ZESZYTY JAGIELLOŃSKIE

Wielkość: px
Rozpocząć pokaz od strony:

Download "ZESZYTY JAGIELLOŃSKIE"

Transkrypt

1 ZESZYTY JAGIELLOŃSKIE P I S M O U C Z N I Ó W, N A U C Z Y C I E L I I P R Z Y J A C I Ó Ł L O i m. K R Ó L A W Ł A D Y S Ł A W A J A G I E Ł Ł Y W P Ł O C K U N R 98 LIS T O P AD 2014, P IS M O UKAZUJE S IĘ O D R OKU 2000 Międzyszkolny Klub Myśli Polskiej w Liceum im. Wł. Jagiełły MŁODZIEŻOWY DOM KULTURY IM. KRÓLA MACIUSIA I GŁOŚNE CZYTANIE NOCĄ: 26 października 2014 roku Kazimierz Chłędowski Z cyklu: Zapomniani Polacy

2 Państwo Elżbieta i Tomasz Zbrzezni oraz Wiesław Kopeć Międzyszkolny Klub Myśli Polskiej w Liceum Ogólnokształcącym im. Władysława Jagiełły Młodzieżowy Dom Kultury im. Króla Maciusia I zapraszają nauczycieli, uczniów płockich szkół ponadgimnazjalnych, pracowników administracji oświatowej, ludzi kultury i wszystkich zainteresowanych do udziału w wielkim eksperymencie dydaktycznym pod nazwą Urodzeni w niewoli dzieciom Niepodległej POLSCY HISTORYCY LITERATURY Opis eksperymentu: 1. Zostanie zorganizowanych kilkanaście seansów Głośnego czytania nocą pod wspólnym tytułem POLSCY HISTORYCY LITERATURY. 2. Spotkania odbędą się w okresie od października 2009 roku do stycznia 2012 roku lub dłużej. Intencją jest, ażeby uczeń rozpoczynający naukę w liceum we wrześniu 2009 roku, mógł w czasie 5 kolejnych semestrów uczestniczyć w całym cyklu. 3. Tym wyróżnionym spotkaniom Głośnego czytania nocą będzie patronowało hasło-idea: URODZENI W NIEWOLI - DZIECIOM NIEPODLEGŁEJ. 4. Czytać będziemy gigantów polskiej historii literatury urodzonych przed umowną datą 11 listopada 1918 roku, to znaczy tych uczonych, którzy całkowicie zostali ukształtowani jeszcze pod zaborami lub w dwudziestoleciu międzywojennym. 5. Seanse trwające 2 x 45 minut "czystego czytania" kończone będą 45-minutową dyskusją z intencją przeniesienia jej dalszego ciągu na zajęcia szkolne. 6. Teksty czytane w MDK-u będą się ukazywały w Zeszytach Jagiellońskich i będą stanowiły rosnący systematycznie INTERNETOWY RETRO-PODRĘCZNIK DO JĘZYKA POLSKIEGO (http://www.jagiellonka.plock.pl/gazetka/zj_nrxx.pdf). Komentarz: Podejmiemy próbę oddziaływania na współczesnego ucznia tekstami napisanymi przez ludzi o zupełnie innej wrażliwości narodowej i literackiej, żyjących w zupełnie innych warunkach społeczno-politycznych. Jednocześnie tekstami o wyjątkowej wartości. Niezależnie od oficjalnego nurtu szkoły zmierzającego do maturalnego testu na punkty podejmiemy próbę zrobienia tego, co zawsze w Polsce było celem edukacji polonistycznej, a obecnie przestało być ważne. Zeszyty Jagiellońskie. Pismo Uczniów, Nauczycieli i Przyjaciół Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Władysława Jagiełły w Płocku Redakcja: ul. 3 Maja 4, Płock; http: / ; (024) Opiekun merytoryczny projektu: Tomasz Zbrzezny. Opiekun zespołu: Wiesław Kopeć, Zespół redakcyjny: członkowie Międzyszkolnego Klubu Myśli Polskiej. 2

3 Kazimierz Chłędowski ( ) - pisarz, historyk kultury, minister w rządzie Austro-Węgier, wielki badacz i popularyzator kultury włoskiej Kazimierz Chłędowski ur. się 23 lutego 1843 roku w Lubatówce koło Krosna, zm. 20 marca 1920 roku w Wiedniu pisarz polski, pamiętnikarz, badacz kultury, satyryk, historyk kultury, gawędziarz, popularyzator kultury włoskiej, działacz państwowy, powołany do ministerstwa dla spraw Galicji w Wiedniu, pełnił tam funkcję sekretarza, następnie szefa biura, a od 1899 ministra monarchii w gabinecie Clary ego i Witteka w cesarsko-królewskiej Austrii, właściciel m. Wietrzno koło Krosna. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. W roku 1846 podczas rabacji jego ojciec został zabrany z Nowotańca przez milicję chłopską i oddany do sanockiego cyrkułu. Matka z synem dzięki uprzejmości sąsiadów uniknęła losu ojca. Pierwsze nauki pobierał w domu rodzinnym. Następnie uczęszczał do szkoły w Sanoku. Później uczył się w gimnazjach w Tarnowie i Nowym Sączu oraz w gimnazjum św. Anny w Krakowie. Studiował prawo na uniwersytecie w Pradze i na Uniwersytecie Jagiellońskim ( ). W 1867 r. obronił doktorat praw na UJ po przedstawieniu pracy Zdania ze wszystkich umiejętności prawniczych i politycznych. Przygotował również rozprawę habilitacyjną O kredycie rolniczym i jego instytucjach na UJ, ale nie zgłosił się do wykładu habilitacyjnego i nie uzyskał stopnia docenta. Pracował w instytucjach rządowych we Lwowie (m.in. komisarz powiatowy Namiestnictwa we Lwowie w okręgu lwowskim i złoczowskim). Od 1881 r. pracował jako urzędnik w Wiedniu rzeczywisty tajny radca Biura Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ( ), szef Biura tajnego radcy Ministerstwa dla Galicji ( ), minister spraw dla Galicji ( ). Od połowy lat 60. publikował artykuły popierające idee pozytywistyczne (w Dzienniku Literackim ). Był autorem powieści obyczajowych (Skrupuły, 1877; Ella, 1877), powieści kryminalnej (Po nitce do kłębka, 1872), utworów satyrycznych. Wysoko cenione są jego pamiętniki z lat (wydane w 2 tomach w 1951/ Galicja, Wiedeń ), a także prace z historii kultury. Przekazał w nich efekt swoich wieloletnich badań muzealnych i archiwalnych we Włoszech, opisując problemy religijne, polityczne, kulturalne, literackie i naukowe Italii od XV do XVIII wieku. Niektóre z publikacji: Królowa Bona (1876), Siena (1904), Dwór w Ferrarze (1907), Rzym, ludzie odrodzenia (1909), Rzym, ludzie baroku (1912), Rokoko we Włoszech (1914), Historie neapolitańskie (1917), Ostatni Walezjusze (1920), Pamiętniki (1957). Współpracował z wieloma pismami, m.in. Biblioteką Warszawską, Gazetą Lwowską, Gazetą Polską, Gazetą Warszawską, Słowem, Tygodnikiem Ilustrowanym. Był przeciwnikiem poezji romantycznej, wypowiadał się także przeciwko powstaniu styczniowemu. Do grona jego przyjaciół należeli m.in. kompozytor Władysław Żeleński, poeta Adam Asnyk, malarz Artur Grottger, aktorka Helena Modrzejewska. Żona Chłędowskiego, Stefania z Tabęckich ( ) była literatką, nowelistką i eseistką. W 1907 r. został członkiem-korespondentem Akademii Umiejętności; był odznaczony m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Franciszka Józefa i Krzyżem Kawalerskim Orderu Cesarza Leopolda. 3

4 Z dzieła: RZYM. LUDZIE ODRODZENIA (1909) (za wydaniem: Książka i Wiedza 1957) NAJAZD HUMANISTÓW I. Ex Florentia lux, z Florencji rozchodziło się światło po całych Włoszech; jałowy, ugorem leżący Rzym umiał tylko wapno wypalać ze starożytnych łuków tryumfalnych i obronne wieże stawiać z ciosów branych z Colosseum. Pietro Paolo Vergerio zapewnia, że jeszcze w pierwszej połowie XV wieku mnóstwo ludzi w Rzymie uważało pracę uczonego za niehonorowe zajęcie. Inny duch panował nad Arnem. Zdawało się wprawdzie przez jakiś czas, że po Dantem, po Boccacciu i Petrarce literatura już tylko niedokrewnych potrafi wydawać epigonów; ale geniusz narodowy tak głęboko wcielił się w toskańską ludność, że umysły tamtejsze nie znały już spoczynku i coś nowego tworzyć musiały, a jeżeli nie mogły doścignąć wielkich poetów, to naukowymi swymi pracami kładły podstawy pod nową kulturę. We Florencji dojrzał humanizm. W tej stolicy nauki, którą humaniści nazywali mieszkaniem bogów i matką wszelkiej cnoty, zaczęto zrywać pęta, którymi była dotąd skrępowana klasyczna wiedza, tam się objawiła dusza starożytnych nowym społeczeństwom. Humaniści stali się pośrednikami pomiędzy pogańskim a chrześcijańskim światem. Wieki średnie zatraciły poczucie starożytnej kultury, pomimo że były w posiadaniu wielu dzieł greckich i łacińskich. Nie rozumiały wszakże dawnej myśli, utopiwszy ją w scholastycznych formach, w dziwacznym symbolizmie i w mistycznych mrzonkach. Szlachetnej, pięknej prostoty, jaka tkwiła w starożytnej literaturze, wieki średnie nie pojmowały. Zresztą ludzie owych czasów, mało ceniąc greckich i rzymskich autorów, nie starali się oczyścić ksiąg po nich pozostałych z rozmaitych dodatków i barbaryzmów przepisywaczy, którzy po swojemu poprawiali albo nawet dowolnie zmieniali pierwotne teksty. Ową spuściznę literacką trzeba było zatem doprowadzić do pierwotnego stanu. Średnie wieki były w ogóle pozbawione wszelkiego zmysłu krytycznego tak wobec zjawisk przyrody, jak i wobec historii. Uczucie wiary było tak wkorzenione w ówczesne społeczeństwo, 4

5 że wierzono nie tylko w to, co kościół wierzyć przykazywał, lecz uważano za prawdę niemal wszystko, co było oparte na dawnej tradycji albo na wymysłach jakiejś autorskiej powagi. Wiadomo, że Wergiliusza uważano za czarnoksiężnika, który Neapol oczyścił ze złego powietrza, w tamtejszych strumykach pijawki wygubił, wytruł węże, komary i innych cudów dokonał, a nazywał się Maro, ponieważ tyle w jego głowie było wiadomości, ile wody w morzu (mare). Tak samo o Owidiuszu opowiadano nadzwyczajności, albowiem ówczesna wyobraźnia nie mogła sobie wystawić wielkiego człowieka, który by nie był obdarzony jakąś niezwykłą siłą. Stary Pliniusz pisał, według zdania średniowiecznych uczonych, o Lucyferze i o antychryście, Marcjalis był kucharzem, ponieważ układał kulinarne epigramy. Wenus była tak piękną królową Cypru, że ktokolwiek ją widział, musiał się w niej zakochać. Apollo urodził się w Delos i sławnym był astrologiem, pierwszy wynalazł naukę lekarską. Tezeusz rządził w Atenach, gdzie istniał podobny uniwersytet jak w Paryżu i w Bolonii; Aleksander Wielki ze swymi baronami podbił cały Wschód, a w końcu spuścił się w domku ze szkła na dno morza, gdyż chciał tamtędy dostać się do raju. Nero spłodził żabę, Katylina stoczył bitwę z Attylą, w której obydwa padli trupem, a król Artus, śmiertelnie ranny w bitwie, nie umarł, lecz żyje we wnętrzu Etny, oczekując chwili, kiedy się będzie mógł zemścić na swoich nieprzyjaciołach. Pierwszym, który zrozumiał potrzebę skorzystania z ksiąg odziedziczonych po starożytności, aby krytycznym okiem przypatrzyć się dawnym dziejom, był Petrarka [ ]; gromadził też w tym celu łacińskie i greckie rękopisy, pomimo że nawet po grecku nie umiał. Zwierzał się przed przyjaciółmi, że wyrobiła się w nim prawdziwa namiętność, istna choroba studiowania owych ksiąg, naukową pleśnią pokrytych; pisał do Włoch z Avignonu, że jeżeli mu chcą sprawić przyjemność, to niech poślą do Toskanii ludzi pewnych i zręcznych, którzy by przeglądali biblioteki klasztorne i poszukiwali dzieł, których tak pragnie; błagał też przyjaciół w Anglii i we Francji, aby zarządzili poszukiwania za starożytnymi rękopisami. Gdy jednak zdobył ten i ów rękopis, nową napotykał trudność; nie można było znaleźć zdolnych przepisywaczy, skarżył się też na ich lenistwo i głupotę. Mimo tych przeszkód badania nie ustawały, gdyż droga była już wskazana. Poszedł nią Boccaccio [ ] i zebrał także sporą bibliotekę starożytnych pisarzy. Poeta pozostawił ją do przechowania klasztorowi S. Spirito we Florencji, a skarbu tego strzegł z końcem XIV wieku augustianin Luigi Marsigli, który tak uwielbiał starożytnych pisarzy, że Wergiliusza i Senekę umiał prawie na pamięć. Marsigli należał obok Coluccia Salutatiego i Giovanniego da Ravenna [ ] do owych trzech żyjących jeszcze wówczas przyjaciół Petrarki, w których wielki poeta wszczepił miłość do starożytności. Ci przodownicy humanizmu starali się wniknąć w ducha Greków i Rzymian, odtworzyć dawną kulturę i wychować młodych uczonych, którzy by dalej zgłębiali to morze wiedzy i pracy, nie wyczerpane od czternastu wieków. Oni to z pomocą zamożnych patrycjuszów sprowadzili Manuela Chrysolorasa [ ], greckiego uczonego, do Florencji, jednego z najznakomitszych gramatyków w początkach humanistycznego ruchu, i zreformowali florentyńskie Studio, aby tylko ułatwić młodzieży poznanie starożytnej wiedzy. Manuel Chrysoloras ( ) 5

6 Poggio Bracciolini wśród humanistów XV wieku Z tej szkoły wyszła cała plejada dzielnych krzewicieli humanizmu, do których należał Ambrogio Traversari, kameduła w klasztorze degli Angeli, Poggio Bracciolini [ ], autor słynnych Facecji, i wielu innych pisarzy. Wkrótce chęć naśladowania we wszystkim, nawet w gładkim stylu, starożytnych autorów, a przede wszystkim Cycerona, tak objęła całe Włochy, że żaden panujący nie mógł się obejść bez swego humanisty, który by mu pisał listy po łacinie. Rzecz prosta, że i kuria rzymska musiała mieć takich stylistów do układania pism od niej wychodzących i że szukała ich w ognisku humanizmu, we Florencji. Pierwszym, a w każdym razie jednym z pierwszych, którzy się stamtąd dostali na dwór papieski, był Poggio Bracciolini, uczeń Jana z Rawenny, dwudziestodwuletni, pełen naukowego zapału florentyńczyk. Powołał go do kancelarii papieskiej na posadę skryptora Bonifacy IX. Poggio Bracciolini ( ) Rzymskie ruiny, zabytki klasycznej przeszłości, zrobiły na Poggiu wielkie wrażenie; z południową namiętnością zaczął on studiować omszałe mury Rzymu, odczytywać łacińskie napisy na pożółkłych marmurach i w fantazji swej odtwarzać dawną kulturę. Raz z wielkim mozołem odczyszczał z porostów i powojów płytę marmurową, umieszczoną nad Porta Tiburtina, a że był przystojnym młodzieńcem, więc przechodzące dziewczęta zaczęły go zaczepiać i wyśmiewać się z niego, że pożyteczniejszą mógłby sobie znaleźć pracę. Ludność rzymska nie przeczuwała jeszcze, jakie skarby kryją się w jej murach. Niebawem nie było nikogo w Rzymie, kto by lepiej od Poggia znał tamtejsze ruiny, a gdy w r dwóch florentyńskich artystów przybyło do stolicy papiestwa, aby studiować zabytki starożytności, Poggio im służył za przewodnika. Artystami tymi byli Brunelleschi i Donatello. Pierwszy z nich zniechęcił się chwilowo do Florencji, ponieważ w konkursie na krucyfiks nie przyznano mu pierwszeństwa, lecz Ghibertiemu, postanowił więc wyłącznie oddać się architekturze, drugi z zapałem rozpoczął studia nad starożytną rzeźbą. Poggio spisał pierwszy dokładny inwentarz rzymskich zabytków pod tytułem Urbis Romae descriptio, a nadto ułożył cały kodeks napisów odczytanych w Rzymie. Będąc skryptorem, a później sekretarzem kurii, przechodził najrozmaitsze koleje, ale zawsze z namiętnością bibliomana zbierał dzieła greckich i rzymskich pisarzy i niemało się do tego przyczynił, iż wiele ksiąg klasycznych zostało uratowanych od zagłady. Poggio pojechał z Janem XXIII na sobór do Konstancji; ale gdy papież, przebrany za rajtara, stamtąd uciekł i cały dwór stolicy apostolskiej poszedł w rozsypkę, nasz humanista także musiał szukać jakiegoś zajęcia. Zaczął najprzód uczyć się po hebrajsku; ale ponieważ jego nauczyciel, jakiś Żyd wychrzczony, był głupim człowiekiem o zmiennych humorach, więc niebawem przerwał te lekcje, tym bardziej że wówczas Konstancja nie była miejscem dość spokojnym, aby się tam studiom oddawać. Zjazd był niesłychany, liczono w murach miasta prałatów i innych księży , a świeckich gości wraz ze służbą Bankierów zjechało się 242, błaznów 346, a kurtyzan aż Kłócono się, bawiono, przegrywano w karty całe fortuny, ale o poprawie stosunków kościelnych niewiele myślano. 6

7 Gdy wreszcie ofiarą zamieszania padł Hieronim z Pragi, spalony na stosie, Poggio, który był pełen uwielbienia dla czeskiego reformatora i miał przekonanie, że go niesprawiedliwie zasądzono na karę śmierci, obrzydził sobie pobyt w Konstancji i puścił się w podróż po Niemczech i Francji, aby szukać w dawnych klasztorach łacińskich i greckich rękopisów. Podróż wydała obfite plony i wywołała w republice humanistów okrzyki radości i hymny uwielbienia dla Poggia. W St. Gallen w podziemiach klasztornej wieży, pomiędzy śmieciami i rumowiskiem znalazł on dzieła Kwintyliana, dotąd tylko w części znane, o które uczonym nadzwyczaj chodziło, w innych klasztorach odszukał nieznane części pism Cycerona, Lukrecjusza, Laktancjusza, Tertuliana, Plauta; zapuścił się nawet do Kolonii, skąd wywiózł jedną z ksiąg Petroniusza Arbitra. Od jakiegoś Szweda, także humanisty, dowiedział się, że w jednym z klasztorów cystersów na Węgrzech mają być nie znane dotąd księgi historii rzymskiej Liwiusza. Pisał więc to do przyjaciół florentyńskich, to do Leonella d'este do Ferrary, aby posłali jakiego uczonego na poszukiwanie tych zabytków. Do tej wyprawy jednak nie przyszło, nikt nie chciał dać funduszów. Liwiusz do dziś dnia jest niekompletny. Namiętność zbierania rzadkich ksiąg przyczyniła się raz do rewolucji w Genui. Filippo Maria Visconti z Mediolanu chciał koniecznie stać się właścicielem rękopisu Liwiusza, który z biblioteki niegdyś Petrarki przeszedł do księgozbioru Tomasza Fregoso, doży genueńskiego. Visconti podburzył więc brata Tomasza, Battistę, przeciw doży obiecując, że mu zbrojnie dopomoże do wyniesienia się na najwyższą godność w rzeczypospolitej, jeżeli z rabunku pałacu Tomasza przyśle mu owego Liwiusza. Rewolucja wybuchła, stronnictwo przeciwne Tomaszowi, wspierane przez księcia mediolańskiego, ogłosiło dożą Battistę, ale milicja miejska pobiła buntowników i Liwiusz pozostał w rodzinie Fregosów. Wreszcie sobór w Konstancji zakończył się szczęśliwie wyborem Marcina V, który też niebawem udał się do Włoch, aby przede wszystkim jakiś ład zaprowadzić w Rzymie. Ponieważ na razie panowały tam jeszcze rozruchy, papież zatrzymał się czas dłuższy w Mantui. Poggio pojechał za nim, spodziewając się zapewne, że zostanie na powrót przyjęty do kancelarii papieskiej, ale nadzieje jego na teraz się nie spełniły. Co więcej, humanista musiał nadspodziewanie uciekać z Mantui; nowy papież nie lubił go za to, że należał w Konstancji do stronników Jana XXIII, a zdaje się nawet, że groziło mu niebezpieczeństwo procesu, ponieważ zanadto otwarcie wyrażał swe oburzenie z powodu spalenia Hieronima z Pragi. W Konstancji zapoznał się Poggio z Anglikiem Beaufortem, nadzwyczaj bogatym biskupem z Winchester, który go zapraszał do Anglii i obiecywał mu złote góry; humanista więc skorzystał teraz z tego zaproszenia i udał się do Londynu. Ale niebawem nadzieje go zawiodły, bo biskup dał mu tylko bardzo skromne uposażenie, a nadto zwyczaje angielskie, podówczas prawie barbarzyńskie w porównaniu z włoską kulturą, i brak ludzi wykształconych tak go zniechęciły, że wszelkimi sposobami starał się wrócić do ojczyzny. Przyjaciołom Poggia udało się wreszcie skłonić Marcina V, aby lekkomyślnego humanistę przyjął znów do swej kancelarii, a nawet na posadę dość intratną, sekretarza kurii rzymskiej. Poggio zastał w otoczeniu papieża już kilku humanistów, Marcin V bowiem, pomimo że nie lubił nowatorów i nie bardzo im dowierzał, potrzebował ich do układania buli i pism dyplomatycznych. Największą powagą literacką był wówczas na papieskim dworze sekretarz Leonardo Brani, Toskańczyk, późniejszy kanclerz rzeczypospolitej florentyńskiej, człowiek uczony i poważny, który nie należał do lekkiego cechu humanistów w rodzaju Poggia. Bruni napisał z czasem historię florentyńską, a ojczyzna odwdzięczyła mu się, stawiając mu przepyszny pomnik w S. Croce, jedno z najbardziej podziwianych dzieł sztuki dłuta Rossellina. Kuria rzymska miała jeszcze humanistę dyplomatę, Antonia Loschi, także Toskańczyka, znakomitego łacińskiego stylistę, trochę biurokratę, któremu kancelaria papieska zawdzięcza swą organizację. Prąd humanistyczny zaczynał nawet działać na niektórych kardynałów, członków wielkich rodów. Prospero Colonna i Giovanni Orsini zajęli stanowisko mecenasów humanizmu, nie przypuszczając zapewne, że nowe idee podkopią z czasem potęgę wielkich rycerskich i tyrańskich rodów. Kardynał Colonna był nadzwyczaj hojny dla literatów i zebrał znaczną bibliotekę klasyków. Orsini zaś, niezmiernie bogaty, łożył znaczne sumy na skupowanie rękopisów, które w rok przed śmiercią zapisał bibliotece kościoła św. Piotra. Najmniej o humanistów i o stare księgi troszczył się sam papież Marcin V, który miał za wiele do czynienia z uporządkowaniem stosunków rzymskich, aby mógł się jeszcze oddawać 7

8 umiejętnościom. Poggio go też nie lubił, zwłaszcza że papież nie był hojny dla literatów, i wylał swe złe humory w dialogu o skąpstwie, De avaritia, który poświęcił kardynałowi Prosperowi, pomimo że tenże należał do nepotów papieża. Widocznie więc kardynał miał także powody skarżyć się na skąpstwo Marcina, a złośliwe uwagi o papieżu mogły mu sprawiać przyjemność. Poggio nie umiał być ostrożnym i ukrywać swoich uczuć; okazał to podczas soboru w Konstancji, okazał i w Rzymie. Zdaje się, że nie bardzo zbłądzimy, jeżeli posądzimy naszego humanistę, że on to zorganizował owe schadzki literackie w jednej z komnat pałacu lateraneńskiego, które sam nazwał kuźnią kłamstw, Buggiale, czyli mendaciorum veluti officina. Urzędnicy kurii apostolskiej schodzili się tam w wolnych chwilach na pogadankę, a wino z Gór Albańskich dodawało im humoru. Opowiadano sobie najświeższe anegdoty o kardynałach, nie oszczędzano nawet papieża, deklamowano złośliwe wierszyki, które wybornie umiał układać młody, wesoły poeta Agabito Cencio de' Rustici, albo zanoszono się od śmiechu z dowcipów młodego bolończyka, Razella, który w całej kurii słynął ze swego humoru. Te zebrania głównie się przyczyniły do tego, że Poggio później napisał swoje Facecje, pierwszy we Włoszech zbiór opowiastek, po większej części wzięty z życia, o oszukanych mężach, pysznych kardynałach, lekarzach, którzy pacjentów na drugi świat wyprawiają, o mnichach pełnych fałszu i udanej pokory. Większa część facecji obrażała moralistów swą nieprzyzwoitą treścią, ale mimo to książka ta, którą Poggio wydał mając już lat przeszło siedemdziesiąt, stała się najsławniejszą z jego pism, doczekała się niezliczonych wydań i do dziś dnia jest czytana przez literackich smakoszów. Poggia facecje mają tę wielką zaletę, że są lekko a zwięźle pisane, czym się odróżniają od wielu innych łacińskich rozpraw humanistów o niestrawnym stylu i ciężkich cytatach ze starożytnych autorów. Wiele z tych facecji nie powstało w Buggiale, lecz są dawniejszego pochodzenia, osobliwie prowansalskiego, bo Prowansale znani byli ze swych Fabliaux, ze swych anegdotek. Poggio był stworzony na pamflecistę i rzec można, że stał się w Rzymie ojcem tych złośliwych poetów, którzy później na torsie Pasquina swe wiersze przylepiali. Jest on także poprzednikiem Piotra Aretina. Vespasiano de Bisticci Obok Poggia, Bruniego i Loschiego nie było w Rzymie za Marcina V bardziej wybitnych humanistów, a nawet wpływ ich jeszcze i za następcy Marcina, za Eugeniusza IV, nie był w kurii apostolskiej przemożny. Dwór papieski zetknął się dopiero bliżej z nowymi ludźmi we Florencji, gdzie Eugeniusz musiał dłuższy czas przebywać z powodu niepokojów w Rzymie. Papież zamieszkał w S. Maria Novella, sam mnich z Wenecji, otoczył się prawie tylko mnichami, a nie mając doświadczenia politycznego, popełniał błędy za błędami. Podczas gdy zamknięty w swym klasztorze nie troszczył się o ruch naukowy, niektórzy z jego dworzan porwani zostali tym gorącym prądem humanizmu, który wrzał wówczas we Florencji. Kto tylko miał wrażliwszy umysł, nie mógł się oprzeć tej fali; wszędzie mówiono o schadzkach ludzi uczonych, o zbieraczach rękopisów i dzieł sztuki, a nawet księgarze, których się dużo namnożyło, trudnili się nie tylko handlem książek, ale i odpisywaniem rękopisów. Najważniejszą rolę pomiędzy nimi odgrywał Vespasiano de Bisticci [ ], sam uczony, doradca literacki wszystkich humanistów, przyjaciel najznakomitszych osobistości: Medyceuszów, Albizzich i Strozzich. Ów Bisticci napisał nadzwyczaj cenne żywoty ludzi współczesnych, Vite di uomini illustii del secolo XV, które do dziś dnia stanowią jedno z najważniejszych źródeł do ocenienia kilku papieży i wielu kardynałów, dyplomatów, a nawet i wybitnych kobiet. Dzieło Bisticciego ma tym większą wartość, że księgarz-literat spisywał w nim to, co widział i słyszał, po włosku, nie oglądając się na klasyczne wzory. W bottedze Bisticciego zbierała się prawie codziennie humanistyczna drużyna, albo też szła rano i wieczorem na Piazza della Signoria i tam, gdzie dzisiaj Loggia dei Lanzi, toczyła o kwestiach naukowych nader żywe rozprawy. O kilkadziesiąt kroków dalej gromadzili się contadini, aby rozprawiać o cenach wina lub bydła. Humaniści barwniej wyglądali aniżeli dzisiejsi profesorowie w czarnych cylindrach i surdutach; pod florentyńskim ratuszem widać było nie tylko świeckich uczonych w kolorowych strojach, lecz i zakonników w białych i szarych habitach. 8

9 Tommaso Parentucelli, później papież Mikołaj V W czasie pobytu Eugeniusza IV zwracał tam uwagę Tommaso Parentucelli [ ], świecki duchowny, przyjaciel, sekretarz i zarządca domu kardynała Albergatiego, ruchliwy, bystry, czasem tak gwałtowny w swych rozprawach, że gdy bronił jakiejś tezy, to mu się iskry z oczu sypać zdawały, a obydwu rąk zaledwie starczyło, aby wyrazić swoje przekonanie. Tommaso przyjeżdżał na owe zebrania humanistów na mule, ubrany w suknie niebieskiego koloru, a dwóch służących w ciemnych płaszczach, wyglądających na kleryków, zawsze mu towarzyszyło. Ten Tommaso miał zostać kiedyś papieżem pod imieniem Mikołaja V, który był jednym z najznakomitszych ludzi, jacy w czasach Odrodzenia zasiadali na stolicy papieskiej. Pochodził on z Sarzany, mieściny w pobliżu Lukki, był synem chirurga, który poznawszy zdolności chłopaka, z biedą zebrał trochę pieniędzy, aby go posłać na naukę do Bolonii. Po dwu latach studiów otrzymał Tommaso smutną wiadomość, że ojciec umarł podczas zarazy panującej w Lucce, a nie mając środków na dalszy pobyt w Bolonii, musiał wracać do Sarzany. Po roku jednak matka poszła znów za mąż za wdowca, mającego dzieci z pierwszej żony; Tommasowi więc nie pozostawało, jak szukać w świecie utrzymania. Udał się do Florencji i tam szczęśliwym zbiegiem okoliczności został domowym nauczycielem synów Rinalda Albizziego, jednego z najzamożniejszych patrycjuszów florentyńskich, owego naczelnika republikańskiego stronnictwa, które chciało zniszczyć coraz bardziej wzmagający się wpływ Medyceuszów. Gdy zaś Albizzi musiał niebawem opuścić z rodziną Florencję, otrzymał Tommaso umieszczenie jako nauczyciel synów Palli Strozziego, którego dom był jednym z ognisk ruchu humanistycznego. Sam Strozzi zbierał rękopisy starożytnych autorów, kazał przetłumaczyć na język łaciński Politykę Arystotelesa i wiele innych dzieł greckich. Po dwu latach pobytu we Florencji zebrał sobie Parentucelli dostateczny fundusz, aby móc wrócić na uniwersytet do Bolonii, gdzie się poświęcił teologicznym i medycznym studiom. I tam go szczęście nie opuszczało, poznał bowiem Niccola Albergatiego, przeora klasztoru kartuzów, człowieka wielce poważanego, który go tak polubił, że mu zaraz dał utrzymanie w klasztorze i szczerze się zajął jego przyszłością. Albergati, zostawszy niebawem kardynałem, mianował Tommasa swoim sekretarzem, powierzył mu zarząd domu (1423) i aż do śmierci, przez lat dwadzieścia, się z nim nie rozłączał. Parentucelli towarzyszył kardynałowi w poselskich podróżach do Francji, do Niemiec i Anglii; miał więc sposobność poznawać ludzi i wprawiać się w dyplomatyczne sprawy. Bawiąc zaś z Albergatim we Florencji, korzystał z towarzystwa tamtejszych humanistów i przylgnął do tych ludzi pełnych zapału i nauki. Pomimo że wówczas bardzo skromne miał dochody, oszczędzał, jak mógł, byle tylko skupować książki, dawać odpisywać klasyków i pięknie oprawiać rękopisy. Szczycił się, że ma dwanaście przepysznych tomów dzieł św. Augustyna, a jedna z tych ksiąg, nosząca tytuł Contra Julianum Pelagianistam, znajduje się dotąd w S. Spirito, w biblioteczce, która miała pozostać po Boccacciu. Książki Parentucellego dzisiaj jeszcze łatwo rozpoznać, umieszczał on bowiem na marginesach mnóstwo własnych uwag, a piękne jego pismo, pośrednie pomiędzy średniowiecznym a renesansowym, bardzo jest charakterystyczne. Niccolò Nicoli, książki i Benwenuta Do najdawniejszych przyjaciół Poggia należał Niccolò Nicoli [ ], jedna z najbardziej zajmujących postaci pomiędzy humanistami. Niccoló sam nie był autorem, ale tak wybornie znał starożytnych pisarzy i takie wyrobił w sobie księgoznawstwo, że wszyscy humaniści radzili się go, zakupując dzieła klasyków i ustalając łacińskie teksty, a Cosimo Medici najzupełniej na nim polegał w rzeczach literatury i sztuki starożytnej. Nicoli, bardzo przystojny, średniego wzrostu, cokolwiek skłonny do otyłości, zawsze pogodny, uprzejmy i żartobliwy, często dowcipny, odznaczał się pomiędzy humanistami wielce starannym ubraniem i wychodził na ulicę najczęściej w długiej, aż do ziemi sięgającej sukni z bogatej różowej materii, pragnąc, aby wszystko, co nosił i co go otaczało, miało cechę piękna. Na freskach florentyńskich mistrzów często widzimy owe powłóczyste szaty, które dodawały tyle powagi owym republikańskim postaciom. U Nicolego wszystko się zlewało 9

10 w taką harmonię, że nawet pismo jego należało do najrówniejszych i najpiękniejszych pomiędzy humanistycznymi kaligrafami. Pismo Niccolò Nicoli. Nicoli był synem dość zamożnego kupca florentyńskiego, a w młodości musiał nawet z rozkazu ojca stać za ladą. Gdy jednak ojciec umarł, młodzieniec poszedł za swymi skłonnościami, zaczął zbierać bibliotekę, odpisywać rękopisy, otaczać się starożytnymi rzeźbami, a wprawa kupiecka, wcześnie nabyta, na to mu się przydała, że z niezmierną znajomością rzeczy umiał szacować wartość książek i dzieł sztuki. Wszyscy się go też radzili. Zamiłowanie jednak do rękopisów i starożytności wyczerpało niebawem szczupły jego majątek i gdyby nie Cosimo Medici, który mu otworzył kredyt w swym banku, to humanistyczny biblioman byłby zginął z nędzy. Nie nadużywał on wszakże tego kredytu i tylko w największej potrzebie szedł do medyceuszowskiego kasjera, tak że umierając, nie więcej jak pięćset dukatów był winien swemu protektorowi. Nicoli podobnie jak Poggio miał niesłychany zmysł wyszukiwania nie znanych dotąd rękopisów, ale jeździć za nimi nie lubił, zanadto bowiem kochał swą bibliotekę i swoją Benwenutę, aby je choćby na krótki czas opuszczać. Owa Benwenuta była prostą, ładną dziewczyną i obok rękopisów jedyną słabostką Nicolego. Dzielił on z nią mieszkanie, ona mu przyrządzała skromne obiady i umiała stół jadalny pięknie ubrać starożytnymi wazami, szkłami weneckimi i innymi artystycznymi drobnostkami, albowiem ten dziwaczny człowieczek chętnie żywił się chlebem z serem i gotowanym bobem, aby tylko ten chleb i ten bób były podane w pięknych naczyniach, a woda w kubku z najczystszego kryształu. Wśród książek, waz i przy boku Benwenuty czuł się Nicoli zupełnie szczęśliwym; ale rodzina i kilku przyjaciół zatruło mu to skromne szczęście, tak że aż sam papież Eugeniusz IV musiał dokładać wszelkich starań, aby je przywrócić. Rzecz się tak miała. Nicoli mieszkał w jednym domu ze swym młodszym bratem Giovannim, który początkowo był posiadaczem owego skarbu, owej Benwenuty. Humanista miał więc często sposobność widywania nielegalnej bratowej, która mu się tak podobała, że z czasem Giovanni został osamotniony, a Benwenuta przeprowadziła się do mieszkania Niccola. Bracia oczywiście się poróżnili, a na domiar złego Benwenuta, której stanowisko humanistki głowę zawróciło, zamiast zachowywać się spokojnie, zaczęła buntować Niccola przeciw rodzinie, a nawet rozgłaszać jakieś obelgi na żonę Jakuba, drugiego brata Niccola. Wtedy Giovanni i Jakub uknuli spisek przeciw syrenie: pochwycili ją na ulicy, gdy z domu wychodziła, włożyli na barki służącego, którego w tym celu ze sobą przywiedli, a obnażywszy najboleśniejszą część ciała, wywarli na niej rózgą swą zemstę. Egzekucja odbyła się wobec zanoszącej się od śmiechu publiczności i wobec samego Niccola, który nie wiedząc, co się stało, nadbiegł w krytycznej chwili, ale już nie mógł odwrócić przykrości, jaka spotkała jego ulubienicę. Komiczno-dramatyczne zdarzenie stało się zaraz głośne w całej Florencji, a znajomi Nicolego wyrażali mu swe ubolewania; jeden tylko z najbliższych jego przyjaciół, także słynny humanista, Leonardo Bruno Aretino, dawny nauczyciel w domu Medicich, człowiek poważny, moralny, chodzący jednostajnym krokiem w swym długim, szkarłatnym płaszczu po ulicach Florencji, nie podzielał tego współczucia, a nawet dość bezwzględnie wyraził się przed Nicolim o Benwenucie. W sercu obrażonego kochanka zawrzało, zerwał dawną przyjaźń, która go z Leonardem wiązała, i napisał do niego list obraźliwy. Na list ten odpowiedział Leonardo wściekłą inwektywą pod tytułem Nebulo Maleficus, wskutek której zajście z Benwenutą stało się, rzec można, sprawą 10

