekt szkółki niedzielnej propozycja Niedziela przedpostna Estomihi

Konspekt szkółki niedzielnej propozycja Niedziela przedpostna Estomihi Centrum Misji i Ewangelizacji / www.cme.org.pl Konspekt szkółki niedzielnej propozycja Niedziela przedpostna Estomihi Główna myśl: Bądź naśladowcą Jezusa Tekst: Mk 8,34 Jezus zapowiada swoją śmierć i zmartwychwstanie

Bardziej szczegółowo

dla Mariusza Krótka historia o z łosiem w tle.

dla Mariusza Krótka historia o z łosiem w tle. Krótka historia o życiu z łosiem w tle. Kim jest Mariusz? Mariusz Kowalczyk - Mario Przystojny 34 letni brunet o niebieskoszarych oczach, pasjonat muzyki i życia W jego życiu liczą się trzy kobiety: żona

Bardziej szczegółowo

GAZETKA SZKOLNA SZKOŁY PODSTAWOWEJ NR 28 W DABROWIE GÓRNICZEJ SPECJALNE - JAK BEZPIECZNIE DOTRZEC DO SZKOŁY

GAZETKA SZKOLNA SZKOŁY PODSTAWOWEJ NR 28 W DABROWIE GÓRNICZEJ SPECJALNE - JAK BEZPIECZNIE DOTRZEC DO SZKOŁY GAZETKA SZKOLNA SZKOŁY PODSTAWOWEJ NR 28 W DABROWIE GÓRNICZEJ WYDANIE SPECJALNE - JAK BEZPIECZNIE DOTRZEC DO SZKOŁY W numerze: Zasady ruchu drogowego z Pinokiem Co każdy rowerzysta wiedzieć powinien Gdy

Bardziej szczegółowo

Uwaga, niebezpieczeństwo w sieci!

Uwaga, niebezpieczeństwo w sieci! W samo południe 14 Uwaga, niebezpieczeństwo w sieci! przed czytaniem 1. W internecie można znaleźć wiele rzeczy. W internecie, czyli właściwie gdzie? Opracujcie hasło INTERNET na podstawie własnych skojarzeń

Bardziej szczegółowo

FILM - SALON SPRZEDAŻY TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH (A2 / B1 )

FILM - SALON SPRZEDAŻY TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH (A2 / B1 ) FILM - SALON SPRZEDAŻY TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH (A2 / B1 ) Klient: Dzień dobry panu! Pracownik: Dzień dobry! W czym mogę pomóc? Klient: Pierwsza sprawa: jestem Włochem i nie zawsze jestem pewny, czy wszystko

Bardziej szczegółowo

Pomyślności i radości, Szczęścia w kartach i miłości, W dzień słoneczny i po zmroku Chcę Ci życzyć w Nowym Roku.

Pomyślności i radości, Szczęścia w kartach i miłości, W dzień słoneczny i po zmroku Chcę Ci życzyć w Nowym Roku. Nowy rok Nowy Rok Pomyślności i radości, Szczęścia w kartach i miłości, W dzień słoneczny i po zmroku Chcę Ci życzyć w Nowym Roku. Huczą petardy i gra muzyka, Stary rok mija, za las umyka, Cóż w tym dziwnego,

Bardziej szczegółowo

projekt biznesowy Mini-podręcznik z ćwiczeniami

projekt biznesowy Mini-podręcznik z ćwiczeniami DARMOWY FRAGMENT projekt biznesowy Mini-podręcznik z ćwiczeniami Od Autorki Cześć drogi Czytelniku! Witaj w darmowym fragmencie podręcznika Jak zacząć projekt biznesowy?! Jego pełna wersja, zbiera w jednym

Bardziej szczegółowo

PONIEDZIAŁEK, 11 marca 2013

PONIEDZIAŁEK, 11 marca 2013 PONIEDZIAŁEK, 11 marca 2013 Poniedziałek był naszym pierwszym dniem w szkole partnerskiej (przylecieliśmy w niedzielę wieczorem). Uczniowie z pozostałych krajów jeszcze nie dojechali, więc był to bardzo

Bardziej szczegółowo

Geneza. Plan wydarzeń

Geneza. Plan wydarzeń Geneza Geneza Pomysł napisania opowiadania o Lampo powstał, kiedy Roman Pisarski poznał historię psa, która została opisana we włoskiej gazecie. Plan wydarzeń 1. Pies przyjeżdża do Marittimy. 2. Zawiadowca

Bardziej szczegółowo

Kultura i zabytki Perú

Kultura i zabytki Perú Kultura i zabytki Perú Perú Perú to państwo w Ameryce Południowej, położone nad Oceanem Spokojnym, składające się z trzech malowniczych krain geograficznych - wybrzeża, łańcuchów And i Montany, w peruwiańskich

Bardziej szczegółowo

Tak prezentują się laurki i duży obrazek z życzeniami. Juz jesteśmy bardzo blisko.