11 europejskiego znaczenia, gdyż florentyńska rzeczpospolita humanistów podzieliła się na dwa obozy, za i przeciw Nicolemu, a ten rozłam odbił się echem aż o humanistów w Wenecji, w Mediolanie i w Modenie. Poggio, który wówczas bawił w Anglii, tak się zmartwił tą domową wojną, że pisał po kilka razy do Nicolego, aby dla dobra wspólnej sprawy przebaczył Leonardowi. Nicoli zamykał się w mieszkaniu, nie chciał z nikim przestawać i nie dał sobie mówić o pojednaniu. Wtedy zwrócono się do Eugeniusza IV, aby swoim wpływem go ułagodził; ale Nicoli tak się zawziął, że nawet życzeniu papieża zadość nie uczynił. I dopiero po sześciu latach udało się weneckiemu humaniście, Franciszkowi Barbaro, pogodzić zawziętych literatów, a radość z tego powodu była tak wielka, że Poggio z Rzymu napisał list do Barbara z powinszowaniem, że mu się udało doprowadzić do tej zgody, jak gdyby europejska wojna była zażegnana. Od czasu tych zajść tak się humaniści strzegli obrazić Benwenutę, że nawet Traversari, sławny generał kamedułów, w listach swych do Nicolego nie zapomina o niej i prosi go, aby pozdrowił swą przyjaciółkę, najwierniejszą mu kobietę, femina fidelissima. Gregorio Corraro Zapewne niedaleko oddalimy się od prawdy, przypuszczając, że w nakłonieniu Eugeniusza IV do tego dość oryginalnego pośrednictwa pomiędzy Nicolim a Aretinem przyczynił się niemało jego siostrzeniec Gregorio Corraro, poeta, który przybył do Rzymu z Wenecji jeszcze za czasów, kiedy Eugeniusz był kardynałem. Corraro uczył się za młodu u słynnego humanisty Guarina, pisał wiersze łacińskie, wczytywał się w Wergiliusza i Horacego i tak się przejął zasadami starożytnych pisarzy, że go uważano prawie za poganina. W Rzymie pod wpływem otoczenia zmienił znacznie swe przekonania, a gdy wuj jego wstąpił na stolicę papieską, zaczął opływać w beneficja i godności. Dawne pogańskie ideały niezupełnie w nim wszakże wygasły, a we Florencji za czasów Eugeniusza przylgnął znowu całym sercem do humanistów, prawie ciągle przebywał u Nicolego i szczególnie lubił towarzystwo Poggia. Później, po powrocie papieża do Rzymu, przeważył w Corrarze zmysł praktyczny, wolał kościelne dochody aniżeli humanistyczne mrzonki. Poggio Bracciolini i jego małżeństwo z 18-letnią Veggią Humanizm bynajmniej nie przeszkadzał romantyzmowi, owszem, zasady Epikura, którym wielu humanistów sprzyjało, zdawały się nawet podniecać romantyczne idee. Podobnie jak Nicoli, kochał się i Poggio na nowo we Florencji, pomimo że wówczas miał już lat pięćdziesiąt pięć. Mówię na nowo, gdyż w Rzymie miał od dawna miłosny stosunek z jakąś kobietą z ludu, która go otoczyła wieńcem czternaściorga dzieci. Naszemu humaniście było tak licznej rodziny za mało, zaprowadził więc przed ołtarz (1435) osiemnastoletnią dziewczynę, Veggię Buondelmonti. Niektórzy utrzymują, że na drogę cnoty i małżeńskiego pożycia nawrócił go kardynał Sant Angelo, który, raz na Poggia zagniewany, wyrzucał mu w liście, że ma dzieci nieślubne. Ale humaniście niebezpiecznie było robić podobne uwagi: odpowiedział on zjadliwie kardynałowi, że mając dzieci nieślubne, idzie tylko za przykładem duchownych, którzy się tego zwyczaju trzymają od początku świata. Przy tej sposobności przytoczył anegdotę dowodzącą, że papieże byli w tej mierze bardziej wyrozumiali aniżeli kardynał Sant' Angelo. Razu pewnego przywiózł jakiś proboszcz włoski swego dorodnego, barczystego syna do Marcina V, prosząc dla niego o jaką posadę. A gdy papież trochę się zdziwił tą śmiałością, niezmieszany klecha odpowiedział, że ma w domu jeszcze czterech takich chłopaków, z których każdy gotów jest wziąć miecz do ręki w obronie jego świątobliwości. Wobec własnego sumienia i opinii przyjaciół starał się jednak Poggio usprawiedliwić, że w tak późnym wieku pojął za żonę tak młodą dziewczynę, i napisał dialog pod tytułem An seni sit uxor ducenda, Czy starzec powinien się żenić, i poświęcił go Kosmie Medyceuszowi. W tym dialogu wprowadza trzy osoby: siebie samego, Niccola Nicolego i Carla Aretina, kanclerza Florencji. Nicoli gra tutaj rolę człowieka rozsądnego, który wyłuszcza wszystkie niebezpieczeństwa, na jakie starzec się naraża, biorąc młodą żonę. Natomiast Carlo Aretino broni zdania, iż żenić się nigdy nie jest za późno. Sam Poggio występuje w tym dialogu dość blado, woli on spokojnie czekać, aż Aretino swymi argumentami zwycięży. Poggio poparł zdanie przyjaciela nie słowem, ale czynami: 11

12 najszczęśliwiej żył z Veggią, miał z nią jeszcze pięciu synów i jedną córkę. Gdy w r pierwszy syn się urodził, nadchodziło mnóstwo listów z powinszowaniem od rozmaitych znakomitości. Pomiędzy innymi pisał z Rzymu sekretarz papieski Cincio, przepowiadając malcowi, że się wychowa na znakomitego literata, i dawał przyjacielskie rady na wypadek, gdyby matka nie była w możności zadośćuczynić pierwszym swym obowiązkom wobec dziecka. W takim razie powinni rodzice wyszukać chłopakowi barczystą mamkę, o pięknej budowie, o łagodnym charakterze i dobrym obejściu, gdyż wszelkie te zalety wpływają na fizyczny i moralny stan dziecka. Cincio donosił, że cała kuria cieszy się synem Poggia i że koledzy oczekują tylko przyjazdu szczęśliwego ojca do Rzymu, ażeby go powitać przyjacielską ucztą, w której on będzie królował w gronie greckich i łacińskich filozofów. Zdziwienie i radość kolegów Poggia w kancelariach papieskich musiały być z czasem tym większe, gdy Veggia powiła jeszcze cały zastęp dzieci. Czterech z synów Poggia zaciągnęło się w szeregi duchowieństwa, córka zaś Lukrecja poszła za mąż za jakiegoś Buondelmontiego, zapewne dalekiego swego krewnego. Gdy Poggio umierał, mając przeszło siedemdziesiąt dziewięć lat, utrzymywali przyjaciele, że gdyby był kilka lat jeszcze pożył, rodzina jego byłaby się jeszcze powiększyła. Żeniąc się, był już Poggio dość zamożnym człowiekiem; sekretarstwo papieskie przynosiło mu znaczne dochody, a nadto odpisywanie rękopisów starożytnych autorów zasilało jego kasę. Niedługo przed ożenieniem się sprzedał Panormicie dzieła Liwiusza za 120 florenów w złocie. Marzeniem jego było od dawna przenieść się z Rzymu na starość do Florencji, mieć tam willę, poumieszczać w niej swe starożytne rzeźby i książki. Obecnie był dość majętny, aby wybudować sobie schronienie koło Terranuova w Valdarno i zaprowadzić małe gospodarstwo wiejskie. Co więcej, mógł kupić dom w samej Florencji, zapewne za posag żony, która mu przyniosła 600 florenów gotówki. Cosimo Medici, który Poggia bardzo lubił, ułatwił to kupno. Jednym z ważnych źródeł dochodu humanisty było poświęcanie swych literackich utworów takim osobistościom, które za ten zaszczyt dobrze płacić mogły: od króla Alfonsa neapolitańskiego dostał w ten sposób 600 dukatów za dedykację tłumaczenia Cyropedii Ksenofonta. Jego zjadliwego pióra obawiali się nawet monarchowie, pisał bowiem lekko, żywo, barwnie, dowcipnie i był chyba najznakomitszym stylistą pomiędzy współczesnymi literatami. Umiał pochlebiać, ale i potrafił powiedzieć nieprzyjacielowi, czy nim był Filelfo lub Valla, czy jaki poważny biskup, że jest głupcem, dwunożnym osłem albo wołem. A gdy puścił wodze swej nienawiści ku zakonom, to cała klasyczna literatura nie miała dość obelżywych wyrazów na zohydzenie tych żebrzących mnichów, którzy będąc zanadto leniwi do pracy, swych bliźnich doprowadzają do żebractwa. W czasie swego pobytu w Valdarno pracował Poggio nad dialogiem o szlachcie, De nobilitate, który wydał w roku Rozmowę prowadzą tam Niccoló Nicoli i Lorenzo de' Medici, brat Cosima, w willi Poggia, dokąd przyjechali, aby oglądać kilka posągów starożytnych, które mu niedawno z Rzymu przysłano. Poggio mówił w tym dialogu dużo nieprzyjemnych prawd włoskiej szlachcie, a najciekawszy jest ustęp, w którym charakteryzuje neapolitańskie, weneckie i rzymskie rycerstwo. Najwięcej dostało się neapolitańczykom: szlachectwo ich na tym tylko polega, aby się oddawać próżniactwu i tracić dochody ze swoich dóbr. Za złe tam mają, jeżeli który z nich sam gospodaruje albo osobiście się zajmuje ekonomią. Zadanie neapolitańskiego arystokraty łatwe do spełnienia: jeździć konno i rozpierać się w swym pałacu. Jeżeli który z tych panów został rozbójnikiem, nic to nie przeszkadza, aby nadal miał wielki mir pomiędzy swoimi, musi tylko pochodzić ze starożytnej rodziny. Tej neapolitańskiej szlachcie wstrętne jest kupiectwo, a taki pan południowy wolałby z głodu umrzeć, aniżeli np. wydać córkę za bogatego kupca. Rycerz, który by osobiście się układał z kupcem o sprzedaż wina ze swoich winnic, tak by się poniżył w oczach sobie równych, że utraciłby stanowisko w ich kole. Zupełnie inna jest szlachta wenecka, która zajmuje się tylko handlem i piastuje publiczne urzędy. Stanowi ona osobną kastę, oddzieloną całą przepaścią od pospólstwa, a nawet ubogi patrycjusz spogląda z góry na bogatego plebejusza. Rzymski wreszcie szlachcic stoi pośrodku pomiędzy neapolitańczykiem a weneckim patrycjuszem. Pogardza wprawdzie handlem, ale spekulację pieniężną uważa za rzecz, która mu 12

13 nie uwłacza; wolno mu oszukać bliźniego na zmianie monety, ale nie wypada mu sprzedawać towarów, uprawą zaś ziemi w rozległych dobrach często się sam zajmuje. Cały dialog jest właściwie inwektywą wymierzoną przeciw szlachcie rodowej; Poggio uznaje tylko zasługę, a drwi z powoływania się na sławę antenatów. Szlachectwo, jak je zwykle pojmują, jest tylko pustą przechwałką, delirium pychy, ponieważ nie polega na istotnej wartości człowieka, lecz na okolicznościach przypadkowych. Poggio był w duchu republikaninem, człowiekiem, któremu rzymskie stosunki były wstrętne, co bardzo dobitnie wyraził w swym Dialogu o nieszczęśliwym położeniu książąt. Powiada on tam pomiędzy innymi, że zły panujący nie może być szczęśliwy, ponieważ szczęście można osiągnąć tylko drogą cnoty, a dobry książę musi znosić tyle trosk, obaw, umęczeń, że tym samym musi być ze świata niezadowolony. Demokratyczne poglądy Poggia uwydatniają się na każdej stronicy dialogu, wylicza długi szereg wad, szaleństw i zbrodni panujących, nie schlebia i papieżom, podnosząc, że nie znał takiego, który by myślał szczerze o kościele, każdemu bowiem leżały na sercu tylko interesy jego rodziny. Poggio miał dużo szczęścia w życiu. Własną pracą, talentem i bezwzględnością dorobił się urzędu i majątku, a nawet po śmierci szczęście go nie opuściło, bo uważano go przez długi czas jako świętego we florentyńskiej katedrze. Gdy bowiem w r zburzono część ornamentów fasady tego wspaniałego kościoła, wyjęto stamtąd posąg Poggia i postawiono go gdzie indziej, a publiczność myślała, że to posąg świętego. Flavio Biondo i Gianozzo Manetti Z Eugeniuszem bawił także we Florencji jeden z najbardziej poważnych humanistów, Flavio Biondo, autor wielkiego dzieła antykwarskiego o Rzymie, Roma instaurata, które poświęcił papieżowi. Człowiek to był zacny, spokojny, nie mogący brać zbyt żywego udziału w ruchu humanistycznym, gdyż wprawdzie, jako sekretarz papieski, nieźle był uposażony, ale miał do utrzymania żonę i dziesięcioro dzieci. Do towarzystwa zbierającego się pod florentyńskim ratuszem należał także Gianozzo Manetti, człowiek bardzo poważny i spokojny, kupiec z zawodu. Jego biograf utrzymuje, że zawsze mówił prawdę i że najmilszym jego zajęciem było rozprawiać z Żydami o tekście Biblii i dowodzić im, że ją niewłaściwie rozumieją i tłumaczą. Manetti szczycił się bowiem, że umie lepiej po hebrajsku aniżeli rabini, a nie chcąc wyjść z wprawy w mówieniu po grecku i po hebrajsku, utrzymywał w swym domu dwóch Greków i jednego ochrzczonego Żyda, z którymi w wolnych chwilach rozmawiał w ich języku. Temu przechrzcie kazał także przepisywać hebrajskie księgi, a osobliwie komentarze do Biblii i tak był zamiłowany w tych studiach, że nawet syna kazał uczyć po hebrajsku. Manetti przełożył całą Biblię i część dzieł Arystotelesa z greckiego na język łaciński, napisał szereg żywotów sławnych ludzi, jak Dantego, Boccaccia, króla Alfonsa neapolitańskiego, ułożył mnóstwo mów pogrzebowych, a nawet napisał rozprawę o trzęsieniu ziemi. Ale nie był stylistą i dzieła jego, nudne i rozwlekłe, bardzo mało czytano. Gianozza lubiono powszechnie we Florencji, gdyż słynął z uczynności, i ceniono jego uprzejmość, rzeczpospolita wysyłała go często w rozmaitych poselstwach i odznaczała wysokimi urzędami. Tą popularnością naraził się jednak Medyceuszom, którzy obawiając się jego politycznych wpływów, zwłaszcza że był człowiekiem bogatym i mógł z nimi współzawodniczyć, powzięli niechęć do niego. Im bardziej rosła nadzieja, że papież do Rzymu powróci i że finanse stolicy apostolskiej znowu się polepszą, tym więcej humanistów garnęło się do kancelarii papieskiej i otrzymywało posady pomimo oporu zakonników, którzy otaczali Eugeniusza IV. Przed wyjazdem z Florencji przyjął też papież jeszcze kilku innych literatów i uczonych jako sekretarzy, pomiędzy którymi znajdował się słynny Grek Aurispa i dwóch wenecjan, uczniów Guarina, Ermolao Barbaro i Pietro del Monte. Gdy zaś Eugeniusz ustalił swe panowanie w Rzymie, nie mógł się obronić przed najazdem humanistów; ruchliwy ten zastęp, po większej części ludzi zdolnych, wspierał się nawzajem, szukał poparcia kardynałów, czyhał na każdą otwierającą się posadę, wciskał się zewsząd i wszędzie. 13

14 II. Lorenzo Valla O posadę w kancelariach kurii rzymskiej starał się także Lorenzo Valla, znakomity humanista, człowiek wielkiego wpływu, nader zajmująca postać. Złośliwy Poggio mówił, że dziad Lorenza był kucharzem w Piacenzy, a ojciec, imieniem Luca, pomimo że trudnił się jurysterią, listu nie umiał napisać, a co gorsza, nawet dzieci mieć nie mógł. Nie sprzeczając się z Poggiem co do pochodzenia Lorenza, musimy wszakże iść za innymi, mniej zjadliwymi pisarzami, którzy utrzymują, że Lorenzo urodził się w Rzymie r. 1405, gdzie jego ojciec był adwokatem papieskiego konsystorza, a wuj matki, Melchior Scribani, abbreviatorem i skryptorem kurii. Siostra Lorenza wyszła za mąż także za abbreviatora, Ambrożego Dardana; toteż humanista mógł słusznie mówić o sobie, że się wychował w kurii apostolskiej i że Rzym stał się pod jego wpływem bardziej rzymskim, gdyż go nauczył po łacinie, co, jak zobaczymy, także zgadzało się z prawdą. Lorenzo Valla. Lorenzo kształcił się we Florencji u sławnego Aurispy, który połowę ówczesnych humanistów zapoznał z Helladą, a w łacinie wprawiał go florentyńczyk Rinuccio da Castiglione. Współcześnie z Lorenzem uczył się u Aurispy Beccadelli, zwany Panormitą, autor sprośnych epigramów wydanych pod tytułem Hermaphroditus, a chociaż Valla o wiele był młodszy od Sycylijczyka, mimo to zawiązała się pomiędzy nimi przyjaźń, która naszemu humaniście w życiu się przydała. Panormita nauczył się tam wysoko cenić swego rzymskiego kolegę i pisał później o nim, że to człowiek o rzadkim zapale do nauk, o zrównoważonym umyśle i dobrych obyczajach. Niemal od dzieciństwa zdradzał Lorenzo zmysł krytyczny; i tak, gdy raz jako mały chłopak zapytał się nauczyciela, kto właściwie napisał księgę Joba, i dostał odpowiedź, że sam Job był jej autorem, zaraz zaprzeczył temu, bo przecież Job własnej śmierci nie mógłby opisywać. Jako dwudziestoletni młodzieniec wydał też Lorenzo krytyczną rozprawę, która w świecie humanistycznym wywołała prawie rewolucję. Dał on jej tytuł De comparatione Ciceronis Quintilianique; porównywał w niej styl Kwintyliana ze sposobem pisania Cycerona i z niebywałą erudycją i siłą dowodów oddawał Kwintylianowi palmę pierwszeństwa. Była to śmiałość nie lada; cały świat humanistyczny czcił Cycerona jak półboga, uważał jego pisma za szczyt piękności stylu, gdy więc jakiś młodzik przeciw temu bałwochwalstwu wystąpił, powstał na niego krzyk nie do opisania. Poggio, Antonio Loschi, Filelfo nie posiadali się z oburzenia i wymyślali na zarozumialca. Co gorsza, Valla napisał jakieś epigramy na kilku kardynałów, krytykując ich życie, naraził się więc nie tylko literatom, lecz i wysokim dygnitarzom kościoła. 14

15 Stało się to wszystko nie w porę, albowiem niebawem umarł wuj matki Lorenza, Scribani, a po nim opróżnił się urząd abbreviatora, który pragnął Valla otrzymać. Rzecz prosta, że obrażeni prałaci i urzędnicy kurii postarali się o to, aby mu papież nie nadał tej posady, do czego przyczynił się niemało Poggio, który, o wiele starszy od Valli, nie mógł znieść, aby taki młodzik i do tego śmiałek występujący przeciw Cyceronowi zasiadł w kancelariach papieskich pomiędzy zasłużonymi ludźmi. Dwudziestoczteroletni Valla musiał więc szukać szczęścia poza Rzymem; udał się do Pawii, gdzie od roku 1431 zaczął uczyć retoryki na uniwersytecie za nędzne stypendium pięćdziesięciu florenów, i ogłosił dialog De voluptate, o rozkoszy, w którym wypowiedział otwartą wojnę dotychczasowym artykułom wiary filozoficznej. Drwił z Arystotelesa, nazywał go głupcem i kłamcą, wyśmiewał się z Platona, a co więcej, uważał za niedorzeczność starania humanistów, aby pogodzić chrześcijańską religię ze starożytną filozofią, i głosił, że jedyną rozumną filozofią jest praktyka życia w myśl zasad Epikura. Podstawą wszelkiej cnoty jest według niego miłość, chce on oswobodzić myśl ludzką od nałożonych jej pęt i podejmuje walkę o prawdę. Rzecz była napisana pięknie, nadzwyczaj zręcznie, broszura uderzała przy tym w klasztory, na niemoralność mniszej wstrzemięźliwości, co wobec powszechnej niechęci, jaka wówczas panowała ku żebrzącym zakonom, było bardzo popularne. Nikt dotąd nie odważył się podnieść siekiery na takie bożyszcze, jak Arystoteles, w braku jego nauk musiałyby chyba runąć ówczesne uniwersytety, dla których starożytny filozof był główną treścią wykładów. Pomiędzy profesorami więc i w zakonnym świecie powstało bezgraniczne oburzenie na młodego rzymianina, powtarzano o nim, że w swym obłędzie zarozumiałości chce nie tylko potępiać teraźniejszość, lecz także i starożytność poprawiać: Corrector veterum, contemptor Valla novorum. W innym piśmie zaczepił Valla prawników, wykazując ich nieudolność w porównaniu z rzymskimi uczonymi, i tak znowu oburzył notariuszów i profesorów, że chcieli go obić na ulicy. Valla więc musiał uciekać z Pawii; szedł z miasta do miasta, wykładał w Genui, w Mediolanie i w Ferrarze i przygotowywał nową rzecz, która miała ustalić jego sławę. Książka ta nosi tytuł De elegantiis i jest dziełem filologicznym niesłychanej pracy, erudycji i bystrości, w którym Valla dowodzi, że z ówczesnych łacinników żaden nie umie dobrze pisać po łacinie i wykazuje nieskończoną ilość błędów, które poprawić trzeba, aby się zbliżyć do klasycznego języka. Potomność przyznała mu też olbrzymią zasługę pod względem oczyszczenia łacińskiego języka, a nawet na jego nagrobku napisała dwuwiersz: Laurens Valla iacet romanae gloria linguae; Primus enim docuit, qua decet arte loqui. Kwestie filologiczno-gramatyczne roznamiętniały wówczas w niezrozumiały prawie dla nas sposób całe wykształcone społeczeństwo i stały się powodem zaciętych walk osobistych, ale też i rozgłaszały nazwiska wojujących humanistów. Valla stał się wskutek swych rozpraw tak sławny, że król Alfons neapolitański, najuczeńszy ówczesny monarcha, protektor poetów i literatów, powołał go na swego lektora. Za Alfonsa panowała w Neapolu niebywała dotąd w żadnym państwie wolność słowa, można było pisać i drukować przeciw Kościołowi i religii, co się podobało, a nawet nie liczyć się zupełnie z zasadami publicznej moralności. Dość powiedzieć, że Panormita, autor Hermafrodyta, był literackim doradcą króla. Pomiędzy Alfonsem a papieżem Eugeniuszem wrzała wówczas zawzięta walka. Papież chciał osadzić dynastię andegaweńską na neapolitańskim tronie, a Vitelleschi imieniem Eugeniusza IV zajął nawet część neapolitańskiego kraju; Alfons natomiast popierał koncylium w Bazylei, które uchwaliło detronizację Eugeniusza i na jego miejsce wybrało papieżem Feliksa V. W XV wieku uważana była jeszcze tak zwana donacja Konstantyna za obowiązującą i stanowiła część prawa publicznego. Na podstawie tej donacji był papież świeckim monarchą w Rzymie i panem Neapolu, a król Alfons jego lennikiem. Otóż Valla w porozumieniu z Alfonsem wystąpił teraz z pismem, w którym dowodzi, że akt owej darowizny był już w późniejszych czasach podrobiony, że cała darowizna nie jest historycznie stwierdzona i że w ogóle nie mogła prawnie istnieć; papież więc nie tylko że nie ma prawa do panowania w Neapolu i w Sycylii, lecz nawet Rzym do niego nie należy. Eugeniusza IV nazywa Valla w tym piśmie tyranem, a Vitelleschiego wyrodkiem ludzkości, 15

16 który miecz swój utopił w krwi chrześcijańskiej i od tego samego miecza zginął. Nadto występuje autor z niebywałą gwałtownością przeciw papiestwu, które się zamieniło w świecką potęgę, i zapowiada, że będzie prowadził zawziętą walkę przeciw rzymskiej tyranii. Broszura Valli wywołała wiele hałasu, ale praktycznych skutków nie miała, albowiem Alfons pogodził się z papieżem, który powrócił do Rzymu i objął tam panowanie. Valla natomiast zaczął się nawet starać o posadę sekretarza przy stolicy apostolskiej, jak gdyby nic wobec niej nie zawinił. Gdy jednak starania te nie odniosły na razie pożądanego skutku, rozpoczął wojnę z mnichami, którym głównie przypisywał, że przeszkadzają mu w uzyskaniu posady sekretarza papieskiego. Wydrukował więc Dialog o mniszej profesji, De professione religiosorum, w którym zaprzecza zakonnikom prawa nazywania się religijnymi, religiosi, gdyż religię tylko poniewierają i są właściwie sekciarzami, których by kościół wykląć powinien. Klasztory podobne są, jego zdaniem, do owego azylu Romulusa, gdzie założyciel Rzymu zbierał wszelkie męty społeczeństwa, do zakonów bowiem chronią się tylko próżniaki i nieuki. Dialog ten tak wzburzył mnichów przeciw Valli, że obserwanci chcieli go postawić przed trybunał inkwizycji, ale dzięki protekcji króla Alfonsa Valla uniknął niebezpieczeństwa. Co więcej, umiał on sobie znaleźć w Rzymie przyjaciół, którzy go wobec papieża obronili. Kardynał Landriani był wielkim przyjacielem humanistów i on to wyrobił Valli pozwolenie przybycia do Rzymu; ale obserwanci nie mogli znieść obecności swego wroga w stolicy, obawiali się, aby pomimo napaści na kościół i na zakony nie dopiął swego celu i nie został sekretarzem papieskim, pracowali więc cichaczem nad tym, aby go oddać trybunałowi inkwizycji. Valla musiał się o tym dowiedzieć, gdyż po dwóch miesiącach pobytu w Rzymie uciekł stamtąd i powrócił na dwór króla Alfonsa. Konklawe roku 1447: humanista, kardynał Tommaso Parentucelli papieżem Mikołajem V III. Tommaso Parentucelli, Mikołaj V, papież od 1447 do Eugeniusz IV umarł 23 lutego 1447 roku; żałowali go franciszkanie obserwanci, dla humanistów był jego zgon dość obojętny. Gdy zaś ze zwołanego 4 marca conclave wyszedł jako papież Mikołaj V ów Parentucelli, dawny sekretarz kardynała Albergatiego, któregośmy poznali we Florencji, to radość nie do opisania zapanowała w całej rzeczypospolitej uczonych. Wszak większość humanistów zostawała z nim od dawna w bliższych stosunkach, a nawet w przyjaźni, każdy więc z literatów marzył o tym, że dostanie jakiś urząd przy kurii rzymskiej albo przynajmniej beneficjum. Mikołaj V był dopiero od trzech lat biskupem, a od sześciu miesięcy kardynałem, a gdy mu się w nocy przed conclave śniło, że został papieżem, tak się z rana roześmiał z tej mrzonki, że towarzyszący mu duchowny spytał go, z czego się tak śmieje. Parentucelli odpowiedział, że mu się śniło, iż zostanie papieżem, on, sześciomiesięczny kardynał, człowiek pochodzący z ubogiej rodziny. 16

17 Od dawna bywało w zwyczaju, że każdy z kardynałów kazał ubierać swoją celę podczas conclave w odmienną barwę; były więc cele czerwone, zielone, fioletowe i inne, jeden tylko Parentucelli pozostawił biały pokój, co jak pisał Pius II, odpowiadało czystej duszy kardynała. Conclave trwało dziwnie krótko, szóstego marca już wyszedł z urny Parentucelli. Położył on w ostatnim właśnie roku wielkie zasługi około kościoła, wysłany bowiem przez Eugeniusza IV w celach politycznych do Francji i Niemiec, okazał nadzwyczajne dyplomatyczne zdolności, przyczyniając się do rozbicia związku kurfirstów, bardzo niebezpiecznego dla stolicy apostolskiej. Wybór kardynała bolońskiego zadowolił wszystkich, wiedziano bowiem, że nowy papież będzie dążył do utrzymania pokoju. Postać jego była wprawdzie niepokaźna, ale wielka prostota w obejściu i niezwykła żywość usposobienia czyniły go bardzo sympatycznym. Niskiego wzrostu, szczupły, prawie brzydki, chorowity, wskutek czego blady na twarzy, raził dużymi wargami, nie mógł też na zewnątrz takiego sprawiać wrażenia, jak poważny, wspaniały mnich Eugeniusz IV albo jak późniejszy Paweł II, najpiękniejszy z papieży. Lud rzymski, uważający na pozory, nie bardzo był zachwycony, gdy zobaczył niską postać Mikołaja V wyjeżdżającego z conclave według dawnego zwyczaju na białym koniu, ale w oczach nowego papieża, pełnych żaru, przebijała bystrość umysłu połączona z dobrocią. Czasami oczy te zapłonęły gniewem; Parentucelli łatwo się unosił, ale w ciągu życia nauczył się panować nad sobą. Zostawszy papieżem, miał lat pięćdziesiąt, czuł się dość silnym do pracy, a działalność jego piękną być miała. Niejednokrotnie powtarzał, że postawił sobie za cel życia zagoić rany, które rządy jego poprzednika zadały Włochom, i nie wojować więcej mieczem, lecz krzyżem; osiągnąwszy najwyższą godność w chrześcijaństwie, pragnął tylko uszczęśliwienia ludzkości. Zaczął od tego swoje panowanie, że stał się dla każdego przystępny. Dawał co piątku publiczne posłuchania, na które się gromadziło mnóstwo ludzi różnych stanów. Jednym z pierwszych, którzy przybyli do Rzymu, aby Mikołajowi V wyrazić swoją radość z powodu jego wyniesienia na stolicę apostolską, był Vespasiano da Bisticci. O siódmej wieczorem, godzinie posłuchań, wszedł florentyński księgarz do sali, gdzie się zgromadzali petenci, a skoro go papież spostrzegł, głośno się z nim przywitał i kazał mu poczekać, gdyż chce z nim pomówić na osobności. Po chwili oznajmiono mu, że go papież przyjmie. Bisticci pospieszył więc do sali posłuchań, ukląkł przed papieżem i ucałował mu stopy według zwyczaju; ale Mikołaj V kazał mu wstać i zaprowadził go do jednego z dalszych pokoi, gdzie z nim usiadł koło drzwi wychodzących na ogrodową terasę. Mikołaj nie lubił, aby przed nim stano, a jeżeli z kim chciał dłużej mówić, chwytał go za ramię i kazał usiąść przy sobie. Gdy teraz znalazł się z Bisticcim bez świadków, uśmiechając się powiedział: Mój Wespazjanie, czy też przyszło na myśl florentyńczykom, aby ten biedny klecha, który niegdyś sam musiał dzwonić w kościele, został wkrótce papieżem? Bisticci znalazł zręczną odpowiedź na to przyjacielskie zapytanie, dając wyraz powszechnemu przekonaniu, że tylko wielkie cnoty wyniosły tak wysoko owego ubogiego księdza, który z pewnością przywróci pokój krajowi znękanemu wojnami. Papież zapewnił go wtedy, że nie mieczem, ale krzyżem będzie wojował, i zwrócił rozmowę na inny przedmiot, na spłacenie długu wdzięczności wobec Medyceuszów, który mu ciążył na sercu. Dług to był niedawny. Gdy Eugeniusz IV wysłał Parentucellego jako biskupa bolońskiego do Francji i Niemiec w celach dyplomatycznych, dał mu obszerną instrukcję, ale mało pieniędzy na drogę. Sam zaś poseł nie miał funduszów, albowiem owo biskupstwo bolońskie wtedy nic nie przynosiło. Zafrasowany Parentucelli przyjechał do Florencji, a po naradzie z Bisticcim udał się przez niego do Cosima Medyceusza, który na wszystkie dobre cele miał otwartą rękę, czy by mu nie pożyczył jakich stu dukatów na ową wyprawę. Cosimo ani chwili się nie zawahał, ale zawołał zaraz swego kasjera i kazał dać bolońskiemu biskupowi list do swoich korespondentów zagranicznych, aby mu wypłacali kwoty, jakich tylko będzie potrzebował. Biskup żądał w drodze bardzo niewiele, dwieście florenów, ale gdy wracał na Florencję do Rzymu, znów mu pieniędzy zabrakło. Więc i tym razem Bisticci musiał iść do Cosima. Medyceusz zdziwił się, że tak mało kosztowała dyplomatyczna podróż, i kazał biskupowi wręczyć znowu sto florenów. Otóż to były długi wdzięczności, które Mikołaj V chciał spłacić. A spłacił je sowicie, kazał bowiem Bisticciemu oznajmić Medyceuszom, że od jutra powierza ich bankowi interesy depozytowe stolicy apostolskiej i mianuje ich głównymi swymi bankierami. Przyszłość okazała, że ta nominacja nie lada jakim była podarunkiem, podczas samego bowiem jubileuszu z r złożyła kamera 17

18 papieska u Medyceuszów olbrzymią na owe czasy sumę stu tysięcy florenów. Papież rad był jeszcze i w inny sposób okazać swą sympatię Florencji, a ponieważ właśnie przyjechało stamtąd poselstwo, które mu chciało złożyć życzenia, więc oświadczył Bisticciemu, że florentyńczyków przyjmie na publicznym konsystorzu z takimi honorami, z jakimi się wita cesarza i królów. Pragnął także Mikołaj samemu Bisticciemu wyświadczyć jakąś przysługę, ale skromny księgarz niczego nie żądał, żyjąc bowiem z pracy, był, jak się wyraża, niedoświadczony w proszeniu. Ponieważ rozmowa długo się przeciągnęła i późna już była godzina, prosił Mikołaj swego gościa, aby został na wieczerzę i przenocował w pokoju przytykającym do papieskiej sypialni; usprawiedliwiał się tylko, że łóżko będzie niewygodne, gdyż ludek rzymski zrabował według zwyczaju całe mieszkanie po śmierci Eugeniusza i trzeba było wyżebrać łóżka i pościel od kardynałów, aby się jako tako na razie urządzić. Nazajutrz przyjął papież, jak zapowiedział, florentyńczyków na publicznym konsystorzu, a w poselstwie znajdowali się znakomici ludzie, jak Giannozzo Pitti, Piero di Cosimo de' Medici i Giannozzo Manetti. Bisticci pisze, że poselstwo przepysznie wyglądało, che fu cosa mirabile. Członkowie deputacji przybyli w sto dwadzieścia koni, wszyscy jednako ubrani, a gdy weszli do sali, wzbudzili powszechny podziw. Messer Giannozzo Manetti miał do papieża przemowę, która trwała trochę za długo, bo aż pięć kwadransów. Mikołaj V słuchał jej z przymrużonymi oczyma, tak iż jednemu z kardynałów, którzy obok niego siedzieli, zdawało się, że papież zasnął, więc trącił go z lekka łokciem, aby się obudził. Nie było to wszakże potrzebne, albowiem papież słuchał całej mowy z natężoną uwagą, a gdy Manetti skończył, odpowiedział mu tak pięknie, iż wszystkich zadziwił. Mikołaj V był bardzo wymowny, głos miał dźwięczny i poważny, a zdania z taką łatwością z ust mu płynęły, jak gdyby nie potrzebował się nad nimi zastanawiać. Wówczas nie można było wypowiedzieć pięknej mowy, nie przytaczając zdań starożytnych autorów; papieżowi nie sprawiało to jednak trudności, gdyż miał niezwykłą pamięć i mało było klasycznych greckich lub łacińskich pisarzy, których by nie był przeczytał dokładnie, a całą Biblię, jak powiada Bisticci,,,miał w głowie. W ogóle wskutek rozmaitych kolei, jakie w życiu przechodził, wskutek obcowania z ludźmi wyższych i niższych stanów nabrał tyle przeróżnych wiadomości, że z każdym umiał tak rozmawiać, jak gdyby się wśród jego zajęć wychował. A dowiadywał się od ludzi dużo, gdyż nienawidząc wszelkich nieszczerości, wzbudzał zaufanie. Zadziwiał też swymi wiadomościami, których by nikt u niego nie przypuszczał; był np. tak biegły w naukach medycznych, że leczył nieraz swego dawnego kardynała Albergatiego; pomiędzy bibliografami taką stał się powagą, że Cosimo de Medici urządzając bibliotekę w S. Marco prosił go o radę, z jakich dzieł publiczny księgozbiór składać się powinien. Szczególne zamiłowanie miał do architektury i nieraz mawiał jeszcze za młodych czasów, że gdyby mógł, to by tylko budował i książki skupował. Tej namiętności mógł jako papież dogodzić. Przestrzegając jak najzupełniejszej neutralności wobec zatargów i wojen, w które byli zawikłani inni włoscy panujący, potrafił uspokoić państwo kościelne, a urządzając jubileusz w r przysporzył skarbowi papieskiemu olbrzymich dochodów. Uroczystości jubileuszowe pomimo strasznej zarazy, jaka w lecie tego roku w Rzymie panowała, ściągały niesłychane tłumy ludzi z najdalszych krańców Europy. Z samego Gdańska wyjechało dwa tysiące pielgrzymów, a i nasz historyk Długosz, jakeśmy wspomnieli, udał się do Rzymu. Jubileusz był bardzo korzystny dla kas papieskich i dla samych rzymian, którzy ogromne sumy na nim zarobili; osobliwie wekslarze, bankierzy, aptekarze, właściciele gospód i zajazdów tudzież malarze chustek św. Weroniki zgarnęli pieniędzy niemało. Papież tylko nie zachował się tak, jak na panującego przystało, i jak tylko zaczęło w Rzymie więcej ludzi umierać, natychmiast wyjechał z małym tylko dworem z miasta i co chwila zmieniał miejsce pobytu, przenosząc się z zamku do zamku, w miarę jak się zaraza rozszerzała. Poggio drwił z Mikołaja V, że tak się przejął starożytnymi zwyczajami, iż prowadzi życie koczownicze na wzór Scytów. W Fabriano bawił papież najdłużej, gdyż tam nie było zarazy, ale pod karą śmierci zakazał idącym ze stolicy zbliżać się do jego siedziby poza siedmiomilowy okręg. Za przykładem papieża uciekła z Rzymu cała kuria apostolska, a jeden ze świadków klęski opowiada, że kardynałowie, biskupi, opaci, a nawet zakonnicy rozbiegli się na wszystkie strony świata, pozostawiając ludność w niegodny sposób bez żadnej opieki. Rzecz charakterystyczna, że Mikołaj V zabrał ze sobą z Rzymu tylko uczonego Aurispę 18

19 i przepisywaczy starożytnych rękopisów, obawiając się, aby mu w Rzymie nie wymarli. W ogóle tłumaczenie greckich pisarzy i odpisywanie ich dzieł było jedną z największych trosk i namiętności Mikołaja. Zaraz po wstąpieniu na stolicę apostolską znalazł dość funduszów, aby zgromadzić około siebie i utrzymywać cały zastęp humanistów. Przede wszystkim starał się o to, ażeby jego kosztem przetłumaczono wszystkich greckich klasyków. Sprowadził też zaraz Giovanniego Aurispę, jako najsłynniejszego znawcę greckiego języka, a znał go z Bolonii. Aurispa, przyzwyczajony od młodości do ciągłych podróży, istny roznosiciel humanizmu, i teraz mimo lat osiemdziesięciu nie mógł długo wytrzymać na jednym miejscu, a papież musiał go ciągłymi darami wiązać do swego dworu. Również powołał Mikołaj V swego ukochanego Manettiego w r na sekretarza stolicy apostolskiej. Manettiego nie lubili Medyceusze, a nie mogąc go w inny sposób pozbyć się z Florencji, wpłynęli na to, że miejska komisja dochodowa tak go obarczała podatkami, iż biedak z największą radością przyjął wezwanie papieża. Poggio zaś sam przymówił się, aby mu Mikołaj V podobnie jak jego poprzednicy nadał posadę sekretarza. Stary już humanista, pomimo że narzekał ciągle na dworską służbę i mówił dużo o tym, że niczego więcej nie pragnie jak w spokoju uprawiać jarzyny w swej toskańskiej willi, przecież napisał charakterystyczny na owe czasy list do Mikołaja V, przypominając się, ażeby papież nie zapomniał o nim, jako o weteranie kurii rzymskiej o długoletnim wielbicielu jego cnót. Zalecał Mikołajowi V w tym piśmie, aby gromadził około siebie ludzi, którzy by jemu (papieżowi) byli podobni, i aby założył niejako szkołę cnót wszelakich, która by się stała początkiem złotego wieku sztuki i literatury. Papież uczynił zadość życzeniu Poggia, powołał go do Rzymu i zamianował znowu sekretarzem stolicy apostolskiej. Stary zazdrośnik znalazł jednak w kancelarii papieskiej tylu nowych humanistów, iż sądził, że jeżeli papież ich jeszcze więcej nasprowadza, to wkrótce będzie można na czele tego zastępu uczonych na Turka wyruszyć. Poggio Bracciolini contra Lorenzo Valla Pomiędzy innymi znalazł się i Valla w Rzymie, ów Lorenzo Valla, który zaprzeczał niedawno, jakoby papieże mieli jakie prawo do państwa kościelnego, który najgwałtowniejsze inwektywy rzucał na duchowieństwo i zaledwie uniknął procesu z inkwizycją. Ale Lorenzo miał już sławę ustaloną, a papież pragnął otoczyć stolicę apostolską aureolą nauki. Valla przybył zresztą do Rzymu wcale uległy, godzący się już z papiestwem, więc Mikołaj V zamianował go profesorem w tamtejszym Studio. Poggio był z tej nominacji niezadowolony, uważał Vallę za swego najniebezpieczniejszego przeciwnika, gdyż Lorenzo miał obok niego najwięcej pisarskiego talentu ze wszystkich ówczesnych humanistów, a więcej nauki i gruntowności. Niebawem też znalazła się sposobność, aby ci dwaj współzawodnicy gwałtownie się ze sobą starli, stoczyli bój, który się stał sławnym w dziejach humanizmu. Zdarzyło się, że jeden z uczniów Valli, jakiś Katalończyk, miał w ręku tom listów Poggia w odpisie i na marginesie poczynił poprawki, wykazujące błędy stylistyczne, w tych listach się znajdujące. Poggio dowiedział się o tym, a podejrzewając, że Valla namówił Katalończyka do zrobienia tych uwag, napisał natychmiast Inwektywę pełną oburzenia na Vallę, broniąc się, że owe zarzuty stylistyczne nie mają najmniejszej podstawy. Tego tylko brakowało, aby Vallę rozdrażnić; miał on z Poggiem dawne rachunki, podejrzewał go bowiem o intrygi przeciw sobie jeszcze za czasów Eugeniusza IV, ułożył więc odpowiedź, która ziała jadem. Ale i Poggio nie dał się w wymyślaniach prześcignąć i wydał drugą Inwektywę na Vallę, będącą szczytem tych piekielnych pism pełnych napaści i oszczerstw, które bywały bronią humanistów. Wyrobił się u nich zwyczaj, aby w literackich walkach nie dać się zwyciężyć przeciwnikowi, nie ulec mu wobec opinii publicznej. Chodziło nieraz nie tyle o wylanie żółci, ile o przekonanie czytelników, że się jest wyższym od przeciwnika w wyszydzaniu i ośmieszaniu go, a także o rozgłos, o sławę. Humaniści odziedziczyli tę chwalebną cnotę prześcigania się w oszczerstwach od średniowiecznych scholastyków, którzy także posiadali w wysokim stopniu talent rzucania na siebie najzjadliwszych obelg i uważali literacką vendettę za konieczną. 19

20 Invendicata ingiuria Chiama da lungo la novella offesa Ponieważ Valla odpowiedział na drugą Inwektywę Poggia pismem, które nazwał Antidotum, więc walka z rozlewem atramentu toczyła się dalej, rzucano na siebie i odrzucano sobie nawzajem garście obelg, tak że Poggio doszedł aż do pięciu inwektyw contra Vallam, w których mu wypominał popełnione kradzieże, pijaństwo, nieuctwo, kacerstwo i w których każdy zarzut starał się potwierdzić jakąś anegdotą z życia swego przeciwnika. Do jakich śmieszności dochodziło czasem w tych utarczkach, może posłużyć za dowód jedna anegdotka. Poggio zarzucił Valli, że uwiódł służącą swojej siostry; Valla bardzo poważnie przyznał się do winy, ale tłumaczył się, że w tym razie chodziło mu właśnie o ratowanie honoru, albowiem szwagier wyśmiewał się z jego obojętności wobec płci pięknej i w ogóle krewni zarzucali mu frigidam naturam. Aby więc obronić się przed niesłusznymi zarzutami i zadrwić sobie ze szwagra, posunął się do tego kroku. W jednej z inwektyw dowodzi Poggio, że Valla już był zasądzony do piekieł i że się tam z pewnością dostanie. Ponieważ jednak mimo tego wyroku skazaniec chodził po Rzymie, więc Poggio poczuwał się do obowiązku w następnej inwektywie fakt ten tak wytłumaczyć, że Valla odsiadywał już karę za swe niegodne życie w czarnych podziemiach, ale diabły poznawszy jego przewrotność uradziły, że trzeba go na powrót posłać na ziemię, aby ludzi namawiał do zepsucia i przysparzał piekłu zdobyczy. Musiał więc Valla złożyć przysięgę wierności najstarszemu szatanowi i dopiero wtedy go na wolność puszczono. Ta szermierka na pióra, w błocie zmaczane, przeszkadzała Valli w poważnej pracy, a przyznać mu trzeba, że on właściwie wlał nowe życie w uniwersytet rzymski, tak zwaną Sapienzę, która pomimo reform Eugeniusza IV zaledwie istniała. Valla sprowadził się do domu Sapienzy i całym sercem zajął się studentami, czytał im Wergiliusza, Kwintyliana i Cycerona i wszczepiał w nich zrozumienie i miłość starożytności. Wychował też całe pokolenie młodych humanistów, a przede wszystkim Pomponia Leta i Platinę, o których nam mówić przyjdzie. W kołach starszych humanistów pozostawił po sobie wspomnienie jednego z najniebezpieczniejszych, najzjadliwszych przeciwników, a po śmierci takie mu napisano epitafium: Ohe! ut Valla silet; solltus qui parcere non est, Si quaeris, quid agat, nunc quoque mordet humum. Valla był może najznakomitszym krytykiem humanizmu i nadawał cechę tej epoce, przede wszystkim krytycznej, nadzwyczaj ważnej dla powszechnej kultury, jałowej dla literatury włoskiej. Stanowisko jego wobec idei przekazanych przez starożytnych pisarzy było zupełnie odmienne od zapatrywań, jakie mieli w tej mierze inni humaniści; wyśmiewał on się z zachcianek przywrócenia pogańskich wyobrażeń i odbudowania rzymskiego imperium. Natomiast opierał się na chrześcijaństwie, odrzucał konieczność rozłamu pomiędzy umiejętnością a wiarą i pracował nad tym, aby idee starożytne przyczyniły się do rozwoju nowożytnych dążeń. Kardynał Bessarion, ostatni znakomity Grek IV. Nie dość było rzymskim humanistom, że się pomiędzy sobą kłócili; mieli oni jeszcze stały powód do zazdrości i sporów, patrząc się na odbierających im chleb greckich uczonych, których się po upadku Konstantynopola aż nadto w Rzymie namnożyło. Protektorem ich był kardynał Bessarion, ostatni znakomity Grek, jak go później nazywano. Był on początkowo mnichem bazylianinem niskiego pochodzenia, który się wybił niepospolitymi zdolnościami, został członkiem uczonej sekty neoplatończyków, a posiadłszy ich tajemnice, należał w niej do związku wybranych. Związek ten, istniejący pomiędzy uczonymi Grekami, miał na celu wzajemne pomaganie sobie w naukach i w życiu. Wiara stowarzyszenia była jakąś mieszaniną pogańskich i chrześcijańskich pojęć, pełna ciemnego mistycyzmu. W niebie istnieli jeszcze dla nich bogowie olimpijscy, do których wybrani 20

21 wędrowali po śmierci, aby z nimi zawodzić tany z mistycznym Jakchos. W ojczyźnie jeszcze doszedł Bessarion do wysokiego stanowiska, otrzymał tytuł arcybiskupa nicejskiego, a po raz pierwszy przybył do Włoch z Paleologiem na synod do Ferrary i Florencji, mający na celu połączenie wschodniego kościoła z zachodnim. Odtąd pozostał już we Włoszech, a ponieważ głównie się przyczynił do zawarcia unii, po której się na razie w Rzymie dużo spodziewano, i pierwszy dla przykładu przeszedł na greckokatolicki obrządek, przeto papież zamianował go kardynałem i powierzył mu reformę klasztorów bazyliańskich, których się jeszcze dużo znajdowało w południowych Włoszech. Bessarion zamieszkał w Rzymie, miał własny pałac w okolicy kościoła ss. Apostoli i stał się opiekunem greckich emigrantów, a szczególnie uczonych, którzy się pod jego skrzydła chronili. Był on bardzo dobroczynny, gościnny, lubił zgromadzać u siebie nie tylko greckich, lecz i włoskich uczonych, a literackie wieczory u niego stały się głośne na całe Włochy. Bywali tam Poggio, Filelfo, Flavio Biondo i wielu innych, a czasami naśladując starożytnych Greków wychodził z nimi kardynał na przechadzkę, aby rozmawiać o filozoficznych zagadnieniach i unosić się nad mądrością Platona, którego był bezwzględnym zwolennikiem. Zdaje się, że te zgromadzenia raziły Mikołaja V, który dumny był ze swego otoczenia literackiego i nie chciał mieć obok siebie drugiego mecenasa. Złośliwi dworzanie mówili też, że papież, chcąc się pozbyć swego współzawodnika, zamianował go gubernatorem Bolonii, gdzie nie mając wiele do rządzenia, mógł się oddawać naukom. Po śmierci Mikołaja V znaczna część kardynałów chciała wybrać Bessariona papieżem; ale ostatecznie przeważyło zdanie, że nie wypada wynosić na stolicę apostolską neofity, noszącego jeszcze długą grecką brodę, i wybrano starego kardynała Borgię, Kaliksta III. Bessarion umarł w bardzo późnym wieku, a swoją nadzwyczaj cenną bibliotekę, najbogatszą wówczas w greckie rękopisy na całym Zachodzie, zapisał Wenecji, jako miastu najodpowiedniejszemu do studiów helleńskich, gdyż tam się spotykali uczeni Wschodu i Zachodu. Biblioteka liczyła 746 rękopisów, które według zdania właściciela miały wartość dukatów, i jest teraz najpoważniejszą częścią biblioteki św. Marka w Wenecji. W Rzymie Greków nie lubiano; byli oni zarozumiali, zamknięci w sobie, udawali wielką powagę i mieli się za coś wyższego od łacińskiej rasy. Pycha ta nie licowała z ich ubóstwem, przybywali bowiem z ojczyzny bez jakichkolwiek środków utrzymania, prawie o żebraczym chlebie. Spór Poggia z Georgiosem Trapezuntiosem Do wybitniejszych Greków należał Georgios Trapezuntios, który wprawdzie nie pochodził z Trapezuntu, jednak takie przybrał nazwisko, aby się podnieść w opinii publicznej, gdyż Trapezunt słynął jako siedziba uczonych. Wenecki humanista, patrycjusz Francesco Barbaro, przywiózł go z Kandii jako odpisywacza greckich rękopisów; ale odpisywacz niepospolitym był obdarzony talentem, nauczył się wkrótce po łacinie, został wędrownym nauczycielem, szedł od miasta do miasta, gdyż z powodu swego kłótliwego usposobienia nigdzie długo popasać nie mógł, aż nareszcie oparł się o Rzym. Za Eugeniusza IV uczył tam retoryki, a Mikołaj V mianował go sekretarzem kurii i powierzył mu tłumaczenie greckich klasyków na język łaciński. Te tłumaczenia okazały się wszakże błędne; Georgios opuszczał trudniejsze zdania albo je zmieniał według swojej woli, chodziło mu tylko o zapłatę. Poggio nie lubił Georgiosa; całe zachowanie się tego zarozumialca było mu wstrętne, ale musiał z nim żyć w zgodzie, gdyż go potrzebował. Papież kazał Poggiowi przetłumaczyć Cyropedię Ksenofonta tudzież rozprawy Diodora Sicula, co mu niemało sprawiało trudności, gdyż dobrze po grecku nie umiał. Musiał zatem przy tłumaczeniu trudniejszych ustępów porozumiewać się z Georgiosem, co się stało powodem nieporozumień pomiędzy łacinnikiem a Grekiem. Georgios zaczął się chwalić publicznie, że najlepsze rozdziały w tłumaczeniach Poggia są jego robotą, a gdy się sekretarze kurii zgromadzili raz w teatrze Pompejusza, obwiniał go wobec kolegów, że Poggio zamiast być wdzięczny, napisał na niego inwektywę i posłał ją do Wenecji. Poggio zarzucił mu kłamstwo, a rozgniewany Georgios uderzył go dwa razy w twarz, wskutek czego powstała pomiędzy nimi formalna bitwa i dopiero inni koledzy rozłączyli siłą rozżartych przeciwników. Po tym zajściu kazał papież Trapezuntowi Rzym opuścić; ale wrócił on niebawem i skarżył się 21

22 przed papieżem, że Poggio wysłał za nim bandytów do Neapolu, aby go zamordowali. Poggio odpowiedział Grekowi bardzo pogardliwym listem, że ma co innego do czynienia, aniżeli nastawać na jego marne życie, owszem życzy mu najdłuższego powodzenia, aby jeszcze miał sposobność odzyskać te pieniądze, które stracił, pożyczając na lichwę. Przeciwnicy zresztą wkrótce zostali rozdzieleni, gdyż Poggio musiał Rzym zupełnie opuścić, powołany na jeden z najzaszczytniejszych urzędów we Florencji. Wyrobił się tam w ostatnich czasach zwyczaj, że kanclerzami rzeczypospolitej mianowano samych znakomitych literatów, jak Coluccio Salutati, Leonardo i Carlo Aretino. Ten ostatni umarł 24 kwietnia 1453, a po nim za wpływem Medyceuszów ofiarowano tę posadę Poggiowi, który należał do najlepszych przyjaciół swych protektorów. Takiego wybitnego stanowiska nie mógł nasz humanista odrzucić, tym bardziej że chodziło mu o zabezpieczenie przyszłości synom, którzy we florentyńskim państwie szukać musieli utrzymania. Po pięćdziesięcioletniej z małymi przerwami służbie w kurii apostolskiej opuścił Poggio Rzym w czerwcu 1453 na zawsze. Zapisał on się w dziejach kurii jako jedna z najwybitniejszych postaci, jako człowiek, który wielki wpływ wywarł na kierunek rzymskiej myśli w XV wieku. Wnosił on do Lateranu sztandar humanistycznej rewolucji, uderzającej w zakony z powodu ich nieużyteczności, żądającej reformy duchowieństwa, walczącej przeciw wpływowi rycerskich rodów. Często miał w samych papieżach ukrytych sprzymierzeńców i tym się tłumaczy, że mógł pół wieku tam działać. V. Oprócz tłumaczy miał papież cały legion kopistów, po większej części Francuzów i Niemców, którzy musieli pomnażać rzadsze rękopisy. Do prac wymagających pilności, a nawet do osobistych usług chętnie używał obcych, mawiał bowiem, że Włosi nie są zadowoleni z tego, co mają, zawsze czegoś więcej pragną, są więc złymi sługami. Mikołaj był zapalonym bibliomanem; każdy nowy rękopis go cieszył, kazał go pięknie oprawić, swój herb na nim wybić i często spędzał całe godziny wśród szaf z książkami, trochę czytając, ale więcej jeszcze układając piękne foliały, radując się widokiem tych z wielkim mozołem i kosztem zebranych skarbów. Osobliwie chodziło mu o to, aby bardzo niedokładnie jeszcze znany skarb greckiej wiedzy jak najbardziej powiększyć, przelać go w kulturę łacińską i w ten sposób wszczepić w nią nowe soki żywotne. Im bardziej poznawano grecką literaturę, tym więcej przekonywano się, że literatura łacińska na niej się kształciła i że filozoficzna myśl rzymska w Grecji miała swój początek. Gorączkowo też starał się papież o wyszukiwanie nie znanych jeszcze dzieł greckich, rozsyłał swoich agentów po wszystkich krajach, a nawet jednego z nich, Enocha z Ascoli, wyprawił na kilka lat na północ, do Danii i Szwecji, aby tylko ratować, co się jeszcze ze starożytnych pisarzy uratować dało. W ten sposób doszedł Mikołaj V do księgozbioru wynoszącego, jak Pastor oblicza, tomów, który się stał zawiązkiem biblioteki watykańskiej. Papież panował za krótko, tylko lat osiem, aby plany swe w zupełności mógł przeprowadzić, a zresztą pomiędzy jego współpracownikami nie było ożywczego ducha, nie było tego zapału i tej miłości do nauki, która cechowała florentyńskich humanistów. Pracowano też najczęściej pobieżnie, aby tylko jak najwięcej pieniędzy wyciągnąć z papieskiej sakwy. Pomiędzy rzymskimi humanistami panowały szkodliwe zawiści; byli to ludzie zbierani z całego świata, których nic nie łączyło, a nie było nad nimi takiego Cosima Medyceusza, mistrza w rozumnym dopomaganiu uczonym. Stefano Porcaro i spisek na życie papieża Mikołaj V doznał zresztą w swej pracy około wszczepiania wiedzy i myśli starożytnych we włoskie społeczeństwo strasznego, prawdziwie tragicznego zawodu. Zasady rzymskich pisarzy nie na wszystkie umysły w równy sposób działały. Jedni czerpali w nich spokojną filozofię życia, w innych pobudzały one chwilowe polityczne namiętności i stawały się powodem niebezpiecznych haseł. Wielkość dawnego Rzymu zawracała im głowy, sądzili, że potrzeba tylko obalić rządy papieża 22

23 i utworzyć rzeczpospolitą, aby dawny blask Rzymu przywrócić. Rozerwać mniemane więzy, które nakładał rząd papieski, podjął się Stefano Porcaro, człowiek wielkich zdolności, żądny sławy, ale fantasta, w którego głowie, podobnie jak u Rienziego, niejasne plany zwalczały wszelki zdrowy rozsądek. Chciał być republikańskim dyktatorem, wypędzić z Włoch papieża, do czego uważał się powołaną osobistością, ponieważ zdawało mu się, że pochodzi ze starożytnego rodu Porciów i że w jego żyłach płynie krew Katonów. Stefano był humanistą, czytał pilnie pisma wymierzone przeciw duchowieństwu i zdaje się, że rozprawa Valli o mniemanej darowiźnie Konstantyna, o rzekomo nieprawnym panowaniu papieży w Rzymie stanowczo wpłynęła na jego rewolucyjne zamiary. Mikołaj V okazał kilkakrotnie wobec niego wiele pobłażliwości; ale Porcaro mimo to urządził spisek na życie papieża, pozyskał kilku swych krewnych, zebrał garstkę warchołów, kazał ukuć pozłacane kajdany, w których by można tyrana na śmierć poprowadzić, i zamierzał ogłosić się na Kapitolu trybunem ludu. Rzecz nie była wówczas trudna do wykonania, gdyż spokojny papież nie miał wojska, a starając się wszelkimi sposobami o podniesienie dobrobytu ludności, nie przypuszczał, aby mu groziło jakieś niebezpieczeństwo. Szczęściem w pałacu papieskim dowiedziano się w ostatniej chwili o przygotowującym się zamachu; kardynałowie zebrali cokolwiek zbrojnych, a szybko działając, zdołano uwięzić przyszłego trybuna, schowanego u siostry w skrzyni pod sukniami. Gdy go wyprowadzono na ulicę, zaczął wołać: Ludu! czy pozwolisz, aby twój obrońca miał zginąć? ale głosu tego nikt nie usłuchał. Porcaro został powieszony na platformie jednej z wież zamku św. Anioła. Spisek ten sprawił na papieżu nadzwyczaj bolesne wrażenie: za tyle starań o podniesienie Rzymu doczekał się, że ukuto dla niego kajdany. Co więcej, właśnie jeden z tych humanistów, których papież miłością swą otaczał, podniósł przeciwko niemu zbrodniczą rękę. Obok Porcara byli jeszcze i inni literaci zamieszani w spisek, a nawet ci, którzy nie brali bezpośredniego udziału w sprzysiężeniu, mogli uchodzić za moralnych sprawców zamachu. Toteż otaczający stolicę apostolską uczeni, obawiając się tego podejrzenia, zaczęli głośno potępiać Porcara, pisali panegiryki na cześć papieża, ale spokoju w jego duszy przywrócić już nie zdołali. Mikołaj V przekonał się, że jego ideały rozwiane, że rzymska ludność może lada chwila zniszczyć jego prace, spalić jego księgi, zburzyć gmachy, z takim zapałem postawione. Odzywały się nawet głosy w otoczeniu papieża, aby stolicę papieską przenieść do Bolonii, gdyż rzymianom nigdy ufać nie można. Papież jednak nie usłuchał tych rad; postanowił pozostać w Rzymie, ale usposobienie jego od tej chwili bardzo się zmieniło, zamknął się w sobie, nie dowierzał nawet swemu otoczeniu i na zdrowiu bardzo podupadł. VI. Architektoniczne plany Mikołaja V Mikołaj V nie tylko zbierał książki, ale i budował, budował dużo i nosił się z tak olbrzymimi planami, że gdyby był dłużej pożył, pozostawiłby swą stolicę godną Rzymu cezarów. Jego następca Pius II Piccolomini powiedział, że gdyby dzieła architektoniczne, które Mikołaj V wznosić rozpoczął, mógł był dokończyć, to by żadne z nich nie ustępowało co do wspaniałości tym gmachom, które wznieśli imperatorowie. A w tym Rzymie, jaki papieże Odrodzenia odziedziczyli po średnich wiekach, trzeba było dużo budować i do porządku doprowadzić te łomy marmurów i te gruzy, w które miasto obrócono. Mikołaj V z całym zapałem i właściwą sobie systematycznością kazał odrestaurować przede wszystkim kościoły, w których podczas wielkiego postu były stacje Męki Pańskiej; wielkich prac dokonał w S. Maria Maggiore, w S. Paolo, w S. Lorenzo fuori le mura i w mnóstwie innych kościołów, przysłużył się nadto miastu, odbudowując rzymski jeszcze wodociąg Acqua Yergine. Ale wszystkie te prace nikły wobec olbrzymiego planu przebudowania właściwej papieskiej siedziby, całego Watykanu i otaczającej go dzielnicy wraz z bazyliką św. Piotra. 23

24 W architektonicznych pomysłach wspierał papieża słynny Leone Battista Alberti, a z obrad tych dwóch znakomitych ludzi wyszedł ów z powodu swych rozmiarów prawie fantastyczny projekt. Bazylika św. Piotra w XV wieku. Od mostu i zamku św. Anioła miały trzy proste ulice prowadzić na plac przed bazyliką św. Piotra. Ulice te chciał architekt oprawić z obydwu stron w podcienia, spoczywające na poważnych słupach, jedna z nich, najbardziej na prawo położona, miała otwierać widok na Watykan, środkowa na bazylikę, a trzecia, najbliższa Tybru, na gmachy przeznaczone dla kardynałów. Na placu św. Piotra miał stanąć olbrzymi pomnik, znak tryumfu chrześcijaństwa: obelisk Nerona, który by otaczały u dołu spiżowe posągi ewangelistów, a koronowała postać Chrystusa trzymającego krzyż w prawej ręce. W głębi, podobnie jak dzisiaj, szerokie schody otwierałyby przystęp na wielką platformę, a po prawej i lewej stronie miały stanąć przepyszne wieże, których dzwony zwoływałyby świat chrześcijański na wielkie kościelne uroczystości. Platformę miała w głębi zakończyć olbrzymia hala z pięcioma bramami, za nią jeszcze projektowano umieścić monumentalną fontannę, otoczoną podobnymi krużgankami, jak dzisiejsza kolumnada Berniniego. W samej głębi powinna była się wznieść świętość nad świętościami, bazylika św. Piotra z grobem apostoła. Papież pragnął, aby nowy kościół co do wspaniałości budowy i materiału przechodził wszystko, co się dotąd widziało, a trzeba go było zbudować, gdyż dotychczasowa bazylika groziła już upadkiem. Wreszcie poza nowym kościołem chciano założyć cmentarz dla papieży z pysznymi grobowcami. Cały ten plan przenosi nas w jakieś wschodnie świątynie, działające na wyobraźnię, mające wzbudzić podziw w pielgrzymach i dawać im wyobrażenie o potędze religii. To stopniowanie architektonicznych wrażeń, rozpoczynające się już na moście św. Anioła, było genialnie obmyślane. Architektura miała tutaj stworzyć apoteozę religii i papiestwa. Rzecz prosta, że Mikołaj V zamyślał także dla samego papieża i jego otoczenia zbudować nie widziane dotychczas pałace; według jego planów miał powstać nowy Watykan olbrzymich rozmiarów, całe miasto gmachów o nieskończenie długich kolumnadach, o wysokich halach z bijącymi wodotryskami, o krużgankach prowadzących do ogrodów, o kilku kaplicach, mieszkaniach dla kardynałów, lokalnościach dla kancelarii kurii rzymskiej, z wielką biblioteką i teatrem na przedstawienia dramatyczne. Miały tam być także osobne cele i pokoje na wybory papieży, na conclave, a nad wszystkie piękności miała górować sala koronacyjna, przeznaczona także na przyjęcia cesarzy i królów. W iście fantastycznych tych projektach znać było architektoniczne wpływy starożytnych, zwłaszcza greckich świątyń, owych miast religijnych, budowanych na wzgórzach według jednego 24

25 planu. Teren, na którym stoi kościół św. Piotra, bardzo się ku temu nadawał, albowiem wznosząc się coraz bardziej ku pagórkom dawał sposobność do tworzenia wspaniałych perspektyw. Mikołaj V nie ograniczał się do wzbudzania podziwu u każdego, kto przestąpił most św. Anioła; chodziło mu także o bezpieczeństwo, o ufortyfikowanie papieskiego miasta. Cała Leonina miała być zatem obwiedziona murem i szeregiem baszt, aby, jak powiada biograf papieża Manetti, żadne żywe stworzenie, z wyjątkiem ptaków, nie dostało się do tego świętego miasta. Gdy Mikołaj V umierał, chciał się wobec zgromadzonych kardynałów niejako usprawiedliwić z tych olbrzymich wydatków, które łożył na rozpoczęte budowy. Mówił wtedy, że na ludzi wykształconych nie potrzeba działać zewnętrznymi znakami, aby zrozumieli wielkość kościoła, lud jednak musi widzieć tę wielkość w gmachach i w świetnych obrzędach. Ta myśl była mu przewodnią, a nie miłość zbytku, nie pycha albo żądza sławy. Pragnął wielkości kościoła i zabezpieczenia go przed wewnętrznymi i obcymi nieprzyjaciółmi. To usprawiedliwienie leżało papieżowi tym bardziej na sercu, ponieważ niespełna na dwa lata przed jego śmiercią upadek Konstantynopola (1453) przeraził cały świat chrześcijański, a umierający Mikołaj V przeczuwał, że odtąd wszelkie fundusze, jakimi papiestwo rozporządza, będą musiały być obracane na zabezpieczenie Włoch przed tureckim najazdem. Rzecz prawie nie do pojęcia, że ten papież, który był jednym z filarów humanizmu, który za drogie pieniądze skupował starożytne rękopisy w dalekich krajach i założył bibliotekę watykańską, niszczył w Rzymie pomniki dawnej architektury, aby z nich zabierać materiał do nowych budowli. Łamano ciosy marmuru i trawertynu z Forum, z wielkiego cyrku, a z samego Colosseum rozwleczono w ciągu jednego roku wozów kamienia. Gdy robotnicy pracujący około kościoła św. Piotra znaleźli w pysznym grobowcu Probusa rozmaite starożytne złote klejnoty, papież kazał je stopić i z uzyskanego złota zrobić kielich mszalny. Namiętność budowania zwyciężyła w nim namiętność humanisty. W kilka lat później narzekał Pius II na te barbarzyństwa, winę przypisywał jednak tylko rzymskiemu ludowi: Oblectat me, Roma, tuas spectare ruinas, Ex cuius lapsu gloria prisca patet. Sed tuus hic populus muris defossa vetustis Calcis in obsequium marmora dura coquit. Impia ter centum si sic gens egeris annos, Nullum hic iudicium nobilitatis erit. VII. Humanizm źródłem osłabienia wiary Mikołaj V, sprowadzając i popierając humanistów, nie przewidywał, że rozpowszechnianie starożytnej literatury przyczyni się do osłabienia wiary i że humanizm toczyć będzie pień rzymskiego kościoła, jak czerw zamierające drzewo. Niebawem humaniści wciskali się we wszystkie pory kościelnego organizmu, zawładnęli kancelarią papieską, mieli w swoich szeregach znakomitych kardynałów, głośnych arcybiskupów i słynnych opatów, ba, nawet wchodzili w mury klasztorne. Humanizm był w trzech częściach krytyczną erudycją, i to erudycją pogańskiego świata, rzecz więc prosta, że jego nauki nie mogły się zgadzać z chrześcijańską wiarą. Krytycyzm pociągał za sobą reakcję przeciw religijnym dogmatom, przeciw ascetyzmowi i w ogóle przeciw władzy i wpływom duchowieństwa. Wszędzie, nawet na deskach teatralnych, walczyły obydwie zasady: wiara i wrogi jej krytycyzm. W przedstawieniu scenicznym z XV wieku I sette dormienti utrzymują Tiburcio i Cirillo, że według Arystotelesa zmartwychwstanie zmarłych jest mrzonką, sprzeciwiającą się prawom przyrody, na co wprawdzie Faustino, przedstawiciel chrześcijańskiej idei, zręcznie odpowiada: 25

26 Se Aristotel nol crede, lo credo io, Se non lo fa natura, lo fa Dio, ale sam fakt rozprawiania nad tego rodzaju tematami na scenie dowodzi, jak dalece krytycyzm opanował umysły. Wskutek ciągłego zajmowania się światem starożytnym powstało najzabawniejsze zamieszanie pojęć, a religijne przyzwyczajenia chrześcijańskie mieszały się z naleciałościami pogańskimi. Jakiś humanista zamiast zapalać lampę w piątki przed obrazem Matki Boskiej, stawiał ją przed wizerunkiem Platona; kardynał Bessarion, przemawiając nad trumną jednego ze znakomitych Greków, utrzymywał, że duch zmarłego dostanie się tam, gdzie będzie mógł pląsać z bogami w mistycznym tańcu Bachusa. Inny znów kardynał, Sadoleto, pisał do przyjaciela odradzając mu czytania listów św. Pawła, gdyż barbarzyńskie zwroty tam zawarte mogłyby mu zepsuć piękny styl, i w ogóle radził mu, aby odrzucił od siebie takie literackie lichoty, niegodne poważnego człowieka. Że Boga Ojca nazywano często Jowiszem, panem Olimpu, że Maria była spes fida deorum, że co chwilę modlono się do,,bogów nieśmiertelnych, to należało do zwykłych objawów w owym społeczeństwie. Ale żeby poeta wzywał Jowisza za nas ukrzyżowanego O sommo Giove per noi crocifisso, to wykraczało przecież poza granice religijnej przyzwoitości. W czasach jednak, kiedy Ledę z łabędziem umieszczono jako ornament na spiżowej bramie kościoła św. Piotra w Rzymie, wszystkie tego rodzaju zboczenia ku poganizmowi były możliwe. Złośliwie też Tebaldeo wyrzucał kurii rzymskiej, że tam nie czczą już Boga, ale Bachusa i Wenerę: La tua superbia ognor sí fa più grande Più non si onora Dio, ma Bacco e Venere Forza è che in precipizio il ciel ti mande. W tym zamieszaniu pojęć trudno było, zwłaszcza w klasach wyższych, o prawdziwą wiarę; chodzono na mszę, trzymano się kościelnych obrzędów, gdyż tak nakazywała odwieczna tradycja, gdyż się przyzwyczajono do malowniczych form katolickiego kościoła, ale mimo to sceptycyzm był cechą wykształconego społeczeństwa. Taki Poggio, który lekceważył kościół i papiestwo, wybudował w Terranuova kaplicę poświęconą Matce Boskiej, może dla zadośćuczynienia próżności, może ze względu na lud okoliczny, może dla polecenia duchowieństwu swych synów, którzy mieli w rzymskiej hierarchii znaleźć utrzymanie. Kalikst III papieżem i Hiszpanie w Rzymie Po śmierci Mikołaja V nastąpił na stolicy apostolskiej, jak już wspomniano, Kalikst III, Hiszpan Borgia, człowiek stary, zajęty szczerze rokowaniami dyplomatycznymi z państwami europejskimi celem odwrócenia tureckiego niebezpieczeństwa. W Rzymie utrudniał sobie stanowisko, pozwalając na wyzywające postępowanie Hiszpanów i swoich nepotów. Kardynał Rodrigo Borgia, siostrzeniec Kaliksta III, późniejszy papież Aleksander VI, młody człowiek, wolnych obyczajów, otrzymał najważniejszy i najwięcej dochodów przynoszący urząd wicekanclerza kurii i stanął na czele kancelarii papieskiej. Młodszy brat Rodriga, Don Pedro Luys, najpiękniejszy mężczyzna w Rzymie, został naczelnym dowódcą wojsk papieskich. Cała armia Hiszpanów szukających szczęścia najechała Rzym i swoją butą, swym zdzierstwem i niespokojnym usposobieniem oburzała miejscową ludność. Rodrigo poobsadzał mnóstwo posad przy kurii rzymskiej hiszpańskimi awanturnikami, których ani humanizm, ani nauki nie obchodziły. Pragnęli oni tylko żyć wesoło i zebrać jak najwięcej pieniędzy, aby mieć pełne sakwy, gdy stary papież umrze. Śmierć też Kaliksta była hasłem dla rzymian, aby wypędzić Katalonów, jak owych przybłędów nazywano. Nie czekali oni wszakże na zemstę ludności, ale po większej części wcześnie pouciekali; tylko Don Pedra nie mogło się kolegium kardynałów pozbyć, dopóki mu nie wypłaciło kilkadziesiąt tysięcy dukatów. Rzymska ludność po raz pierwszy poznała Hiszpanów. 26

27 Humanista Eneasz Sylwiusz Piccolomini jako Pius II Humaniści odżyli po conclave z 19 sierpnia 1458, gdy z urny wyszedł Eneasz Sylwiusz Piccolomini jako Pius II. Zdawało się, że nowy papież, znakomity literat, który pół życia poświęcił klasycznym studiom, stanie się wielkim protektorem humanistów i że złoto z kas papieskich uściele im drogę do Olimpu. Ale literaci bardzo się zawiedli: Pius II, podobnie jak jego poprzednik, gromadził, co mógł, na wyprawę przeciw Turkom, a zresztą umiał wybierać pomiędzy literatami tylko umysły wyższe, a takich po śmierci Poggia, Manettiego, Aurispy nie było. Tuzinkowych humanistów nie przypuszczał papież do kancelarii, potrzebował bowiem dużo posad dla swojej rodziny. Piccolominich było w Sienie i w okolicy bez liku, a papież tak się obawiał rodzinnego najazdu, że na razie zakazał swym krewnym do Rzymu przyjeżdżać. Ta energia wkrótce jednak osłabła, gdyż Pius II bardzo był przywiązany do rodziny i swej ukochanej Sieny. Ten i ów z Piccolominich obchodził zakaz w ten sposób, że się sprowadzał do Frascati, że krążył koło Rzymu i czekał, dopóki by się papież nie zlitował i kochanemu siostrzeńcowi nie pozwolił przekroczyć bram stolicy. Niebawem każda wakująca posada w kurii rzymskiej dostawała się Piccolominim, a młodzi humaniści, uczniowie Valli, czekali na lepsze czasy, kiedy zabraknie sieneńczyków. VIII. W bibliotece watykańskiej przechowało się jeszcze 170 tomów ksiąg rachunkowych dochodu i rozchodu, introitus et exitus, kamery papieskiej z czasów od Marcina V do Leona X. Księgi te już na zewnątrz pouczające; niektóre noszą na okładkach ślady przebytych rewolucji, zapewne w czasie Sacco di Roma były powyrzucane i powalane i dopiero je później znów do szaf włożono. Zajrzawszy w poważne zapiski można od razu rozpoznać, kiedy się średnie wieki skończyły, a kiedy się zaczęło panowanie humanistów w kancelariach papieskich. Prawie do Sykstusa IV zdawałoby się, że jeden człowiek pracował nad tymi księgami: pismo regularne, wystylizowane, podobne do każdego innego pisma kurialnego, brak w nim wszelkich cech indywidualnych, istotna rozkosz dla oka paleografa. W ogóle aż po czasy Odrodzenia kuria rzymska miała nie tylko charakterystyczne pismo, lecz nawet własny styl, tak zwany cursus, którego używano do układania bulli papieskich. Styl kurialny był właściwie metryczną prozą, a urzędnicy stolicy apostolskiej zazdrośnie nad tym czuwali, aby nikt nie zdołał przeniknąć ich sposobu pisania, odziedziczonego, jak utrzymywano, jeszcze po urzędach rzymskiego cesarstwa. Duchowieństwo francuskie starało się zdobyć tajemnice tej stylistyki, chciało nawet piękność jej prześcignąć, ale nadaremnie; cursus pozostał wyłączną własnością kurii rzymskiej i dopiero w czasach Odrodzenia poszedł w zapomnienie. Tak samo jak w stylu, tak i w kaligrafii watykańskiej nastąpiła wielka zmiana w XVI wieku. Im więcej było humanistów w kamerze papieskiej, tym większa swoboda w charakterze pisma, tym bardziej przebijają humory i usposobienia skrybów: jeden chciałby się jak najprędzej pozbyć swego zadania, inny foremnie pisać się jeszcze nie nauczył. Dawniej zaczynano księgę od wezwania Boga wszechmocnego, później zwyczaj ten znika, a trafia się, że jakiś młody rachmistrz popisuje się uwagą wyglądającą na karczemny dowcip. Zwyczaj sprzedawania urzędów w Kurii Rzymskiej Rozumie się samo przez się, że z tych urzędników rachunkowych nie trzeba brać miary co do innych literatów, którzy układali bulle papieskie, ale i w wyższych urzędach rozgościła się lekka gwardia, która bardzo szkodziła sławie kurii rzymskiej. Osobliwie od czasu, jak powstał zwyczaj sprzedawania urzędów, poziom biurokracji papieskiej nadzwyczaj się zaczął obniżać. Kupczenie posadami zdarzało się już za Jana XXII, ale z czasem coraz bardziej wchodziło w zwyczaj, a począwszy od Sykstusa IV sprzedaż urzędów stała się regularnym dochodem kurii rzymskiej. Był 27