Tak prezentują się laurki i duży obrazek z życzeniami. Juz jesteśmy bardzo blisko. Przygotowujemy laurki dla dzielnych strażaków. Starałyśmy się, by prace były ładne. Tak prezentują się laurki i duży obrazek z życzeniami. Juz jesteśmy bardzo blisko. 182 Jeszcze kilka kroków i będziemy

Bardziej szczegółowo

JAK RADZIĆ SOBIE Z NASTOLATKIEM W SYTUACJACH KONFLIKTOWYCH?

JAK RADZIĆ SOBIE Z NASTOLATKIEM W SYTUACJACH KONFLIKTOWYCH? JAK RADZIĆ SOBIE Z NASTOLATKIEM W SYTUACJACH KONFLIKTOWYCH? Podstawowa zasada radzenia sobie w sytuacjach konfliktowych:,,nie reaguj, tylko działaj Rodzice rzadko starają się dojść do tego, dlaczego ich

Bardziej szczegółowo

Cykl życia sprzętu elektrycznego i elektronicznego

Cykl życia sprzętu elektrycznego i elektronicznego Cykl życia sprzętu elektrycznego i elektronicznego Spis treści: 1. Wstęp. 2. Cykl życia urządzeń elektrycznych i elektronicznych. 3. Cykl życia mojego starego komputera w porównaniu z kosztami eksploatacyjnymi.

Bardziej szczegółowo

Część I Konwersacja Przeprowadź z egzaminatorem trzy rozmowy na zaproponowane przez niego tematy.

Część I Konwersacja Przeprowadź z egzaminatorem trzy rozmowy na zaproponowane przez niego tematy. 1. tétel 1/1. oldal Zestaw abiturienta ZESTAW 1 Za chwilę przystąpisz do egzaminu ustnego. Zestaw pytań składa się z trzech części (zadań). W części II i III masz 30 sekund na zastanowienie się i przygotowanie

Bardziej szczegółowo

Przebieg zajęć 1. Wprowadzenie do tematu zajęć poprzez rozwiązywanie krzyżówki.

Przebieg zajęć 1. Wprowadzenie do tematu zajęć poprzez rozwiązywanie krzyżówki. Scenariusz 12 Temat: W jaki sposób chodzimy w grupach? Cel zajęć: Wyposażenie uczniów w zasób wiadomości i umiejętności dotyczących poruszania się po drogach w zorganizowanej grupie. Przebieg zajęć 1.

Bardziej szczegółowo

Przyroda Ziemi Radłowskiej - zjawiska zachodzące w przyrodzie

Przyroda Ziemi Radłowskiej - zjawiska zachodzące w przyrodzie Przyroda Ziemi Radłowskiej - zjawiska zachodzące w przyrodzie Zjawiska zachodzące w przyrodzie budzą ciekawość, zainteresowanie, umiejętność obserwacji i spostrzegania. Na Ziemi Radłowskiej można zaobserwować

Bardziej szczegółowo

WYWIAD Z VIDASEM BLEKAITISEM

WYWIAD Z VIDASEM BLEKAITISEM WYWIAD Z VIDASEM BLEKAITISEM Jednym z najlepszych litewskich i światowych siłaczy. Wielokrotnym Wicemistrzem i Drugim Wicemistrzem Litwy Strongman, drużynowym Mistrzem Świata Par Strongman 2007, drużynowym

Bardziej szczegółowo

MAŁY PABLO I DWIE ŚWINKI

MAŁY PABLO I DWIE ŚWINKI ROBERT MAICHER MAŁY PABLO I DWIE ŚWINKI Poleca: SuperKid.pl Zapewnij dzieciom dobry start! Copyright by Robert Maicher Data: 03.02.2008 Tytuł: Mały Pablo i dwie świnki Autor: Robert Maicher Wydanie I Seria:

Bardziej szczegółowo

NIE BLEDNIJ, KORALICZKU!

NIE BLEDNIJ, KORALICZKU! NIE BLEDNIJ, KORALICZKU! W ogrodzie pojawiła się mamusia Piotra i zabrała syna do domu. Chłopak szepnął Karolci, by nikomu nie mówiła o ich przygodzie. Dziewczynka też wracała do domu. Spotkała tatusia,

Bardziej szczegółowo

Pomóż ptakom w potrzebie. Podaruj im dom. Wystarczy budka.

Pomóż ptakom w potrzebie. Podaruj im dom. Wystarczy budka. Ptasie gniazdo. Bywa kunsztowne i przytulne lub po prostu wielkie i solidne. Najważniejsze żeby było bezpieczne. Może dlatego prawie 2/3 naszych ptaków zakłada je w dziuplach. To znaczy zakładałoby, gdyby

Bardziej szczegółowo