28 to rodzaj wypuszczania skarbowej renty: gdy papieże potrzebowali pieniędzy, sprzedawali jak najwięcej urzędów. Ten i ów mający kilkaset dukatów kupował urząd, który mu przynosił dożywotnią rentę, dochodzącą czasem do prawdziwie lichwiarskich odsetek. Dostawał bowiem z kasy papieskiej dość wysoki procent od włożonego kapitału, a nadto miał nieograniczone pole do pobocznych dochodów i zysków, do opłat wyciskanych od klientów mających interesy w kancelariach. Za Sykstusa IV otrzymywał abbreviator 22 od sta od zapłaconego za swój urząd kapitału, a mimo to kuria papieska robiła na tych sprzedażach dobre interesy, albowiem przez wymieranie urzędników płace odpadały, a kapitał otrzymany zostawał. Zresztą posady nie były tanie: za Piusa II kosztował urząd skryptora i protonotariusza w kancelarii papieskiej 100 dukatów, uditore di Rota musiał zapłacić 80, clericus in registro supplicationum 51 dukatów, a nawet woźny, który nosił papiery z biura do biura, składał do kasy papieskiej 50 dukatów. Prawdziwie skandaliczne pod tym względem stosunki zapanowały za Sykstusa IV, gdyż oprócz dawnych urzędników zaprowadzono całe kolegia nowych funkcjonariuszów, których dość dziwacznie ponazywano. Były kolegia janiczarów, mameluków, stradiotów, którym nie dawano z kasy papieskiej żadnej stałej płacy, ale pozwalano im brać podarunki od klientów. Można sobie wystawić, do jakich nadużyć taki system prowadził. Ufundowanie kolegium janiczarów przyniosło kasie papieskiej na raz , wznowienie zaś kolegium abbreviatorów dukatów. Innocenty VIII miał z zaprowadzenia kolegium sekretarzy skudów, Aleksander VI nałożył na 80 pisarzy bulli papieskich taksę po 750 skudów. Nawet wielki Juliusz II nie gardził tego rodzaju dochodami: pomnożył kancelarię papieską o 100 skryptorów, z których każdy musiał zapłacić po 740 dukatów. Od tej sumy dukatów płaciła kamera papieska rentę w kwocie dukatów, czyli blisko 14 1 /2 od sta. W ogóle posady skryptorów bardzo były pożądane, za Sykstusa IV płacono za nie 1 000, za Aleksandra VI 2 000, a za Leona X nawet dukatów. W r istniało w kurii rzymskiej 650 kupnych urzędów, które przyniosły skudów. W owych czasach zwyczaj sprzedawania urzędów istniał wprawdzie po rozmaitych dworach, ale nigdzie w tych rozmiarach, co w Rzymie. Gorszył się tym jeszcze w późniejszych czasach, za Aleksandra VII, poseł wenecki Antonio Grimani, donosząc swemu rządowi, że wskutek sprzedaży urzędów zapełniają się kancelarie kurii rzymskiej ludźmi, którzy nie mają ani zasług, ani potrzebnych zdolności, i że tego rodzaju stosunki szkodzą powadze, grandezzy, stolicy apostolskiej. Także Poggio pisze w jednej ze swych facecji, że w kurii zawsze przypadek rozstrzyga o powodzeniu człowieka, a wyjątkowo tylko talent albo cnota; wszystko się tam otrzymuje intrygą albo szczęściem, nie mówiąc już o pieniądzach. Przed kardynałem Angelotto skarżył się jeden z przyjaciół Poggia, że koledzy mniejszych niż on zasług i zdolności otrzymują lepsze od niego posady; na co kardynał radził mu, aby się nie zniechęcał, lecz ażeby przez jakiś czas starał się usilnie zapomnieć to wszystko, czego się kiedykolwiek nauczył, a natomiast przyzwyczajał do wad i błędów, których dotąd nie ma; w ten sposób zapewni sobie wielką karierę. Radę kardynała Angelotta streścił lud rzymski w przysłowiu: Denari fanno correr gli asini a Roma per beneficii. Konflikt humanistów z papieżem Pawłem II Sprzedawanie urzędów stało się za Pawła II powodem do niemałej rewolucji humanistów. Wenecki ten papież, niezadowolony z zarządzeń swego poprzednika Piusa II, kazał z korporacji abbreviatorow pousuwać wielu urzędników humanistów, którzy swe posady kupili. Straciwszy więc i pieniądze, i posady, postanowili oni wobec tej krzywdy prosić papieża o posłuchanie. Ale papież odmówił im audiencji. Wtedy przez dwadzieścia nocy, gdyż Paweł II tylko w nocy przyjmował, ustawiali się przed bramą papieskiego pałacu, chcąc w ten demonstracyjny sposób wymusić posłuchanie. Gdy zaś i to nie pomogło, zdobył się spomiędzy nich literat Platina, uczeń Lorenza Valli, na odwagę i napisał list do papieża, w którym mu przedstawia krzywdę im wyrządzoną i zapowiada, że jeżeli nie znajdą w Rzymie sprawiedliwości, to pójdą skarżyć się przed trony królów i książąt i będą się starali o zwołanie koncylium, przed którym papież będzie zmuszony wytłumaczyć się, z jakiego powodu obrabował ich z prawnie nabytych urzędów. List ten oddał Platina jednemu 28

29 z najbliższych doradców Pawła II, biskupowi z Treviso, aby go wręczył papieżowi. Ta śmiałość humanistów w najwyższym stopniu rozgniewała papieża, zwłaszcza że w owym piśmie była wzmianka o soborze, a papieże walczyli ciągle z koncyliami, które chciały zmniejszyć ich władzę. Paweł II kazał więc przywołać Platinę do pałacu i odprowadzić go do więzienia do zamku św. Anioła. Platina był wówczas bardzo cenionym literatem, a osobliwie cieszył się protekcją kardynała Gonzagi, na którego dworze służył, zanim został urzędnikiem kurii. Gonzaga więc wstawiał się za nim u papieża uniewinniając biedaka, że ze zmartwienia dostał pomieszania zmysłów. Paweł II nie chciał wszakże ustąpić i o mało że go nie skazał na śmierć; powoli jednak dał się ułagodzić i poprzestał na karze więzienia. Humanista miał czas przez cztery miesiące rozmyślać w ciemnicy zamkowej nad swoją lekkomyślnością, aż wreszcie Gonzaga uprosił papieża, że mu kazał wolność przywrócić. Platina wyszedł z więziennych murów taki schorowany, że zaledwie się mógł na nogach utrzymać. Rzymska akademia Pomponiusza Letusa antypapieska rewolucja z udziałem Kallimacha Utrata posad i uwięzienie Platiny w najwyższym stopniu rozgoryczyły humanistów; myśleli tylko o zemście i czekali na sposobność, aby się pozbyć tyrana papieża. Punktem zbornym tej młodzieży stał się dom na Kwirynale znanego wówczas uczonego, profesora retoryki, wielkiego dziwaka, Pomponiusza Letusa. Pomponiusz był nieślubnym synem jednego z książąt Sanseverino, potężnej neapolitańskiej rodziny; w młodych latach przybył do Rzymu, uczył się u Valli, a po jego śmierci został profesorem gramatyki w tamtejszej Sapienzy. Był to mały, ruchliwy człowieczek w wytartym ubraniu, nadzwyczaj czynny i w tej mierze do Valli podobny. Wstawał prawie o świcie, biegł do swojej winnicy, którą uprawiał według przepisów Warrona, a opatrzywszy i powiązawszy winne latorośle, udawał się czym prędzej do uniwersytetu, gdzie na niego czekało mnóstwo młodzieży. Tam wpajał w swych uczniów kult starożytności, kazał czcić,,geniusz Rzymu, niejako bóstwo opiekuńcze humanistów. Był w klasycznej literaturze nadzwyczaj oczytany i tyle w nim tkwiło miłości i zapału do rzymskiej kultury, że uczucia te udzielały się młodzieży i wzbudzały w niej prawdziwe uwielbienie dla profesora. Pomponiusz nie chciał nawet uczyć się po grecku, aby sobie obcym starożytnym językiem nie zepsuć czystej cycerońskiej łaciny, którą chciał mówić i pisać. W domu porządkował profesor swój zbiór rzymskich monet, odłamów dawnych marmurów, napisów, którymi całe jego mieszkanie było zapełnione, a wieczorem gromadził młodzież, która odczytywała swe łacińskie poezje lub rozprawiała nad filozoficznymi tematami. Czasami urządzano teatralne przedstawienia, młodzież grała komedie Plauta i Terencjusza, rozpływano się w kulcie przeszłości, czasami zaś szedł Pomponiusz błądzić pomiędzy ruinami, a przechodnie widywali go, jak stawał długo przed gruzami marmurów, wpatrywał się w nie jak w cudowny obraz i ronił łzy nad upadkiem rzymskiej rzeczypospolitej. Ze zgromadzeń humanistów, które się odbywały u Pomponiusza, powstało powoli wolne literackie stowarzyszenie, zwane rzymską akademią, która miała przywrócić pomiędzy swymi członkami starożytne zwyczaje i starożytną kulturę. Humaniści należący do akademii zerwali zupełnie z rzymskim kościołem, pogardzali duchowieństwem, a zasady Epikura uważali za najwyższą filozofię. Zaprzeczali istnieniu Boga, utrzymywali, że przyszłe życie jest czczym wymysłem, że dusza ginie wraz z ciałem i że człowiek może się oddawać wszelkim namiętnościom, o ile porządek społeczny temu nie przeszkadza. Uważając imiona świętych katolickich za hańbiące, poprzyjmowali rozmaite imiona starożytne i pozaprowadzali zwyczaje bodące parodią kościelnych obrzędów. Uważali się sami za kolegium kapłanów, a na ich czele stał Pomponio jako pontifex maximus. Chodzili także do katakumb św. Sebastiana szukać rzymskich zabytków, a za naszych dni odkrył tam słynny archeolog Rossi wyryte na ścianach ich nazwiska i nieprzyzwoite napisy, które gdzieniegdzie poumieszczali. Największą uroczystością, którą święcili, było założenie Rzymu i urodziny Romulusa, wszystkie zdarzenia datowali ab Urbe condita, regnante Pomponio Pontifice maximo, w ogóle starożytna Urbe stała się dla nich treścią wszelkich ideałów i zawartością ludzkiej kultury. Dążyli więc do możliwego zbliżenia się do owego ideału i politycznym ich celem było pozbycie się papieża i zaprowadzenie rzeczypospolitej. Pozyskali sobie w tym celu demagogów, w których Rzym zawsze obfitował, a nawet ponawiązywali stosunki z Orsinimi, którzy byli niechętni Pawłowi II. Jako naczelników 29

30 rewolucyjnego ruchu wybrali spomiędzy siebie Filipa Buonaccorsiego z San Gemignano, który w akademii przybrał nazwisko Kallimacha, Marina Veneta zwanego Glaucusem, jakiegoś Piotra, przemienionego na Petrejusza, i Platinę, który się na papieżu chciał zemścić za owe cztery miesiące przymusowego pobytu w zamku św. Anioła. Spiskowi nie umieli wszakże utrzymać w tajemnicy swego sprzysiężenia, gdyż z początkiem roku 1468 zaczęto w Rzymie głośno mówić o przygotowującym się zamachu na papieża, o bliskiej jego śmierci, a nawet nadchodziły listy ostrzegające Pawła II przed grożącą rewolucją. Papież kazał też uwięzić czterech przywódców spisku; zanim jednak rozkaz został wykonany, trzech z nich uciekło, pozostał w Rzymie tylko Platina, za którym po raz wtóry zamknęły się ponure bramy św. Anioła. Temu, kto by doniósł o miejscu pobytu wspólników Platiny, obiecano nagrodę 300 dukatów. Kallimach ukrywał się przez kilka dni w Rzymie, po czym uciekł do Apulii, do Grecji, a wreszcie na Konstantynopol do Polski, gdzie jako nauczyciel synów króla Kazimierza, jako dyplomata i kronikarz ważną odegrał rolę. Platinę wzięto w zamku św. Anioła na tortury, a w swych zeznaniach starał się on winę zwalić na Kallimacha i innych nieobecnych spiskowców tudzież przedstawić całą rzecz jako nie mającą żadnej doniosłości. Kallimach, jego zdaniem, znany był z tego że lubił się chwalić, że więcej mówił, aniżeli mógł zdziałać, że wymyślał jakieś fantastyczne plany, aby znajomych olśnić swym znaczeniem, a osobliwie, jeżeli się trochę więcej napił wina niż zwykle, zrzucał z tronu monarchów i rozdawał skarby i korony, jak gdyby stał na czele olbrzymiej armii. Zachowanie się Platiny w więzieniu i w śledztwie było niegodne, trwożliwe, być może zresztą, że tortury, przebyte cierpienia zniszczyły w nim wszelką moc ducha. Pisał on wtedy do papieża i do kardynałów, zapewniając, że jest niewinny i że jedynym było jego przewinieniem, iż nie doniósł o zamysłach Kallimacha, ale uważał je za wytwór imaginacji pijanego człowieka; na przyszłość obiecywał jednak donosić do Watykanu o wszystkim, nawet o tym, co by słyszał od przelotnych ptaków. Przyrzekał, że jeżeli się na wolność dostanie, to wierszem i prozą głosić będzie sławę papieża i opisywać złoty wiek jego rządów, że porzuci klasyczne studia, a poświęci się tylko czytaniu Pisma świętego. Pomponio uciekł na razie do Wenecji; ale rzeczpospolita wydała zbiega papieżowi, który go kazał osadzić w zamku św. Anioła. W więzieniu zachowywał się profesor gramatyki podobnie małodusznie jak Platina, wystosował do papieża prośbę o przywrócenie mu wolności, przytaczając na dowód, że jest dobrym chrześcijaninem, jakieś mowy, które miał na cześć Matki Boskiej, i jakąś epistołę o nieśmiertelności duszy, którą kiedyś napisał. Wypierał się stosunków z Kallimachem, uniewinniał z zarzutu, jakoby nie pościł, gdyż tylko w czasie choroby nie trzymał się w tej mierze przepisów kościoła. Prawdziwie jak humanista zachował się wobec wniesionych na niego skarg, że utrzymywał niedozwolone, brzydkie stosunki z jednym ze swoich uczniów, jakimś wenecjaninem. Pomponiusz nie mógł faktowi zaprzeczyć, ale tłumaczył się, że poszedł za przykładem wielkiego Sokratesa, który uwielbiał także piękność męską. Naśladowca starożytnych Rzymian tak mizernie przedstawił się swym sędziom, że papież nie mógł go uważać za niebezpiecznego trybuna, który by w razie danym mógł pociągnąć za sobą lud rzymski, i kazał go z więzienia uwolnić. W ogóle do całego spisku Kallimacha nie przywiązywano później wielkiej wagi, tak dalece, że następca Pawła II, Sykstus IV, powołał znowu Pomponiusza na katedrę uniwersytecką, a Platinę, jak później zobaczymy, mianował naczelnikiem watykańskiej biblioteki i polecił mu napisanie historii papieży. Platina wywiązał się ze swego zadania, ale mszcząc się na Pawle II przedstawił go, jak mógł, najgorzej. Pomponiusz zaś otworzył na powrót swoją akademię, a nawet Fryderyk III nadał mu przywilej zezwalający na jej założenie. Pismo cesarskie odczytał Pomponiusz na bankiecie, który akademicy urządzili 20 kwietnia 1483, jako w rocznicę założenia Rzymu. Pod kierunkiem arcykapłana wykształciło się drugie pokolenie rzymskich humanistów, pomiędzy którymi byli tak znakomici ludzie, jak Inghirami, jak poeta Sannazaro, jak Aleksander Farnese, który został papieżem pod imieniem Pawła III. Pomponiusz zyskał sobie taką popularność, że gdy w r żołdactwo zburzyło jego willę, liczni przyjaciele złożyli się, aby mu dać możność postawienia nowej. Humanista kazał teraz nad drzwiami umieścić tablicę marmurową z napisem Pomponii Laeti et Sodalitatis Esquilinalis. Żył długo, umarł za Aleksandra VI, mając lat przeszło 70, w szpitalu, w takim ubóstwie, że znajomi musieli mu sprawić pogrzeb. A był to pogrzeb wspaniały: czterdziestu biskupów, cała kuria rzymska, nawet posłowie zagraniczni odprowadzili ciało renesansowego 30

31 poganina na Ara Coeli, skąd następnie zostało przeniesione do S. Silvestro in Lauro. Zmarły pragnął, aby był pogrzebany przy Via Appia, jednak temu życzeniu zadość się nie stało. Przeciw humanizmowi, przeciw objawionej duszy starożytnego świata nie było już walki; papieże, kardynałowie, całe społeczeństwo rzymskie przejęło się dawną kulturą, a w zapale do rzymskiego świata nie rozróżniano, co było dobre, a co złe, lecz brano bez wyjątku wszystko. Popadnięto w wielki błąd, zabijano samodzielność literacką: poeci wzorowali się na Wergiliuszu, dyplomaci na Cyceronie, uczeni uważali sobie za honor przytaczać jak najwięcej zdań starożytnych autorów, zapominając, że mogliby mieć i własne. Co gorsza, idee Petrarki, Poggia, Valli powoli paczyć się zaczęły, humanizm wyrodził się w suchą, bezmyślną erudycję, w gramatykę, która prześladowała ludzkość przez kilka wieków i w dzisiejszym jeszcze szkolnictwie pozostawiła bardzo niekorzystne ślady. Humaniści przemienili się w pedantów, powstały olbrzymy zarozumiałości, a karły wiedzy, giganti d'ambizion, di sapere nani. W sto lat po świetnych florentyńskich humanistach nie rozumiano już właściwego ich zadania, ostatni jeszcze Aldo Manuzio piastował ducha humanizmu, gdy drukował greckich autorów. Jeden z ferraryjskich uczonych, Garzoni, wydał w r w Wenecji rodzaj encyklopedii zajęć ludzkich pod tytułem Piazza universale. Powiada on tam, że najszlachetniejszym zajęciem człowieka jest praca humanisty. Ale jego humanista to nauczyciel, który posiada grecki i łaciński język, jest matematykiem i filozofem zarazem i o wszystkim może rozprawiać. Petrarka nie umiał po grecku, a był największym z humanistów, bo pojął ducha starożytności. Kallimach w Polsce IX. Epitafium Kallimach dłuta Wita Stwosza. Kallimach i dwóch uczniów Pomponiusza Leta odegrało w Polsce ważną rolę: Konrad Celtes, Niemiec, i krakowianin Bähr, przezwany Ursinem, który się kształcił u mistrza w Rzymie. Zacznijmy od Kallimacha. Znalazłszy się po ucieczce z Włoch w Konstantynopolu, postanowił szukać szczęścia w Polsce, gdyż w Krakowie miał krewnego, Ainolfa Tedaldiego, prawdopodobnie kupca, i u niego spodziewał się znaleźć przytułek. Zresztą, jak Giovio utrzymuje, miał nadzieję, że zyska poparcie króla Kazimierza, który dla Pawła II był nieprzyjaźnie usposobiony. Przybywszy na wiosnę r do Lwowa, dostał się Toskańczyk w dom tamtejszego arcybiskupa Grzegorza z Sanoka. Grzegorz jeździł dawniej, za Eugeniusza IV, do Florencji, aby sobie wyrobić probostwo w Wieliczce; wówczas zapoznał się z humanistami, nie dziw więc, że z radością przyjął u siebie Włocha, który mu młodsze czasy przypominał. A że Kallimach był 31

32 człowiekiem oczytanym, bystrym i dowcipnym, więc biskup bardzo go polubił. Rzymski emigrant miał w ten sposób w nieznanym sobie kraju od razu poważną pomoc, która mu się niebawem przydała. Gdy bowiem papież dowiedział się, że Kallimach w Polsce przebywa, żądał jego wydania, a sejm w Piotrkowie, który się odbył w jesieni r. 1470, wysłuchawszy posła papieskiego, biskupa z Forli, i jego zarzutów przeciw Włochowi, nie wahał się uczynić zadosyć woli Pawła II, ponieważ chodziło o człowieka, który nastawał na życie papieża. Wtedy przyjaźń arcybiskupa lwowskiego stała się dla Kallimacha nieocenioną. Grzegorz ukrył go w swoich dobrach, w Dunajowie, dopóki by burza piotrkowska nie przeminęła. Emigrant przebywał tam jakby na wygnaniu blisko rok i wtedy, zapewne z porady swego protektora, napisał do Dersława z Rytwian, jednego z najbardziej wpływowych magnatów, memoriał, w którym się bronił przed zarzutami biskupa z Forli i starał się udowodnić, że oskarżenie go o spisek przeciw życiu Pawła II nie ma najmniejszej podstawy. Ludzie tutejsi, powiada Kallimach, którzy papieża nigdy nie widzieli, lecz tylko o nim słyszą, przedstawiają sobie, że jako klucznik otwierający bramy do nieba, siedzi na tronie, ma władzę nad duszami, aby z mocy boskiej wszystko wiązać i rozwiązywać, i że w swych czynnościach jest pośrednikiem pomiędzy Bogiem a człowiekiem, myślą, że papież to jakaś nadziemska istota, bez namiętności i bez trosk, wolna od wszelkich wpływów ziemskich. Gdy jednak usłyszą, że i papież podlega wybuchom namiętności, że i on dąży do zaspokojenia swej zemsty i srogim jest tyranem, to niezawodnie zdanie swe zmienią. Potęga kurii rzymskiej doszłaby do niezrównanej siły, jeżeliby wolny naród jak polski wydał obwinionego bez dochodzenia sprawy. Memoriał ten bardzo korzystnie usposobił dotychczasowych przeciwników Kallimacha, a i sam król stał się dlań przychylny. Zresztą wydanie go do Włoch stało się wkrótce niepotrzebne, gdyż Paweł II umarł 28 lipca 1471, a pod jego następcą odżyła akademia rzymska, Pomponiusz Letus i Platina byli w łaskach u stolicy apostolskiej. Kallimach, już bezpieczny, przeniósł się do Krakowa i niebawem został nauczycielem łaciny synów królewskich, co było początkiem jego świetnej kariery w Polsce. Po kilka razy później bywał wysyłany w ważnych poselstwach do Sykstusa IV, do Innocentego VIII i do Konstantynopola. Osobliwie w r miał trudne zadanie wytłumaczyć Innocentemu, że połączenie wszystkich panujących europejskich przeciw Turkom, do czego papieże od dawna doprowadzić chcieli, jest niemożliwością i że daleko polityczniej byłoby, gdyby stolica apostolska w przymierzu z Polską cel swój chciała osiągnąć. Chimeryczny plan powszechnej wyprawy przeciw sułtanowi uważał Kallimach za główną przyczynę, że te krucjaty do skutku nie dochodzą, zresztą mniemał, że na Zachodzie przeceniają siłę tureckiej potęgi. Włoskiemu wygnańcowi dobrze się w Polsce powodziło: zebrał znaczny majątek, został starostą gostyńskim, otaczał się zbytkiem i zbierał cenną bibliotekę. Niestety w r spalił się jego dom w Krakowie wraz z książkami, co było wielkim dla niego ciosem, skarżył się też z powodu swych strat słynnemu humaniście Marsiliowi Ficinowi. Ficino pocieszał go w sposób bardzo oryginalny, charakteryzujący tych ludzi, u których wszystko polegało na frazesach. Orfeusz pisze Ficino utrzymywał w jednej ze swych pieśni, że z czterech żywiołów ogień jest najpotężniejszy i że każda istota, każdy przedmiot w ogień się przemienia. Ponieważ wszystko temu losowi ulegać musi, więc i Kallimach powinien przeboleć pożar swego domu. Światła szukałeś w książkach mówił dalej w światło się twoje pisma przemieniły. Płomienie uniosły pergaminy pełne mądrości ku niebu, w przeciwieństwie z Prometeuszem, który z pomocą ognia wykradł mądrość bogom. Ciesz się kończył humanista twoje nazwisko będzie po śmierci jeszcze jaśniejsze aniżeli za życia. I Ficino nie bardzo się pomylił, bo nazwisko Kallimacha powtarzamy do dziś dnia, a pierwotna jego ojczyzna, San Gemignano o pięknych wieżach, szczyci się nim jako najznakomitszym swym synem. Messer Giulio Nori w swym poemacie Bellum Geminianense, wydanym w roku 1584, podniósł go nawet do wysokości bohatera wielkiego talentu. Kallimach umarł 1 listopada 1496 na morową zarazę; w testamencie zapisał swoją na nowo zebraną bibliotekę i powóz z czterema końmi bratu królewskiemu, kardynałowi Fryderykowi, samemu królowi zaś lirów w złocie. Konsulom miasta Krakowa przeznaczył puchar i srebrną miednicę, aby według zwyczaju mogli w niej ręce umywać przed wydawaniem wyroków. Także o Collegium 32

33 Maius krakowskiego uniwersytetu nie zapomniał, dając mu w darze także srebrną miednicę i nalewkę, ale pod warunkiem, aby profesorowie tych sprzętów nie zastawiali. Pogrzeb włoskiego humanisty był wspaniały. Opisał go florentyńczyk Ottaviano di Gueccio de' Calvani w liście do Lattanzia Tedaldiego. Cały kler, wszystkie klasztory, czternastu biskupów towarzyszyło ciału Kallimacha, które było przybrane w karmazynowe jedwabne szaty, podbite najpyszniejszymi sobolami. U nóg zmarłego stał krucyfiks, po bokach leżały książki, za trumną szła służba w strojach według włoskiej mody. Za nią Maciej Drzewicki, uczeń Kallimacha, wicekanclerz państwa, cały uniwersytet z rektorem na czele, szlachta, szkolarzy i niezliczona moc ludu. Ciało złożono u dominikanów, obok pomnika Ainolfa Tedaldiego, a wykonawcy testamentu kazali wystawić wspaniały grobowiec, z którego się jeszcze utrzymała owa piękna płyta z brązu zdobiąca kościół do dziś dnia. Kallimach pisał dużo: monografie, broszury polityczne i bez liku poezji, zawsze po łacinie. Do najznakomitszych jego rozpraw należy Żywot Grzegorza z Sanoka, rzecz niedługa, ale z miłością, pięknie napisana, a pod względem obyczajowym, co do charakterystyki owych czasów ciekawa. Trzy księgi o Królu Władysławie mają historyczną wartość, a z broszur politycznych najważniejsza O zamysłach wenecjan, aby poruszyć Persów i Tatarów przeciw Turkom. Także naszemu Toskańczykowi przypisują autorstwo Rad dla króla, które zmierzały do wzmocnienia władzy monarchy i miały pewne pokrewieństwo z zasadami wypowiedzianymi w Machiavellego Księciu. Serce włoskiego emigranta otwiera nam zbiór jego poezji pod tytułem Fannietum, pisanych do jakiejś lwowianki, Fanni Swiętoszanki, czasem rzeczywiście ciepłych, częściej jednak konwencjonalnych, podobnych do innych tego rodzaju zwierzeń zimnych humanistów. Z ową Franusią poznał się Kallimach we Lwowie, a o jej pozycji socjalnej, jeżeli się tak wyrazić wolno, nie możemy sobie jasno zdać sprawy. Miała ona pochodzić ze szlacheckiej rodziny, ale mimo to zajęta była w jakimś szynku czy handlu win. Do romansów łatwa, ale o tyle przyzwoita, że arcybiskup, aby pocieszać swego włoskiego gościa, zapraszał ją do siebie na wieczerzę. Szynkareczka przy stole księcia kościoła dzisiaj zdawałoby się dość dziwacznym zdarzeniem; nie zapominajmy jednak, że jesteśmy w czasach Odrodzenia. Franusia musiała być wszakże bardzo piękna, Kallimach opisuje jej wdzięki nadzwyczaj szczegółowo, unosi się nad każdą cząstką jej ciała, prawie bez wyjątku, a gdy jeden z jego włoskich przyjaciół pyta o jej urodę, kochanek odpowiada: Gdy pytasz, jaki włos zdobi jej głowę, Zmieszaj z lilią róże purpurowe. Wdzięk, jaki barwy te obie zespoli, Będzie połyskiem piersi Fannioli. Ale nasza lwowianka bardziej była czuła na brzęczące dary aniżeli wiersze, i do tego łacińskie. Wolała rozdzielać swe pocałunki pomiędzy tych, którzy do sklepu przychodzili z pełnymi rękami, aniżeli czekać na sławę, którą jej włoski poeta przygotowywał u potomności. Gniewał się też Kallimach, że jego nadobną pijana tłuszcza obsypuje całusami, że ten i ów podchmielony paluszki jej ściska, a jakiś hulaka zuchwałość do niskiej, karczemnej posuwa zalotności. Ubogi przybysz musiał znosić te umartwienia i wzdychał do owych czasów sielankowych, kiedy podarkiem dla dziewcząt być mogły kasztany, orzeszki, mleka świeżego kruż pełny albo świeżuchne derenie, Gniazdka jeżeliś gołębie z ptaszkami mógł ofiarować, Tysiąc całusów w nagrodę za dar wspaniały zyskałeś. Skarby już posiadł, kto koźlę w dar złożyć mógł delikatne. Mimo tych przelotnych niewierności Franusia płakała, gdy Kallimach ze Lwowa wyjeżdżał,,,ale nie ziemskie łzy roniła, jak poeta utrzymuje, lecz cały strumień brylantów spadał jej na łono, gdy kochanek nawet w oddali miłość jej ślubował. Włoch ją też zachował w pamięci i pomimo że go zadziwiał Kraków z tyloma do nieba pnącymi wieżycami i Wawel przypominał Kapitol, tudzież 33

34 zamek królewski olśniewał swymi złocistymi dachami, to przecież te wszystkie nowe wrażenia nie mogły w nim zatrzeć chwil rozkoszy, którymi go Fania uszczęśliwiała. Te tęsknoty trwały niedługo: Franusia poszła za mąż, a Włoch zakochał się w krakowiance, którą Phryną nazywa, i znów do niej wiersze pisał, a gdy i z tą czarującą istotą zerwały się romanse, wzdychał do Roxany, córki garncarza. Na tym się skończyły miłosne stosunki włoskiego poety na polskiej ziemi. Biedak się zestarzał. W czasie kiedy Kallimach mieszkał w Krakowie, przybył tam Konrad Celtes, uczeń Leta, humanista z ustaloną już sławą, rodzaj apostoła nowych idei. Rzecz szczególna, że w owych wiekach, kiedy komunikacje były jeszcze bardzo trudne, mnóstwo ludzi szło w świat daleki szukać nowych wrażeń. Bardzo ograniczona znajomość cudzych krajów pobudzała ciekawość. Do takich należał Celtes, który jeszcze jako młody chłopak uciekł z rodzicielskiego domu, uczył się po niemieckich uniwersytetach, następnie dostał się do Rzymu, przejął się ideami Pomponiusza i wrócił w r znów na północ, aby rozkrzewiać nauki arcykapłana starożytnej wiedzy. Konrad Celtis. Celtes zapisał się w r jako szkolarz na uniwersytet krakowski z zamiarem uczenia się matematyki i astronomii, które tam wykładał wówczas słynny Wojciech z Brudzewa, nauczyciel Kopernika, głównym jego zadaniem było wszakże rozszerzanie nauk Pomponiusza. Zastał też Celtes nad Wisłą glebę przygotowaną, gdyż w Krakowie krzewił już humanizm Joannes Ursinus, Bähr, także uczeń Pomponiusza, profesor astronomii i medycyny, a prócz niego sporo tam było Niemców humanistów-szkolarzy. Zamiarem Celtesa było założyć nad każdą większą rzeką na północy akademię w rodzaju rzymskiej. Kraków nadawał się na siedzibę takiej instytucji, więc wędrowny humanista zorganizował tam stowarzyszenie, które nazwał Sodalitas litteraria Vistulana. Celtes bawił w Krakowie dwa lata, a po jego wyjeździe akademia wkrótce się rozwiązała z powodu, że jej członkowie częścią wymarli, częścią powyjeżdżali. Humanizm szedł w Polsce innymi drogami, a nie tymi, które mu uczniowie Letusa nakreślili; dla kierunków pogańsko-rzymskich nie było u nas przyszłości. 34

35 KRÓLOWA BONA. OBRAZY CZASU I LUDZI WYDAWNICTWO ZAKŁADU NARODOWEGO IM. OSSOLIŃSKICH, LWÓW, 1929, wyd. II Królowa Bona - drzeworyt z dzieła Decjusza De vetustatibus Polonorum z 1521 r. ROZDZIAŁ DZIESIĄTY. CHARAKTERYSTYKA BONY. I. Jest w Wielkopolsce podanie, że zaczarowana królowa Bona przebywa tam we wnętrzu góry, pilnując swych nieprzebranych skarbów. Wieść każe jej z czartem utrzymywać spółkę. Więc i w tradycji nader niekorzystny wyrobił się obraz Bony, zawarty w owym dwuwierszu Ambrożego Grabowskiego: Bona ci dano imię, a tyś złość wcielona, Chytra, mściwa, łakoma, zła matka, zła żona. Mimo namiętności dzisiejszych historyków do rehabilitowania potępionych przez dzieje postaci, z trudnością dałoby się matkę Zygmunta Augusta w zupełnie jasnym przedstawić świetle, a chcąc w ocenianiu jej charakteru bezstronne zająć stanowisko, należałoby chyba o tyle odstąpić 35

36 od dotychczasowego zwyczaju, aby jej nie sądzić jako Polki XVI wieku, nie przykładać do niej tej samej miary, podług której radzibyśmy odtworzyć postać takiej Beaty Ostrogskiej albo Anny Mazowieckiej ale pamiętać o tym, że Bona była Włoszką, wychowaną wpośród zupełnie innych wyobrażeń, aniżeli te, które w Polsce zastała i że przeto nie można by jej za nie robić odpowiedzialną. Nie trzeba zapominać, że Bona była krewną Lukrecji Borgii, że nie miała jednego w swej rodzinie członka, który by się cudzą krwią nie splamił, że Machiawel uważał jej pradziada Franciszka Sforzę za wzorowego księcia, że wiadomości z dworu Aleksandra VI ją wykołysały, a rzeź, którą Cezar Borgia sprawił w Sinigaglii, zwaną była prawdziwie rycerskim czynem. Po Borgiach ród Sforzów należał do najbardziej krwawych we Włoszech, a trucizna, domowe wojny, zdrady i przeniewierstwa, to jedyne klejnoty, jakie historia może umieścić w ich książęcej koronie. Trudno przypuścić, aby na polskim dworze nie znano dziejów rodziny, z której miano wziąć królową, chwilowo jednak zapomniano o nich, tym bardziej, że niemieckie swaty tak znaczenie rodu Sforzów, jak i posag Bony w nader jasnym przedstawiały świetle. Zresztą osobiste przymioty księżniczki musiały niejeden osłabić zarzut, jaki może podnoszono przeciw jej rodowi. Polscy posłowie, których Zygmunt wysłał do Neapolu, ulegli od razu uroczemu wpływowi księżniczki i mieli dla niej tylko słowa niezwykłych pochwał, a król, patrząc się na prześliczną miniaturę i czytając zgadzające się z nią posłów opisy, powziął jak najlepsze mniemanie o swej narzeczonej, nim ją jeszcze oglądał. Nie wątpimy bynajmniej, że zachwyt posłów był zupełnie usprawiedliwiony, dość bowiem przypatrzyć się legendarnemu portretowi młodej Bony, pochodzącemu ze zbiorów puławskich i pomyśleć, że owa młodzieńcza postać o regularnych rysach, kształtnej kibici i czarnych oczach, żyła w czasach włoskiego renesansu, aby uwierzyć słowom Ostroroga, że Bona zdawała się być nimfą a raczej boginią. Wrażenie musiało być tym większe, że w Polsce takich kobiet nie widziano, a wychowanie kobiece na północy i na południu w początkach szesnastego wieku zupełnie było inne. Ideałem polskiej kobiety była matrona, ideałem kobiety włoskiego odrodzenia «virago», w najchlubniejszym tego słowa znaczeniu. Włoskie kobiety wyższych stanów odbierały zupełnie klasyczne wykształcenie, uczyły się po grecku i łacinie, czytały Arystotelesa i Platona, powtarzały mowy Cicerona, aby w razie potrzeby gładko umieć mówić, a nawet nauka teologii i filozofii scholastycznej nie była dla nich zamknięta. Prócz tego każda grała na lutni, a w mniej lub więcej dyletancki sposób poświęcała się malarstwu. Niejednokrotnie dziwiono się u nas, jak wytwornie Bona wyrażała się po łacinie, tak że mierzyć się mogła nawet z ludźmi uczonymi, nawet z profesorami akademii. Ale ściśle naukowe wykształcenie włoskich kobiet było zupełnie uzasadnione w pojęciach wieku, a nikomu na myśl nie przyszło utrzymywać kobiety na niższym stopniu umysłowego rozwoju, aniżeli mężczyzn. Zresztą wykształcenie tak kobiet jak mężczyzn musiało czerpać z jednego źródła, to jest ze starożytności, gdyż nowsze czasy nie wyrobiły jeszcze wówczas dość materiału, aby humanistyczne studia na nich opierać się mogły. Uprzedzenie, że umiejętność niszczy w kobiecie wdzięk i urok jej właściwy, powstało na północy Włochy odrodzenia go nie znały. «Virago», kobieta uczona dysputowała publicznie o zasadach teologii i filozofii, pisała poezje i traktaty, a poważne zajęcia podnosiły jej wdzięki wzięcie w społeczeństwie. Nie trzeba zapominać o bardzo ważnym jeszcze czynniku w wychowaniu włoskich kobiet o religii. Biorąc w klasztorach początki nauki, wynosiły stamtąd pewne religijne formy, podobnie jak się z domu wynosi dobry obyczaj i to, co ułożeniem zowią. Religijności tej brakowało wszakże na wewnętrznej wartości, a można ją scharakteryzować jako religię przyzwoitości. Grzech nie poniżał kobiety, nie robił jej brzydką. Byle formy religii były zachowane, łatwo darowano kobiecie, jeżeli po kryjomu kierowała sztyletem; nie przebaczono by jej jednak, gdyby nie była regularnie chodziła do kościoła i nie odprawiała wielkanocnej pokuty. Bona, wracając z Polski podczas Wielkiej Nocy, na trzy dni zamknęła się w klasztorze w Wenecji, a społeczeństwo włoskie byłoby jej daleko więcej miało za złe, gdyby tego nie uczyniła, aniżeli, że opuściła swe córki, zostawiając je bez opieki. Na tle takiego wychowania trzeba sobie wyobrażać znakomitą Włoszkę XVI wieku. Ród Sforzów wydał ich kilka i stosunkowo może się poszczycić większą ilością niepospolitych kobiet, aniżeli 36

37 mężczyzn. Siostra protoplasty Sforzów, Małgorzata, uratowała bratu życie i mienie swą stanowczością, inna znowu, Katarzyna, nie ulękła się nieprzyjaciół, którzy grozili, że jej zabiją syna, jeżeli zamku nie wyda. Możecie zabić kazała im odpowiedzieć będę miała drugiego... Jakub z Bergamo, który pisał w pierwszej połowie XVI wieku o sławnych kobietach, nie mógł pominąć rodu Sforzów. Gineyra Sforza miała się odznaczać nadzwyczajną układnością, gracją w każdym poruszeniu, królewską prawdziwie postawą i była ideałem cnotliwej piękności. To samo mówi o Hipolicie, babce królowej Bony i wylicza pomiędzy jej zaletami wielkie wykształcenie, znakomitą wymowę, nieporównaną piękność obok uprzejmości. Na sławnym dworze w Pesaro podziwiano córkę księcia Aleksandra Sforzy, Battistę, także uczoną, także głośną z piękności. Bona szczyciła się bezsprzecznie wszystkimi zaletami, które odziedziczyła po sławnych swego rodu kobietach. Wychowana starannie przez niepospolitą matkę, piękna, namiętna, mogła się stać jedną z pierwszych gwiazd pomiędzy księżniczkami Italii. Włochy wymagały czego innego aniżeli Polska; niosły też z łatwością przebaczenie tam, gdzie północ piętno zbrodni wyciskała. Użycie trucizny było tak zwykłym w książęcych rodach półwyspu, że ręka trucicielki mogła z łatwością nosić ślubny pierścień najbardziej poważanego księcia; sprzedawanie urzędów, które tyle zgorszenia wywołało w Polsce, było podówczas narodowym prawie we Włoszech zwyczajem. Zresztą wyobrażenia o obowiązkach małżeństwa zupełnie były różne. «Włoskim mężatkom wolno do pewnego stopnia przyjmować zalecanki» mówi nasz Łukasz Górnicki w Polsce małżeństwo jeszcze było świętem, a kobieta wolniejszych obyczajów nie mogła być cierpianą w towarzystwie. Włoszki czytały powiastki Boccaccia, Polki psalmy Dawida; Włoszki grały na lutni Polki przędły jeszcze jak dawna Penelope i odchodziły od stołu, kiedy węgrzyn zanadto zaczął mężczyznom dodawać animuszu. Tam dziwne połączenie wysokiej cywilizacji z występkami, do jakich tylko wzburzone namiętności doprowadzić mogą, tutaj patriarchalność i domowe cnoty. Dodajmy do tego zupełnie inne wyobrażenie o powołaniu monarchów i o istocie rządu, jakie istniało w Polsce, a jakie przynosiła z sobą Bona. Włoscy książęta to typy tyranów, to następcy syrakuskiego Dionizjusza, panujący dla siebie a nie dla ludu: podstęp, zdrada, morderstwo wszystko dla nich dobre, byle prowadziło do umocnienia lub powiększenia władzy. Jakżeż te dążenia były przeciwne wyobrażeniom zacnego Zygmunta, który odrzucał koronę dlatego, aby lepiej rządzić dotychczasowymi swymi poddanymi, który przynaglał syna, aby czym prędzej po śmierci Elżbiety austriackiej zwrócił jej posag Ferdynandowi, a dając nauki Władysławowi czeskiemu przykazywał mu, aby żył uczciwie, nie polował, ale myślał o sprawach państwa, uczt nie wyprawiał, ale spędzał wieczory na poważnej rozmowie z uczonymi ludźmi. Na wstępie zaraz do Krakowa musiał się w duszy Bony wielki dokonywać przewrót wyobrażeń, a serce niemałe przechodziło walki. Oddalona o dwa do trzech miesięcy drogi od matki, do której prawdziwie była przywiązana, oddana starzejącemu się już mężowi, którego nie znała, wśród obcych zwyczajów i nowych ludzi musiała się zrazu czuć nieszczęśliwa i garnąć do siebie wszystko, co jej przypominało ojczyznę, otaczać się Włochami, których ze sobą przywiozła. Serce pozbyło się wcześnie wszelkich złudzeń, rozum i doradcy kazali się liczyć z rzeczywistością. O miłości dla męża, którego poznała dopiero po ślubie, o wiele od siebie starszego wdowca, nie było mowy łatwo było jednak przywiązać się do niego i szczery dlań powziąć szacunek. W pierwszych siedmiu latach małżeństwa powiła Bona syna i cztery córki, otworzyło się więc szerokie koło obowiązków, powstał silny węzeł, łączący ją z przybraną ojczyzną. Zygmunt, zajęty w owych latach wojnami i podróżami na Litwę i do Prus, pozostawiał jej podczas swej nieobecności znaczny wpływ na rządy. Bona oko w oko spotykała się z zabiegami panów polskich, poznała słabość królewskiej ręki, poznała, że Zygmunt zanadto jest prawym człowiekiem, zanadto łagodnym charakterem, aby wzmocnić władzę. Bona miała już syna i myślała o jego następstwie: gwałtowny charakter i włoskie wyobrażenia nie mogły się pogodzić z istniejącym w Polsce porządkiem, despotyczna natura chciała silniejszej władzy, niż ta, która na każdym kroku z rąk się wysuwa. Zwyczajna kobieta byłaby uległa lub zniechęciła się, widząc wielkie trudności do pokonania. Bona podjęła walkę w imię królewskiej potęgi i stanęła do boju z takim orężem, jakim ją walczyć nauczono. Gromadzić pieniądze, wykupywać dobra na własność dynastii, sprzedawać urzędy, aby z jednej strony 37

38 skarb zasilać, a z drugiej jednać ludzi sobie powolnych, urządzać w swych dobrach wzorową administrację i stawiać zamki, w których by w razie danym można stawić opór szlachcie to wyraźny program, przebijający się ze wszystkich jej czynności, program zresztą, którego wymyślać nie potrzebowała, bo wzrosła w nim od dzieciństwa i przywiozła go ze sobą do Polski. Podczas kokoszej wojny pisała do księdza Samuela Maciejowskiego: «Przywiązanie nasze ku J. K. Mości synowi naszemu i ku poddanym naszym zmusza nas, abyśmy dobra królewskie wykupowali i zamki dla bezpieczeństwa poddanych naszych budowali na co postanowiliśmy łożyć pieniądze i dostatki». Z wyjątkiem sprzedawania urzędów wchodził ten program w zamysły najznakomitszych monarchów i byłby przyniósł prawdziwy zaszczyt królowej Bonie, gdyby miał na celu podniesienie narodu, pośród którego ją losy postawiły, a nie ściśle dynastyczne korzyści. Włosi XVI wieku nie znali ludzi uczciwych, niesprzedajnych; charakter narodowy, zepsuty cudzoziemskimi wpływami Hiszpanów, Niemców, Francuzów upadł zupełnie, a każdy Włoch wierzył tylko w siłę złota. Córka kondotierów, którzy ze swym żołdactwem walczyli raz z Rzymem, drugi raz przeciw papieżowi, raz z Rzecząpospolitą wenecką, to znów stawali w szeregu jej nieprzyjaciół nie mogła mieć innych wyobrażeń i złoto zdawało się jej owym środkiem, którym się nawet Katonów skłania do milczenia. II. Bona poznała świat zły, przewrotny, a zanadto lekceważąc dodatnią stronę człowieka, sądziła, że przekupstwem wszystkiego dokonać zdoła. Na tej zasadzie opierając się, w Polsce doprowadziła do tego, że po większej części miała po swojej stronie ludzi chciwych, intrygantów, krzykaczów bez znaczenia, którzy nie byli pewnymi sprzymierzeńcami, a wiele się przyczynili do zohydzenia jej zamiarów. Tarnowscy, Tomiccy, Maciejowscy nie wchodzili z nią w związki, a mając za sobą prawość i wielkie zasługi, jeszcze większego w kraju nabierali wzięcia, opierając się zamiarom królowej. W ogóle ludzi zacnych pozyskać nie umiała. Dantyszkowi przeszkadzała w jego promocjach, a biedny poseł w Hiszpanii skarżył się, że chociażby tysiąc lat służył niewdzięcznej kobiecie, nie ochroniłoby go to przed jej pierwszym złości przystępem. Z Hozjuszem także nie lepiej było. Gdy mu Zygmunt I polecił, aby ułożył list do cesarza w sprawie rozwodu Augusta, wymówił się Hozjusz odważnie, poczytując tę sprawę za niezgodną ze swoim stanem duchownym, równie jak z dobrem kraju i sławą królewskiego domu. Obraziła się tym królowa Bona, a nawet powiedziała: «Miałam go dotąd za trusię, teraz widzę że z cicha pęk». Nazywała go też ze zgryźliwością niewiniątkiem. Tymczasem Krzycki, Gamrat, Zebrzydowski stali po stronie królowej. Pierwszy przynajmniej tyle, ile mu było potrzeba, gdy bowiem królowa nie uczyniła zadość jego ambicjom, wtedy gdzie mógł obmawiał ją, albo kąsał uszczypliwym wierszem i rzucał niemało złośliwych aluzji do smoka Sforzów. Głupi sprzymierzeńcy przywiązywali się do Bony, bo była umysłem despotycznym. Tak mówiono o Gamracie. Zebrzydowski w końcu także się jej sprzeniewierzył, występując stanowczo przeciw jej wyjazdowi. Bona krzyczała na niego: Ty, ty! któryś biskupstwo kupił, sprzeciwiasz się, abym Polskę opuściła. Kupiłem, bo było na sprzedaż odpowiedział biskup. Z niepewnymi też albo mniej zaufanymi aliantami występowała Bona do walki. Mimo to zwycięstwo zrazu przy niej być się zdawało, gdyż starość króla dopomagała w osiąganiu władzy, i znaczna część interesów państwa przeniosła się do jej kancelarii. Chwilowego powodzenia nie umiała jednak wyzyskać ku utrwaleniu swego wpływu i zyskaniu sobie stałych przyjaciół. Im dłużej owszem rządziła, tym więcej miała nieprzyjaciół. Bona nienawidziła szlachty, uważała ją za jedyną przeszkodę w dokonaniu swych zamiarów nie dziw więc, że i szlachta żywiła ku niej niechęć, tym bardziej że z zazdrością patrzyła na Włochów, rozsiadających się po krakowskim zamku. Niemało też krwi napsuło wzbogacenie się Bony i zakupywanie ogromnych dóbr. Zręcznymi zabiegami umiała po śmierci książąt mazowieckich zabezpieczyć na Mazowszu swą oprawę, a później 38

39 nie było prawie województwa, w które niby swoich włości nie miała. Wszędzie zaś wzorową zaprowadzała administrację, a dobra jej były solą w oku rozrzutnej szlachty. Pod względem gospodarskim bardzo wiele zrobiła dla Polski, wprowadzając bowiem w swe dobra ulepszony zarząd, korzystnie działała na sąsiednie włości. Gdy w r na Litwie wielki głód panował, Bona w swoich dobrach pełne miała spichrze, a zboże za wysoką cenę sprzedawała zamorskim kupcom. Chciwość jednak i egoizm nie pozwalały dobroczynnym otwarciem spichrzów zyskać sobie serca, a gdy jej chorąży żmudzki tę myśl poddawał, wyśmiała go prawie, nie pojmując dobrze zrozumianej dobroczynności. Egoizm mnóstwo jej narobił nieprzyjaciół; taka odmowa rozdzielenia zboża w czasie głodu, albo prześladowanie dawnego swego ulubieńca, Odrowąża, za to, że śmiał się dopominać o posag swej żony, księżniczki mazowieckiej, zohydziły ją bardziej aniżeli dziesięć sprzedanych urzędów. Nie mając serca, nie umiała, nikogo do siebie przywiązać, a wiernych sprzymierzeńców miała tak długo, jak długo spodziewali się od niej korzyści. Wszystkie jej czyny wypływały z rozumu, albo z ujemnych namiętności jak chciwość, gniew, zawiść o szlachetnych porywach mowy u niej nie ma, ba, nawet mściwości, która w pewnych razach może do siebie pociągać, na próżno byśmy u niej szukali. Każda z głośnych w dziejach kobiet: taka Katarzyna medycejska, taka Elżbieta angielska lub Izabella hiszpańska miała wiele namiętności dodatnich, które wspierały rozum i szczerych im zyskiwały zwolenników od Bony odchodził każdy licząc zyski, które mu jej łaski przynoszą. Za młodu mogła uroczy wpływ wywierać swą pięknością, może Kmita był niejaki czas pod tym urokiem, ogień jednak najpiękniejszego nawet diamentu nie wznieci płomienia, gdyż zawsze zimny tylko kamień jest jego źródłem. Znaczącym jest to, że dzieje nie przechowały nam śladu miłości, która by miała wpływ na życie Bony. Pogłoski o stosunkach z Kmitą, z Firlejem, ba nawet podejrzewania, że z Gamratem łączyły ją niedozwolone węzły, mogą mieć w sobie cokolwiek prawdy, ale w żadnym razie nie można im przypisać takiego znaczenia, aby odsłaniały jakiś romans, stanowiący istotną część życia królowej. Sądzić zaś, że ze względu na szacunek dla męża lub na moralne zasady nie była zdolną do wplecenia w swój żywot jakiejś awanturniczej karty, byłoby niesłusznym, bo królowa była Włoszką XVI wieku, w którym za wiarołomstwo nie palono kobiet na stosie. Mimo więc nadzwyczaj żywej czynności, jaką Bona rozwijała w Polsce, mimo ogromnego wpływu, jaki miała na Zygmuntowskie czasy i na ruch umysłowy postaci jej zawsze brak reliefu, dodatnie wpływy bowiem, które jej przypisujemy, były właściwe skutkiem stojącej poza nią włoskiej cywilizacji, ujemne zaś strony kolorytowi nigdy ciepła nadać nie potrafią. Jeżeli Orzechowski na zaślubinach Augusta z Katarzyną mówi o Bonie, «że zwróciła nas od owej sarmackiej dzikości ku życiu obyczajowemu i to zdziałała, że w ludzkości nie ustępuje Włochom, a w nauce Grekom» to przesadnej tej pochwały nie można odnosić do Bony, ale trzeba ją zwrócić do całej włoskiej cywilizacji XV i XVI wieku, która jeszcze przed Boną do Polski szukała przystępu, a za niej tylko ułatwione miała drogi. Włoska umiejętność jak gdzie indziej tak i do Polski byłaby się przedarła bez Bony, a chyba włoskich intryg i zepsucia bylibyśmy nie znali. Uczniowie padewscy i bolońscy roznosili światło fraucymer Bony zepsucie. Rozum w postępowaniu to jeszcze jedyna nić w życiu Bony, której z przyjemnością śledzić można, ale nie trzeba zapominać, że to rozum niewieści, nie kształtujący jeszcze samoistnego charakteru, który by mógł się obejść bez innych szlachetnych podniet duchowych. W czynnościach Bony znać wiele konsekwencji, przynajmniej w pierwszej połowie życia, dopóki, zerwawszy z synem, nie straciła z oczu całego celu swego poprzedniego działania, ale to działanie rozumu ciągle zniekształcają wyskoki kobiecych słabostek, drażliwości, wybuchy gniewu, brak poczucia monarszej godności, a nawet kaprysy nerwowej kobiety. Zaledwie Bona trafnością planów wzbudziła wiarę w swój rozum, ale już jakąś drobną małostką czyni się śmieszną. Nie mogąc u Zygmunta uzyskać, do czego dąży długo i pomyślnie, staje się nagle kapryśnicą, zapomina o przemądrze obmyślanych planach, płacze jak mieszczka, której mąż złocistej odmówił szaty. W takich chwilach staje się upartą, nieledwie nie tupie nogą z gniewu, jak zepsute dziecko. W Kmicie ma najpotężniejszego sprzymierzeńca, a wszczyna z nim sąsiedzkie zatargi, niegodne królowej; chce jego pomocy a pisze nań obelżywe słowa do przeciwników. Zwierza się ludziom, którzy nie zasługują na zaufanie, otacza się kobietami, przeciw którym zwróciła się opinia 39

40 całej Polski. Panią Dzierzgowską z domu Sobocką, znali wszyscy, jej stosunek z Gamratem oburzał szlachetniejsze umysły, a królowa miała tyle nieroztropności, że ją otwartą przyjaźnią zaszczycała, rzucając rękawicę zacnym a wpływowym matronom. Tam gdzie nią kieruje system, w którym wzrosła we Włoszech, tam gdzie ją w karbach trzymają ramy polityki Sforzów tam jest konsekwentna, gdzie jednak wychodzi poza nałożone jej wychowaniem granice, gubi się łatwo, daje się powodować chwilowemu natchnieniu, staje się igraszką swych własnych namiętności. Pełna narowów rwie się, gniewa, sieje niezgodę, zapominając, że w ten sposób oddala się od celu, a konsekwencja w głównych zamiarach nie przynosi owoców, jeżeli się do niej chce dojść nielogicznymi środkami. Stąd też nie wiedzie się jej w Polsce. Pierwsze lata panowania zatruwa jej sprawa księstwa Barskiego. Pełno pretendentów do tego kawałka ziemi, a Karol V ma być sędzią tam, gdzie by chętnie chciał być właścicielem. Pomimo to królowa oddaje się w tej mierze pod opiekę Karola, ale gdy jej Dantyszek z Hiszpanii list napisze, jak trudno sprawę tę naprzód posunąć na hiszpańskim dworze, rada by zerwać wszystko, co już nawiązane, posyła do Franciszka I, aby z nim wejść w przyjaźń i dąży do koligacji z francuskim dworem. Takie postępowanie jątrzy znów cesarza i tak się dzieje ciągle. W domu chce Bona złamać szlachtę, gromadzi majątki, zawiera przyjaźnie i przymierza z magnatami, obsadza urzędy po swojej myśli, ale ogranicza się tylko do ujemnego działania, do przygotowania środków, nie stara się natomiast nic uczynić, co by utrwaliło stronnictwo, małymi może ofiarami przywiązało szlachtę, stwarzało ludzi stojących trwale przy koronie. Rada by dojść do silnych dynastycznych rządów, a nie stara się wychować rodów przywiązanych do dynastii. Te same błędy odzywają się w wychowaniu syna. Chce z niego zrobić potomka Sforzów, strzeże go, aby o ile możności daleki był od polskich wpływów, chce w nim wykształcić rozum, a zabić uczucie a zapomina, że tak wstrętnych do tego używa środków, że sam syn musi w końcu odstręczyć się od matki, musi pogardzać nią i nienawidzić. Rada by żeby syn był potężnym monarchą, a wychowuje go tak, że naród najgorzej poczyna wróżyć o młodzieńcu stara się w nim wszelką zabić energię. Szczęśliwa gwiazda wyprowadziła Augusta z tego zgubnego prądu, którym mu kazała płynąć królowa, ale też zaprowadziła go zupełnie gdzie indziej, aniżeli tam, gdzie go pragnęła mieć matka. Stąd rozczarowanie królowej, stąd zniechęcenie, stąd utrata wszelkiej myśli przewodniej. Od chwili gdy Bona odstręczyła od siebie syna i na nieprzyjaznej z nim stanęła stopie, od tego czasu straciła wszelką rację bytu, a działanie jej jakkolwiek ruchliwe i gorączkowe mogło mieć tylko egoistyczne cele. Całą drugą połowę życia nie jest już królową, ale nerwową, rozgniewaną kobietą, która tak jest rozdrażniona, że działa pod wrażeniem chwili i nie ma dość trzeźwego sądu, aby widzieć, że działa często przeciwko własnym interesom. Podszepty włoskich zauszników, rady daleko patrzącego Pappacody znajdowały u niej wtedy tym chętniejsze przyjęcie, ile że w Polsce nikomu już nie wierzyła, a rady potrzebowała. Można było posiedzieć o Bonie, że gdyby nie była drażliwą Włoszką, mogła być rozumną kobietą. Drażliwość jednak zastępowała serce, a rozum na takim zespoleniu niedobrze wychodził. Widząc, że się jej zamysły nie wiodą, traciła wiarę w siebie i szukała oparcia albo we włoskich zausznikach albo w zabobonie we wróżbie. Dzisiaj zaledwie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie potęgę zabobonu i dziwne połączenie z rozumem, w jakim występował. Najznakomitsi ludzie uważali wróżbiarstwo za najważniejsze źródło rad i przestróg. Karol V zostawił po sobie cały gabinet najróżnorodniejszych amuletów i kamieni, z których przepowiadał losy narodów; instrumentów, wskazujących mu, jak w danym razie ma postąpić, a przecież należał do najznakomitszych monarchów świata i do najrozumniejszych ludzi swego czasu. Trzeba chyba przypuszczać, że przesąd powolny był rozumowi i że wola ludzka mimowiednie tak zabobonem kierowała, jak miała zamiar postąpić. Z Boną działo się podobnie, a odwar z macierzanki stosował się do widoków królowej. III. W postępowaniu królowej tak z Elżbietą austriacką, jak i z Barbarą przebija obok politycznych planów i widoków przede wszystkim złość świekry, a mamy wszelkie powody do mniemania, że gdyby August ożenił się był po jej myśli z francuską księżniczką, to tak samo jak dla Elżbiety, 40

41 byłaby i dla niej najgorszą matką. Jeżeli Bona odmawia młodej królowej kawałka sera parmezańskiego, albo jeżeli intryguje, aby w Wielkopolsce przyjęto Barbarę paszkwilami, to nie czyni tego jako niechętna swej synowej królowa, ale jako złośliwa, kapryśna kobieta. Tak Przeździecki, jak Bartoszewicz starali się udowodnić, że posądzenia, jakoby Bona otruła Elżbietę albo Barbarę, są zupełnie bezzasadne, gdyż obydwie królowe umarły naturalną śmiercią. Chętnie przyjmujemy te dowody, ale nie sądzimy, aby przez to Bona w jaśniejszym miała się ukazać świetle. Jeżeli ich nie otruła, to z pewnością tylko z tego powodu, że nie miała ku temu sposobności, albo że się obawiała złych następstw gwałtownego czynu. Na chęci ani na odwadze nie zbywało. Własne słowa Augusta najlepszym są tutaj dowodem. W niejednym liście pisanym do marszałka Radziwiłła, podejrzewa on matkę o chęć otrucia Barbary, a nawet jest tego pewnym. Jeżeli przestrzega go, aby Barbarze pozwalano pić tylko z naczyń przeźroczystych, w których by łatwiej można było spostrzec truciznę, jeżeli pisze po uwięzieniu «Ożoga»: «Myśmy czarownicę królowej dostali; jest już u nas w klatce, śpiewa dosyć niemało rzeczy», jeżeli potem opisuje, jak jadąc do Gomolina wdział rękawiczkę, aby go matka nie struła, to są to dostateczne dowody, że nie tylko obcy ludzie, ale własny syn uważał matkę za zdolną do podobnych czynów i że miał na to dowody. Po śmierci Barbary Bona posyłała do Augusta swego sekretarza Montiego, namawiając go, aby pojął siostrę króla francuskiego. Odpowiedział jej na to, że trudno mu o tym myśleć, bo miał już dwie żony i boi się, aby się z trzecią tak samo nie stało, jak z pierwszymi dwoma. Pisząc o tym do wojewody Radziwiłła, zakończył list słowami: «Wręcz nie wiemy, jak to połknie...» Trucizna zresztą to tak zwykły środek u znakomitych włoszek XVI wieku, tak ugruntowany w zwyczajach, że raczej dziwilibyśmy się, gdyby Bona nie miała ochoty go używać, aniżeli że ją cały świat ówczesny o to posądzał, co jej Marsupin w oczy wyrzucał i o czym mówiono nie tylko w Polsce, ale w Niemczech, w Czechach i na Węgrzech. Między ludem koło Gostynia jest do dziś podanie, że Bona w tamtejszym zamku osiadła na pokutę za otrucie Barbary, dobrowolnie, za namową Gamrata. Tak w stosunkach z Elżbietą, jak z Barbarą, jak przy innych wielu sposobnościach okazuje się ta brzydka strona charakteru Bony, że korzystała zawsze z cudzej słabości, aby swą siłę okazać. «Dobrym sposobem pisze Marsupin z królową Boną nic zrobić się nie da; taką ma bowiem naturę, że im bardziej kto się przed nią upokorzy, tym bardziej ona hardzieje; a tak zatwardziałą chorobę ogniem tylko i żelazem leczyć można». Z drugiej strony nie miała tej dumy, aby się nie upokorzyła, gdy ją zwyciężono. Po najgorszej scenie z Marsupinem, prosi go, aby się wstawił za Izabellą do króla Ferdynanda, a gdy widzi, że nie przeszkodzi koronacji Barbary, posyła do niej swych dworzan z wyrazami pełnymi słodyczy, pomimo że w sercu zawsze ku niej żywi nieprzejednaną nienawiść. Nazywa Kmitę w listach «bezczelnym i niegodziwym człowiekiem» a niebawem otacza go względami i obsypuje pochlebstwami, skoro tego interes wymaga. Najwięcej sympatycznych stron charakteru Bony odsłania nam jej stosunek do córek. Wychowała je bardzo starannie i dała im na owe czasy nader gruntowne wykształcenie. Losami Izabelli szczerze się troszczyła, dopomagała jej do ostatniej chwili, a nie można nawet nie dostrzec pomiędzy matką a najstarszą córką pewnego węzła, wynikającego z wzajemnej ku sobie ufności. Kto wie, czy najważniejszym hamulcem, który ją wstrzymywał od otrucia Elżbiety, nie była obawa, że Ferdynand zemstę swą wywrze na królowej węgierskiej? Do niej pisze pierwszy list po śmierci małżonka, list pełen wyrazów serdeczności, z wielkim współczuciem przyjmuje ją w Krakowie po powrocie z Węgier, a pomimo że powrót ten wypada w czasach, kiedy ją największa opanowała chciwość, daje jej znaczne dobra, aby w swym sieroctwie miała przystojne utrzymanie. Izabella wreszcie jedyną jest z córek, która odprowadza matkę królowa używa jej za tłumaczkę w rozmowie z Boratyńskim, zdaje się ufać, że córka z tej rozmowy nie wyniesie do niej żalu. Wydanie za mąż młodych królewien szczerze jej na sercu leżało, kilkakrotnie wyrzucała Augustowi, że się za mało ich losem zajmuje, przywołała go nawet w tym celu do siebie do Gomolina. Na wszystkie strony we Włoszech i w Niemczech szukała książąt, aby tylko starzejącym się już pannom los zapewnić. Obojętność pod tym względem Augusta niemało się także przyczyniła do oziębienia z nim stosunków. Królewny bardzo były do matki przywiązane, widać to nawet z listów 41

42 już po jej śmierci pisanych. Przy pożegnaniu się z nią szczerymi zalewają się łzami, a nawzajem Bona pisze z Baru do Brunszwiku, ciesząc się z dobrego pożycia swej córki Zofii z mężem i żywo się jej losem zajmuje. Medal z podobizną królowej. Nie można także utrzymywać, aby Bona złą była żoną; miała wprawdzie zupełnie inne polityczne dążenia i zapatrywania aniżeli Zygmunt, starała się swą wolę przeprowadzać i wtedy namową, płaczem, intrygami na niego działała, ale obok tego miała dlań wiele szacunku i przywiązania i zawsze wyrażała się z wielką czcią o małżonku. Nie znajdujemy też nigdy śladu dłuższych jakichś niesnasek pomiędzy królestwem, a jeżeli Bona nie mogła np. przeprowadzić nominacji Gamrata na kanclerza, to wyprawiła tylko królowi prawdziwie kobiecą scenę, przymawiała mu i biedny Zygmunt «nie mało miał do wycierpienia od swojej Junony» ale koniec końcem sprzeczki te i nerwowe kaprysy nie miały głębszego wpływu na małżeńskie pożycie. Przyznają zresztą Bonie naoczni świadkowie, że jak tylko król zachorował, to go szczerym otaczała staraniem, a listy po jego śmierci pisane są dowodem prawdziwego żalu. Później królowa zawsze z czcią wspomina o małżonku i chętnie by widziała syna, obdarzonego tymi samymi cnotami. Niestety, sama sobie była winna, jeżeli syn stracił do niej serce, jeżeli stał się dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Łzy u kobiety nie są wprawdzie serca dowodem, ale mogą być przynajmniej wskazówką usposobienia. Bona często płacze, najczęściej z gniewu, gdy Chojeński zostaje kanclerzem, gdy Marsupin mówi jej prawdę w oczy, rzadko wskutek smutnych zdarzeń, ale «zanosi się od płaczu» na pogrzebie Gamrata. Ostry jej sędzia, ksiądz kanonik Górski i tym łzom nie dowierza, a gdyby był wiedział o «łzach krokodylich», z pewnością, nie omieszkałby zastosować tego porównania. Nie sądząc tak ostro jak ksiądz Górski, który pisząc o Bonie, pisze zawsze z żółcią, nie możemy nie przyznać, że Bona była zdolna przywiązywać się do ludzi i że dla Gamrata miała wiele przyjaźni. Gamrat też rzeczywiście wiernym był jej sprzymierzeńcem co niemało ujmować musiało królową, a nadto umiał jej zyskiwać przyjaciół. «Czepiała go się trzoda przedanych, których arcybiskup karmi mięsem i żarcikami, i przez nich pragnie dopiąć swoich i królowej zamysłów». Zbierając uwagi o charakterze Bony, musimy w jej życiu trzy wybitne rozróżnić epoki. Pierwszych kilkanaście lat pobytu w Polsce, to epoka dla niej najchlubniejsza, złe strony charakteru nie występują jeszcze z całą ostrością. Królowa żyje w złudzeniu, że swoje plany przeprowadzić zdoła, że upokorzy szlachtę i przygotuje synowi potężną monarchię. Ma zresztą wiele powodzenia, król jej w niejednym ulega, na urzędach coraz więcej jej stronników, a chociaż potężna ręka Tomickiego w ważniejszych sprawach stoi jej na przeszkodzie, to przecież walka toczy się prawie równymi siłami, a przyszłość dla niej otwarta. Przy tym w rodzinnym życiu wszystko idzie po myśli; królewicz daje się jej najzupełniej powodować, szlachta się wprawdzie sierdzi i rada by go wcześnie oddać pod kierunek polskiej ręki, ale królowa 42

43 na te krzyki nie zważa i wychowuje go po swej myśli. Po kokoszej wojnie położenie Bony niemało się zmienia. Królowa się przekonywa, że nie tylko nie złamała szlachty, ale że cały naród jest jej zaciętym wrogiem i oskarża ją o rozdawanie godności i urzędów nikczemnym ludziom, o to że dopuszcza cudzoziemców z ujmą krajowców, że za polskie pieniądze dobra wykupuje i o wiele innych czynów przeciwnych dobru kraju. W dodatku król mimo oporu i płaczów Bony mianuje Chojeńskiego kanclerzem, podczas gdy Gamrat tak już jest pewnym swojej nominacji, że się podnosi w senacie, gdy Kmita w imieniu królewskim przemawia do nowego kanclerza. Siedźcie księże biskupie, nie do was mowa powiedział król do niego, a zawstydzony Gamrat usiadł, spostrzegłszy się, że mówią do Chojeńskiego. Co więcej, ukochany syn, który we wszystkim dotąd słuchał matki i bez jej woli kroku nie uczynił, zaczyna zrzucać wędzidło, zaczyna poznawać, że postępowanie matki nie we wszystkim zgadza się z dobrem kraju; zastanawia się nad jej intrygami i zaczyna dla niej tracić szacunek. Bona z gorączkową czynnością rzuca się naprzód, aby odzyskać utracone pozycje, niepewni ludzie, pomiędzy którymi szukała sprzymierzeńców, najczęściej ją zawodzą, potężne przeciwne stronnictwo grupuje się około księdza Samuela Maciejowskiego; walka toczy się zawzięta. W tej walce jednak Bona się zużywa, wady jej charakteru, porywczość i drażliwość, coraz ostrzej występują i coraz bardziej oddalają cel, dla którego podjęła walkę: szczęście i potęgę Augusta. Małżeństwo syna z Elżbietą, trzecią w życiu Bony inauguruje epokę. Potężna kobieta zmienia się w potężną megerę, zerwawszy z Augustem traci wszelką moralną podstawę swych czynności; rzuca się, tysiączne robi wysilenia, aby się utrzymać przy władzy. Chciwość w niej szaleje przygłusza wszelkie szlachetniejsze porywy. Włosi korzystają z tego chorobliwego już usposobienia królowej, aby ją namówić do powrotu i wywieść z kraju majątki. Mówią jej, że w Polsce jej życie i mienie nie jest bezpieczne, że niewdzięczny syn ochraniać jej nie zechce. Bona przywiedziona do ostateczności sprawą Barbary, jeszcze bardziej się gniewa, gdy jej z Polski wypuścić nie chcą, skarży się «iż się jej gwałt dzieje od tego, którego w żywocie nosiła», a Włosi jątrzą coraz bardziej; Pappaccoda plany podsuwa. No gębym jedną oddała, a drugą bym uciekła! powtarza zmęczona tym wszystkim Bona i z gorączkowym pośpiechem jedzie do Włoch, zapominając w tym szale o obowiązkach dla córek, o pracy całego życia... Zastanowienie przyszło aż na włoskiej ziemi, ale przyszło za późno. Pappacoda, straszny mściciel chciwości, stał już nad nią z wzrokiem bazyliszka. Bona chciała naprawić swe błędy tajemnie zdziałanym testamentem; książę Alba jednak dobrze zapłacił Pappacodę, a Włoch umiał jeszcze lepiej dotrzymać umowy. Nikt nie zapłakał nad jej grobem bo sama zaparła się uczucia... Portret Bony w stroju wdowy, nieznanego autora, ok r. 43

44 RZYM. LUDZIE BAROKU LWÓW 1912, NAKŁAD KSIĘGARNI H. ALTENBERGA ROZDZIAŁ PIERWSZY. BAROCCO. I. Jak pokłady geologiczne leżą w Rzymie obok siebie zabytki rozmaitego budownictwa, począwszy ód murów przedhistorycznych mieszkańców i potężnych gmachów rzymskiego cesarstwa, a skończywszy na dzisiejszych bankach i pomnikach. Tego jednak, kto po raz pierwszy przechodzi ulicami wiecznego miasta, najbardziej może uderza jakaś architektura, pełna dziwactw, niezgodnych z klasycznymi tradycjami. Kościoły o wystających gzymsach, na których siedzą pyzate aniołki, niezliczone kaplice o ozdobach w kształcie skorup ślimaczych, lub w formie fantastycznych kartuszów, pałace o bramach, które podpierają gigantyczne kariatydy, o atletycznych nogach i ramionach, wazony splecione liściem i kwiatami, herbowe znaki: smoki, lwy, pszczoły, gwiazdy, słońce użyte zamiast innych ornamentów, słowem nieskończona ilość pomysłów, daleko odbiegających od motywów rzymskiej i renesansowej architektury. Większość owych budowli nie zadziwia twórczą potęgą, nie wspina się wysoko, ale mimo to narzuca się swą bujnością, swymi oryginalnymi kształtami, swym»czymś innym«, powiedzmy barokiem, a wzrok spostrzega w nich zawsze coś nowego, coś, co wychodzi poza ramy uznanych wielkich stylów architektonicznych. A to»barocco«opanowało nie tylko Rzym, ale rozszerzyło się po całych Włoszech, po Wenecji, Genui i Mediolanie, szybkim krokiem przeszło Alpy i oparło się o Salzburg, Würzburg, Drezno, o Kraków, Lwów, Warszawę i o nasze wiejskie kościółki. Jakiś rozwichrzony, kapryśny geniusz 44

45 wionął po murach, wybił na nich swe charakterystyczne piętno, czasem wesołe, często dziwaczne, zawsze zajmujące. Pełen miary renesans gdzieś zniknął, prostej linii się zaparto, pokrzywiono ją, pogięto, poprzerywano, zapomniano o powadze rysunku, jak ją rozumieli Grecy i Rzymianie. Im oryginalniej, tym lepiej; marmury dostały konwulsji, a wyrzeźbieni święci poprzemieniali się w gimnastyków, siedzących na gzymsach ze spuszczonymi na dół nogami. Doszło do tego, że jakiś architekt w Mediolanie wybudował kościół w kształcie wiolonczeli (San Francesco di Paola), a inny budowniczy upiększył fasadę kościoła San Moise w Wenecji głowami wielbłądów. Była to rewolucja przeciw architekturze i rzeźbie Odrodzenia, które się znudziły. Renesansowych motywów zabrakło, chciano czegoś nowego, a osobliwie ornament Odrodzenia, wiecznie ten sam, nie wystarczał ludziom XVII wieku. Poznano się na tym, że sztuka Odrodzenia dziwnie mało dodała ornamentacyjnych pomysłów do tych, które po starożytności odziedziczyła. Rafael, wielki malarz loggii, tak niewolniczo brał ozdoby z dawnych murów, że dziwić się trzeba, iż się nie zawahał iść tak bezwzględnie w ślady swych poprzedników. Gdyby ktoś cierpliwy rozebrał motywy dekoracyjne loggii, to oprócz instrumentów muzycznych i niektórych zwierząt niewiele by tam znalazł, co by nie było pożyczone od Rzymian. To samo, co w sztuce, działo się w literaturze; autorzy Odrodzenia odpisywali bez zarumienienia się całe stronice z ksiąg starożytnych. Michał Anioł począł już mieć pewien, że tak powiem, wstręt do naśladowania starożytności, on pierwszy zupełnie się chciał wyswobodzić z dawnych architektonicznych formuł. Ale, jak zazwyczaj pierwsze kroki na nowych drogach nie zawsze bywają dość pewne, tak i u mistrza Odrodzenia pierwsze pomysły barokowe nie stały na wysokości jego geniuszu. Prawda, że Michał Anioł był już niemłodym artystą, gdy rzeźbił długie, niepodobne do rzeczywistości szyje Medyceuszów, siedzących na swych grobowcach, albo gdy nie wiedząc, czym ozdobić przedsionek Laurenziany, porobił na ścianie framugi okien, których tam nigdy być nie mogło. Przeżuwanie motywów starożytności w sztuce wyrobiło przesyt Odrodzenia. Niechęć ku przeszłości, która powstała u wielkiego mistrza florenckiego, w końcu jego pracowitego żywota, przeszła na następców, których jeszcze bardziej nużyło płynąć utartym od dawna korytem. Najwybitniejszą artystyczną postacią, która w tym zwrocie przodowała, był Bernini, nad jego też działaniem dłużej się zastanowimy. Nazwą»baroku«zanadto przyzwyczailiśmy się obejmować tylko objawy sztuki plastycznej, podczas gdy sztuka była tylko wykwitem dziwacznego społeczeństwa, które snadnie miano społeczeństwa barokowego nosić powinno. Od chwili, kiedy Sykstus V [ , jako papież: ] groźną ręką uspokoił Rzym i państwo kościelne, występują wyraźnie wszystkie znamiona nowych stosunków; epoka Odrodzenia, znienawidzona przez Kościół, pogardzona przez znaczną część wykształconego świata, znika powoli z dziejów, a na jej miejsce wchodzą czasy, pełne sprzeczności, uderzają nas ludzie, lśniący z daleka blaskiem złota, drogich kamieni i barwnych pióropuszów, a obok nich zaledwie spostrzec można szare tłumy, głodne, ogłupiałe, apatyczne. Cnota zdaje się być otoczona świetlaną aureolą, ale te promienie zasłaniają zbyt często rozpustę, brak zasad moralnych, a nawet i zbrodnię. Stojąc w absydzie bazyliki św. Piotra, pomiędzy pomnikami Pawła III a Urbana VIII, widzimy od razu ten olbrzymi przewrót, jaki się dokonał w siedemdziesięciu latach, które upłynęły od panowania Farnesego [Alessandro Farnese, , Dziekan Kolegium Kardynalskiego: ], od schyłku epoki Odrodzenia, do szczytu czasów baroku, do Barberinich. Na lewo strzeże jeszcze popiołów papieża mniemana Giulia Farnese, o klasycznych, prawie greckich rysach, na prawo pomnik pomysłu Berniniego, na którym razi brzydki, wstrętny kościotrup. Ale koło tego znaku śmierci rozkładają się zmysłowe kobiety, uginają się kotary z różnobarwnych marmurów, lśnią złocenia i herby. Jeżeli się odwrócimy i obejmiemy wzrokiem całą bazylikę, to zdaje nam się, że w tych marmurach, brązach i mozaikach brzmi»te Deum«, hymn tryumfującego Kościoła. Renesans wybudował kopułę, barok dodał wszelkie ozdoby, pomniki, ołtarze, obrazy, uświetnił miejsce, gdzie miał być wielki Apostoł pochowany, kazał tym tysiącom aniołków i tym, burzą wiary miotanym postaciom świętych, roznosić chwałę Papiestwa. I rzeczywiście Kościół mógł tryumfować. Za ostatnich renesansowych papieży zdawało się, że runie cała, wiekami stworzona budowa, a mimo to uratowano w drugiej połowie XVI wieku dla religii katolickiej większą część ludów 45

46 Europy; odpadła wprawdzie Anglia, Szwecja, większa część Niemiec i Szwajcarii straty olbrzymie; ale duch reformy przytłumiony został we Francji, w Polsce, na Węgrzech, w dziedzicznych krajach Habsburgów i we Włoszech. Ufność w potęgę Kościoła tak dalece się znowu wzmogła, że Pius V wrócił do idei wojen krzyżowych i stworzył ligę monarchów europejskich przeciw Turkom. Chrześcijańska Europa odniosła w imię wiary zwycięstwo pod Lepanto, a Sykstus V tak daleko posuwał się w swych marzeniach, że z pomocą przymierza z Persją i Polską chciał zniszczyć państwo tureckie, połączyć morze Śródziemne z morzem Czerwonym, stworzyć włoską potęgę morską, zdobyć grób Chrystusa i przenieść go nie do Rzymu, ale do Montalto, do małej wioski, w pobliżu Ascoli, w której się papież wychował. Był to jeden z tych barokowych pomysłów, z którymi się będziemy ciągle spotykać. Do tego tryumfu Kościoła przyczyniła się Hiszpania, Karol V i Filip II, którzy się uważali za wyższych prawie naczelników chrześcijaństwa, aniżeli rzymscy papieże, przyczynił się zakon Ignacego Loyoli, a wreszcie Inkwizycja, o której dość już napisano. Nie można zaprzeczyć, że silna wiara i chęć szczera poprawy Kościoła niemało dopomogły do wzniesienia nowego gmachu, ale terroryzm inkwizycyjny zmiażdżył najszlachetniejszych ludzi, jak Sadoleto, Polo, Fregoso, Contarini tak, że niewielu z nich mogło przyłożyć cegłę do nowej budowy. Koncylium trydenckie [ ], które miało zbudować fundamenty pod reformę Kościoła, napotykało jeszcze lat dwadzieścia dwa na przeszkody, które się zdawały nie do zwalczenia. Sami papieże patrzyli zrazu niechętnym okiem na obrady soboru, obawiając się ukrócenia swej władzy. Przewidywali, że to nowe koncylium mogłoby się stać, podobnie jak sobory w Pizie, w Konstancji i w Bazylei, trybunałem, który by sądził papieży i papiestwo. Osobliwie odstraszał ich sobór bazylejski [1431, ], który był istotną rewolucją przeciw Kurii rzymskiej. Posiedzenia nowego soboru były burzliwe, przez długie czasy zdawało się, że nie przyjdzie do żadnych stanowczych uchwał, gdyż zastępcy każdego niemal państwa mieli najróżnorodniejsze szczegółowe interesy, sprzeczne z interesami innych krajów, lub niechętne zapatrywaniom samej Kurii, i dopiero niesłychanej dyplomatycznej zręczności Piusa IV i jego pomocnika, kardynała Morone, udało się olbrzymie dzieło do skutku doprowadzić. Morone okazał się zręczniejszym od Filipa II, od księcia Alby, od Katarzyny Medycejskiej i od posłów cesarskich. Współczesna karykatura przedstawia Ducha św., jak pocztą jeździ z Rzymu do Trydentu, ale właściwym zastępcą boskiego posłańca był kardynał Morone. Żelaznej woli i wytrwałości papieża i kardynała, tudzież pomocy Jezuitów zawdzięczał Rzym, że przeprowadzono wszystko, czego papiestwo żądało. Sobór w Trydencie Obraz tzw. szkoły weneckiej z XVI wieku. Rezultaty były wielkie: ustalenie dogmatów wiary katolickiej, odbudowanie hierarchii kościelnej, zacieśnienie karności duchownej, zupełnie dotąd rozluźnionej, uznanie wyższości papieża nad soborami, a wreszcie położenie tamy dążnościom odśrodkowym duchowieństw różnych narodów. To ostatnie zadanie było niesłychanie trudne do przeprowadzenia, gdyż Kościół hiszpański uważał się 46

47 niemal za odrębny i za wyższy od Kościoła rzymskiego. Sobór zaprowadził pewne rygory w klasztorach, a przede wszystkim za pomocą Indeksu ustanawiał nieubłaganą kontrolę nad wszystkim, co się drukowało. Głównie inkwizycja i Jezuici mieli się stać wykonawcami trydenckich postanowień, ale i nowych zakonów, które miały pomagać walce, a których powstało w latach 1521 do 1648 aż dziewiętnaście. Nastała epoka wojenna, nosząca, jak w ogóle wojny religijne, wszelkie cechy zawziętych, nieubłaganych zapasów. Stan oblężenia rozciągnięto na cały świat katolicki, dyktatura była w Rzymie, sądem wojennym stał się trybunał Inkwizycji. Właściwa istota strasznego boju daje się streścić w trzech hasłach:»jedność komendy«,»ślepe posłuszeństwo«,»bez pardonu, bez litości«. Nuncjusze apostolscy, wyćwiczeni w dyplomatycznej strategii, tworzyli sztab jeneralny, będący w ciągłym związku z Rzymem i nieśli w najdalsze katolickie prowincje w jednym ręku błogosławieństwo papieskie, w drugim klątwę. Zadaniem całej tej armii nie była sama tylko walka odporna, ale i zaczepna; nie chodziło już o utrzymanie tego, co pozostało wiernym Rzymowi, ale i o odzyskanie straconych, a nawet zdobywanie nowych posterunków. Przede wszystkim Jezuici szli na czele i rozszerzali swój wpływ z niebywałą energią. Z końcem XVI wieku rozpostarli się już w czterech częściach świata, zapanowali we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, zyskiwali coraz większy wpływ we Francji, walczyli z protestantyzmem w Austrii, w Czechach, w Bawarii i w Polsce. Straszne te czasy wybornie charakteryzują dwie duże marmurowe grupy, ustawione w Gesu, w kościele, w Rzymie, po obydwóch stronach ołtarza, poświęconego Ignacemu Loyoli. Jedna z nich, artystycznie piękniejsza, przedstawia Religię, gnębiącą Herezję. Groźna kobieta, trzymająca w ręku pioruny, ma być religią gniewna, roznamiętniona, mściwa, nieubłagana. Herezja spada w przepaść pod jej ciosami, brzydka, z wykrzywionym obliczem, napiętnowanym przestrachem cierpień i śmierci. Grupę tę wyrzeźbił Piotr Legros młodszy w początkach XVIII wieku, a roznamiętnienie walk religijnych wrzało jeszcze u tych, którzy tę grupę zamawiali. Marmurowa to pamiątka smutnych czasów, kiedy wszelka litość, wszelka miłość, wszelka ludzkość ustępowała wobec wojennych haseł, wydanych w imię wiary. Wiara strącająca Herezję w przepaść. Rzeźba Piotra Legrosa Młodszego z początku XVIII wieku. 47

48 Wielka płaskorzeźba marmurowa o podobnym temacie, zrobiona o dwa wieki wcześniej, przedstawiająca nie religię, ale samego Chrystusa wobec herezji, istnieje w dawnym budynku szpitalnym w Bolonii. Według legendy w chwili, kiedy Madonna umierała, miał wejść jakiś heretyk do przybytku śmierci. Przytomny temu św. Piotr chwycił oburącz wielką księgę, która leżała w pobliżu i chciał ją w swym oburzeniu rzucić na niegodnego intruza; Chrystus jednak i św. Jan ujęli szybko wojowniczego apostoła za ramiona, aby go powstrzymać od gwałtownego czynu. Jakaż to różnica pomiędzy pojęciami XV i XVII wieku! Tam jeszcze miłość Zbawiciela, tutaj nienawiść wrzącej wojny. Większość papieży drugiej połowy XVI wieku była najzupełniej przejęta namiętną walką; taki Pius V, Grzegorz XIII, Sykstus V nie byli to już monarchowie w duchu papieży Odrodzenia, ale ludzie surowi, którzy nie widzieli nic przed sobą, jak tylko złamanie wszelkiej opozycji przeciw Kościołowi i przytłumienie wszelkiej wolnej albo krytycznej myśli. Od wodzów, roztaczających wokoło postrach i grozę, odbijały czasami umysły spokojne, jak szlachetny Filip de Neri, które walcząc o wiarę, nie zapominały o chrześcijańskiej miłości; ale takich było niewielu. Począwszy od roku 1559, od traktatu, zawartego w Chateau Cambrais, Włochy leżą spowite podwójnymi łańcuchami absolutyzmu hiszpańskiego i absolutyzmu papieskiego. Obydwie te potęgi, rozchodząc się często i nienawidząc nawzajem, działają w zgodzie, kiedy chodzi o przytłumienie wszelkiej wolnej albo krytycznej myśli. Hiszpania ciąży nad Włochami aż po rok 1700, po pierwszą wojnę sukcesyjną. Manzoni w swej nieocenionej powieści Promessi Sposi dał wyborny obraz rządów hiszpańskich we Włoszech, popularne też przysłowie mówiło, że ministrowie hiszpańscy ogryzają Sycylię, zjadają Neapol, a pożerają Mediolan. Wicekrólowie neapolitańscy uważali swój urząd za źródło przyjemności i kopalnię złota. A papiestwo także nie było wyjęte spod obcego wpływu; poseł wenecki w Rzymie, Quirini, mógł napisać w jednym ze swych sprawozdań do Signorii, że Kuria Rzymska stała się zwyczajnym beneficjum, które co jakiś czas, pod różnymi warunkami, rozdaje Hiszpania lub Francja. Hiszpania wycisnęła na włoskiej kulturze, na zwyczajach i obyczajach znamienne swe piętno. Osobliwie klasy wyższe społeczeństwa ulegały temu wpływowi. Ta olbrzymia Hiszpania, w której słońce nie zachodziło, to bogactwo przywożone z Ameryki, otaczały Hiszpanów pewnym urokiem wielkości,oni roznosili towarzyskie obejście i modę. Każdy magnat włoski wpatrywał się w Filipa II, od którego spodziewał się dożywotniej pensji, urzędu lub tytułu. Gonitwa zwłaszcza za tytułami stała się powszechną; przy końcu XVII wieku nie było już we Włoszech znaczniejszej rodziny, która by nie miała tytułu markiza. Jednych obdarzał tym zaszczytem papież, drugich król hiszpański, lub cesarz, a ludzie, którzy nie chcieli nikogo obrażać, tytułowali markizami nawet takich, którzy nimi nie byli. Wkrótce tytuł markiza tak spowszedniał, że Florentyńczyk Jacopo Salviati nie chciał się podpisywać markizem i wystarał się u Urbana VIII o tytuł»duca«. Strozzi poszli za tym przykładem, a Innocenty X zamienił im pogardzony markizat na tytuł książęcy. Kto tylko miał jakie stosunki w Hiszpanii, lub we Wiedniu, zamieniał markizat lub hrabstwo na cudzoziemskie tytuły Reichsgrafów, lub choćby tylko baronów. Ludzie, chcący się madryckiemu dworowi przypodobać, ubierali się z hiszpańska, a kto raz jeździł do Madrytu, przejmował się hiszpańskim ceremoniałem i szlachecką»sussiego«, tą drobiazgową dumą, tym dziwacznym zachowaniem się, które miało cechować członków arystokracji. Wstawać rano zaczęło należeć do złego tonu, a ludzie tak chętnie poddawali się temu zwyczajowi, że prawie dwa wieki nie widzieli wschodu słońca i dopiero Rousseau objawił wyższym klasom społeczeństwa piękność jutrzenki. Charakterystyką hiszpańskiej»etykiety«, która najechała cały włoski półwysep, były owe spory o pierwszeństwo siedzenia w kościele, przy uroczystościach i przy obiedzie, a pierwszeństwo wejścia do sal, stało się jedną z najważniejszych kwestii dyplomatycznych układów. Jeden z Estów modeńskich chciał synów wysłać w podróż po najcelniejszych miastach włoskich, ale układy z»ościennymi państewkami«o miejsce, jakie mieli zajmować podczas ich przyjęcia, i o honory, jakie im miano oddawać, nie doprowadziły do pożądanego rezultatu i młodzi książęta musieli zostać w domu. Gdy jeden z wicekrólów neapolitańskich spostrzegł, że arcybiskup klęknął na dwóch poduszkach, wyszedł oburzony z katedry, ponieważ księciu Kościoła należała się tylko jedna poduszka. W Neapolu umarła w r jakaś księżniczka włoska; urządzono egzekwie, ale zastępca wicekróla zakazał nabożeństwa i pogrzebu, ponieważ herby i znaki na katafalku były o stopień 48

49 wyższe, aniżeli się to zmarłej należało. Rząd więc polecił tylko tymczasowo pochować ciało, dopóki nie nadejdą odpowiednie rozkazy z Madrytu! Ale nie tylko książętom chodziło o pierwszeństwo; namiętność ta przeniosła się także na ludzi uczonych. Osiemdziesiąt dwa lat spierały się trybunały w Kremonie i Pawii, który z nich miał mieć pierwszeństwo przy uroczystościach. Rzecz oparła się o senat w Mediolanie, który»po najpoważniejszej rozwadze i głębokim rozpatrzeniu sprawy«postanowił»nie wydać w tej mierze żadnego orzeczenia«. Społeczeństwo tak się przejęło tymi kwestiami etykiety, że pomiędzy kościelnymi bractwami, pomiędzy ludźmi najniższych zajęć przychodziło nieraz do rozlewu krwi z powodu sporu o pierwszeństwo. Czasami nie można było w święto Bożego Ciała odbyć zwykłej procesji, albowiem bractwa nie mogły się ze sobą pogodzić, które ma iść bliżej baldachimu. Dwory we Florencji i w Turynie zapatrywały się na dwór hiszpański, a co się tam działo pod względem etykiety, to przechodzi najmniej rozsądne pojęcia. Ubieranie i rozbieranie króla i królowej należało do najściślej określonych i w swoim rodzaju najkomiczniejszych czynności dworskich. Z uderzeniem godziny dziewiątej wieczór, kiedy królowa siedziała jeszcze przy wieczerzy, zaczynały ją rozbierać panie, należące do pierwszych rodów Hiszpanii. Dwie z nich wchodziły pod stół i z namaszczeniem, w najzupełniejszym milczeniu zdejmowały jej pończochy, a ściągając z wielką ceremonią resztę ubrania, brały ją na ręce i kładły do łóżka, jak lalkę. Król potrzebował dwie godziny z rana na całkowite ubranie się. Dwadzieścia osób, książąt krwi i grandów Hiszpanii brało udział w uroczystości wdziewania koszuli i mycia rąk Jego królewskiej Mości. Utytułowani widzowie w czterech grupach wchodzili do komnaty przypatrywać się ceremonii, podczas której musiała panować grobowa cisza. Z podobną pompą kładziono króla do łóżka, który zapewne z radością oczekiwał odejścia ponurych dygnitarzy, aby otworzyć ukryte drzwi, z których wysuwały się słynne madryckie piękności. A te piękności były paniami kobiecej mody. Przede wszystkim, aby dogodzić ascetycznemu duchowi czasu, starały się o to od dzieciństwa, aby mieć jak najszczuplejsze łono i duży zbiór małych, misternych relikwiarzy i obrazków świętych, które służyły do ozdoby paska i rękawów. Te nabożne pamiątki nie przeszkadzały wszakże, że owe panie były oprawne w suknie z niesłychanie drogich materii, obszywane galonami i koronkami ze złota i srebra. Z powodu spodni, wydętych jak balony, mogły siadać tylko na taburetach z nogami skrzyżowanymi na sposób wschodni; wyglądały też jak indyjskie bożyszcza, z tą tylko różnicą, że zamiast brzydkiej twarzy Buddy, wyglądała z tego zwoju jedwabiów mała główka, z oczami, pełnymi żaru, z włosami, upstrzonymi muszkami z diamentów i motylami z różnobarwnych kamieni. Do bóstw indyjskich stawały się jeszcze podobniejsze, gdyż twarze ich były polakierowane jakąś mieszaniną z białka i kandyzowanego cukru, a brwi poczernione łączyły się w środku czoła. Farby na tym bożyszczu nie brakło: policzki, broda, wyższa warga, końce uszu, dłoń, palce, ramiona, wszystko to było pomalowane na różowo, a trzeba było geniuszu Velasqueza, aby z takich modeli stworzyć arcydzieła. Dodać jeszcze trzeba, że te małe osóbki napełniały powietrze zapachem spalonych trociczek, lub przejmującą wonią kwiatu pomarańczowego. Obok mody język hiszpański wciskał się do Włoch, a wyższe klasy społeczeństwa przeplatały ojczystą mowę kastylijskimi wyrazami i zwrotami. Jednym wszakże z najgorszych podarunków, jakie Hiszpanie do Włoch przywieźli, był kodeks honoru, przepisy, jak postępować należy, aby stać na wysokim poziomie hiszpańskiej szlachty. Do dziś dnia istnieją jeszcze owe księgi o»punktach honoru«, zawierające szczyt dziwactw i niedorzeczności, które jednak w historii tragiczne pozostawiły ślady. Jedna z tych ksiąg nosi tytuł»conclusioni del duello e della pace, evangelisti della umana reputazione, le cui parole servono ad empire di tanti dogmi di fede d onore i margini delle cavalleresche scritture«. Znajdujemy tam określenie honoru, jako też właściwości obelgi, co do jej jakości, ilości, co do stopnia namiętności, gniewu, czasu, w jakim popełnioną została; następuje wykład o»carico», to jest o obowiązku odczucia, udowodnieniu jej i odparciu, tudzież bardzo subtelne sformułowanie różnicy pomiędzy nieprzyjaźnią a niechęcią. Mowa w owych pismach o wendecie»transwersalnej«, o podejściu, o wszelkich odcieniach kłamstwa, które może być potwierdzającym, przeczącym, ogólnym, szczególnym, warunkowym, bezwzględnym, głupim, obelżywym, opisanym, ukrytym, fałszywym, śmiesznym, ogólnym co do rzeczy szczególnej i szczególnym co do rzeczy ogólnej. Podobnych określeń jest tam bez liku, a czytając je, nabieramy 49

50 przekonania, że średniowieczna scholastyka, wypędzona przynajmniej częściowo ze szkół, nie miała się gdzie schronić i poczęła rycerstwu głowę zawracać. Ile strasznych zbrodni popełniono wskutek owego»punto d onore», ściśle określić by trudno. Do najgłośniejszych należało zamordowanie księżnej na Paliano, Carafy, za mniemaną niewierność mężowi. Wykonawcami, stosownie do hiszpańskich zwyczajów, byli dwaj członkowie rodu, hr. d Aliffe, brat księżnej, i Leonardo di Cardine, krewny Carafów. Hr. d Aliffe zawiązał oczy siostrze i własnoręcznie ją powrozem zadusił, w imię honoru. Wespazjan Gonzaga, pan na Sabionecie, wielki miłośnik sztuk pięknych, gdy się dowiedział, że w jego nieobecności małżonka, Diana Cardone, miała stosunek ze swym sekretarzem, rozkazał zabić winnego, a żonę chwycił za rękę, zaprowadził do pokoju, gdzie leżał zamordowany, i dał jej flaszeczkę z trucizną, a powiedziawszy:»bevi«,»pij!«, wyszedł, zamknąwszy drzwi za sobą. Nieszczęśliwa kobieta nie miała odwagi przyłożyć do ust śmiertelnego napoju; dwa dni pasowała się z chęcią życia, sądząc, że okrutnik się nad nią zlituje. Ale Wespazjan przychodził co kilka godzin pod drzwi komnaty i przez szparę od klucza wołał:»bevi!«gdy zabrakło sił nieszczęśliwej, wychyliła truciznę i upadła obok ciała kochanka. Vespasiano ogłosił, że księżna zmarła na udar serca, przywdział wraz z całym dworem żałobę, sprawił jej świetny pogrzeb i szedł za trumną, udając wielką boleść. A Vespasiano należał do ludzi»wysokiej kultury«. Przepisy»honorowe«jeszcze większej nadały wagi towarzyskim ceremoniom i sprawom»pierwszeństwa«, gdyż każde wykroczenie przeciw nim pociągało za sobą krwawe wendety. Toteż życie klas wyższych upływało po większej części na błahych ceremoniach, albo pompatycznych obchodach. Natura, sztuka, nie obchodziła tych ludzi sama przez się, ale tyle, o ile stanowiła dekorację ich zwyczajów i zachcianek. Wzajemne pozdrowienia, ukłony, najbardziej szczegółowe rozróżnianie drobnostek towarzyskich: co się należy księciu di baldachino, co hiszpańskiemu grandowi, co papieskim nepotom, komu można dawać tytuł ekscellencji, a komu eminencji, to wszystko były sprawy pierwszorzędnego znaczenia. W»buona compagnia«o tym się po największej części mówiło, a nadto o teatrze i muzyce, które kwitły, bo przecież kardynałowie i magnaci rzymscy potrzebowali także rozrywki. Największy wytwór ówczesnej wyobraźni literacko-muzykalnej, to melodramat, który doszedł do wielkiego rozkwitu. Ale śpiewaczki musiały się nazywać»virtuose«, co nie przeszkadzało, że ludzie dla nich fortuny tracili i że Ferdinando mantuański sprzedał Casale, aby dogodzić kaprysom jednej z tych cnotliwych. Zresztą miłość, jak zawsze, wielką odgrywała rolę, ale miłość, ocukrowana sentymentalnymi wyrazami, sonetami, duetami modnych muzyków. Powoli, także stosownie do hiszpańskich zwyczajów, wchodził pomiędzy małżeństwa wyższych towarzystw»ten trzeci«, który zajmował pewne, mniej lub więcej określone stanowisko»przyjaciela«pani domu nazywał się w XVII wieku cicisbeo. Po raz pierwszy wypłynął on w Genui, mającej najwięcej stosunków z Hiszpanią, i miał towarzyskie prawa, które małżonkowie, chcąc nie chcąc, cierpieć musieli, jeżeli im zależało na hiszpańskiej modzie. Moralna niewola, obawa cenzury kościelnej wpływała nader niekorzystnie na wszelkie objawy życia umysłowego tak, że w ciągu XVII wieku wytwarzała się coraz to większa próżnia w literaturze. Z wyjątkiem dwóch większych poetów, Giambattisty Mariniego i Alessandra Tassoniego, o których mówić będziemy, ludzie, obdarzeni wyobraźnią, pisali tylko marne wierszydła. Wychodziły wprawdzie księgi, najczęściej tak duże, że trudno je podnieść z zaprószonych półek bibliotecznych, ale co te księgi zawierają? kroniki rodzinne, w których nie ma słowa prawdy, gdyż celem autorów było otoczyć słynniejsze familie dymem kadzideł, wywody o herbach i rycerskich imprezach, teologiczne traktaty, których nikt dzisiaj już nie rozumie. A wszystkie te pisma były nadziane cytatami, inwektywamina ludzi żyjących, cichymi uszczypliwościami i wendettami pióra, które nigdy nie miały oglądać światła dziennego. Umysłowa próżnia pociągała za sobą próżność charakterów, pychę, dziwactwa i brak jasnego poglądu na rzeczy tak, że wiek XVII można by pod wielu względami nazwać epoką zamarcia zdrowego rozsądku. Umysł ludzki jest wszakże tak giętki i różnostronny, że owe czasy tłumienia wolności myśli i słowa, że nawet płomienie, od których zginął Giordano Bruno, nie zdołały zniweczyć ducha i jego działania. Poważni, spokojni uczeni pracowali w cichości tam, gdzie się zdawało, że ich nie dosięgnie żadna duchowa kontrola, i pozostawili po sobie wielką spuściznę, niebywały rozwój 50

51 nauk przyrodniczych, matematyki, astronomii i fizyki. Do tego rozwoju pośrednio przyczynił się sobór trydencki. Niewzruszone zasady religijne, które skodyfikowali zebrani w Tyrolu książęta Kościoła, stały się powodem zupełnego rozłamu pomiędzy naukami teologicznymi, opartymi na objawieniu, a filozofią, której zasadą jest doświadczenie, wnioski, wysnute ze zjawisk przyrody. Renesans silił się pogodzić wiarę chrześcijańską z nauką starożytnych mędrców; sobór trydencki usiłowaniom tym kres położył, a tym samym sprowadził je na drogę empiryczną, którą od dawna iść były powinny. Rzecz zaś szczególna, że uczeni XVII wieku, opierający swą wiedzę na badaniu zjawisk przyrody, uważali ten z góry narzucony rozłam, jako ujmę dla nauki, a Galileusz, jak zobaczymy, bronił się przeciw rozdzieleniu teologii od jego astronomicznych badań. Na szczęście ludzkiej wiedzy rozłam ten się dokonał i stał się największą zasługą XVII wieku. Ukryci poza zielonymi i niebieskimi pióropuszami, poza karmazynowymi baldachimami, skromni uczeni, jak Galileusz, Volta i kilku innych, stanowią dzisiaj zaszczytne znamię czasu peruk i taburetów. II. Żaden z papieży Odrodzenia nie pozostawił po sobie w Rzymie wielkiego rodu; Della Rovere, Borgia, Cybò zupełnie znikli, Medici istnieli tylko w bocznej linii, we Florencji. Nepotyzm bowiem owych czasów był nepotyzmem politycznym, potęga papieży opierała się w znacznej części na sile bliskich krewnych, którzy fundowali państewka pożyteczne dla siebie, ale i potrzebne dla Watykanu. Polityczny nepotyzm okazał się nietrwałym, albowiem każda następna rodzina starała się osłabić lub zniszczyć poprzednią. Po utrwaleniu się papieskiego państwa, po Sykstusie V, nie było już miejsca dla takich nepotów, którzy by mieli ochotę zakładać własne księstwa i grać rolę w polityce półwyspu. Małe lenna we Włoszech były już w stałym posiadaniu; jedne zabrała Hiszpania dla siebie, lub dla swych przyjaciół, inne zostały wcielone do papieskiego państwa. Okruchów ziemi nie było do wzięcia. Nepotyzm więc papieży późniejszych, począwszy od Sykstusa V, przybrał inną formę, już nie polityczną, ale ściśle familijną: zakładał wielkie rodziny książęce, otoczone aureolą, że wydały z pomiędzy siebie papieża, potężne bogactwem, błyszczące pałacami, willami, gromadzące artystyczne zbiory. Pierwsza z tych nowych rodzin, Carafa, znikła w sposób tragiczny i dopiero familie Boncompagnich, po Grzegorzu XIII, Perettich albo Montaltich, po Sykstusie V, rozpoczęły ów szereg nepotycznych rodów, który cechuje rzymskie społeczeństwo XVII wieku. Po Perettich wystąpili Aldobrandini, a po nich pozostawia każdy z dwunastu papieży, panujących w XVII wieku, wielki, wzbogacony ród nepotów, z wyjątkiem Odescalchich, nie zawdzięczających swego stanowiska Innocentemu XI, człowiekowi niesłychanie surowemu, i Pignatellich, krewnych ostatniego papieża XV1I stulecia, postaci wyjątkowo szlachetnej. Zresztą geneza nepotycznych rodów, w porządku chronologicznym, jest następująca. Klemens VIII pozostawił Aldobrandinich, Paweł V Borghesów, Grzegorz XV Ludovisich, Urban VIII Barberinich, Innocenty X Pamfilich, Aleksander VII Chigich, Klemens IX Rospigliosich, Klemens X Altierich, Innocenty XI Odescalchich i wreszcie Innocenty XII Pignatellich. Szczytem nepotyzmu były rządy Urbana VIII Barberiniego i Aleksandra VII Chigiego, pomimo że ten ostatni papież w początkach swego panowania bronił się od najazdu krewnych; później jednak najzupełniej się im poddał i we wszelki sposób wzbogacał ich i naprzód posuwał. Pod papieżami XVII wieku weszło w zwyczaj, że kardynał nepot rządził państwem papieskim, a w znacznej części i całym Kościołem, jakby mu się wszelka władza już tym samym należała, że jego stryj, czy wuj został papieżem. Conclave, wybierając papieża, tym samym już milcząco pozwalało wynieść protegowanego przez niego nepota na najwyższe w rządzie stanowisko. A ponieważ nepot najczęściej według własnej woli obsadzał urzędy, przeto na posady hierarchii rzymskiej, przynoszące największe dochody, dostawali się ludzie niezdolni, nieobeznani z interesami państwa dlatego tylko, że byli w łaskach u panującej rodziny, albo dobrze się jej opłacali. Dochody Kamery Apostolskiej służyły bardzo często do wzbogacenia rodziny papieskiej, a takie postacie, jak donna Olimpia Majdalchini, bratowa wiekiem zniedołężniałego już Innocentego X, dochodziły do wielkiego wpływu w Watykanie. Rzym jednak w czasach tego nowego nepotyzmu bardzo się podnosił, gdyż owe bogate rody papieskie przebywały w mieście, budowały pałace i wille i otaczały się wielkim dworem. Za Leona X, a więc w czasie największego rozkwitu Odrodzenia, Rzym miał zaledwie mieszkańców, 51

52 po»sacco di Roma«, w r liczba ta spadła do i dopiero od czasów Pawła III wzrastała nieustannie tak, że w r miasto liczyło około mieszkańców. Była to epoka politycznego spokoju, Hiszpania ciążyła nad Włochami, nie miał kto z kim wojować. Ze zwiększaniem się ludności Rzym, który w czasach Odrodzenia cisnął się nad Tybrem, posuwał się ku Kwirynałowi, ku pagórkom Wiminalskiemu i Eskwilińskiemu i coraz bardziej zabudowywał się na Campo Marzio. Nowa arystokracja potrzebowała miejsca na swoje pałace. Aldobrandini zmieścili się jeszcze na Corso i postawili pałac, późniejszy pałac Salviatich, niezbyt duży, ale bardzo piękny. Borghese zajęli znaczną część Campo Marzio olbrzymim gmachem, który do dziś dnia jest ozdobą miasta. Barberini wspięli się na pagórek Kwirynalski, gdzie już z dawniejszych czasów miał kardynał Ottavio Bandini przepyszny ogród, gdzie stały wille kardynałów d Este i Sforzy. Pamfili usadowili się, równie jak Chigi, na Corso, Rospigliosi uczepili się pochyłości Kwirynału, Altieri osiedli na placu del Gesù. Oprócz pałaców budowały te rody wspaniałe wille, już to w obrębie Rzymu, już to na stokach gór Albańskich i we Frascati. Wtedy powstały urocze, letnie rezydencje Aldobrandinich, Borghesych, Ludovisich, Barberinich i Pamfilich. Do jakiego stopnia posuwano zbytek w ozdabianiu ścian wewnętrznych w tych pałacach, przekonać się jeszcze można w willi Borghese, wyłożonej najróżnorodniejszymi marmurami, alabastrami, płaskorzeźbami tak, że całe majątki weszły w te ozdoby. Miasto korzystało z tego zbytku, tworzyła się arystokracja miejscowa, rzymska, która dużo wydając, żywiła część zawsze ubogiej ludności. Była to wszakże jedyna zasługa tej arystokracji. Roztaczała ona wkoło siebie niewidziany blask i zbytek, gdyż zewnętrzna okazałość była jedynym tytułem jej pychy. Zasług nie miała, przodkowie jej nie przelewali krwi na wojnach, nie przyczynili się do wielkości ojczyzny w handlu i przemyśle, jak florenccy lub weneccy patrycjusze; rody te nie miały żadnych tradycji, a tylko przypadkowo wydały papieża, który je wzbogacił, i nic więcej. Zabezpieczona fideikomisami przed szybkim upadkiem, dekoracyjna ta arystokracja nie brała udziału w życiu publicznym i tylko młodszych swych synów oddawała Kościołowi, aby zostawali kardynałami i w ten sposób utrzymywali wielkość rodziny. Bogate rody, mieszkające stale w Rzymie, tworzyły towarzystwo arystokratyczne, kobiety zaczęły grać w wiecznym mieście wielką rolę. Za czasów Odrodzenia wyjątkowo tylko ukazywały się wielkie panie w pałacach rzymskich, gdyż panowały tam kurtyzany. Gdy Izabella d Este przyjechała do Rzymu, Leon X i kardynałowie nie mogli się dość nacieszyć, że mają przecież znakomitą damę u siebie. Teraz było inaczej, otwierano salony, dawano przedstawienia teatralne, albo koncerty; przy wyzłoconym szpinecie, na którym jaki znakomity artysta wymalował miłosne sceny, gromadzili się amatorzy i śpiewali madrygały. U Colonnów bywały wielkie przyjęcia, u Barberinich i Pamfilich grywano komedie, w pałacach kardynałów przedstawiano melodramaty, a pałac Riariów na Lungarze, gdzie mieszkała królowa szwedzka Krystyna, brzmiał od echa serenad i wesołych wieczorów, podczas których popisywali się prestidigitatorzy i gimnastycy. Niemiłą przerwą w głośnych zabawach rzymskiego towarzystwa był pontyfikat Innocentego XI Odescalchiego. Do najwyższego stopnia surowy papież chciał cały Rzym zamienić w jeden wielki klasztor. Swe uprzedzenia przeciw jakiejkolwiek światowej zabawie posuwał tak daleko, że wydał zakaz, aby żadna kobieta, panna, mężatka czy wdowa, nie ważyła się śpiewać, a tym samym, aby żadnemu muzykantowi nie było wolno dawać lekcji śpiewu lub muzyki, pod grzywną 50 skudów. Papież polecił duchowieństwu, aby przy spowiedzi nie dawało rozgrzeszenia kobietom, które by się zbytkownie ubierały. III. Marszałkowa de Guebriant, bardzo rozumna Francuzka, która odprowadzała do Warszawy drugą żonę Władysława IV, Marię Gonzagę, córkę księcia Mantuańskiego, zatrzymała się w swej podróży dłuższy czas w Rzymie i spisała wcale zajmujące wspomnienia z pobytu w papieskiej stolicy, wydane w r Otóż Rzym zrobił na niej wrażenie wielkiej wsi, tyle tam jeszcze było ogrodów 52

53 i niezabudowanych placów i jedynie dwór papieski nadawał mu blasku. Mieszkańcy, po większej części cudzoziemcy, albo synowie»forestierów«, sami zaś Rzymianie ubodzy, nędzni. W tym mieście, które dawniej panowało nad światem, widać tylko służalstwo, a ten się uważa za najnieszczęśliwszego, kto nie ma nad sobą pana, kto nie należy do jakiego kardynała, markiza lub księcia. Mówiono u nas dawniej»kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dobodzie«, przysłowie to z większą jeszcze słusznością da się zastosować do Rzymu, gdzie nie było przemysłu, nie było handlu, a rolnictwo na Kampanii, jak dzisiaj, tak i wówczas na bardzo niskim stało stopniu. Każda niemal rodzina szlacheckiego, czy mieszczańskiego stanu starała się przynajmniej jednego syna oddać na usługi Kościoła; kto nie dostąpił tego szczęścia, szukał umieszczenia na jakimś dworze, czy kardynalskim, czy arystokratycznym, albo przy jednym z kościołów, których było bez liku. Na szczęście ubogiej ludności, dwory potrzebowały niezmiernej ilości próżniaków, którzy mało, albo zupełnie niepłatni, służyli jedynie za strawę i za»barwę«i rozsiadali się po przedpokojach i przedsionkach, obmawiając wyższych i rozsiewając plotki. Rzemieślnicy po większej części byli cudzoziemcami, gdyż miejscowi robili źle i powoli. Mnóstwo ludzi żyło z dobroczynności, a tłum uliczny pilnował festynów, podczas których rozdawano chleb albo pieniądze, a przede wszystkim nie opuszczał pogrzebów, w zwyczaju bowiem było u rodzin zamożniejszych, że przy domu zmarłego, albo przy bramie kościoła, w którym ciało wystawiono, rozdawano jałmużnę. Przy zakończeniu obrzędów religijnych powstawała zwykle bójka o świece, która się nieraz rozlewem krwi kończyła. Lata jubileuszowe były żniwem dla ubogiej ludności; zarabiało się na wynajmowaniu mieszkań, na żywieniu pielgrzymów, na zmianie pieniędzy, na sprzedawaniu szkaplerzy, chustek św. Weroniki i rozmaitych pamiątek. W r roku olbrzymi był napływ pielgrzymów, większa część łączyła się w grupy, jako bractwa w procesjach. Bractwo św. Sakramentu z Viterbo wchodziło uroczyście przez»porta del Popolo«, z narzuconymi na głowę kapturami i z trupimi czaszkami w rękach. Nasz Stanisław Reszka opowiada, że niektóre bractwa z różnych włoskich krain boso do Rzymu przychodziły, ciało swe żelaznymi łańcuszkami, albo węzłowatymi powrozami tak biczując, że krew oblewała nie tylko wory, którymi byli odziani, ale kolana i ręce i ściekała na ziemię. Chodziły kompanie rzymskie, mówi dalej Reszka, złożone z książąt, szlachciców i prałatów, które na siebie dobrowolnie pewne powinności przyjmują, modlić się, pościć, ubogich żywić, chorych opatrywać i odwiedzać, pielgrzymów podejmować, szpitalom służyć lub żebrać na ich utrzymanie. Tych kompanii było około stu; kardynałowie, książęta i szlachcice wdziewali na siebie grube wory, w jakich»w starym zakonie żydowie pokutę odprawiali«. Jedni w czerwonych szli szatach, drudzy w modrych, białych, czarnych, żółtych, zielonych, błękitnych, na których są poprzyszywane, jakoby jakie rycerskie znaki, krucyfiksy, wyobrażenia Trójcy św., Ciała Pańskiego, Panny Maryi, albo innych świętych. Bractwa te chodziły po Rzymie, Pana Boga pokornie prosząc, niektóre z muzyką, niektóre pieśni kościelne śpiewając, psalmy Dawidowe i litanie. Jedno z tych bractw, liczące około tysiąca ludzi, szło naprzód do św. Piotra, gdzie mu pokazywano włócznię, którą Zbawiciela przekłuto i wystawiano głowę św. Andrzeja.»Na widok tych relikwii«, opowiada Reszka,»wołali ci ludzie bardziej sercem, aniżeli głosem:»misericordia! misericordia!«który głos z tak pokornego serca pochodzący, wszystkie niebiosa przebijał i przed obliczność Bożą przychodził«. Od św. Piotra szły kompanie do św. Pawła, stamtąd do św. Jana, potem do Panny Maryi»Maioris«. Większość tych bractw wszczynała po kościołach krwawe bójki pomiędzy sobą, już to o pierwszeństwo miejsca, jakie zająć miała, już to z innych błahych powodów, tak, że u św. Piotra i w lateraneńskiej bazylice bywało niekiedy dużo rannych i zabitych. Montaigne także widział procesję biczowników i dziwił się, że ich twarze nie zdradzały boleści, pomimo głębokich świeżych ran, jakie sobie zadawali, a dwunasto- albo trzynastoletnie chłopaki ranili się, jakby dla przyjemności. Jakaś kobieta na ulicy zaczęła żałować jednego z nich, na co biczujący odwrócił się i żartobliwie jej powiedział:»to za twoje, a nie za moje grzechy«. Owe wyrostki biczowali się, skacząc po bruku, a gdy im podawano wino na pokrzepienie, żaden się napoju nie dotknął. Mimo to, powiada Montaigne, lud w Rzymie jest daleko mniej pobożnym, aniżeli we Francji. Obok tej zarazy biczowania, którą raczej za objaw patologiczny, aniżeli religijny, uważać było można, istniał niejako oficjalny zwyczaj biczowania się w Wielki Piątek. Abbé de Coulange widział 53

54 taką procesję w czasie pierwszej swej podróży do Włoch w r i barwnie ją opisuje. Po jedenastej w nocy przeciągał tłum biczowników przez plac św. Piotra.»W życiu nie przypatrywałem się niczemu podobnemu«, powiada Coulange,»co by tak wzbudzało najwyższe obrzydzenie i bynajmniej nie zachęcało do pobożności. Na czele niesiono krzyż i chorągiew bractwa, następnie szło trzech kardynałów: Azzolino, landgraf Fryderyk z Hessen-Darmstadt i Carlo Barberini, ubrani wprawdzie w wory ze zgrzebnego płótna, ale przed każdym z nich szła służba w liberii, z pochodniami z białego wosku. Za kardynałami postępowali pokutnicy; twarze zakryte, a plecy obnażone. Niektórzy mieli białe koszule na plecach, aby krew lepiej znać było, a towarzysze, idący obok, oświetlali czerwone plamy. Jeden z nich miał jakiś przyrząd, najeżony szpilkami, i ciągle się nim chłostał, tak, że nie było miejsca na ciele, skąd by krew nie ciekła. Kapucyni zachęcali tych biedaków do biczowania się i dawali im wino i inne posiłki, aby dalej mogli wytrzymać tę krwawą komedię. Jedzenia było pod dostatkiem, gdyż przekupnie nieśli baryłki z winem i kosze mięsiwa. Procesja składała się z około ośmiuset biczowników, niosących ze 600 pochodni, i szła do św. Piotra, gdzie jej pokazywano relikwie«. De Coulange dodaje, iż patrząc się na ten pochód, miał wrażenie, jakoby ci ludzie byli zapłaceni, aby odgrywać komedię biczowania i jakoby większość ich miała skórę zabarwioną jakąś maścią, która ma kolor krwi.»cały Rzym śmieje się z tej procesji i dowcipkuje«kończy francuski podróżnik. Równie wstrętnym, jak procesja biczowników, było wypędzanie szatana z opętanych. Montaigne z ciekawości poszedł do kościoła, gdzie się właśnie taka operacja odbywała. Pacjenta przyprowadzono do małej kaplicy, kazano mu uklęknąć przed ołtarzem i trzymano za jakiś kołnierz sukienny, który mu okręcono około szyi. Ksiądz czytał nad nim modlitwy i egzorcyzmy, rozkazując diabłu, aby opuścił ciało chorego, a wreszcie zwrócił się do opętanego, zaczął go przeklinać, bić pięścią, plwać mu w twarz, co ów biedak znosił cierpliwie i mówił jakieś niewyraźne słowa, to w swoim imieniu, to w imieniu szatana. Operacja ta trwała dość długo, po czym ksiądz podszedł bliżej ołtarza, położył jedną rękę na cyborium, a do drugiej wziął zapaloną świecę, spuszczając ją knotem ku posadzce, aby się prędzej topiła, i ciągle wymyślał na diabła i krzyczał, co mu sił starczyło, aby opuścił ciało opętanego. Diabeł był wszakże zawzięty, nie chciał tak łatwo się wynieść, tak, że duchowny spalił drugą świecę bez skutku i dopiero przy trzeciej świecy diabeł, znudzony i przestraszony, uciekł. Wtedy ksiądz zbliżył się do chorego i oznajmił krewnym, którzy go przyprowadzili, że teraz mogą spokojnie z nim wracać do domu. Przytomnemu zaś Montaignowi, który się przypatrywał tej czynności wraz z kilkoma znajomymi, opowiadał ów duchowny, że ten diabeł, którego właśnie wypędził, należał do najgorszego rodzaju piekielników, gdyż był dziwnie uparty i zawzięty i dużo kosztowało pracy, aby się go pozbyć. Ów lekarz opętanych chwalił się także, że wczoraj uwolnił jakąś kobietę od gorszego jeszcze szatana i że z ust pacjentki wychodziły wypluwały gwoździe kopyt czartowskich. Barocco wszędzie. Nawet chorych żebraków nie umiano wtedy sprowadzić do nowego przytułku bez dziwacznej uroczystości. Grzegorz XIII kazał zbudować duży szpital i 27 lutego 1581 r. miano tam umieścić przeszło trzy tysiące biedaków. Dziady wolały jednak wolność, aniżeli szpital, a bractwo Trójcy Świętej, które się tą sprawą zająć miało, mogło ich zebrać zaledwie ośmiuset. Dla tych urządzono rodzaj procesji, która szła naprzód na Kapitol, a potem dopiero do szpitala. Pochód rozpoczynali członkowie bractwa w czerwonych habitach, niosąc wielki krzyż, jarzące się świece z białego wosku, a za nimi postępowały różne chóry, śpiewające psalmy, i muzyka, wtórująca pobożnym pieśniom. Następnie szli ubodzy w łachmanach, mogący jeszcze chodzić, za nimi ślepi i kulawi na wozach, które ciągnęli zdrowi żebracy, a wreszcie jechało czternaście wozów, zapełnionych kalekami. Wielu z tych nieszczęśliwych miało najobrzydliwsze zaraźliwe choroby, co wszakże nie przeszkadzało, aby ich w tryumfie prowadzić na Kapitol. I w dobroczynności nie obeszło się bez rzeczy nadzwyczajnych. Według Reszki opowiadali polscy pielgrzymi, iż częstokroć w nocy przychodził po nich jakiś dobry człowiek, z twarzą zakrytą, prowadził ich do jakiegoś domu, gdzie był stół»wielkim dostatkiem nagotowany«, i tam im»wiele person«z zakrytymi twarzami służyło z pokorą. Po wieczerzy nogi im umywano i rozdawano jałmużnę. Zapewne byliby pielgrzymi woleli, gdyby ich ze snu nie budzono i nakarmiono w dzień, a nie w nocy, ale w owych czasach robiono wszystko»inaczej«. Vergilius Crescentius, ostatni ze znakomitej familii Crescencich,»narodu polskiego wielki miłośnik, spotkawszy na ulicy polskich 54

55 pielgrzymów, jedzeniem, piciem i łożem ich opatrzał. Sam z małżonką, z dziatkami i czeladzią im do stołu służył, przyodziewał, szmaty stare oprawiać kazał, nowymi sukniami darował, ręce całował, nogi umywał i jałmużny czynił«. W kościele św. Trójcy wprowadził jeszcze Pius V co sobotę kazania dla Żydów, sądząc, że w ten sposób Kościół zyska wielu nawróconych. Za czasów Montaigna wybornym kaznodzieją był tam przechrzta Andrea de Monti, dawniejszy rabbi, mówił znakomicie i zbijał tekstem Biblii nauki talmudystów. Ale Żydzi nie chcieli uczęszczać na te kazania; Grzegorz XIII wydał więc rozporządzenie, aby przynajmniej jedna trzecia część Izraelitów z Ghetto z żonami i dziećmi powyżej lat dwunastu przychodziła do św. Trójcy, sądząc, że w ten sposób będzie tam zawsze na kazaniu stu mężczyzn i pięćdziesiąt kobiet. Kościelny musiał czuwać nad tym, aby słuchacze zachowywali się spokojnie i nie spali, a organista zapisywał nazwiska obecnych. Kto nie przyszedł, ulegał grzywnie. Kazania te później, aż do roku 1614, odbywały się w kościele S. Angelo di Peschiera, jako najbliższym żydowskiej dzielnicy, ale widocznie niewiele przynosiły Kościołowi pożytku, gdyż ich później zaniechano. Straszną plamą na XVII wieku było rozwielmożnienie się trucicielstwa. Żony truły mężów, dzieci ojców, młodsi bracia starszych, aby po nich dziedziczyć, a nie było człowieka na wyższym stanowisku, który by każdej chwili nie obawiał się podstępnego zamachu na swoje życie. Urban VIII uciekał do Castel Gandolfo przed trucicielami, kardynał Richelieu nie spożył żadnej potrawy, dopóki jej nie dał skosztować swym ulubionym kotom, które jako największe smakosze pomiędzy domowymi zwierzętami, nie tkną się żadnego podejrzanego jadła. Trucicielstwo wprowadzili już Borgie do Włoch na szerokie rozmiary, ale dopiero w XVII wieku stała się trucizna powszechną plagą. Jak we wszystkim, w dobrym i złym, przodowała i w tej mierze Florencja. Tam byli najzdolniejsi alchemicy, którzy przyrządzali takie trucizny, że sądy nie mogły rozpoznać, czy w ogóle zmarła osoba była otrutą; tam robiono»lekarstwa«, które wywoływały choroby, zabijające człowieka w ustanowionym z góry czasie. Mistrzostwo w sposobach pozbywania się ludzi dochodziło do tej doskonałości, że jabłko, przekrojone na dwie połowy, przynosiło śmierć tylko jednemu z tych, którzy je spożyli; nóż był zatruty tylko z jednej strony. Wjazd polskiego posła Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w roku 1633 IV. Papieżom czasów baroku chodziło nadzwyczaj o to, aby ambasadorowie obcych państw występowali w Rzymie z wielkim przepychem. Widzieliśmy, jak Sykstus V starał się, aby król polski przysłał z»obedyencyą«wielkiego pana, który by mógł świetnie wystąpić, a nie skromnego biskupa. Jeszcze w wyższym stopniu lubił Urban VIII otaczać blaskiem Rzym i papiestwo, więc też król polski Władysław IV, wiedząc o tym, wybrał na poselstwo do Rzymu magnata, który zupełnie mógł zadowolić nawet Barberiniego. Był nim Jerzy Ossoliński, a wjazd posła polskiego w r do Rzymu zapisał się może najgłębiej w wyobraźni tamtejszego ludu ze wszystkich uroczystości, jakie się odbyły z powodu przyjazdu posłów zagranicznych w pierwszej połowie XVII wieku. Nie tutaj miejsce rozwodzić się nad powodami, które skłoniły króla Władysława IV do wysłania Ossolińskiego do Rzymu, wyłuszczył je Ludwik Kubala w swym pięknem i gruntownym dziele o Jerzym Ossolińskim. Władysław IV był bezsprzecznie najpotężniejszym umysłem pomiędzy późniejszymi panującymi w Polsce. Plany jego były śmiałe, chciał stworzyć z Polski wielkie państwo, łącząc je ze schizmatycką Moskwą. Do osiągnięcia tego celu potrzebował pewnych ustępstw ze strony Rzymu, chciał, aby papież nie sprzeciwiał się jego ugodzie, zawartej ze schizmatykami, która na przyszłość miała mieć wielkie znaczenie. Rzym jednak nie zrozumiał śmiałych planów króla polskiego, a trzymając się zasady, że żadnych ustępstw schizmatykom robić nie można, przyczynił się jeszcze do pogłębienia przepaści, jaka istniała pomiędzy ludami na Wschodzie. Król pisał do Rzymu, ufając, że Ojciec św. nie zechce ruiny Polski i katolicyzmu, lecz ani Urban VIII, ani kardynałowie nie usłuchali rad ludzi, którzy znali lepiej stosunki, aniżeli rzymscy purpurat. Ossolińskiego głównym zadaniem było przekonać papieża i kardynałów o konieczności ustępstw 55

56 dysydentom i schizmatykom w Polsce, a ponieważ wiedziano, że w Rzymie trzeba występować wspaniale, dać uczuć pewną potęgę, aby przeprowadzić swoje żądania, więc i król i Ossoliński postanowili, aby poselstwo olśniło Rzym i dało wyobrażenie o sile polskiego monarchy. Do najwspanialszych festynów należały wówczas w stolicy papieskiej wjazdy posłów francuskich. Ossoliński postanowił więc»iść ich wzorem, ale co Francuzi mieli ze srebra, on to chciał mieć ze złota, co oni ze złota, on z drogich kamieni, gdzie tamci mieli drogie kamienie, on chciał mieć dyamenty«. [Poseł francuski Fontenay-Mereuil jechał do Watykanu 131 powozami (z okazji przedstawienia się Urbanowi VIII); dziedziczny marszałek conclave, książę Savelli, używał 140 karet, poseł hiszpański wjeżdżał trzystoma powozami; wszystkie te pojazdy były po większej części wynajęte u magnatów rzymskich.] Papież Urban VIII. Obraz Pietro da Cortona (ok. 1627). Ponieważ jednak Ossoliński nie był dość zamożnym człowiekiem na takie wystąpienie, więc przyszły mu w pomoc skarbiec królewski i mennica. Wiózł on także podarunek dla papieża, ów przywilej, którym Konstantyn Wielki miał darować Rzym i Kampanię na własność papieży. Dokument ten dostał się po zdobyciu Konstantynopola do skarbca carów, a gdy Żółkiewski zajął Moskwę, przywiózł go ze sobą do Polski. W Rzymie zapewne mniejszą do tego dokumentu przywiązywano wagę, aniżeli w Warszawie, pomimo bowiem, że Lorenzo Valla za czasów Eugeniusza IV w głośnym swym piśmie dowodził, że owa darowizna nigdy nie nastąpiła, nikt z chrześcijańskich panujących nie zaprzeczał papieżom posiadania Rzymu i nawet oryginalny dokument nie miałby już znaczenia za czasów Urbana VIII. Gdyby zaś Turcy byli Rzym najechali, toby nawet autentyczny dokument nie na wiele się przydał. Ossoliński wybrał się w drogę z początkiem września r roku i zabrał ze sobą 300 ludzi, 20 karoc, 30 koni wierzchowych i 10 wielbłądów na podziw Włochów. W półtrzecia miesiąca, dnia 20 listopada, stanął pod murami Rzymu, a zobaczywszy kopułę św. Piotra,»ukląkł na ziemi, prosząc Roga, ażeby wszechwładną swą ręką kierować raczył sprawami Kościoła i Rzeczypospolitej«. U bramy»del Popolo«czekali na niego sekretarze poselstw zagranicznych z powitaniem w imieniu ambasadorów, a Ossoliński, odpowiadając na ich grzeczności po włosku, po hiszpańsku, po francusku i po niemiecku, powszechny wzbudził podziw. Protektor Polski, kardynał de Torres, tudzież mnóstwo prałatów i członków arystokracji rzymskiej, częścią z ciekawości, częścią dla uczczenia znakomitej osoby posła, wyjechało naprzeciw niego, tak, że z jakie sto sześćdziesiąt karet towarzyszyło 56

57 Ossolińskiemu aż do pałacu Gabrielli na Trinitá de Monti, przeznaczonego mu na mieszkanie. Zaledwie się poseł ogarnął z dalekiej podróży, pojechał natychmiast na Monte Cavallo dla ucałowania nóg chorego wówczas papieża, po czym poskładał wizyty nepotom Barberinim, wiedząc, jak dalece papieżowi na tym zależało, aby całą jego rodzinę uważać niejako za rodzinę panującą. Grzeczność Ossolińskiego nadzwyczaj ujęła Urbana VIII, który przychylnie kazał mu kilka dni wypocząć po trudach i wjazd uroczysty naznaczył na dzień 27 listopada w niedzielę. Orszak zbierał się przed bramą Flaminińską, ale Polacy ze smutkiem spoglądali, że niebo się chmurzyło i groził deszcz ulewny. Mnóstwo niepoliczone przepysznych karoc, zaprzężonych ozdobnie w konie, przystrojone pióropuszami, zjeżdżało się ze wszystkich dzielnic Rzymu, a pomiędzy nimi wspaniałością odznaczały się powozy poselstw francuskiego, hiszpańskiego, cesarskiego i Wielkiego księcia toskańskiego. Na szczęście niebo się wypogodziło, gwardia szwajcarska z muzyką ustawiła się na czele karoc i wjazd się rozpoczął przez bramę Flaminińską, wjazd barwny, powolny, pompatyczny, jak na barokowe czasy przystało. Przejechawszy bramę, zastał Ossoliński czekającego nań marszałka dworu papieskiego z licznym orszakiem prałatów i szlachty, który go powitał imieniem papieża i prowadził pochód jak najdalszą drogą, aby i lud mógł się nacieszyć niezwykłym widowiskiem. Stefano della Bella, znakomity ówczesny artysta, przypatrywał się wjazdowi i na długim zwoju papieru oddał rylcem z wielkim zacięciem ową uroczystość. Miedzioryt poświęcił artysta toskańskiemu księciu Wawrzyńcowi de Medici, gdyż florentyńscy Medyceusze szczególnie się wtedy zajmowali wszystkim, co było i piękne i wspaniałe. Dwaj kurierzy, ubrani po polsku w atłasy i aksamity, otwierali pochód; za nimi szło dwadzieścia dwa jucznych mułów, przybranych w różnobarwne rzędy, a następnie jechał oddział konnej gwardii papieskiej. Tłocząca się po oknach i ulicach ludność wybuchła jednak okrzykami podziwu, gdy za gwardią ukazało się dziesięć olbrzymich wielbłądów, grających srebrnymi dzwonkami, przepysznie przystrojonych w pióropusze, złote tkaniny i siatki, z długimi, powiewającymi frędzlami. Wielbłądy niosły drogie sprzęty pokojowe i całą szatnię posła. Podziw Rzymian się wzmagał, gdy ujrzano czterech trębaczy na koniach, dziwacznie ubranych na sposób wschodni w opończe z zielonego aksamitu, dmących jakieś obce dla włoskiego ucha, ale piękne arie. Za trębaczami postępowała kozacka gwardia polskiego posła. Trzydziestu czterech jeźdźców, których konie o długich grzywach i ogonach, o zapuszczonych pęcinach zdawały się swobodnie pląsać według tonów trębaczy. Te postacie kozackie, marsowe, dzikie, od stóp do głów uzbrojone, lśniły się w promieniach słonecznych swymi»barwami«z różowej, złotem litej, jedwabnej materii i długimi strusimi piórami na kołpakach. Każdy z nich trzymał łuk w ręku, którym jakby z uciechy rozmaite wyprawiał ruchy. Grupę kozacką zamykała dziwna postać, giermek Ossolińskiego, starzec z długą, białą brodą, cały uskrzydlony, upierzony, jakby ze swym ciężkim koniem miał w powietrze się unieść. Ubrany był w kaftan, zrobiony na sposób perski ze złocistego brokatu, u łęku wisiała tarcza, w ręku trzymał dzidę, ozdobioną wąską chorągiewką i jedwabnym kutasem, na hełmie zaś i na plecach miał skrzydła z piór żurawich. Nogi nawet wschodniego rumaka były ozdobione skrzydełkami, przywiązanymi powyżej pęcin. Za giermkiem, w swobodnej grupie jechało trzydziestu paziów Ossolińskiego, wyrostki dzielne, w jasnej barwie z niebieskawo-zielonego aksamitu (acqua marina), z sahajdakami i łukami lśniącymi srebrną oprawą. Konie mieli wszyscy jednej maści, kasztanowate, przykryte czerwonymi czaprakami i ozdobione pióropuszami ze strusich piór. Za paziami po dwóch masztalerzy prowadziło sześć tak pysznych tureckich rumaków, jakich podobno w Rzymie nie widziano. Każdy z nich potrząsał czubem z czaplich piór i miał na sobie szczerozłoty rząd i strzemiona. Czapraki haftowane diamentami, rubinami i szmaragdami, lśniły się w promieniach słońca, ale najbardziej zwracały uwagę klejnoty na czołach, z których każdy wart był dziesięć tysięcy dukatów. Owe to dzianety miały złote podkowy, których tradycja przetrwała wieki. Zapomniano, w jakich sprawach Ossoliński jeździł do Rzymu, ale o złotych podkowach naszego posła wie każdy żak szkolny. Ossoliński był oszczędniejszym, aniżeliby się zdawało; chcąc olśnić tłum rzymski, kazał słabo przytwierdzić złote podkowy, aby po drodze odpadły, ale tylko dwie, inne mocno 57

58 były przybite i w Krakowie wróciły znowu do mennicy. Cel był wszakże osiągnięty, w całych Włoszech i w całej niemal Europie mówiono o złotych podkowach polskiego posła. Znowu inna grupa. Na jej czele koniuszy Ossolińskiego, ze srebrną buławą w ręku, na rosłym koniu o czubie z piór czaplich, a za nim dwudziestu młodych dworzan, dzielnych i pięknych junaków, jednakowo ubranych, w adamaszkach niebieskiego koloru; siodła, szable i handżary lśniły od złota. Po polskiej młodzieży zupełnie inna, różnobarwna kawalkada: kilkudziesięciu panów rzymskich i hiszpańskich, tudzież szlachta, którą kardynałowie wysłali, aby wjazd posła uświetnić. Stroje tych panów odbijają od polskich ubiorów, płaszcze innego kroju, duże kapelusze albo berety z piórami. Nawet konie szły inaczej, więcej pompatycznie, uczenie, ale z mniejszym ogniem. Po cudzoziemcach znowu Polacy. Na czele marszałek dworu Ossolińskiego z buławą w ręku, za nim dwudziestu dworzan, przepysznie ustrojonych. Zadziwiali pięknością futer; same sobole i rysie. Ludzie XVII wieku umieli urządzać kawalkady, chodziło im nie tylko o wspaniałość, ale i o rozmaitość, która by oko bawiła. Więc gdy przejechali Polacy, ukazali się dworzanie papiescy po większej części w hiszpańskich strojach, a wyróżniał się bogactwem szat książę de Richmond, krewny posła francuskiego. To, co nastąpiło po cudzoziemskiej kawalkadzie, przechodziło nawet wschodnią wyobraźnię. Jechali na tureckich koniach przyjaciele Ossolińskiego i urzędnicy poselstwa. Postępowali jeden za drugim w pewnej odległości, a każdego konia prowadziło dwóch kawalerów rzymskich.»jechał nasamprzód, powiada Kubala, Komorowski, kanonik krakowski, trzech Naruszewiczów, synów podskarbiego Wielkiego księstwa Litewskiego, Wężyk, synowiec prymasa, Krzysztof Lanckoroński i Stanisław Miński, dworzanie królewscy; dalej Lipski, kanonik płocki, Ronkali, sekretarz królewski i Korniakt, siostrzeniec posła. Najbardziej się podobał młody Ciekliński, sekretarz królewski. W długiej szacie, lśniący od złota i szkarłatu, kamieniami drogimi oświecony, siedział na ślicznym anatolskim rumaku, który, nie przerywając poważnego pochodu, z przedziwną gracją igrał ze swoim jeźdźcem i z zadziwiającą szybkością najrozmaitsze skoki wykonywał. Patrzano nań z ciekawością, a kiedy złoty młodzieniec, ujrzawszy większy tłum, poskoczył naprzód i rzucając się w bok, jednym zgrabnym ruchem zerwał łańcuch od munsztuku i złote ogniwa pomiędzy ludzi rozrzucał, kawalerowie rzymscy przyjęli ten żart oklaskiem, w który cały tłum zawtórował«. 58

59 Dalszym ciągiem tego pochodu był orszak polskiej młodzieży, która umyślnie przybyła do Rzymu, aby wziąć udział w tej narodowej uroczystości. Nie ustępowała ona w niczym przepychowi innych grup, a dość powiedzieć, że pomiędzy jeźdźcami znajdowali się członkowie najpierwszych domów, jak Zebrzydowski, Tarnowski, dwaj Firlejowie, Lubomirski i synowiec posła, Mikołaj Ossoliński, na karym, dzielnym koniu, ustrojonym kitą czarnych, strusich piór. Wreszcie ostatni orszak: L Eccellentissimo Ambasciatore, w otoczeniu sekretarza poselstwa, Gembickiego, i marszałka dworu papieskiego, Kajetaniego. Drogę ambasadorowi torowali papiescy Szwajcarzy i kompania piechoty polskiej w niebieskich mundurach, ze srebrnymi guzami.»ubiór Ossolińskiego, powiada Kubala, w odległości szary, za zbliżeniem rozrzucał iskry diamentów. Wyglądał jak szary zmierzch«. Poseł miał na sobie żupan czarny, złotem haftowany, spięty dwudziestoma szerokimi pętlicami i guzami z dużych diamentów. Peleryna z soboli okrywała ramiona, a beret na głowie z kitą czaplich piór świecił z dala kosztowną agrafą. U boku miał Ossoliński przypasaną karabelę, obsypaną drogimi kamieniami, którą szacowano na dwadzieścia tysięcy skudów. Siwy koń strojny był w chryzolity i czarne pióra w diamentowej osadzie, a szedł poważnie, wiedział, kogo niesie. Za posłem jechała jego karoca, wybita zielonym aksamitem, ciągniona sześcioma perskimi końmi, a dalej cały szereg powozów. Gdy Ossoliński zbliżał się do Watykanu, grzmiały działa z zamku św. Anioła, dopóki poseł nie stanął w papieskim pałacu. Na tym się zakończył ów głośny w dziejach uroczystości XVII wieku wjazd polskiego posła. Szóstego grudnia Ossoliński miał publiczną audiencję u papieża i przy tej sposobności znowu z całym orszakiem, z tą samą pompą, co po raz pierwszy, jechał do Watykanu. Papież, chociaż chory, przyjął go w sali królów, a poseł wypowiedział wówczas sławną mowę po łacinie, o której Urban VIII się wyraził, że i Cycero lepiej by nie mówił. Po audiencji obiad na cześć posła według zwykłego ceremoniału, przy którym Ossoliński zwracał swą roztropnością i ujmującym zachowaniem się wszystkich uwagę. Papież rozmawiał z nim po obiedzie, podziwiał jego piękny ubiór, a ująwszy rąbek szaty, rzekł do obecnych:»takim kształtem nosili się niegdyś poważni Rzymianie«. Widocznie Urban VIII niezbyt był obeznany z ubiorami Rzymian, skoro strój polski mógł porównywać do starożytnej togi. Ossoliński wyjechał z Rzymu dwunastego grudnia,»żegnany przez tłumy ludu wołaniem i wielkim płaczem«, jak się współczesny autor wyraził, i na Florencję, Wenecję i Wiedeń wracał do Warszawy. Rzymska bazylika św. Piotra ukończona za papieża Urbana VIII w 1626 roku. 59

60 Projekty edukacyjne realizowane w Liceum Ogólnokształcącym im. Władysława Jagiełły w Płocku: Urodzeni w niewoli dzieciom Niepodległej. Polscy historycy literatury. Klasycy historiografii polskiej. Wielkie dzieła kultury. Zapomniani Polacy. Głośne czytanie nocą. Międzyszkolny Klub Myśli Polskiej. 60

Proszę bardzo! ...książka z przesłaniem!

Proszę bardzo! ...książka z przesłaniem! Proszę bardzo!...książka z przesłaniem! Przesłanie, które daje odpowiedź na pytanie co ja tu właściwie robię? Przesłanie, które odpowie na wszystkie twoje pytania i wątpliwości. Z tej książki dowiesz się,

Bardziej szczegółowo

Zestaw pytań o Janie Pawle II

Zestaw pytań o Janie Pawle II Zestaw pytań o Janie Pawle II 1. Jakie wydarzenie miało miejsce 18.02.1941r? 2. Dokąd Karol Wojtyła przeprowadził się wraz z ojcem w sierpniu 1938 r? 3. Jak miała na imię matka Ojca Św.? 4. Kiedy został

Bardziej szczegółowo

WYWIAD Z ŚW. STANISŁAWEM KOSTKĄ

WYWIAD Z ŚW. STANISŁAWEM KOSTKĄ WYWIAD Z ŚW. STANISŁAWEM KOSTKĄ Witaj Św. Stanisławie, czy mogę z Tobą przeprowadzić wywiad? - Witam. Tak bardzo chętnie udzielę wywiadu. Gdzie i kiedy się urodziłeś? - Urodziłem się w Październiku 1550r.

Bardziej szczegółowo

1. Roland rycerz średniowieczny

1. Roland rycerz średniowieczny 1. Roland rycerz średniowieczny Uczeń: Uczeń: a. 1. Cele lekcji i. a) Wiadomości zna fragmenty tekstu Pieśni o Rolandzie, zna podstawowe wiadomości o zwyczajach i tradycjach rycerzy średniowiecznych, rozumie

Bardziej szczegółowo

Bóg Ojciec kocha każdego człowieka

Bóg Ojciec kocha każdego człowieka 1 Bóg Ojciec kocha każdego człowieka Bóg kocha mnie, takiego jakim jestem. Raduje się każdym moim gestem. Alleluja Boża radość mnie rozpiera, uuuu (słowa piosenki religijnej) SŁOWA KLUCZE Bóg Ojciec Bóg

Bardziej szczegółowo

Moje pierwsze wrażenia z Wielkiej Brytanii

Moje pierwsze wrażenia z Wielkiej Brytanii Moje pierwsze wrażenia z Wielkiej Brytanii Polska Szkoła Sobotnia im. Jana Pawla II w Worcester Opracował: Maciej Liegmann 30/03hj8988765 03/03/2012r. Wspólna decyzja? Anglia i co dalej? Ja i Anglia. Wielka

Bardziej szczegółowo

Janusz Korczak, właściwie Henryk Goldszmit, ps. Stary Doktor lub pan doktor (ur. 22 lipca 1878 w Warszawie, zm. około 6 sierpnia 1942 w komorze

Janusz Korczak, właściwie Henryk Goldszmit, ps. Stary Doktor lub pan doktor (ur. 22 lipca 1878 w Warszawie, zm. około 6 sierpnia 1942 w komorze Janusz Korczak, właściwie Henryk Goldszmit, ps. Stary Doktor lub pan doktor (ur. 22 lipca 1878 w Warszawie, zm. około 6 sierpnia 1942 w komorze gazowej obozu zagłady w Treblince) polski pedagog, publicysta,

Bardziej szczegółowo

ZESPÓŁ SZKÓŁ INTEGRACYJNYCH IM. POWSTAŃCÓW WIELKOPOLSKICH W INOWROCŁAWIU

ZESPÓŁ SZKÓŁ INTEGRACYJNYCH IM. POWSTAŃCÓW WIELKOPOLSKICH W INOWROCŁAWIU ZESPÓŁ SZKÓŁ INTEGRACYJNYCH IM. POWSTAŃCÓW WIELKOPOLSKICH W INOWROCŁAWIU JAN PAWEŁ II ORĘDOWNIK RODZINY NASZA SPOŁECZNOŚĆ SZKOLNA ŁĄCZY SIĘ Z TYMI SŁOWAMI PAMIĘTAMY 27 kwietnia 2015 roku odbył się w naszej

Bardziej szczegółowo

Test mocny stron. 1. Lubię myśleć o tym, jak można coś zmienić, ulepszyć. Ani pasuje, ani nie pasuje

Test mocny stron. 1. Lubię myśleć o tym, jak można coś zmienić, ulepszyć. Ani pasuje, ani nie pasuje Test mocny stron Poniżej znajduje się lista 55 stwierdzeń. Prosimy, abyś na skali pod każdym z nich określił, jak bardzo ono do Ciebie. Są to określenia, które wiele osób uznaje za korzystne i atrakcyjne.

Bardziej szczegółowo

Szczęść Boże, wujku! odpowiedział weselszy już Marcin, a wujek serdecznie uściskał chłopca.

Szczęść Boże, wujku! odpowiedział weselszy już Marcin, a wujek serdecznie uściskał chłopca. Sposób na wszystkie kłopoty Marcin wracał ze szkoły w bardzo złym humorze. Wprawdzie wyjątkowo skończył dziś lekcje trochę wcześniej niż zwykle, ale klasówka z matematyki nie poszła mu najlepiej, a rano

Bardziej szczegółowo

Modlitwa ciągła nieustająca dopomaga do działania we wszystkim w imieniu Pana Jezusa, a wtenczas wszystkie zwroty na siebie ustają.

Modlitwa ciągła nieustająca dopomaga do działania we wszystkim w imieniu Pana Jezusa, a wtenczas wszystkie zwroty na siebie ustają. Modlitwa ciągła nieustająca dopomaga do działania we wszystkim w imieniu Pana Jezusa, a wtenczas wszystkie zwroty na siebie ustają. /Matka Celina Zapiski -17.VI.1883r./...dziecko drogie, chcę ci objaśnić...ogólną

Bardziej szczegółowo

miłość, wierność i uczciwość przed obliczem Boga dnia. o godzinie w Kościele... w... Na tą uroczystość zapraszają W.P. Rodzice i Narzeczeni

miłość, wierność i uczciwość przed obliczem Boga dnia. o godzinie w Kościele... w... Na tą uroczystość zapraszają W.P. Rodzice i Narzeczeni Wybór tekstu zaproszenia 1. Ku radości przyjaciół, za pozwoleniem najbliższych, rozpoczynają wspólna drogę życia Panna Młoda: imię i nazwisko i Pan Młody: imię i nazwisko miłość, wierność i uczciwość przed

Bardziej szczegółowo

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Kobieta Przy Studni

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Kobieta Przy Studni Biblia dla Dzieci przedstawia Kobieta Przy Studni Autor: Edward Hughes Ilustracje: Lazarus Redakcja: Ruth Klassen Tłumaczenie: Joanna Kowalska Druk i oprawa: Bible for Children www.m1914.org 2014 Bible

Bardziej szczegółowo

Stanisław Zagajewski utalentowany artysta samorodek - maj 2009

Stanisław Zagajewski utalentowany artysta samorodek - maj 2009 Stanisław Zagajewski utalentowany artysta samorodek - maj 2009 To był kapitalny pomysł mojej koleżanki Ani, abyśmy połączyły majowy wyjazd na jedyny poznański koncert Snowy White a, z obejrzeniem rzeźb

Bardziej szczegółowo

Jan Paweł II JEGO OBRAZ W MOIM SERCU

Jan Paweł II JEGO OBRAZ W MOIM SERCU Jan Paweł II JEGO OBRAZ W MOIM SERCU Jan Paweł II Jan Paweł II właściwie Karol Józef Wojtyła, urodził się 18 maja 1920 w Wadowicach, zmarł 2 kwietnia 2005 w Watykanie polski biskup rzymskokatolicki, biskup

Bardziej szczegółowo

20 Kiedy bowiem byliście. niewolnikami grzechu, byliście wolni od służby sprawiedliwości.

20 Kiedy bowiem byliście. niewolnikami grzechu, byliście wolni od służby sprawiedliwości. Lectio Divina Rz 6,15-23 1. Czytanie Prowadzący: wezwijmy Ducha św.: Przybądź Duchu Święty... - weźmy do ręki Pismo św.. - Słuchając jak w Kościele śledźmy tekst, aby usłyszeć, co chce nam dzisiaj Jezus

Bardziej szczegółowo

Hektor i tajemnice zycia

Hektor i tajemnice zycia François Lelord Hektor i tajemnice zycia Przelozyla Agnieszka Trabka WYDAWNICTWO WAM Był sobie kiedyś chłopiec o imieniu Hektor. Hektor miał tatę, także Hektora, więc dla odróżnienia rodzina często nazywała

Bardziej szczegółowo

JANUSZ KORCZAK- CZŁOWIEK, KTÓRY KOCHAŁ DZIECI

JANUSZ KORCZAK- CZŁOWIEK, KTÓRY KOCHAŁ DZIECI JANUSZ KORCZAK- CZŁOWIEK, KTÓRY KOCHAŁ DZIECI CELE PROJEKTU: przybliżenie uczniom sylwetki Janusza Korczaka, zapoznanie z jego nowatorskimi poglądami na wychowanie dzieci; uświadomienie dzieciom posiadania

Bardziej szczegółowo

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Cuda Pana Jezusa

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Cuda Pana Jezusa Biblia dla Dzieci przedstawia Cuda Pana Jezusa Autor: Edward Hughes Ilustracje: Byron Unger; Lazarus Redakcja: E. Frischbutter; Sarah S. Tłumaczenie: Katarzyna Gablewska Druk i oprawa: Bible for Children

Bardziej szczegółowo

Pytania konkursowe. 3. Kim z zawodu był ojciec Karola Wojtyły i gdzie pracował? 4. Przy jakiej ulicy w Wadowicach mieszkali Państwo Wojtyłowie?

Pytania konkursowe. 3. Kim z zawodu był ojciec Karola Wojtyły i gdzie pracował? 4. Przy jakiej ulicy w Wadowicach mieszkali Państwo Wojtyłowie? Pytania konkursowe 1. Podaj imię i nazwisko Jana Pawła II. 2. Podaj imię brata Karola Wojtyły. 3. Kim z zawodu był ojciec Karola Wojtyły i gdzie pracował? 4. Przy jakiej ulicy w Wadowicach mieszkali Państwo

Bardziej szczegółowo

Medytacja chrześcijańska

Medytacja chrześcijańska Z TRADYCJI MNISZEJ 5 John Main OSB Medytacja chrześcijańska John Main OSB Medytacja chrześcijańska Konferencje z Gethsemani przekład Teresa Lubowiecka Spis treści Wstęp...7 Pierwsza Konferencja...9 Druga

Bardziej szczegółowo

Rysunek: Dominika Ciborowska kl. III b L I G I A. KLASY III D i III B. KATECHETKA: mgr teologii Beata Polkowska

Rysunek: Dominika Ciborowska kl. III b L I G I A. KLASY III D i III B. KATECHETKA: mgr teologii Beata Polkowska RE Rysunek: Dominika Ciborowska kl. III b L I G I A KLASY III D i III B KATECHETKA: mgr teologii Beata Polkowska Duchu Święty przyjdź ZESŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO DOMINIKA CIBOROWSKA KL III D MODLITWA Przyjdź

Bardziej szczegółowo

Sprawozdanie dotyczące wyjazdu kulturalno-edukacyjnego do Warszawy w okresie27-30.09.2012 r.

Sprawozdanie dotyczące wyjazdu kulturalno-edukacyjnego do Warszawy w okresie27-30.09.2012 r. Krasnystaw, dnia 05.10.2012 r. Sprawozdanie dotyczące wyjazdu kulturalno-edukacyjnego do Warszawy w okresie27-30.09.2012 r. W okresie 27-30.09.2012 r. w ramach realizacji projektu systemowego Aktywność

Bardziej szczegółowo

HANS CHRISTIAN ANDERSEN. Przygotawała Katarzyna Semla SP-5 Żywiec

HANS CHRISTIAN ANDERSEN. Przygotawała Katarzyna Semla SP-5 Żywiec HANS CHRISTIAN ANDERSEN Przygotawała Katarzyna Semla SP-5 Żywiec HANS CHRISTIAN ANDERSEN Żył w latach 1805 1875; Prozaik, poeta, dramaturg i baśniopisarz duński; W wieku 14 lat, po śmierci ojca, we wrześniu

Bardziej szczegółowo

Nazywam się Maria i chciałabym ci opowiedzieć, jak moja historia i Święta Wielkanocne ze sobą się łączą

Nazywam się Maria i chciałabym ci opowiedzieć, jak moja historia i Święta Wielkanocne ze sobą się łączą Nazywam się Maria i chciałabym ci opowiedzieć, jak moja historia i Święta Wielkanocne ze sobą się łączą Jako mała dziewczynka miałam wiele marzeń. Chciałam pomagać innym ludziom. Szczególnie starzy, samotni

Bardziej szczegółowo

lekarz, pedagog, pisarz, publicysta, działacz społeczny pochodzenia żydowskiego.

lekarz, pedagog, pisarz, publicysta, działacz społeczny pochodzenia żydowskiego. JANUSZ KORCZAK Janusz Korczak, właściwie Henryk Goldszmit, znany też jako: Stary Doktor lub Pan doktor padoktor (ur. 22 lipca 1878 lub 1879 w Warszawie, zm. 5 sierpnia lub 6 sierpnia 1942 w Treblince)

Bardziej szczegółowo

LearnIT project PL/08/LLP-LdV/TOI/140001

LearnIT project PL/08/LLP-LdV/TOI/140001 LEARNIT KOBIETY W IT EMANUELA (IT) Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska

Bardziej szczegółowo

Własność : Anny i Szczepana Polachowskich

Własność : Anny i Szczepana Polachowskich 1 Opracowanie: Anna Polachowska Korekta: Anna i Szczepan Polachowski Okładka : Anna Polachowska Zdjęcia wykorzystane do tej książki są autorstwa : Anna i Szczepana Polachowskich I pochodzą z własnej kolekcji

Bardziej szczegółowo

Przed podróŝą na Litwę

Przed podróŝą na Litwę Przed podróŝą na Litwę Źródło: http://www.hotels-europe.com/lithuania/images/lithuania-map-large.jpg BirŜai to niewielkie miasto litewskie wyznaczone jako miejsce kolejnego, juŝ piątego spotkania przedstawicieli

Bardziej szczegółowo

W obecnej chwili w schronisku znajdują same psy, ale można oddać pod opiekę również inne zwierzęta, które czekają na nowy dom.

W obecnej chwili w schronisku znajdują same psy, ale można oddać pod opiekę również inne zwierzęta, które czekają na nowy dom. W obecnej chwili w schronisku znajdują same psy, ale można oddać pod opiekę również inne zwierzęta, które czekają na nowy dom. Mogą to być koty: Gdyby również zaszła taka potrzeba zaopiekowalibyśmy się

Bardziej szczegółowo

II ETAP KONKURSU O JÓZEFIE PIŁSUDSKIM

II ETAP KONKURSU O JÓZEFIE PIŁSUDSKIM II ETAP KONKURSU O JÓZEFIE PIŁSUDSKIM Imię i nazwisko Szkoła.. 1. W którym roku uchwalono konstytucję kwietniową?... 2. Podaj lata, w jakich Piłsudski był Naczelnikiem Państwa?... 3. W jakiej tradycji

Bardziej szczegółowo

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Noe i Potop

Biblia dla Dzieci. przedstawia. Noe i Potop Biblia dla Dzieci przedstawia Noe i Potop Autor: Edward Hughes Ilustracje: Byron Unger; Lazarus Redakcja: M. Maillot; Tammy S. Tłumaczenie: Katarzyna Gablewska Druk i oprawa: Bible for Children www.m1914.org

Bardziej szczegółowo

Lekcja przeznaczona dla uczniów klas szóstych szkół podstawowych. rozumieć pojęcia: Szare Szeregi, zawiszacy, Harcerska Poczta Polowa;

Lekcja przeznaczona dla uczniów klas szóstych szkół podstawowych. rozumieć pojęcia: Szare Szeregi, zawiszacy, Harcerska Poczta Polowa; Harcerska Poczta Polowa Autor: Anna Bosiacka/Muzeum Powstania Warszawskiego Lekcja przeznaczona dla uczniów klas szóstych szkół podstawowych Czas trwania lekcji - 45 minut Cele. Po lekcji uczeń powinien:

Bardziej szczegółowo

TOTUS TUUS Cały twój

TOTUS TUUS Cały twój TOTUS TUUS Cały twój Przecież niecały umieram. To, co we mnie niezniszczalne, trwa Tryptyk rzymski W swoim właściwym i pełnym kształcie miłosierdzie objawia się jako dowartościowywanie, jako podnoszenie

Bardziej szczegółowo

Najczęściej o modlitwie Jezusa pisze ewangelista Łukasz. Najwięcej tekstów Chrystusowej modlitwy podaje Jan.

Najczęściej o modlitwie Jezusa pisze ewangelista Łukasz. Najwięcej tekstów Chrystusowej modlitwy podaje Jan. "Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów». Łk 11,1 Najczęściej o modlitwie Jezusa

Bardziej szczegółowo

I Komunia Święta. Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku

I Komunia Święta. Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku I Komunia Święta Parafia pw. Bł. Jana Pawła II w Gdańsku Ktoś cię dzisiaj woła, Ktoś cię dzisiaj szuka, Ktoś wyciąga dzisiaj swoją dłoń. Wyjdź Mu na spotkanie Z miłym powitaniem, Nie lekceważ znajomości

Bardziej szczegółowo

Gimnazjum kl. I, Temat 15

Gimnazjum kl. I, Temat 15 Po polsku: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen. Po angielsku: In the name of the Father, and the Son, and the Holy Spirit. Amen. Po niemiecku: Im Namen des Vaters und des Sohnes und des Heiligen

Bardziej szczegółowo

Krystyna Siedlecka. z domu. Cichocka

Krystyna Siedlecka. z domu. Cichocka Krystyna Siedlecka z domu Cichocka Krystyna Cichocka Jedyna córka Marianny i Bolesława Cichockich, urodziła się 25 X 1933 r. w Warszawie. 5-letnia Krysia 3 4-letnia Krysia 4 Dzieciństwo Do września 1944

Bardziej szczegółowo

Lubisz historię? Znasz Włochy i Rzym? Tak? To spróbuj rozwiązać quiz. Możesz korzystać z pomocy całej rodziny, oraz wujka Google i ciotki Wikipedii,

Lubisz historię? Znasz Włochy i Rzym? Tak? To spróbuj rozwiązać quiz. Możesz korzystać z pomocy całej rodziny, oraz wujka Google i ciotki Wikipedii, QUIZ ROMA AETERNA Lubisz historię? Znasz Włochy i Rzym? Tak? To spróbuj rozwiązać quiz. Możesz korzystać z pomocy całej rodziny, oraz wujka Google i ciotki Wikipedii, jeśli sądzisz, że Ci pomogą :-) Obejrzyj

Bardziej szczegółowo

Ewangelia Jana 3:16-19

Ewangelia Jana 3:16-19 1. POTRZEBA ŁASKI "(16) Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. (17) Bóg nie posłał swego Syna na świat, aby

Bardziej szczegółowo

KIDSCREEN-52. Kwestionariusz zdrowotny dla dzieci i młodzieży. Wersja dla rodziców

KIDSCREEN-52. Kwestionariusz zdrowotny dla dzieci i młodzieży. Wersja dla rodziców KIDSCREEN-52 Kwestionariusz zdrowotny dla dzieci i młodzieży Wersja dla rodziców Page 1 of 8 Data: Miesiąc Rok Drodzy Rodzice! Jak się czuje Pani/Pana dziecko? Czy ma jakieś problemy i zmartwienia? Na

Bardziej szczegółowo

WSPÓLNE ŻYCIE CHRZEŚCIJAN

WSPÓLNE ŻYCIE CHRZEŚCIJAN WSPÓLNE ŻYCIE CHRZEŚCIJAN Teksty biblijne: Dz. Ap. 4, 32 37, Ew. Mat. 6, 19 21 Tekst pamięciowy: Ks. Przyp. 14, 21; Ew. Mat. 6, 21 ( ) Szczęśliwy ten, kto lituje się nad ubogimi Albowiem, gdzie jest skarb

Bardziej szczegółowo

WYMAGANIA EDUKACYJNE W ZAKRESIE IV KLASY SZKOŁY PODSTAWOWEJ. Zaproszeni przez Boga z serii Drogi przymierza

WYMAGANIA EDUKACYJNE W ZAKRESIE IV KLASY SZKOŁY PODSTAWOWEJ. Zaproszeni przez Boga z serii Drogi przymierza WYMAGANIA EDUKACYJNE W ZAKRESIE IV KLASY SZKOŁY PODSTAWOWEJ Zaproszeni przez Boga z serii Drogi przymierza Wymagania edukacyjne śródroczne Ocena celująca Ocenę celującą przewiduję dla uczniów przejawiających

Bardziej szczegółowo

Dzieci to cud! A jak są dzieci, to jest już naprawdę cud". Proszę nam opowiedzieć o tym swoim Cudzie. Don Bosco

Dzieci to cud! A jak są dzieci, to jest już naprawdę cud. Proszę nam opowiedzieć o tym swoim Cudzie. Don Bosco Dzieci to cud! Don Bosco Z Tomaszem Budzyńskim, wokalistą rockowym, kompozytorem, poetą i malarzem, rozmawia Grażyna Starzak W wywiadach, publicznych wypowiedziach, często wspomina Pan o swojej żonie,

Bardziej szczegółowo

Janusz Korczak. przyjaciel dzieci

Janusz Korczak. przyjaciel dzieci Janusz Korczak przyjaciel dzieci Janusz Korczak o lekarz o pedagog o wychowawca o pisarz Dzieciństwo, młodość i edukacja Janusz Korczak (właściwe nazwisko Henryk Goldszmit) urodził się 22 lipca 1878 roku

Bardziej szczegółowo

Internetowy Projekt Zbieramy Wspomnienia

Internetowy Projekt Zbieramy Wspomnienia Internetowy Projekt Zbieramy Wspomnienia WSPOMNIENIA Z LAT 70 NA PODSTAWIE KRONIK SZKOLNYCH. W ramach Internetowego Projektu Zbieramy Wspomnienia pomiędzy końcem jednych, a początkiem drugich zajęć wybrałam

Bardziej szczegółowo

Platon, Państwo, przeł. W. Witwicki, Warszawa: PWN, 1958, t.1, ks. II, 368E-372A. A czyż państwo nie jest większe od jednego człowieka?

Platon, Państwo, przeł. W. Witwicki, Warszawa: PWN, 1958, t.1, ks. II, 368E-372A. A czyż państwo nie jest większe od jednego człowieka? Platon, Państwo, przeł. W. Witwicki, Warszawa: PWN, 1958, t.1, ks. II, 368E-372A. A czyż państwo nie jest większe od jednego człowieka? Większe powiada. To może i większa sprawiedliwość mieszka 369 w tym,

Bardziej szczegółowo

K O N K U R S H I S T O R Y C Z N Y dla uczniów gimnazjów - etap szkolny

K O N K U R S H I S T O R Y C Z N Y dla uczniów gimnazjów - etap szkolny kod pracy ucznia... pieczątka nagłówkowa szkoły K O N K U R S H I S T O R Y C Z N Y dla uczniów gimnazjów - etap szkolny Przemiany społeczno-gospodarcze, kulturowe, ideologiczne i polityczne w Polsce (Rzeczypospolitej

Bardziej szczegółowo

Tekst zaproszenia. Rodzice. Tekst 2 Emilia Kowal. wraz z Rodzicami z radością pragnie zaprosić

Tekst zaproszenia. Rodzice. Tekst 2 Emilia Kowal. wraz z Rodzicami z radością pragnie zaprosić Tekst zaproszenia Tekst 1 Mamy zaszczyt zaprosić Sz.P. Na uroczystość PIERWSZEGO PEŁNEGO UCZESTNICTWA WE MSZY ŚIĘTEJ Naszej córki Leny Kardas która odbędzie się dnia 5 maja 2015o godz. 9.30 w kościele

Bardziej szczegółowo

Wolontariat. Igor Jaszczuk kl. IV

Wolontariat. Igor Jaszczuk kl. IV Wolontariat Wolontariat ważna sprawa, nawet super to zabawa. Nabierz w koszyk groszy parę, będziesz miał ich całą chmarę. Z serca swego daj znienacka, będzie wnet Szlachetna Paczka. Komuś w trudzie dopomoże,

Bardziej szczegółowo

STARY TESTAMENT. JÓZEF I JEGO BRACIA 11. JÓZEF I JEGO BRACIA

STARY TESTAMENT. JÓZEF I JEGO BRACIA 11. JÓZEF I JEGO BRACIA JÓZEF I JEGO BRACIA 53 Jakub miał wielu synów. Było ich dwunastu. Jakub kochał wszystkich, ale najbardziej kochał Józefa. Może to dlatego, że Józef urodził się, kiedy Jakub był już stary. Józef był mądrym

Bardziej szczegółowo

Człowiek, który nie wierzy własnym zmysłom, jest równie szalony jak człowiek, który nie wierzy niczemu innemu oprócz własnych zmysłów.

Człowiek, który nie wierzy własnym zmysłom, jest równie szalony jak człowiek, który nie wierzy niczemu innemu oprócz własnych zmysłów. Wybitny myśliciel angielski, felietonista, redaktor i pisarz. Znany jako mistrz paradoksu. Jego książki wywarły wielki wpływ na wiarę jemu współczesnych w tym na autora Opowieści z Narnii C. S. Lewisa.

Bardziej szczegółowo

Materiały wypracowane w ramach projektu Szkoła Dialogu - projektu edukacyjnego Fundacji Form

Materiały wypracowane w ramach projektu Szkoła Dialogu - projektu edukacyjnego Fundacji Form Materiały wypracowane w ramach projektu Szkoła Dialogu - projektu edukacyjnego Fundacji Form Nasze zajęcia w ramach Szkoły Dialogu odbyły się 27 i 28 kwietnia oraz 26 i 27 maja. Nauczyły nas one sporo

Bardziej szczegółowo

Grzech psuje. Wszyscy odstąpili od Boga, wszyscy popełnili zło. Nie ma takiego, co dobrze czyni, nie ma ani jednego. (List do Rzymian 3, 12)

Grzech psuje. Wszyscy odstąpili od Boga, wszyscy popełnili zło. Nie ma takiego, co dobrze czyni, nie ma ani jednego. (List do Rzymian 3, 12) Spotkanie 2 Grzech psuje moją przyjaźń z Bogiem Wszyscy odstąpili od Boga, wszyscy popełnili zło. Nie ma takiego, co dobrze czyni, nie ma ani jednego. (List do Rzymian 3, 12) Dobra Nowina głosi, że Bóg

Bardziej szczegółowo

ŚLĄSKIE MONETY HABSBURGÓW MARIA TERESA I PÓŹNIEJSZE KATALOG

ŚLĄSKIE MONETY HABSBURGÓW MARIA TERESA I PÓŹNIEJSZE KATALOG ŚLĄSKIE MONETY HABSBURGÓW MARIA TERESA I PÓŹNIEJSZE KATALOG Piotr Kalinowski KALETY 2006 Słowo wstępu Katalog, który macie Państwo przed sobą powstał na podstawie wydanego w 1988 dzieła Ivo Halački Mince

Bardziej szczegółowo

Wizyta w Gazecie Krakowskiej

Wizyta w Gazecie Krakowskiej Wizyta w Gazecie Krakowskiej fotoreportaż 15.04.2013 byliśmy w Gazecie Krakowskiej w Nowym Sączu. Dowiedzieliśmy, się jak ciężka i wymagająca jest praca dziennikarza. Opowiedzieli nam o tym pan Paweł Szeliga

Bardziej szczegółowo

Spuścizna Eliasza Feldmana (1983-2006)

Spuścizna Eliasza Feldmana (1983-2006) Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego Spuścizna Eliasza Feldmana (1983-2006) Sygn. S/369 Opracowanie mgr Aleksandra Bańkowska Warszawa 2008 1 SPUŚCIZNA ELIASZA FELDMANA 41 zeszytów zapisanych ręcznie

Bardziej szczegółowo

HISTORIA WIĘZIENNEGO STRAŻNIKA

HISTORIA WIĘZIENNEGO STRAŻNIKA HISTORIA WIĘZIENNEGO STRAŻNIKA Tekst biblijny: Dz. Ap. 16,19 36 Tekst pamięciowy: Dz. Ap. 16,31 ( ) Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony, ty i twój dom. Bóg chce, abyś uwierzył w Jego Syna, Jezusa

Bardziej szczegółowo

OKOLICZNOŚCIOWE WYDANIE GAZETKI SZKOLNEJ KLASY III PUBLICZNEJ SZKOŁY PODSTAWOWEJ IM. ARMII KRAJOWEJ

OKOLICZNOŚCIOWE WYDANIE GAZETKI SZKOLNEJ KLASY III PUBLICZNEJ SZKOŁY PODSTAWOWEJ IM. ARMII KRAJOWEJ OKOLICZNOŚCIOWE WYDANIE GAZETKI SZKOLNEJ KLASY III PUBLICZNEJ SZKOŁY PODSTAWOWEJ IM. ARMII KRAJOWEJ 1 Drogi Czytelniku! Życzymy Ci przyjemnej lektury Szkolnego Newsa. Zachęcamy do refleksji nad pytaniem

Bardziej szczegółowo

Lekcja 9 Charakter, osobowość

Lekcja 9 Charakter, osobowość Lekcja 9 Charakter, osobowość 2 Wysłuchaj słówek i zwrotów wraz z ich polskim tłumaczeniem, powtarzaj je za lektorem. Następnie wysłuchaj zdań ilustrujących ich prawidłowe użycie. niezależny (-a) W wieku

Bardziej szczegółowo

Podobny czy inny? Dziedziczyć można też majątek, ale jest coś, czego nie można odziedziczyć po rodzicach.

Podobny czy inny? Dziedziczyć można też majątek, ale jest coś, czego nie można odziedziczyć po rodzicach. Podobny czy inny? Agata Rysiewicz 1. Pogadanka o podobieństwie. - W czym jesteś podobny do rodziców? - Jak to się stało, że jesteś podobny do rodziców? Dziedziczysz cechy wyglądu, charakteru, intelektu.

Bardziej szczegółowo

Lectio Divina Rz 6,1-14

Lectio Divina Rz 6,1-14 Lectio Divina Rz 6,1-14 1. Czytanie Prowadzący: wezwijmy Ducha św.: Przybądź Duchu Święty... - weźmy do ręki Pismo św.. - Słuchając jak w Kościele śledźmy tekst, aby usłyszeć, co chce nam dzisiaj Jezus

Bardziej szczegółowo

KOCHAM CIĘ-NIEPRZYTOMNIE WIEM, ŻE TY- MNIE PODOBNIE NA CÓŻ WIĘC CZEKAĆ MAMY OBOJE? Z NASZYM SPOTKANIEM WSPÓLNYM? MNIE- SZKODA NA TO CZASU TOBIE-

KOCHAM CIĘ-NIEPRZYTOMNIE WIEM, ŻE TY- MNIE PODOBNIE NA CÓŻ WIĘC CZEKAĆ MAMY OBOJE? Z NASZYM SPOTKANIEM WSPÓLNYM? MNIE- SZKODA NA TO CZASU TOBIE- WCZEŚNIEJSZA GWIAZDKA KOCHAM CIĘ-NIEPRZYTOMNIE WIEM, ŻE TY- MNIE PODOBNIE NA CÓŻ WIĘC CZEKAĆ MAMY OBOJE? Z NASZYM SPOTKANIEM WSPÓLNYM? MNIE- SZKODA NA TO CZASU TOBIE- ZAPEWNE TAKŻE, WIĘC SPOTKAJMY SIĘ

Bardziej szczegółowo

Przed Wami znajduje się test złożony z 35 pytań. Do zdobycia jest 61 punktów. Na rozwiązanie macie 60 minut. POWODZENIA!!!

Przed Wami znajduje się test złożony z 35 pytań. Do zdobycia jest 61 punktów. Na rozwiązanie macie 60 minut. POWODZENIA!!! Przed Wami znajduje się test złożony z 35 pytań. Do zdobycia jest 61 punktów Na rozwiązanie macie 60 minut. POWODZENIA!!! 1 1. Podaj imię i nazwisko burmistrza Gostynia i starosty Powiatu Gostyńskiego.

Bardziej szczegółowo

Wielki astronom Mikołaj Kopernik

Wielki astronom Mikołaj Kopernik Wielki astronom Mikołaj Kopernik 1. Cele lekcji Cel ogólny: Poznanie sylwetki Mikołaja Kopernika. a) Wiadomości Uczeń wie, kim był Mikołaj Kopernik. b) Umiejętności Uczeń potrafi udzielać odpowiedzi na

Bardziej szczegółowo

Wyniki są pozytywne, ale należy jeszcze zmniejszyć liczbę uczniów przez których ktoś płakał całkiem niedawno, szczególnie w klasie IV.

Wyniki są pozytywne, ale należy jeszcze zmniejszyć liczbę uczniów przez których ktoś płakał całkiem niedawno, szczególnie w klasie IV. Test Czy jesteś tolerancyjny? Człowiek tolerancyjny - jest wyrozumiały dla cudzych poglądów, upodobań, wierzeń, rozumie je i szanuje, zachowując swoją indywidualność: w swoich decyzjach i działaniach uwzględnia

Bardziej szczegółowo

SP Klasa V, Temat 17

SP Klasa V, Temat 17 Narrator: Po wielu latach od czasu sprzedania Józefa do Egiptu, w kraju Kanaan zapanował wielki głód. Ojciec Józefa Jakub wysłał do Egiptu swoich synów, by zakupili zboże. Tylko najmłodszy Beniamin pozostał

Bardziej szczegółowo

ALLELUJA. Ref. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja.

ALLELUJA. Ref. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja. ALLELUJA 1. Niech zabrzmi Panu chwała w niebiosach, na wysokościach niech cześć oddadzą. Wielbijcie Pana Jego Zastępy, Wielbijcie Pana Duchy niebieskie. Ref. Alleluja, alleluja, alleluja, alleluja. Alleluja,

Bardziej szczegółowo

Podziękowania naszych podopiecznych:

Podziękowania naszych podopiecznych: Podziękowania naszych podopiecznych: W imieniu swoim jak i moich rodziców składam ogromne podziękowanie Stowarzyszeniu za pomoc finansową. Dzięki działaniu właśnie tego Stowarzyszenia osoby niepełnosprawne

Bardziej szczegółowo

DZIESIĘĆ jakże nowoczesnych PRZYKAZAŃ

DZIESIĘĆ jakże nowoczesnych PRZYKAZAŃ Patryk Rutkowski DZIESIĘĆ jakże nowoczesnych PRZYKAZAŃ Problem z Dekalogiem Znacznej części katolików, zwłaszcza tej która odwiedza Kościół jedynie przy okazji większych uroczystości, wydaje się, że chrześcijaństwo

Bardziej szczegółowo

Naturalne metody planowania rodziny- błogosławieństwo dla naszego małżeństwa

Naturalne metody planowania rodziny- błogosławieństwo dla naszego małżeństwa Naturalne metody planowania rodziny- błogosławieństwo dla naszego małżeństwa autor: Amy i Pat Amy: Witam. Nazywam się Amy, a to jest mój mąż Patrick. Jesteśmy małżeństwem od 16 lat. Chcemy wam opowiedzieć

Bardziej szczegółowo

Chrześcijaństwo skupia w sobie wiele odłamów, które powstały przez lata, opierający się jednak na jednej nauce Jezusa Chrystusa.

Chrześcijaństwo skupia w sobie wiele odłamów, które powstały przez lata, opierający się jednak na jednej nauce Jezusa Chrystusa. Chrześcijaństwo Chrześcijaństwo jest jedną z głównych religii monoteistycznych wyznawanych na całym świecie. Jest to największa religia pod względem wyznawców, którzy stanowią 1/3 całej populacji. Najliczniej

Bardziej szczegółowo

Łk 1, 1-4 KRĄG BIBLIJNY

Łk 1, 1-4 KRĄG BIBLIJNY Łk 1, 1-4 KRĄG BIBLIJNY Tomasz Kiesling Oborniki 2013 Być jak Teofil dziś Teofil konkretne imię adresata, chrześcijanina, do którego pisze św. Łukasz Ewangelię. Ewangelista przeprowadził wiele rozmów

Bardziej szczegółowo

Tytuł IV. ŚRODKI SPOŁECZNEGO PRZEKAZU, W Szczególności KSIĄŻKI

Tytuł IV. ŚRODKI SPOŁECZNEGO PRZEKAZU, W Szczególności KSIĄŻKI Tytuł IV ŚRODKI SPOŁECZNEGO PRZEKAZU, W Szczególności KSIĄŻKI Kan. 822-1. W wypełnianiu swojej funkcji, pasterze Kościoła, korzystając z prawa przysługującego Kościołowi, powinni posługiwać się środkami

Bardziej szczegółowo

KRYTERIUM WYMAGAŃ Z RELIGII. Uczeń otrzymujący ocenę wyższą spełnia wymagania na ocenę niższą.

KRYTERIUM WYMAGAŃ Z RELIGII. Uczeń otrzymujący ocenę wyższą spełnia wymagania na ocenę niższą. KRYTERIUM WYMAGAŃ Z RELIGII Uczeń otrzymujący ocenę wyższą spełnia wymagania na ocenę niższą. KLASA I Semestr I Ocena dopuszczająca -Umie wykonać znak krzyża, -Zna niektóre modlitwy i wymaga dużej pomocy

Bardziej szczegółowo

Pieczęć Olsztyna IV WIEK

Pieczęć Olsztyna IV WIEK Pieczęć Olsztyna IV WIEK Pierwowzorem herbu Olsztyna była sekretna pieczęć, którą jeszcze w 1526 roku pieczętowano dokumenty. W drugiej połowie XVI w. na pieczęci pojawiła się postać wędrowca trzymającego

Bardziej szczegółowo

Uprzejmie prosimy o podanie źródła i autorów w razie cytowania.

Uprzejmie prosimy o podanie źródła i autorów w razie cytowania. Tytuł: Marzenie Franka Kupki Tekst: Anna Cwojdzińska Ilustracje: Aleksandra Bugajewska Wydanie I, lipiec 2012 Text copyright Anna Cwojdzińska Illustration copyright Aleksandra Bugajewska Uprzejmie prosimy

Bardziej szczegółowo

Ziemia. Modlitwa Żeglarza

Ziemia. Modlitwa Żeglarza Ziemia Ziemia, którą mi dajesz, nie jest fikcją ani bajką, Wolność którą mam w Sobie Jest Prawdziwa. Wszystkie góry na drodze muszą, muszą ustąpić, Bo wiara góry przenosi, a ja wierzę Tobie. Ref: Będę

Bardziej szczegółowo

Język polski. Konspekt lekcji otwartej dla nauczycieli

Język polski. Konspekt lekcji otwartej dla nauczycieli Język polski Konspekt lekcji otwartej dla nauczycieli Prezentowana lekcja została przygotowana w celu zaprezentowania nauczycielom jednej z metod uczenia czytania ze zrozumieniem- Metoda Czytania OLPI.

Bardziej szczegółowo

DIAGNOZA WSTĘPNA. (Anna Michalska, Jak nakłonić dziecko do nauki)

DIAGNOZA WSTĘPNA. (Anna Michalska, Jak nakłonić dziecko do nauki) DIAGNOZA WSTĘPNA Motywacja do uczenia się definiowana jest jako znaczenie i wartość nauki dla danego człowieka, jaką ów człowiek jej przypisuje, i charakteryzowana przez długoterminowe zaangażowanie się

Bardziej szczegółowo

pręgierz herold ZACZYNAMY!

pręgierz herold ZACZYNAMY! Jest XVI wiek. Poznań rozwija się. Odnowiono ratusz - zrobił to słynny architekt Jan Baptysta di Quadro z Lugano, odnowiono kamienice. Ludzie bogacą się. Miasto się bogaci i staje się coraz większe. Do

Bardziej szczegółowo

KONKURS. śycie i twórczość Fryderyka Franciszka Chopina Imię, nazwisko i klasa

KONKURS. śycie i twórczość Fryderyka Franciszka Chopina Imię, nazwisko i klasa KONKURS śycie i twórczość Fryderyka Franciszka Chopina Imię, nazwisko i klasa Przed Tobą znajduje się test, który składa się z 40 pytań. Pytania 1-30 to pytania testowe, jednokrotnego wyboru, natomiast

Bardziej szczegółowo

Czy Matka Boska, może do nas przemawiać?

Czy Matka Boska, może do nas przemawiać? Czy Matka Boska, może do nas przemawiać? Jan Paweł, 23.06.2016 11:06 Jedną z osób która nie ma najmniejszych co do tego wątpliwości, jest Chorwatka Miriam, która od 24 czerwca 1981 roku spotyka się z Matką

Bardziej szczegółowo

PRAWA DZIECKA. dziecko jako istota ludzka wymaga poszanowania jego tożsamości, godności prywatności;

PRAWA DZIECKA. dziecko jako istota ludzka wymaga poszanowania jego tożsamości, godności prywatności; PRAWA DZIECKA "Nie ma dzieci - są ludzie..." - Janusz Korczak Każdy człowiek ma swoje prawa, normy, które go chronią i pozwalają funkcjonować w społeczeństwie, państwie. Prawa mamy również my - dzieci,

Bardziej szczegółowo

Tekst I. H. C. Andersen Księżniczka na ziarnku grochu (fragment)

Tekst I. H. C. Andersen Księżniczka na ziarnku grochu (fragment) Tekst I H C Andersen Księżniczka na ziarnku grochu (fragment) Był sobie pewnego razu książę, który chciał się żenić z księżniczką Ale to musiała być prawdziwa księżniczka Jeździł więc po świecie, żeby

Bardziej szczegółowo

Wspomnienie, w setną rocznicę urodzin, Boczkowski Feliks (1909-1942), mgr praw i ekonomii

Wspomnienie, w setną rocznicę urodzin, Boczkowski Feliks (1909-1942), mgr praw i ekonomii Historia Grabowca, Feliks Boczkowski 1 Wspomnienie, w setną rocznicę urodzin, Boczkowski Feliks (1909-1942), mgr praw i ekonomii Chłopak ze wsi, radca z Warszawy, więzień z Oświęcimia w pamięci naszej

Bardziej szczegółowo

Starożytność Sparta, Ateny, Rzym

Starożytność Sparta, Ateny, Rzym Starożytność Sparta, Ateny, Rzym Adrian Wieczorek Studium Nauk Humanistycznych Politechniki Wrocławskiej Dzieje myśli pedagogicznej Wrocław, 13 października 2010 Wprowadzenie Ateńczycy jako szczep Joński:

Bardziej szczegółowo

Podobno lepiej jest rozmawiać z piękną kobietą i myśleć przy tym o Panu Bogu, niż modlić się do Boga i myśleć o pięknej kobiecie (K. Wójtowicz).

Podobno lepiej jest rozmawiać z piękną kobietą i myśleć przy tym o Panu Bogu, niż modlić się do Boga i myśleć o pięknej kobiecie (K. Wójtowicz). wstęp Podobno lepiej jest rozmawiać z piękną kobietą i myśleć przy tym o Panu Bogu, niż modlić się do Boga i myśleć o pięknej kobiecie (K. Wójtowicz). W pierwszym wypadku, widząc piękno kobiety, można

Bardziej szczegółowo

VI DIECEZJALNA PIELGRZYMKA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

VI DIECEZJALNA PIELGRZYMKA ŻYWEGO RÓŻAŃCA ZELATOR wrzesień2015 3 VI DIECEZJALNA PIELGRZYMKA ŻYWEGO RÓŻAŃCA Sobota, 3 października, 2015 Niniejszy numer Zelatora ukazuje się głównie ze względu na VI Diecezjalną pielgrzymkę Żywego Różańca do Łagiewnik.

Bardziej szczegółowo

JAK ROZMAWIAĆ Z BOGIEM?

JAK ROZMAWIAĆ Z BOGIEM? JAK ROZMAWIAĆ Z BOGIEM? wg Lucy Rooney, Robert Faricy SJ MODLITWA NA TYDZIEŃ DRUGI Skrucha i przyjęcie przebaczenia Pana Jezusa Dzień pierwszy Przeczytaj ze zrozumieniem fragment Pisma Świętego: Łk 18,

Bardziej szczegółowo

Projekt edukacyjny uczniów klasy II a Korczak król dzieci

Projekt edukacyjny uczniów klasy II a Korczak król dzieci Janusz Korczak Projekt edukacyjny uczniów klasy II a Korczak król dzieci Projekt realizowany jest przez uczniów II klasy Gimnazjum nr 1 w Błoniu pod kierunkiem nauczyciela, pani Anety Kobosz. Idea przybliżenia

Bardziej szczegółowo

NAUKA JAK UCZYĆ SIĘ SKUTECZNIE (A2 / B1)

NAUKA JAK UCZYĆ SIĘ SKUTECZNIE (A2 / B1) NAUKA JAK UCZYĆ SIĘ SKUTECZNIE (A2 / B1) CZYTANIE A. Mówi się, że człowiek uczy się całe życie. I jest to bez wątpienia prawda. Bo przecież wiedzę zdobywamy nie tylko w szkole, ale również w pracy, albo

Bardziej szczegółowo

Prawdziwa miłość ani nie poucza, ani nie straszy.

Prawdziwa miłość ani nie poucza, ani nie straszy. 5 6 Tyle nam powiedział Święty Paweł, jaka może być miłość: cierpliwa, wytrwała... Widzimy taką miłość w życiu między ludźmi. Możemy ją opisać, używając słów mniej lub bardziej udanych, ale można się zgubić

Bardziej szczegółowo

Tak naprawdę tylko dzieciństwo Hildegardy

Tak naprawdę tylko dzieciństwo Hildegardy Boskie i cesarskie Tak naprawdę tylko dzieciństwo Hildegardy te pierwsze lata, które spędziła z rodziną przypadają na rządy cesarza rzymsko-niemieckiego Henryka IV Salickiego (1050 1105) z dynastii frankońskiej.

Bardziej szczegółowo

Antoni Guzik. Rektor, Dziekan, Profesor, wybitny Nauczyciel, Przyjaciel Młodzieży

Antoni Guzik. Rektor, Dziekan, Profesor, wybitny Nauczyciel, Przyjaciel Młodzieży Antoni Guzik Antoni Guzik Rektor, Dziekan, Profesor, wybitny Nauczyciel, Przyjaciel Młodzieży Docent Antoni Guzik urodził się 7 kwietnia 1925 r. w Izydorówce, w dawnym województwie stanisławowskim. Szkołę

Bardziej szczegółowo

Publikacja pod patronatem wiedza24h.pl. Wypracowania Biblia. Najważniejsze zagadnienia cz II

Publikacja pod patronatem wiedza24h.pl. Wypracowania Biblia. Najważniejsze zagadnienia cz II Publikacja pod patronatem wiedza24h.pl Wypracowania Biblia Najważniejsze zagadnienia cz II Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright by wiedza24h.pl Wszelkie prawa

Bardziej szczegółowo

Ł AZIENKI K RÓLEWSKIE

Ł AZIENKI K RÓLEWSKIE Ł AZIENKI K RÓLEWSKIE Pałac na Wyspie Pałac Myślewicki Biały Domek Stara Pomarańczarnia Podchorążówka Stara Kordegarda Amfiteatr Stajnie i wozownie Wejścia do Łazienek Królewskich 2 3 O CO TU CHODZI? Kto

Bardziej szczegółowo

Fundacja Pro Memoria Problemy współczesności

Fundacja Pro Memoria Problemy współczesności Problemy współczesności Obecnie przeżywamy okres, w którym ludzkość znalazła się w stadium dotychczas nieznanych, wielkich problemów cywilizacyjnych. Jesteśmy świadkami nagromadzenia się przeróżnych trudności,

Bardziej szczegółowo

Kryteria oceniania w klasie VI szkoły podstawowej

Kryteria oceniania w klasie VI szkoły podstawowej Kryteria oceniania w klasie VI szkoły podstawowej Wymagania podstawowe: Ocena celująca: Uczeń posiada wiedzę wykraczającą poza program religii własnego poziomu edukacji. Zna obowiązujące modlitwy i mały

Bardziej szczegółowo

Anna Kowalska i Adam Nowak. Anna Kowalska i Adam Nowak

Anna Kowalska i Adam Nowak. Anna Kowalska i Adam Nowak T1 Anna Kowalska i Adam Nowak wraz z Rodzicami serdecznie zapraszają na uroczystość Zaślubin, która odbędzie się15 sierpnia 2015 roku o godzinie 17.00 w Kościele pw. Św. Trójcy przy ul. Krzyckiej 42 we

Bardziej szczegółowo